Sep
10

“Dawno zilustrowane”. Wystawa Kamy Sokolnickiej w ramach 8. MFO

Cykl Kamy Sokolnickiej „Dawno zilustrowane” jest pierwszym projektem artystycznym, przy którym autorka pracowała na apriorycznie zadanym materiale literackim i graficznym. Powstał z inspiracji i na zamówienie Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania, zaprezentowany zostanie w Muzeum Współczesnym Wrocław, wernisaż wystawy odbędzie się 3 października o godzinie 17.

Kama Sokolnicka to autorka wielu wystaw indywidualnych i zbiorowych w kraju i zagranicą. Jej prace znajdują się w kolekcjach publicznych i prywatnych. Nominowana do nagrody kulturalnej „Gazety Wyborczej” wARTo (2010) i nagrody Fundacji Vordemberge-Gildewart (2011). Stypendystka Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego (2011). Związana z galerią BWA Warszawa.

W swoim najnowszym projekcie Kama Sokolnicka podejmuje próbę dyskusji z tradycją dwudziestowiecznej awangardy literackiej. Wykorzystując kolażową formę składa na nowo obrazy z fragmentów skojarzeń, odniesień literackich i powidoków burzliwej historii prądów literackich początku zeszłego stulecia. XX wiek był bodajże najbardziej dynamicznym okresem rozwoju tego obszaru sztuki, w którym eksperyment i nowatorstwo w podejściu do słowa osiągnęły swoje apogeum. Przełożenie i rekonstrukcja tych zmian w formie cyklu kolażowych obrazów jest kolejną próbą przeczytania historii pisarstwa. W twórczości Sokolnickiej słowo pisane oraz jego filozoficzne i semantyczne konsekwencje zawsze odgrywały niepoślednią rolę jako przyczynek i źródłosłów do badania kultury wizualnej. Wystawa w MWW towarzyszy dyskusjom organizowanym w ramach MFO zatytułowanym „Blizny po awangardach” i „Opowieść o opowiadaniu”.

—————–

Agnieszka Wolny-Hamkało
Blizna po awangardzie

Ułamki, fragmenty obrazów, ścinki kadrów. Za mało albo za dużo. Uchwycony kątem oka skrawek sukienki, profil, element twarzy widziany przez dziurkę od klucza, sylwetka za szybą. Patrzymy pod światło. Jest za ciemno albo za jasno. Wrażenie, że oglądamy zakryte, że nas wpuszczono za kulisy, do garderoby, pod podszewkę tego, co oficjalne, eksponowane. Obrazy i faktury zdekonstruowane, wyjęte z kontekstu zyskują nowe znaczenia, otwierają się na interpretacje. Łamanie skostniałych struktur i obrazów budzi emocje, jest dowcipne i inspirujące, ale pojawia się także niepokój, napięcie, podświadoma chęć przywrócenia ziemskiego porządku, ułożenia puzzli, dążenie do klasycznie pojmowanej harmonii. Niezależnie od tematu, jaki podejmuje Kama Sokolnicka – obsesyjnie powracające wątki jej twórczości, napięcia i lęki, motyw tajemnicy, zaburzeń widzenia i dekonstrukcji obrazu realizują się na różnych ścieżkach. Tym razem duchy wywołuje temat awangardy. Temat do artystki doskonale dobrany. Bo artystka kocha zbankrutowane idee, idee, które przegrały.

Taką ideą zawsze jest awangarda, rewolucja, która musi się odbyć, transgresja tak pilnie potrzebna kulturze, a jednak z definicji chybiona. Z reguły ten szturm, hałas, krzyk to chłopacka gra, intro, po którym dopiero ma nastać dorosłość. Sokolnicka kapitalnie wyłapuje ten wątek pokazując w swoich pracach wszystkie retro zabawki awangardy: kobieta jako zabawka, postać idealizowana, piękny obiekt, zbyt odległy, żeby wejść z nim w kontakt, skomunikować się na ziemski sposób. Kobieta marzenie modernistycznego twórcy – muza bez życia, laleczka bez krwi. Wycięta z obrazka i wstawiona w ramy. Technika kolażu, którą posługuje się artystka kapitalnie oddaje to smutne orgiami. Lub kobieta potężna jak Alicja po łyknięciu kolosanki, silna i groźna, dysponująca tajemną wiedzą i narzędziami. Przesłony, które Sokolnicka nakłada na twarze bohaterkom snują narrację o uprzedmiotowieniu i baśni. To manekiny, którym kazano grać role smutnych diw, sprowadzone do mechanicznego piękna. To – jak pisała w „Zapiskach o Kampie” Susan Sontag – androgeniczna pustka kryjąca się za perfekcyjną urodą. Nawiązujące do Schulza manekiny są na kolażach artystki jeszcze bardziej surrealistyczne, absurdalne. Plastik – ta sztuczna skóra, zimna i twarda w kontakcie kojarzy się niechybnie ze śmiercią. A zatem kobiety „uwięzione w kalekich, automatycznych tożsamościach”. Kolejna zabawka awangardy, którą prześwietla Sokolnicka to multiplikacja, powielanie. I tu znów technika kolażu pozwala na zwielokrotnienie obiektu, tworzenie iluzji powidoku, stopklatek, błędu w matrixie, zacinania się rzeczywistości.

Ta fiksacja na jednym punkcie upiornie pomnożonym, zapętlonym pięknie się rymuje z obsesyjnością i ironiczną neurotycznością wpisaną w twórczość Kamy Sokolnickiej. Figury i materie, mniej lub bardziej dosłowne powtórzenia – słynne narzędzia awangardy zyskują tu nowy wymiar. Artystka pokazuje je na swój sposób mówiąc o iluzjach i niepewności dotyczącej percepcji, czy szerzej – natury świata. Ale wśród tych prac znajdziemy także bardziej dosłowne nawiązania, na przykład do „Ferdydurke” Gombrowicza. Młodziakowie – jaśni i wyprasowani, to karykatura współczesnych celebrytów. Wystudiowane i supersztuczne portrety z katalogów z lat siedemdziesiątych, które eksploatuje artystka, przywodzą na myśl kampowe fotografie Diane Arbus – z jej zamierzoną ekspozycją udawania, z jawną umownością, pozą. Ułożone geometrycznie fryzury, perfekcyjnie wystylizowane stroje modelek – młodość, zdrowie i sport – we współczesnym kontekście to krytyka dyskursu szkoły fitness: kolejnego mitu pop-kultury, według którego tym razem jedzenie brokułów i jogging są receptą na długie i udane życie. Ale jest w pracach Sokolnickiej także element zabawy, czy nawet zachwytu nad naiwnością awangard. Momentem, kiedy sztuka i życie stają się wreszcie czymś cudownie niepoważnym. Ten ton silnie obecny na wystawie pokazuje, że artystka ma do awangardy stosunek ambiwalentny. Bo przecież lubi jej lekkość i energię, charyzmę rewolucji, żart i bitnikowską bezczelność, bez której żadna transgresja nie byłaby możliwa. Wzruszającą wiarę, że jest jakieś dalej, gdzie jest ładniej i lepiej. Bo Sokolnicka lubi zbankrutowane idee. Idee, które przegrały.