Bogdan Prejs: Szukanie

(Fragment większej całości)

Minęło kilka dni, a Maciej nie dawał znaku życia. Zaczęło mnie to irytować, tym bardziej, że naczelny znowu napomknął o tekście.
Prosto z pracy podjechałem samochodem na Żwirki i Wigury.
Zapukałem raz. Nic. Drugi. Trzeci. Kilka razy uderzyłem pięścią. Żadnej reakcji.
- Kogo pan szuka?
W uchylonych drzwiach mieszkania naprzeciwko stała stara kobieta. Niska, przygarbiona, siwe włosy, twarz w pajęczynce, nad lewą brwią wielki nabrzmiały czerniak. Ziemista cera. Zmęczone smutne oczy.
- Człowieka, który tutaj mieszka. Nie widziała go pani?
Nie odpowiedziała. Tylko patrzyła przenikliwie.
- Zauważyła go może pani w ostatnim czasie?
Znowu chwila ciszy, po czym zamknęła drzwi. Dziwaczka.
Odwróciłem się i zastukałem jeszcze kilkakrotnie. Nacisnąłem klamkę raz i drugi. Nic.
Wyszedłem na zewnątrz. Mieszkanie na parterze, ale okna na tyle wysoko, że musiałem stanąć na palcach, by sięgnąć głową nad parapet. Zastukałem w jedno, później w drugie, ale raczej dla spokoju sumienia, że próbowałem, bo mieszkanie z pewnością było puste. Z pewnością? Nie wiem, czy to sugestia, czy może przywidzenie, ale nagle wydało mi się, że widzę jakiś cień za firanką. Trzasnąłem jeszcze raz w szybę, aż zadźwięczała słabo osadzona w futrynie. Wbiegłem do klatki schodowej i nacisnąłem klamkę. To samo, co przedtem.
Schodziłem powoli po schodach, gdy usłyszałem za sobą:
- Proszę pana.
Ta sama kobieta w drzwiach.
- Nie ma pan co pukać, tam nikt nie mieszka.
- Jak to, nikt nie mieszka? Maciej Malicki mieszka, taki pisarz.
- Nie mieszka, mówię. Od pół roku jest puste, odkąd poprzedni właściciele zginęli.
- Zginęli?
- Gazem się podobno zatruli. Sąsiad z góry ich znalazł. On i ona leżeli w łóżku, dziewczynka na fotelu, a syn na podłodze w przedpokoju. To była wielka tragedia.
- Niesamowite!
- No i od tamtego czasu nikogo nie ma. Mieli komuś przydzielić, ale wszyscy się boją przyjść tu mieszkać. Dlatego puste. Niech pan zapyta u sąsiada u góry – poradziła.
Poszedłem pod wskazany adres. Otworzył starszy mężczyzna. Potwierdził.
- Panie, to była wielka tragedia – powiedział jak tamta kobieta. – Niektórzy mówią, że ten ojciec specjalnie odkręcił gaz. Mieli podobno kłopoty. On bez pracy, ona chora. Tylko dlaczego dzieci ze sobą zabrali? Po co? Co one zawiniły? Przynajmniej tyle dobrze, że to wszystko nie wybuchło, bo cały blok by wyleciał w powietrze.
- Podobno pan ich znalazł.
- A znalazłem, to racja. Wychodziłem rano i jak przechodziłem obok ich drzwi, to poczułem, że śmierdzi gazem. Zapukałem, a później wszedłem, bo nie były zamknięte na klucz. Normalnie bym tego nie zrobił, a wtedy mnie chyba coś tknęło. Dobrze, że światła nie zapalałem.
- Bardzo dobrze – pochwaliłem go.
- Wiem przecież. Wszyscy się teraz boją tam wprowadzić, dlatego to mieszkanie stoi puste. Z tym drugim pewnie będzie podobnie.
- Z jakim drugim? – nie zrozumiałem.
- Z tym naprzeciwko. Starsza kobieta tam mieszkała. Samotna.
- Naprzeciwko?!
- Naprzeciwko. Córka ją znalazła tydzień temu. Mówię panu, kobieta klęczała na podłodze ze złożonymi rękami, jakby się modliła. Nieżywa, a ciągle klęczała, nie przewróciła się.
- Widział pan to?
- Nie widziałem, ale ludzie opowiadali.
Nic z tego nie rozumiałem:
- Przecież ja przed chwilą rozmawiałem z jakąś starszą kobietą, która była w tym mieszkaniu!
Spojrzał jak na wariata.
- Tam nikogo nie ma, mieszkanie jest zamknięte, nikt nie ma prawa wchodzić do niego. Policja tak mówiła – powiedział.
- Niska, przygarbiona, siwe włosy, pomarszczona twarz, nad lewą brwią wielki nabrzmiały czerniak – opisałem mu szybko staruszkę.
Obruszył się:
- Przecież tamta dokładnie tak właśnie wyglądała. Żarty pan sobie ze mnie stroi? Nie wypada, naprawdę.
- Wcale nie żartuję, dopiero co przed chwilą z nią rozmawiałem, nawet mnie skierowała do pana!
W odpowiedzi trzasnął drzwiami.

●●●

Nie pojmowałem tego wszystkiego.
Zmarła – nie zmarła. Puste mieszkanie po rodzinie.
A może ja po prostu pomyliłem bloki? Stoją dwa obok siebie, identyczne, więc źle zapamiętałem? Niewykluczone, że Maciej po prostu siedzi w tym drugim zajęty pisaniem książki, bo wena go naszła. Zamknął się i nie wychodzi, a każdy myśli, że wyjechał.
Poszedłem tam.
Nacisnąłem dzwonek. Przez zamknięte drzwi usłyszałem melodyjkę. Charakterystyczna, z „Love story” albo z „Ojca chrzestnego”, zawsze mi się mylą.
Po chwili otworzyła kobieta. Jeszcze niemal młoda. Prawie ładna. Włos zmierzwiony. Koszula nocna, a może raczej halka. Krótka. Oj bardzo krótka. Prześwitująca i przyciągająca wzrok. Mój na pewno.
Wzrok kobiety dość błędny. Albo wcześnie się kładzie spać, albo raczej dopiero co wstała z łóżka.
Popatrzyła bez słowa.
- Przepraszam, pomyliłem mieszkania – speszyłem się.
Jakby nie słyszała. Odchyliła głowę i spoglądała na mnie bez najmniejszego zainteresowania. Wykrzywiła w grymasie usta.
- Jeszcze raz przepraszam – powtórzyłem.
Zrobiłem krok do tyłu. Zamknęła drzwi.

●●●

Na policję poszedłem prosto ze Żwirki i Wigury.
- Dlaczego pan zgłasza zaginięcie? – zapytał policjant w dyżurce tuż przy wejściu do komendy.
- Od kilku dni nie daje żadnego znaku życia. Warto by sprawdzić, czy coś mu się nie stało.
- Może wyjechał?
- Nie przypuszczam.
- Na jakiej podstawie?
- Nic o tym nie mówił. Byliśmy umówieni i nie przyszedł.
- Może oblewa książkę? Mówi pan, że wydał jakąś.
- Mało prawdopodobne.
- Wie pan, on jest dorosły, a pan nie jest z nim spokrewniony. Nie możemy przyjąć takiego zgłoszenia – wyjaśnił policjant.
Odwróciłem się, ale przywołał mnie ruchem ręki:
- Niech pan może na wszelki wypadek powie tylko, gdzie on mieszka. Zgłoszenia przyjąć nie mogę, ale przekażę dzielnicowemu, może on będzie coś wiedział. Pójdzie, zobaczy, ludzi zapyta.
- Przy Żwirki i Wigury, numeru nie pamiętam, ale to jest ten blok niemal naprzeciw apteki – podałem adres.
- To nie przypadkiem tam, gdzie jakiś czas temu był ten dziwny przypadek zejścia jakiejś staruszki? – zainteresował się.
- Właśnie tam – potwierdziłem ochoczo, przypominając sobie opowieść sąsiada.
- To tyle, dziękuję panu – pożegnał mnie, tym bardziej, że na jego biurku zadzwonił telefon.

