Oct
03

Cierpliwość /według Sebalda/

Fani tej książki będą ustawiać się wzdłuż West Houston Street ze sczytanymi egzemplarzami w dłoniach czekając na otwarcie kas w kinie Forum – pisał The New York Times przed premierą „Patience (After Sebald)”. I choć nieco koloryzował, to obraz rzeczywiście okazał się kultowy, o ile oczywiście czarno-biały dokument o literaturze, sfilmowany w grubym, śnieżącym ziarnie może w ogóle być kultowy.

Reżyser Grant Gee, znany z dokumentów o zespołach: Joy Division, Radiohead czy Gorrillaz planował najpierw zrobić performens, w którym szedłby szlakiem ulubionego pisarza przez hrabstwo Suffolk, podnosząc i odkładając kamienie w istotnych dla książki miejscach. Nie wyobrażał sobie, że tę prozę można przełożyć na ruchome obrazy. – Hipertekstowy, encyklopedyczny styl Sebalda jest trudny do uchwycenia w kinie – mówił. Jednak wreszcie zdecydował się na film: wielowarstwowy, kolażowy, eksponujący różne faktury widzenia.

Podczas samotnej „angielskiej pielgrzymki” nakręcił materiał na taśmie 16mm, wykonał wielką pracę archiwalną, umieścił obrazy w obrazie, wywiady z przyjaciółmi, artystami, intelektualistami. Wykonał pracę podobną do tej pisarza, równolegle podążał rozmaitymi tropami. Stworzył esej o książce, a zarazem jej interpretację, osobisty dziennik, szkic do portretu Sebalda. „Pierścienie Saturna” są tak gęste, że praca ta mogłaby nigdy nie mieć końca.

Udało się coś niemożliwego: oddać nie tylko historię i nastrój książki, lecz także jej wygląd (układ tekstu, koncepcję rozmieszczenia ilustracji na kolejnych stronach), wydźwięk wśród krytyków i czytelników, wpływ na innych pisarzy, artystów. Pozwolono też wybrzmieć samej prozie, czytanej arcygenialnie przez Jonathana Pryce’a. Całość dopełnia wspaniała muzyka The Caretaker – powtarzalna, opadająca, skomponowana z szelestów, skreczy, skrzypienia. Idealnie oddaje ona styl Sebalda – przelewa się jak ciemna, gęsta ciecz, oddaje klimat samotności, melancholii, rozpaczy.
Tropy wydobyte w „Patience” pogłębiają lekturę, wyostrzając wzrok i słuch na mistrzowskie zabiegi Sebalda. Mogą być też idealnym wstępem do „Pierścieni…”, szkicując wielką tajemnicę zawartą w tej książce.

Jak choćby wątek jedwabiu, z którego tkano barwione na czarno sieci, „stawiane w nocy niczym ścianę, o którą ryby tłuką się desperacko, aż utkną skrzelami w okach, a potem przy wyciąganiu i zwijaniu sieci, co trwa prawie osiem godzin, duszą się”. Jedwab jest dla Sebalda znakiem śmierci, snutym powoli, niemal niezauważalnie w dziesięciu rozdziałach, a rozpostarty w finale ukazuje całą swoją grozę. Wcześniej kat dokona egzekucji przy użyciu jedwabnego sznura, a poeta Swinburne wyglądał będzie przy posiłku jak gąsienica Bombyx mori, pochłaniając kawałek po kawałku postawione przed nim potrawy, po czym „bezpośrednio ze stanu na wpół drzemki, w jaki popadał po zakończeniu posiłku, budził się zelektryzowany do nowego życia i trzepocząc rękoma, niczym spłoszony motyl, szastał się po bibliotece, śmigał w górę i w dół po przenośnych schodkach i drabinkach, aby wyciągnąć z półki ten czy inny tom”.

Fascynującym labiryntem “Pierścieni…” można też dojść do Josepha Conrada – losy jego i rodziny Korzeniowskich splatają się z wędrówką Sebalda w zupełnie nieoczekiwany sposób.

Adriana Prodeus