Tropem trupa

Trochę ostatnio zaniedbałam moją ulubioną formę literacką, czyli opowiadanie. Ale właśnie nadrobiłam zaległości dzięki antologii „Mogliby wreszcie kogoś zabić”, opublikowanej w tym roku przez kryminalną  Oficynkę.

Ten zbiór czytałam nieco interesownie: przygotowując się do warsztatów w ramach Międzynarodowego Festiwalu Kryminału, który zacznie się już za niecałe trzy tygodnie.   Przed spotkaniem z adeptami pisarstwa chciałam zobaczyć, jak sobie z krótką formą radzą znani już autorzy z kręgu kryminału, powieści sensacyjnej czy horroru (ten ostatni, jako jedyny w antologii, reprezentuje Łukasz Śmigiel). I muszę przyznać, że miałam z tego tomu dużo uciechy, bo rzeczywiście co opowiadanie to inny styl, kompozycja, narracyjny pomysł przy zachowaniu znanego już skądinąd pomysłu na samego siebie, co widać i u wspomnianego już autora „Nocy wszystkich trupów”, i np. u Ewy Ostrowskiej, znanej głównie jako autorki obyczajowych powieści dla młodzieży i opowiadającej o tu o zbrodni maltretowania dziecka,  o jego śmierci symbolicznej.  „Kraina Czarów Alicji Nowak” może jedyne opowiadanie, w którym mowy nie ma o zabawie konwencją.

Bo oczywiście większość pisarzy się nią bawi. Z wyczuciem, z zachowaniem proporcji i ze smakiem. Inteligentnie. Zbiorowo udowadniając,  że opowiadanie sensacyjne wyjątkowo dobrze pisze się na zamówienie. Byleby tylko temat nie był zbyt precyzyjnie sformułowany i za bardzo nie ograniczał, tu jeszcze dodam, że „Mogliby w końcu kogoś zabić” to tylko tytuł zapożyczony z finałowego opowiadania, a wcześniej (choć nie w każdym wypadku) trup ściele się gęsto. Ale prawie nigdy bez sensu i  nie w ilości nadmiernej, co prowadzi do wniosku, że w krótkiej, skondensowanej formie najlepiej jednak poprzestać na jednym denacie czy denatce.

I jeszcze uwaga dla miłośników polskich powieści kryminalnych, którzy poznali duetu Gacek & Szczepańska. W tej antologii Katarzyna Gacek i Agnieszka Szczepańska występują jako pojedyncze podmioty twórcze.

20 maja, dzień nominacji.

Wstępnych do Nagrody Literackiej Nike i Nagrody Literackiej Gdynia. Szczegółowa rozpiska tu: http://www.salonkulturalny.pl/nominacje-do-nagrody-nike-2010  i tu: http://www.nagrodaliterackagdynia.pl  . Na pierwszej liście odnotowano rekordową ponoć ilość nominacji poetyckich, na co wpływ ma zapewne pojawienie się wrocławskiej konkurencji, tylko pro forma więc przypomnę, że dawniej zaznaczano „nagroda dla książki roku ze szczególnym wskazaniem na powieść”, ale nie wiem, czy tak brzmiał jakiś punkt regulaminu.
Nieistotne, bo przecież w tym miejscu programowo nie zajmuję się poezją, przeto skupię się na nominacjach dla prozy i innych gatunków. A to dlatego, że dawno nie miałam aż takiego poczucia, że jest ciekawie i że, z uwzględnieniem powtarzających się tytułów („Piaskowa góra” Joanny Bator, „Śmierć czeskiego psa” Janusza Rudnickiego, „Proszę bardzo” Andy Rottenberg), o wielu z tych książkach myślałam sobie: no tak, ta na pewno wejdzie.
Jeśli chodzi o „Toksymię” Małgosi Rejmer, miałam taką nadzieję, i choć jurorzy Nike woleli „Pensjonat” Piotra Pazińskiego, to wg mnie nominacja gdyńska potwierdziła, że to prozatorski debiut roku. Z kolei za najbardziej odważną decyzję jury Nike uważam nominowanie „Prowadź swój pług przez kości umarłych” Olgi Tokarczuk, jakby chcieli dorównać śmiałością ubiegłorocznej nagrodzie gdyńskiej dla Świetlickiego. Do śmiałości jury nagrody Bookera obu gremiom sporo jeszcze brakuje – tam nominacje dla książek flirtujących z gatunkami popularnymi są normą. I to na krótkiej liście. Bo Anglicy biorą pod uwagę jakość realizacji, nie wdając się, przynajmniej oficjalnie, w dywagacje, czy gatunek niski czy wysoki.
A propos gatunków – mam pewne wątpliwości, czy „Proszę bardzo” jest esejem, ale już nominowanie dwa lata temu reportażu Małgorzaty Szejnert, tj. „Czarnego ogrodu” dowiodło, że tworząc trzy kategorie, nie da się objąć wszystkiego, za to można zainspirować nowe nagrody, takie, jak powstała w tym roku nagroda dla reportażu literackiego, którym i „Czarny ogród”, i „Wyspa klucz” jest. Olga Tokarczuk tworząc „Prowadź swój pług…” nie wymyśliła nowego gatunku (kryminał ekologiczny?), ale niezmiernie ciekawa jestem, jaki wpływ będzie miała ta książka na polski kryminał.
I by zakończyć tę wyliczankę wszystkich moich sympatii (to te wyboldowane), dorzucę do nich jeszcze jeden tytuł: „Jerzy Giedroyć. Do Polski ze snu” Magdaleny Grochowskiej, bo coś mi się widzi, że będzie czarnym koniem Nike. Szczerze bym sobie życzyła, żeby pokonała wszystkie tomu poezji.