●●●

Mój odezwał się godzinę później. Byłem na rynku, gdzie po wyjściu z komendy postanowiłem posiedzieć na ławeczce.
- Tak, słucham?
Cisza. Absolutna. Żadnej odpowiedzi. Nawet oddechu.
- Słucham!
Bez reakcji z drugiej strony.
Rozłączyłem się.

●●●

Rynek prawie letnim wieczorem ponownie stał się miejscem towarzyskich spotkań. Tak jest od czasu, kiedy go wyremontowano, a na środku zbudowano grającą fontannę. Co jakiś czas wzbijającym się słupom wody towarzyszy kilka powtarzających się cały dzień melodii. Od pięciu lat ich zestaw jest niezmienny. Doprowadzający do szału.
Mimo zmroku wszystkie ławeczki zapełnione, na każdej po kilka osób. Żadnych znajomych. Tylko Miley przemknęła, zatrzymując się na moment jedynie po to, by powiedzieć, że spieszy się do pracowni Adama, bo umówiła się z nim na sesję fotograficzną. Jest jedną z jego modelek.
Rozgwieżdżone niebo już mocno zgranatowiało. Księżyc, fontanna, noc. Idealna pożywka dla romantycznych dusz.
- Kurwa, ten ciul Mateusz przylazł dzisiaj w koszulce adidasa, spodniach z najka i pumach na nogach. Wyglądał jak jakiś popierdolony pojeb – dobiegło z sąsiedniej ławeczki.
- Zawsze był pojebany – potwierdził inny głos.
- Ale laski na to lecą!
- Same są pojebane.
- Gdzie się takie ciule rodzą? – zastanawiał się ten pierwszy.
- W Sosnowcu! – rozległ się gremialny rechot.
Ruszyłem pieszo w stronę domu. Półtora kilometra pod górkę. Dwadzieścia minut przyspieszonym krokiem. Można iść chodnikiem w górę, po prawej mijając supermarket i stację, a po dotarciu do kapliczki zwanej szwedzką skręcić w lewo, w ulicę Marii Skłodowskiej-Curie (na tabliczkach jest napisane „C. Skłodowskiej”), przejść obok domu Biola, kolegi Karola, a później przy wypalonym domku Kasi z III edycji Big Brothera, dojść do domku Pogodno, tutaj w prawo i już jestem na miejscu.
Można też inaczej – przed supermarketem z prawej skręcić w lewo w osiedle Słowackiego i między blokami asfaltowym chodnikiem w górę aż do placu zabaw, tam w prawo ścieżką przez trawę, później przez działkę niczyją, następnie wzdłuż płotu nowo budowanego domu, a przy „Promilu” (cudna reklama: „Zakupy u nas wejdą ci w krew”) w górę prosto, mijając jeszcze po drodze domek.
Wybrałem tę drugą drogę.
Kiedy byłem w połowie wysokości chodnika, zauważyłem, że ktoś za mną idzie. Raczej wyczułem, niż zauważyłem, tym bardziej, że nie usłyszałem żadnego dźwięku. Tylko jakby cień przemykający nagle w bok, kiedy się znienacka odwróciłem.
Przyspieszyłem kroku. Dopiero przy placu zabaw zwolniłem. Ponownie odwróciłem głowę. Chyba pusto. To mnie odrobinę uspokoiło, choć nie do końca, bo w ciemnościach trudno byłoby cokolwiek dostrzec. Dwieście metrów dalej, przy zamkniętym już „Promilu”, było jaśniej. Zatrzymałem się w świetle latarni, żeby w razie czego ktoś mógł zauważyć, że coś złego się dzieje. Znowu popatrzyłem za siebie. Nikogo. Ruszyłem.
W domku ciemne okna.
W moim domu to samo.
Starając się uczynić to jak najciszej, by przypadkiem nie obudzić śpiących na piętrze Joli i dzieci, otwarłem i zamknąłem za sobą drzwi. Usiadłem na fotelu w pokoju na dole.
Włączyłem telewizor. Wieczorne wiadomości. Jakiś polityk. Nawet nie słuchałem, o czym mówi, bo zaintrygowało mnie coś innego. Przyjrzałem się dokładniej. Twarz jakby znajoma. Zaraz, zaraz, przecież to chłopak z mojego liceum, rok starszy. Na pewno on. W garniturze, włosy przyprószone, gęba wypucowana, ale ta sama, co kiedyś.
Nie lubiłem go wtedy. Nienawidziłem. Znalazł sobie we mnie kozła ofiarnego. Prześladował na każdym kroku. Wyśmiewał. Zmarnował mi część młodości. Bałem się go. Unikałem. Pamiętam, jak pewnego razu upokorzył mnie przed grupą kolegów z mojej klasy, a oni nie stanęli w mojej obronie. Może ze strachu, że jeżeli zareagują, staną się jego kolejnym celem. Nie chcieli ryzykować. Nie chcieli być tarczą.
Właśnie wtedy postanowiłem go zabić. Następnego dnia przyniosłem nawet do szkoły nóż. Długie ostrze. Gładka rękojeść. Miałem go w torbie. Byłem gotowy użyć. Wyobrażałem sobie chwilę, gdy wbijam go w grube cielsko tego gnoja i czuję wielką ulgę.
Tego dnia najprawdopodobniej nie było w szkole, bo nie spotkałem go podczas żadnej przerwy. Na szczęście, bo chyba tylko dzięki temu przeżył.
Myślę, że bym się nie zawahał.

●●●

Gdybym wtedy trafił na 25 lat za morderstwo do więzienia, od dwóch lat byłbym na wolności, choć pewnie wyszedłbym dużo wcześniej, po odbyciu połowy kary, ale i tak świat, ten mój, różniłby się od obecnego. Wszystko byłoby inne. Inni ludzie, inne miejsca, inne życie. Ja inny.

●●●

Spałem niecałą godzinę. Obudziłem się o siódmej, choć światło zgasiłem dopiero krótko po szóstej. Całą noc czytałem „Kogo nie znam”.
Nie zamierzałem, ale kiedy próbowałem w nocy zasnąć, sen nie nadchodził. Dobre pół godziny przewracałem się z boku na bok, po czym włączyłem lampę i sięgnąłem po kupioną podczas spotkania promocyjnego książkę.
180 stron tekstu. Odłożyłem ją dopiero wtedy, gdy dotarłem do końca. Do śmierci.

●●●

O wapiennikach w Mokrem, bo tak nazywa się ta mikołowska dzielnica, która kiedyś była samodzielną gminą, pisałem wiele razy. Kilkadziesiąt hektarów powierzchni, gdzie kiedyś wydobywano kamień wapienny, wypalany w wielkich piecach. Zachowało się ich do teraz kilka. Mają być jedną z ozdób powstającego tutaj Śląskiego Ogrodu Botanicznego.
W jednym z nich Maciej miał jakoby znaleźć napis „Uziemnić diament”. Ten napis jest kluczowym elementem „Kogo nie znam”. Zauważał go podobno w różnych miejscach kraju i zawsze krótko potem w pobliżu ginęli ludzie. Kto czytał, wie, o czym piszę.
Na napis w Mokrem natknął się we wnętrzu jednego z pieców, spacerując po wapiennikach z Agnieszką artystą plastykiem. Z opisu w książce wytypowałem te, w których mógł go zauważyć. Postanowiłem go odnaleźć. Sam nie wiem, po co, bo szukaniu Macieja w żaden sposób to nie służyło.
Nie znalazłem w żadnym.
Wracałem powoli do samochodu. Droga wiodła jarem, z obydwu stron drzewa i krzaki.
Usłyszałem ich raczej intuicyjnie, bo przecież nie rozległ się żaden odgłos, żaden szmer, nawet kamyczek się nie potoczył spod ich stóp. Odwróciłem się i jakieś pięćdziesiąt metrów za sobą zobaczyłem mężczyzn. Wyłonili się z wejścia do wyrobiska, z którego sam przed chwilą wyszedłem. Nie było ich tam wtedy. Musiałbym ich zauważyć, nie mogli się w swych zielonych mundurach ukryć na szarym kamiennym tle, nie mogli też zejść niespodzianie z góry, bo ściany wyrobiska są zbyt strome.
Było ich trzech. Wszyscy w moro. Biegli w moja stronę. Każdy z nich trzymał w ręku karabin.
Nawet się nie zdziwiłem. Odległa zaledwie o kilometr Sośnia Góra, na której jeszcze kilka lat temu znajdowała się jednostka wojskowa, jest ulubionym miejscem grup rekonstrukcji historycznej odgrywających w tej scenerii swoje militarne scenki. To takie strzeleckie zabawy dużych chłopców bawiących się w wojnę. Ci musieli się chyba zgubić.
Odwróciłem się w swoją stronę i zrobiłem kilka kroków. Dopiero, gdy usłyszałem świst kuli, zaniepokoiłem się. Kiedy spojrzałem ponownie w ich kierunku, nie miałem już wątpliwości. Strzelali do mnie!
Skoczyłem w bok, w krzaki. Biegnąc, rozgarniałem rękami smagające mnie gałęzie. Słyszałem, że są za mną. Zbliżali się, bo zacząłem rozróżniać głosy. Sekundę później straciłem grunt pod nogami.
Toczyłem się bezwładnie po skarpie. Wylądowałem w jakimś zagłębieniu obrośniętym krzewami. Znieruchomiałem. Minęła minuta, może pięć.
- Widzisz go? – rozległ się nagle głos tuż obok.
- Nie – ten był nieco oddalony.
- Może się skrył w tych krzewach? – rozległo się nieco dalej.
- Przejedź po nich serią.
Polecenie zostało wykonane. Na huk karabinu zamknąłem oczy.
- Nikogo nie ma – dobiegło po chwili.
-  Zwiał skurwysyn – powiedział ten pierwszy. – Wracajmy. Jak się znowu tutaj zjawi, to go dopadniemy.
Przeleżałem chyba godzinę. Wygramoliłem się dopiero wtedy, gdy uznałem, że sobie poszli. Skradając się i oglądając co krok, dotarłem do swojego auta. Najciszej, jak to było możliwe, otwarłem drzwiczki. Włożyłem kluczyk w stacyjkę i bez chwili zastanowienia ruszyłem w stronę miasta.

●●●

Policja niczego nie znalazła. Żadnej łuski, najmniejszego śladu, nawet trawa stała niezdeptana, jakby od dawna nikt w tym miejscu nie przechodził.
- To na pewno tutaj? – spytał jeden z mundurowych. – Może się panu pomieszało? Tu jedna ścieżka podobna do drugiej, łatwo się pomylić.
- Nie mam wątpliwości. Pamiętam doskonale – odpowiedziałem. – Tutaj.
- A po co pan tu w ogóle przyjeżdżał?
- Miałem ochotę na spacer – skłamałem.
Nie zamierzałem tłumaczyć prawdziwych powodów, zresztą nie miało to żadnego znaczenia.
- Niczego tu nie ma. Sam pan przecież widzi – zatrzymali się dokładnie tam, gdzie stoczyłem się ze skarpy.
Wyciągnęli papierosy i zapalili.
- Przyjemnie tutaj – zauważył jeden z nich.
- Cisza, spokój – potwierdził drugi.
- Jeszcze nigdy tu nie byłem – dodał trzeci.
Przyjechało ich aż tylu, bo w Mikołowie nie na co dzień strzela się do ludzi.
- Pan wie, że za fałszywe zgłoszenia grozi kara? – zapytał nagle jeden z nich. – Co panu przyszło do głowy?
- Przecież nie zmyślam.
- Pił pan dzisiaj coś?
- Tylko kawę.
- Pan wie, o czym myślę – zdenerwował się policjant.
- Nie piłem.
Przyglądnął mi się.
- To nie pan przypadkiem zgłaszał ostatnio zaginięcie jakiegoś faceta ze Żwirki i Wigury? – zapytał ni stąd, ni zowąd.
Potwierdziłem
- Faceta z mieszkania, które jest puste? – dopytywał.
- Wcale nie puste – zaprzeczyłem.
Machnął ręką.
- A może teraz też się to panu przyśniło? Położył się pan na trawie, zasnął, a wtedy, pan wie, różne rzeczy widać. Tak jak w tym mieszkaniu…
Pominąłem to milczeniem.
- Pan się przypadkiem nie leczy na coś? – zagadnął drugi.
Pozostali nawet nie ukrywali szyderczych uśmieszków. Udawałem, że tego nie zauważam.
- Wiecie co panowie? Może rzeczywiście tylko mi się to przyśniło, sam już nie wiem. Chyba mi się tylko zdawało.
Tak tylko powiedziałem, na odczepnego, ale oni widać uznali, że się z nimi zgadzam.
- Coś często się panu wydaje -  stwierdził tylko jeden z nich. – Nie będziemy tego wpisywać do raportu. Nie było zgłoszenia, zgadza się pan? – zapytał.
- W porządku.
- No to może pan już sobie jechać – stwierdził. – My tu jeszcze trochę pochodzimy, pooglądamy. Może coś jednak znajdziemy.
Myślę, że już nie szukali. Rozumiem ich. W końcu jak się nie chce znaleźć, to po co daremnie tracić czas.
●●●

Być może przeszkodziłem w czymś tym mężczyznom z karabinami, przypadkowo stanąłem na ich drodze? Kiedy analizowałem to, co się stało, cała sytuacja coraz bardziej jawiła się jak jakiś nierealny senny koszmar. Może ci policjanci mieli rację?
To wszystko spowodowało jednak, że odechciało mi się szukać Macieja. Nawet przestałem o niego pytać.
Na parę dni wręcz zapomniałem o nim. Chciałem. W końcu nie jest ani ładną kobietą, ani przyjacielem. Znajomym. Człowiekiem po drodze. Nawet nie musiałem go spotkać. Nie musiałem go poznać. Wielu ludzi nie znam. Mijam. Przechodzę. Obchodzę. Spoglądam i już nie pamiętam. Nie zapamiętuję. Nawet nie zapominam, bo czy można zapomnieć kogoś, kogo nie ma? Musi być ktoś, kogo się nie zna. Jego też przecież nie znam, bo co ja o nim wiem? Tyle, co mi powiedział. Tak się nie zostaje przyjaciółmi.

●●●

W domku od paru dni panowały ciemności. Widocznie Leon gdzieś wyjechał, a Michał nie przyjeżdżał. W pracy roboty nie brakowało. Codziennie wieczorem do domu, chwila przed telewizorem, Jola czytająca Emilce książeczkę w sypialni, Martynia patrząca jeszcze na telewizję, Karol grający w swoim pokoju na gitarze. Godzina przed komputerem, nieaktualna już gazeta z rana, końcówka filmu, program nocny, kanapa, koszmar, przebudzenie, następny koszmar, budzik, jeszcze pięć minut, ząbki, siusiu, spodnie, koszulka, kawa z ekspresu, kluczyki, samochód, kwadrans jazdy, redakcja, komputer, telefon, tekst, telefon, drugi tekst, telefon, kolejny. I tak co dzień.

●●●

Naczelny o Macieju zapomnieć nie chciał.
- Jak z Malickim? – zagadnął pewnego dnia.
- Nie wiem – odparłem zgodnie z prawdą.
- Nie wiesz? – zdumiał się.
- Nie wiem – potwierdziłem.
- No to może po prostu zadzwoń do niego i zapytaj, kiedy będzie.
- Nie mogę.
Spojrzał na mnie jak na wariata.
- Nie mogę – powtórzyłem.
- Nie masz jego numeru – domyślił się.
- On nie ma telefonu.
- Nie ma telefonu? – to go zaskoczyło.
- Nie ma, wyrzucił go do rzeki.
- Tak sobie wyrzucił? Po prostu?
- Tak sobie. Denerwował go. Każdy mógł do niego zawsze zadzwonić, a on chciał być od tego wolny. Więc wziął i wyrzucił.
- Dziwny człowiek – stwierdził naczelny.
- Raczej szczęśliwy.
- Szczęśliwy?
- Chciał być wolny i się stał. W jednej chwili.

●●●

Jola spała. Przytulona do niej Emilka też. Martynia w swoim pokoju. Karol drzemiący na tapczanie przed włączonym telewizorem. Siedziałem sam przed komputerem, ale nie chciało mi się pisać. Nieprzyjazna klawiatura zamąciła tekst już po drugim piwie. Trzeciego brak. Odczuwalny.
Zerknąłem przez okno. W domku wciąż ciemno. Spojrzałem na wyświetlacz telefonu. Po 22, więc „Promil” też zamknięty. Szybka decyzja.
Buty. Półtora kilometra szybkim krokiem. „Pryzmat”. Tłok, bo sobota, w sąsiedniej sali głośny punk. Chyba Your Mother. Przy barze Karolina.
- „Lech”.
- To już chyba nie pierwszy dzisiaj? – spojrzała domyślnie.
- Widać?
- Widać.
- Niedobrze.
Znalazłem miejsce przy stoliku w kącie. Papieros. Łyk. Drugi golden. Duży łyk. Trzeci. Dno.
Podszedłem do baru.
- „Lech”.
Karolina pokiwała głową.
- Na pewno?
- Na pewno.
Dopijałem trzecie, gdy dosiadł się Maciej. Nie zauważyłem, kiedy wszedł. Po prostu nagle pojawił się na pustym dopiero co krześle naprzeciwko.
- Cześć Boguś. Tak sam? – wskazał na pustawą szklaneczkę.
- Sam – potaknąłem. – Wujek Sam – rzuciłem bez sensu.
- Jeszcze jedno? – zaproponował.
- Jeszcze – potwierdziłem.
- Szukałem cię – powiedziałem, gdy stawiał na stoliku pełne kufle.
Dla siebie i dla mnie.
- Tak? – powiedział to jakoś tak nieprzekonująco.
- Tak. Byliśmy umówieni.
- Dlatego przyszedłem – odparł. – Wiedziałem, że tu jesteś.
Nawet się nie zdziwiłem, że wiedział.
- Byłem w wapiennikach.
- Wiem.
- Skąd?
- Musiałeś tam pójść. To logiczne. Szukałeś dowodu.
- Szukałem. I nie znalazłem.
- Wydaje ci się. Znalazłeś – odpowiedział.
- Nie znalazłem!
- Mylisz się, zapewniam cię.
- Nic nie znalazłem, nie zobaczyłem. Sam wiesz, że tam nie ma żadnego napisu. Wymyśliłeś go sobie. Był ci potrzebny.
- Nie widziałeś, ale znalazłeś, choć nawet o tym nie wiesz – mówił to, patrząc mi głęboko w oczy.
Bardzo głęboko. Jakby sięgał wzrokiem gdzieś w głąb. Wiercił. Przenikał.
- Chcieli mnie zabić – pożaliłem się.
- Dziwisz się?
- Pierwszy raz w życiu ktoś chciał mnie zabić.
- Ej tam, pierwszy, nie ostatni. Bałeś się?
- Jak cholera.
- Ale żyjesz?
- Tak mi się wydaje.
- To dobrze, że ci się wydaje.
- U ciebie w domu też byłem.
- Powinieneś tam trafić. To był kolejny krok. Całkowicie naturalny. Przecież cały czas szukasz. Prawda?
- Szukam – potwierdziłem. – Cały czas cię szukam.
- Zdaje ci się – odparł.
- Co mi się niby zdaje?
- Że mnie szukasz.
Żachnąłem się:
- Nic mi się nie wydaje. Szukam. I w końcu się znalazłeś.
Uśmiechnął się lekko:
- Szukasz, ale wcale nie mnie.
-  A czego niby innego?
- Pomyśl.
- Nie mam ochoty na zagadki.
- Zastanów się. Jeszcze jedno? – zapytał, spoglądając na puste szklanki.
- Tak.
Wstał i poszedł w stronę baru.

●●●

Nie wiem, jak długo spałem. Sekundę, minutę, godzinę. Gdy się ocknąłem, krzesło naprzeciw było puste. Przede mną stała szklanka z piwem. Do połowy opróżniona. Podniosłem się. Dotoczyłem do lady.
- Karolinko!
Odwróciła się.
- Był tu Maciej?
- Oj, nie wiem, nie zauważyłam.
- Brał piwo, nawet dwa razy.
- To musiałabym go widzieć, przez ostatnią godzinę tylko ja nalewałam. W tym czasie go nie było.
- Jesteś pewna?
- Jak najbardziej. Może ty już lepiej nie pij – poradziła.
- Nie będę – zgodziłem się.

●●●

Rynek tuż przed nastaniem świtu sprawia dziwne wrażenie. Ostatni pijani zdążyli już dotrzeć do domów, a pierwsi jeszcze się nie pojawili. Wszystkie okna ciemne, w żadnym nawet blasku. Kto miał siedzieć do późna, dawno już zasnął, a kochankowie najwytrwalsi z wytrwałych czynią swą powinność przy szczelnie zasłoniętych kotarach.
Tak to musiało wyglądać również sto sześćdziesiąt lat temu, kiedy wjechał tu powóz, w którym na swą wyprawę po Śląsku ruszył Wincenty Pol. Opisał ją później w opowiadaniu, które zaczął od relacji z tego miejsca: „Nic prozaiczniejszego w życiu nie widziałem jak ten Mikołów o chłodnym świcie, gdzie wszystkie uliczki proste, wszystkie domy jednakie, ponure i ciemne z wierzchu, a jak się domyślać należy, bardzo nudne w środku” – napisał, zastanawiając się, „do czego też takie miasteczko potrzebne na świecie?” I odparł sam sobie, że „głównie do tego, aby mógł egzystować burmistrz mikołajowski”.

●●●

Burmistrzem był wtedy Józef Szaboń, jak pisał o nim kronikarz Konstanty Prus, „człowiek zdolny, uczciwy i ożywiony najlepszymi chęciami”, jednak w Mikołowie nielubiany. W 1847 panował w okolicy głód i zaraza, a ludzie, jak donosił Prus, by głód zaspokoić, „jedli różne trawy, jak lebiodę, koniczynę, szczaw itp., różne korzonki, perz, korę z niektórych krzewów i drzew, grzyby i różne tem podobne rzeczy.” W  1847 roku zmarło w mieście 207 osób, ponad sto więcej, niż w innych, niegłodowych latach. Mikołów liczył wtedy nieco ponad 3500 mieszkańców.
Z epidemią walczył mieszkający w mieście lekarz Władysław Wężyk. W 1845 roku odwiedził go zdążający na zachód Cyprian K. Norwid. Z Wężykiem współpracował jakiś czas również późniejszy odkrywca Troi Rudolf Virchow, który gościł w Mikołowie w roku 1848.
I Norwid, i Virchow doczekali się w mieście pamiątkowych tablic. Zadbał o to podczas swych dwóch kadencji były mikołowski wiceburmistrz Marian Sworzeń. Po śmierci Edwarda Wojaczka, ojca Rafała, spacyfikował pomysł przekazania opustoszałego mieszkania jakiejś wielodzietnej rodzinie. Jego zasługą jest stworzenie w nim Instytutu Mikołowskiego, a także poświęcona Wojaczkowi płaskorzeźba przy wejściu do mieszczącej go kamienicy. To on wymyślił, aby umieścić na niej dwuwiersz ze słowami: „Kogo nie znam”.
Pol nigdy się żadnej tablicy w Mikołowie nie doczeka.
A Sworzeń? Pewnie też nie.

●●●

Nie pamiętam, jak dotarłem do domu. Wiem tylko, że szedłem. Czasami padałem.

●●●

Drzwi były zamknięte, ale kiedy nacisnąłem klamkę, otwarły się. Przez chwilę się zawahałem. Nie spodziewałem się tego, że mieszkanie stanie przede mną otworem. Rozejrzałem się po klatce schodowej, czy nikt nie widzi, po czym przestąpiłem próg. Najciszej jak potrafiłem zamknąłem za sobą drzwi.
W pozbawionym okna przedpokoju panował półmrok. Sięgnąłem po omacku ręką w bok. Kontakt był dokładnie tam, gdzie się go spodziewałem znaleźć. Lampa z jedną słabą żarówką rozjaśniła pomieszczenie. Lustro, pusty wieszak, szafka, na podłodze stare wytarte linoleum pamiętające bez wątpienia czasy towarzysza Gierka.
Drzwi do pokoju na wprost były uchylone. Powoli podszedłem. Popchnąłem je. Zobaczyłem tapczan z niezasłaną pościelą, krzesło, stół pełen przeróżnych szpargałów. Na podłodze obok niego trochę rozrzuconych książek, zeszytów, kartek pustych i zapisanych, w kącie parę pustych butelek po piwie i alkoholu. Stary radiomagnetofon, a przy nim kilka powyciąganych z pudełek kaset.
Musiałem tu przyjść. Kiedy obudziłem się w południe w domu, od razu przypomniałem sobie nocne spotkanie z Maciejem. Leżałem dobry kwadrans, zastanawiając się, czy to był tylko sen, czy też rzeczywiście z nim rozmawiałem. Jedynym sposobem, by się przekonać, była powtórna wizyta w jego mieszkaniu. Za pierwszym razem go nie zastałem. Liczyłem, że teraz będzie inaczej. Joli powiedziałem, że będę z powrotem najpóźniej za dwie godziny i na obiad na pewno zdążę.
Co prawda, tym razem wszedłem do środka, ale Macieja wciąż tu nie było. Nadal nie miałem pewności, czy rzeczywiście dobrze trafiłem. Przypomniałem sobie opowieść mężczyzny z piętra o całej rodzinie, którą jakoby znalazł w tym mieszkaniu martwą. Przeszedł mi po plecach zimny dreszcz, ale od razu odrzuciłem tę myśl jako niedorzeczną. Człowiek najwyraźniej nie ma równo pod sufitem.
Tu mógł mieszkać każdy. Przyszło mi nawet do głowy, że jeżeli się pomyliłem, to mogę się wpakować w niemałe kłopoty, bo przecież w każdej chwili może wejść właściciel, któremu nie wiem, jak wytłumaczyłbym to najście. Spojrzałem z obawą na drzwi wejściowe, jakby spodziewając się takiej sytuacji. Przez moment nawet pomyślałem, żeby szybko stąd wyjść, zanim faktycznie miałoby do niej dojść.
Postanowiłem zaryzykować.
Wszedłem do pokoju. Rozglądając się po nim, przypomniałem sobie wiersz Wojaczka: „Pańską twierdzą i wygnaniem jest ten pokój/ Wieżą ponad dobrem złem i społeczeństwem/ Czy pan nigdy nie próbuje z niego uciec?”
Na ścianie wisiał zresztą przyczepiony do niej pinezką rysunek jakiegoś anonimowego autora z portretem Wojaczka w pozie z jego najbardziej znanego zdjęcia w białej koszuli i krawacie.
Zbliżyłem się do stolika. Na środku leżał równo złożony stos kilkudziesięciu kartek papieru maszynowego. Machinalnie wziąłem je do ręki, kilka z góry przełożyłem. Zerknąłem na trzymaną w prawej dłoni.
Jeżeli dotychczas miałem jeszcze wątpliwości, czy to było mieszkanie Macieja, w jednej chwili rozwiały się.
„– Powiem tyle, że opiera się na tajemniczo sensacyjnym wątku z pogranicza realizmu magicznego. Akcja toczy się równolegle w wielu miejscach, ale stopniowo wszystkie tropy zaczynają prowadzić do Mikołowa. Finał rozegra się na rynku” – przeczytałem.
Przecież to fragment jednego z moich tekstów o nim! Widocznie gromadzi je i przepisuje w jakimś celu, może nawet potrzebne mu są do tej książki, którą akurat pisze? Kto wie, może to jest właśnie jej wydruk? Opanowałem chęć przewertowania jej całej, w końcu nie przyszedłem tu, by zająć się czytaniem, tylko żeby znaleźć autora tej powieści. I chociaż jego samego nie zastałem, zdobyłem przynajmniej jednoznaczny dowód na to, że trafiłem do jego mieszkania.
Usiadłem na krześle. Stwierdziłem, że chwilę poczekam, a on może w tym czasie przyjdzie. Wtedy się przekonam, czy naprawdę rozmawialiśmy w nocy.
Czekałem godzinę. Nie przyszedł.
Kiedy ostrożnie otwierałem drzwi wyjściowe uważając, żeby nikt mnie nie zobaczył, spostrzegłem, że na posadzkę spadła kartka. Mała, złożona na pół. Ktoś musiał ją wsunąć między drzwi a futrynę, kiedy byłem w środku! Schyliłem się, by ją podnieść. W tej samej chwili usłyszałem, że ktoś wchodzi z dworu do klatki.
Szybko zamknąłem drzwi udając, że tylko przed nimi stałem. W dole schodów zauważyłem mężczyznę z pierwszego piętra. Poznał mnie.
- To znowu pan? – zdziwił się.
Wchodził powoli ciężkim krokiem, nie odrywając ode mnie nieprzychylnego wzroku. Nie odezwałem się, próbując go ominąć. Rozłożył ręce, by mi to uniemożliwić:
- Przecież mówiłem, że ten pana znajomy tu nie mieszka, musiał pan pomylić klatki – rzucił w moim kierunku.
- Mieszka – zaprzeczyłem.
- Lepiej niech pan tu już nie przychodzi – stwierdził, jakby nie słyszał tego, co powiedziałem.
- Bo co? – zdenerwowałem się.
- Będę miał na pana baczenie. Jak znowu tutaj kiedyś ujrzę, to na policję zadzwonię – zagroził. – Kręcą się różni, że człowiek we własnym domu nie wie, kogo spotka.
Opuścił ręce, pozwalając mi w końcu zejść. Odwrócił się jeszcze za mną, gdy szybko zbiegłem po schodach. Dopadłem drzwi i wyszedłem na zewnątrz. W dłoni ściskałem kartkę. Będąc już na dworze, natychmiast rozłożyłem ją i rozprostowałem.
Było na niej jedno zdanie. Odręcznie skreślone zamaszystym, ale czytelnym charakterem pisma. Cytat z wiersza Wojaczka: „Kim jest ten, co przed chwilą wyszedł?”

Ewa Olejarz: Nigdy

Zostały trzy dni. Jeszcze nic się nie stało.
I.
Ktoś otworzył drzwi. Wpakował się do mieszkania. Ciągła cisza, a niepotrzebnie. Gdybyś był naprawdę czujny zamknąłbyś nas na klucz. Chociaż raz, jedno przekręcenie klucza. Zaledwie.  Może wtedy nic by się nie stało. Może.

Miała związane ręce. Jej nogi przywierały do kaloryfera. Nie czuła już jego temperatury. Mogła zatamować krew tylko przybliżając uda do siebie. Bliżej do niego. Ale to nie było już możliwe. Czuła, jak drży. Plecy przywarły do podłogi. Nie miała odwagi otworzyć powiek. Zobaczyć, czy jesteś i czy jeszcze żyjesz. Zasnęła.

Kiedy oddychałeś spokojnie, Anna wiedziała, że spuściłeś się w wyjątkowo udany sposób. Wciąż czuła smak spermy, ale jeszcze nie wstała. Jeszcze jeden papieros, pomyślała. Ostatni. Nie lubiłeś tego. Odganiałeś ręką dym. Zawsze dyskretnie (nie ważne, czy w kawiarni, pokoju, czy gdziekolwiek). Można powiedzieć, że się o nią martwiłeś. Nieprawda. To ona zawsze martwiła się o ciebie. Bała się, że umrzesz za wcześnie. Za wcześnie. Paradoks, zważywszy na to, co się stało.

– Dlaczego nie odwiedzisz ojca. Masz wątpliwości? Nie widziałeś go od trzech lat. Dlaczego milczysz? Przecież wciąż o nim myślisz. Mam rację. Tak myślę.
– Niestety. Ale właśnie to mnie martwi (że wiesz czego potrzebuję). Ale ja nie mogę tego zrobić. Ani dla ciebie, ani dla niego. Ani w ogóle.
– A mama?
–Jest zajęta, a jak nie i tak znajdzie coś do roboty. Chcesz to sama z nią porozmawiaj. Chcesz się zdołować, proszę bardzo.
– Wiesz, że ja nie mogę. Nawet nie wpuściłaby mnie do domu. Nienawidzi mnie nawet, gdy mnie nie widzi. Gdy mnie nie ma. Gdy o mnie nie myśli. Po prostu udaje, że nie istnieję. I że nigdy się nie spotkaliśmy.
– Wiem.

Nigdy jej nie przerywałeś? Czekałeś, aż się naopowiada, wypluje z siebie słowa, które zapamiętywałeś. Raczej unikałeś z nią tej zjadliwej konfrontacji. Trzymałeś w zanadrzu wszystkie chuje i kurwy. Teoretycznie dla i o obcych. Nie dla niej. Czyli nie tak od razu. Pamiętam jak się poznaliście. Wasze pierwsze spotkanie. Musiałam to z niej wyciągać, użyć cierpliwych słów, zapewnić bezpieczeństwo. Ufała mi. Kochała ciebie. Nie wiem, czy powinieneś wiedzieć więcej. Przecież mogła opowiedzieć ci wszystko. Mogłeś ją zapytać. Chciała rozmawiać tylko z tobą. Nie rozumiem zresztą dlaczego. Miałeś tyle możliwości, tyle wpływu. Myślę, że ją zostawiłeś o wiele wcześniej, niż to się stało. Zadawałeś jej ból, którego nie unikała i do którego przylgnęła. Nie powinna być z tobą. Twój ojciec miał rację. Zostawiła mi list, ale dam ci go wtedy, gdy powiedziała. Musisz zrozumieć. Nie mogę i nie chcę teraz dłużej z tobą rozmawiać, ani na ciebie patrzeć. Trudno, to twoja wina.
II.
Wtedy nie miałaś czasu. Nie rozebrałaś się, nazbyt. Nie wiem czy cokolwiek  planowałem. Wątpię. Czy zastanawianie się nad tym, jak cię rozchylę, jak rozchylę samego siebie, czy to cokolwiek by zmieniło?. Śniło mi się, że nas czuję, że mnie pokonujesz (bezsilność). Tylko, że wtedy nie wiedziałem, że nie mam takiej władzy. Bałem się. I długo nie potrafiłem zapamiętać ani twojego dotyku, ani ciebie. Przyjemności. Ale chciałem.
– Nie mamy już czasu. Ubierz się proszę, to nie potrwa długo. Pomału. Zaczynam się denerwować. Mam jeszcze tylko godzinę, czyli znowu nie zdążę. Nie chcę, żebyś widział, odnosił wrażenie. Mam więcej do stracenia niż ty. To jest prośba .
– Nie proś mnie.
Mogłem usiąść gdziekolwiek. Teoretycznie. Mogłem też się już wtedy domyśleć, co zaplanowałaś (zanim fotel okazał się za wysoki – dla ciebie). Uderzałaś mnie swoim odruchem ciała, więc momentalnie nie czułem dotyku. Zalałem się jakimś ciepłem. Teraz to pamiętam. Wtedy zmumifikowałem oddech. Całość. Nie wiem, jak działałem. Nie chciałem się zapamiętać. Nie oddałem ci ani ciepła, ani siebie. Zawsze ogarnia mnie sen gdy myślę o sobie w taki sposób. Teraz, gdy nie mam już sposobności na żaden twój dotyk, jest inaczej. Ale nie jest i nie było mi z tym łatwiej. Mogłaś jeszcze spróbować, przecież wyraźnie sugerowałem. Ale nigdy nie byłaś cierpliwa. Nigdy.
Przecież się cieszyłem, wyartykułowałem ci, że się cieszę. Spotkanie z tobą nie miało być jak sugerowałaś zabiciem nudy. Ciekawość? Nie. Coś więcej. I nie wykluczam, wrażenie mogło być subiektywne. Ale wiedziałem, że nic nie przyjdzie mi łatwo. To byłoby za proste.
Miałaś zabawny sposób wąchania. Zauważ, że nie skomentowałem. Wielokrotnie. Ale i ty wnosiłaś zapach. Wynosiłem go. To miało swoje znaczenie. Bo z czasem nauczyło mnie, że nie mogę cię na sobie zostawić. I nie mogę zatrzymać. Moje wejście i wyjście musiało być niezauważalne. Należało jednak drastycznie zastosować terapię pod kryptonimem koniec. Tylko niech sobie przypomnę… Wszystko od tylu kroków naraz, przez twoje żegnam (gdyż nie dzielisz się z nikim). Po jego głos w telefonie, który nie wiem po co odebrałaś. A kto potem odezwał się pierwszy?. A jakże.
III.
Wiem, że nie mogłaś zostać. Wiem. Nie myśl, że to mnie nie dręczyło. Nie mogłem cię mieć tylko dla siebie, ale miałem. I każdego dnia, każdego dnia, gdy cię nie było, nie zasypiałem. Lekarz, mnie wkurwiał, ale przecież wiedziałaś, że do niego nie chodzę.
Kłamałem, a ty udawałaś. Nie masz pojęcia, jak działają te leki. Miałem się przecież po nich uspokoić. Być, kurwa, grzeczny, czy coś w tym rodzaju. Taka jebana kuracja, po której zawsze czułem, że odpływam. I jeszcze mi nie stawał. Teraz nie śpię prawie wcale. Ktoś mnie odwiedza. Wiem kto. Ale nie otwieram mu drzwi. Nie otwieram już drzwi. Niech się wszyscy odpierdolą. Nie na długo. To nie potrwa długo. Raz podjętej decyzji, nie będę przecież zmieniał.
– Nie ma jej. Ma teraz wykład. Proszę przyjść za dwie godziny i bardzo proszę tak na mnie nie patrzeć. Czy ja mówię niewyraźnie? Nie ma sensu tu czekać. Wyproszę pana i tak.
– Mam czas.  Za dużo czasu.
– A jak pan się właściwie nazywa?
– Proszę pana….?

Wyszedłem ale mogę poczekać. W końcu … Co za list? Banał. Ciekawe, od kiedy go pisałaś. Może wszystko zaplanowałaś. Ty lubiłaś planować. Nawet miałaś noworoczne i wielkopostne postanowienia. Siedem razy zgrzeszyć, tak? I na pewno tak zrobiłaś. Kochałaś się.  O tak, bo ty się nie pierdoliłaś, tylko się kochałaś. Tak po prostu. Potrafiłaś podnieść się na przykład delikatnie, po tym jak mnie wessałaś. Jakbym nie istniał. Jakby mnie tam wcale nie było. Ale to teraz mnie nie ma. I już nie będzie. I jeszcze ten wykład. I o czym?  Postmodernizm. Też coś. Gdyby nie ten list i jeszcze ta niby cała prawda.. Idiotyczne. I tak nie rozumiem.

– Aniu, która…?
– Późno.
– O kurwa…
– Zawiozę cię.
– Wiem.

– To przez tą cholerną wodę wcale cię nie słyszę, Zaraz wyjdę. Nie martw się. Dzisiaj się nie spóźnisz.
– Ja się nie martwię.

Przyszedłeś. No tak. Nie mogłeś po prostu odczekać? Jakaś cierpliwość. Wiem, dla ciebie to nie żałoba. Tylko nie mogę z tobą rozmawiać ani tutaj, ani teraz. W rektoracie  czeka na mnie ktoś z wydziału. Poza tym, nie mam tego listu przy sobie. Bo przecież po to przyszedłeś. Nie na wykład ani żeby mnie zobaczyć. Ale może masz rację. Skończmy to. Więc jak możesz, przyjdź do mnie jutro wieczorem. Wiesz gdzie mieszkam. Anna przyjechała raz, z tobą. Czekałeś wtedy w samochodzie. Na pewno pamiętasz. Zresztą mam twój numer telefonu i twój mail. Dała mi to wszystko na wszelki wypadek. Ona zawsze przeczuwała. Więc daj mi teraz spokój. Zajmij się czymś. Do jutra. Odezwę się do ciebie.
Tak. Na pewno

IV.
Mogłem zrozumieć dlaczego wciąż mnie wypraszasz. Unikałaś mnie jak wielu, ale Annie zależało. Chciała mnie koniecznie z tobą zaprzyjaźnić. W sumie kto wie, gdybym cię nie pamiętał z tamtego egzaminu, i kilka razy potem.
Wiedziałem, że z tobą rozmawia, zamiast ze mną. To było sprawiedliwe, niemniej wkurwiające. Mogłem coś wtedy zrobić, zatrzymać ją na noc, zaprosić, zapłacić. Ale po co. Jeśli ktokolwiek oczekiwał, że coś zrobię, to najwyraźniej mnie z kimś pomylił.

Miód na serce? Tak miałem to. Obarczyłaś mnie czułością. Mogłem być bardziej ostrożny. Ale to już bez znaczenia. Mam i nie mam. Co osiągnąłem?. Zapierdalam cały dzień. Piękna praca, w której przeczytałem wszystkie książki, których nie chciało mi się nosić, polecać, ani sprzedawać. Pieprzony uśmiech na twarzy, gdy wciskam babci X, jakąś niby powieść o „Solidarności”. Mit. Co najmniej, lecz i  tak sprzedaż wzrasta. Każdy klient wychodzi zadowolony. Taki byłem miły. Wczoraj, dzisiaj. Tylko nie jutro. Nic już wam nie wcisnę. Gest boży. Niech się wami zajmie superwizor.

– Kawa, herbata, wody?
–Cola.
–No to mamy problem.
–Obojętnie, może być kawa.
– Wciąż nie palisz?
– Palę.
– A więc nie jest jeszcze, aż tak źle.

Na chwilę wyszłam. Po prostu przeszłam do kuchni. Mogłeś spokojnie zlustrować pokój. Ale list, a właściwie to co miałeś, co może chciałeś wtedy usłyszeć, miało nastąpić nieco później. Byłeś, jak to określić, niezdecydowany? Możliwe. Mój czajnik ciągle czekał na lepsze czasy, albo takie pamiętał. Wymagał nalania wody, włączenia gazu i chyba ponad pięciu minut na start pary. XX wiek, nie XXI. Nie wiedziałam, z pewnością nie byłam pewna, jak zacząć z tobą wtedy tą rozmowę. Otworzyłam lodówkę. Wątpliwe, czy należało zaproponować ci cokolwiek. Miała być po prostu kawa. Nie, nawet nie to. Powinnam wtedy zostać w pokoju. Po prostu usiąść i jakoś zacząć, a potem skończyć. To miała być tylko rozmowa. Nie opowieść. Obiecałam Annie, że nie wpadnę w narrację. Nie. Obiecałam sobie. Teraz, nie należały ci się już żadne wyjaśnienia. Za późno. Tak jak ci wcześniej mówiłam, byłeś tak blisko i mogłeś wtedy jeszcze z nią rozmawiać. Ale wolałeś cieszyć się, że po prostu jest, że zawsze ma dla ciebie czas. Nawet, gdy każde wasze spotkanie okupowała tyloma kłamstwami lub niedopowiedzeniami. Tak było wygodniej? Możliwe i nielogiczne. Ale i tak nie wypiłeś wtedy tej kawy. Gdy wróciłam, już cię nie było. Myślałeś, że list jest na stole? Że tak po prostu go mi zabierzesz, że jest tylko dla ciebie? Nawet jeśli tak, musiałeś jeszcze poczekać. Sam zdecydowałeś. Gdybyś wtedy został, nie musiałbyś mnie już o nic prosić. Nie upokorzyłbyś się, aż tak. Ale nie jest mi ciebie teraz żal. Trudno. Tęsknię za Anną.

V.
Wróciłem do jej domu. Przecież wciąż miałem klucze. Tyle pustych pokoi. Chciałem wtedy zabrać tych moich kilka rzeczy i zniknąć. A powinienem je wyrzucić albo mu oddać. Miałem się jeszcze zdecydować. Zatrzymał mnie zapach (L’instant de Guerlain Pour Homme). I zdjęcie. Jedna, jedyna wspólna fotografia. Razem. Zapaliłem papierosa. Uruchomiłem mięśnie gładkie i musiałem się wysrać. Wysrać to wszystko z siebie. Raz na zawsze.

Miałaś trzy lata. Matka weszła właśnie tymi drzwiami. Nie przyniosła ci brata. Ani teraz, ani dwa lata później. Był rok 1977. Dokładnie trzydzieści cztery lata temu. Ciekawy rok, za wciąż żelazną kurtyną. Gruby G od kilku lat się upierał, że mamy cud. Jeszcze przez trzy lata można cię było karmić towarami z eksportu. W ilości większej i bardziej legalnej niż wcześniej i potem. Ale ty i tak niewiele jadłaś. Ja jadłem coraz mniej. Nie dbałem już nie tylko o wygląd, harmonogram spożywania kebabów, chipsów, orzeszków, pizzy czy coli. O nic. Patrzyłem na stare drzwi. Może ktoś je kiedyś wymieniał od 1910 roku, ale po co mi ta wiedza. Tam, wtedy zawsze zakładałaś ten drobny łańcuszek. Jakby to miało uchronić nas od jakiegoś intruza.

Drzwi nie stawały się bezpieczne. Ale nic nie mówiłem. Jak wtedy, gdy spadł deszcz, a ty znowu się gdzieś spieszyłaś. I znowu mnie odwiozłaś. Wtedy też nic nie mówiłem. Tymczasowo. Aż do chwili, gdy zadałem ci w końcu to pytanie: dlaczego ja? Pamiętasz? Myślenie o tym stawało się ciężkie. Tonaż wijących się w głowie domysłów. Ale jak ktoś ma mało lat, za mało żeby się bronić i za dużo, żeby nie rozumieć, zaczyna sobie coś uświadamiać. Że jest trochę bardziej wyizolowany od reszty. Że wpada w stan psychicznej i fizycznej alienacji. A tą zachowałem w pamięci od powiedzmy szóstego roku życia. To jest wrażenie, jakby ktoś cię hipnotyzował. Tak, żebyś czegoś czasem nie robił. Na przykład nie przytulał się do ludzi. Nie dotykał. Albo inaczej, bardziej szczerze, żeby oni, w żadnym wypadku nie dotykali ciebie. To szczególnie trudne, gdy się okazuje, że masz myśli i palce wirtuoza. Gdy możesz dotknąć tak, że każda wagina wytryska.

Biurokracja połączeń nerwowych, zaczyna jednak swoją mozolną pracę. Zaczyna się proces rozmowy pomiędzy rdzeniem a synapsą. Nie dotykaj! Tyle razy mogło się wydarzyć coś miłego. Gdybym się nie oddalał. I może gdybym wtedy został, gdybym się stamtąd nie ruszył. To teraz odciąłbym mój rdzeń. Dotykał cię do nieprzytomności. Zakodowałbym zmianę. Odnotowałbym, co i jak powiedzieć. Nawet zaważywszy na i tak zaprogramowanego życiowo pecha. Może jednak coś bym zmienił. Wykonał niewykonalny wcześniej i potem ruch. Ale to już mi wtedy nie wystarczało.

Bo mam, powiedzmy, dziesięć lat. Zapamiętuję szybko lub za szybko, jak kto woli. Drażnię się z psem, którego ojciec i tak nigdy nie pozwoli mi mieć. Istnieje też i siostra. Jest mała. Nosi wymarzone (przez niego) niemal biblijne imię. Mam się z nią bawić? A co ja mogę? Opowiadam jej bajki, jak kiedyś tobie. Ale są za duże dla niej i chyba za smutne dla ciebie. Mama pewnie opowiadała ci, jak ją głaskałem i mówiłem (na głos), że jej zazdroszczę. Pewnie do dzisiaj główkują, co miałem na myśli. I co zmieniłby fakt, gdybym im wytłumaczył. Obrzydliwe słowo – wytłumaczyć. Więc im darowałem.

Niestety, ty już wiesz i jak wielu chciałoby myśleć – wiedziałaś. Banał, ale w matematyce nie istnieje prawdopodobieństwo równe dwa. Jak mogli podzielić uczucia tak perfekcyjnie, tak, żebym tego nie odczuł i nie zauważył. Brawo mamo und tato. I nie będzie znaku zapytania. Tylko ty wiesz dlaczego. Ty wiedziałaś, czego potrzebuję. Chociaż nie podobało mi się od początku miejsce, w którym ci to zakomunikowałem. Niepotrzebne, niepotrzebne uczucia skreślić. Nie wiem, czy wolałbym uczynić podróż z mojego niby życia, posiąść majątek i po prostu podróżować. Potem wszystko stracić (finanse) i w pożodze wojennych perypetii, zyskać chociaż wspomnienia. Tymczasem, mam wielce zajmującą mnie pracę.

Przyjaciele? Zabawne, co oni beze mnie zrobią, gdy nie będzie mnie na przykład przez tydzień. Co jeszcze? Szkoła. Witam wszystkich. Chuj wam wszystkim w dupę, cytując Limonowa. Zanim jednak tych kilka słów padło, szczerze się starałem. Problem w tym, ze większość z was nie zwraca uwagi na detale. I chociaż (co nie musi być konieczne), czasami jednak jesteście konsekwentni. Nie miej złudzeń. Szkoda rzekomej pogadanki, ale to prawda. Może nie ma nic gorszego niż złudzenia. Może. I tylko prorocze przesłanie, że trzeba wyciągnąć rękę. Nie aż tak, jak ci to kiedyś zacytowałem i już nigdy nie będę mógł przypomnieć. Skłamać. Ile interesujących informacji wynoszę? Kilka. Parę. Mam poważne wątpliwości, czy ta wasza instytucja jest komukolwiek potrzebna. Zjadacze chleba powszedniego. Pierdolone darmozjady, bezgłowia. Emocjonalne braki, elementarna zaledwie wiedza. Nuda i wszelka niemoc. Znieczulenie. Pięciu dobrych i wystarczy. I tylko z rzadka miód na serce.

VI.
Pamiętam ten dzień. Nie zapomniałem. Problem polega na tym, że tego nie umiem. Powiedziałem ci, że było słonecznie. Tylko tyle wiedziałaś. Plus to, że widocznie było mi to wtedy potrzebne. Teoretyczna prawda. Sporo niedopowiedzeń, ale po co mówić prawdę. Co mogłaś mi wtedy odpowiedzieć. Zignorowałabyś. Tak myślałem. Teraz to wiem. I to twoje durne pytanie: jak to się wszystko skończy? A wtedy nic się jeszcze nie zaczęło. Więc ci to wypomniałem, zarzuciłem, jakby to była tylko twoja wina.

Pierwszy raz zadzwoniłem, bo alkohol, ciekawość i potrzeba dymania była tego dnia teoretycznie nasłoneczniona (przecież wiedziałaś, że mogłem zaakceptować zimę, którą tak lubiłaś, ale pod warunkiem, że niebo będzie bezchmurne). Nie ukrywałem tego. Jakikolwiek ruch z mojej strony to imaginacja. Właściwie nie koduję ruchu. Płynnie przemieszczam się w myśli. Robię w niej dużo rzeczy. Nawet z tobą. Nie wymyśliłaś tego. Zaplanowałaś mnie. A ja się poddałem. Miało (mogło) być dobrze, a wyszło jak zwykle. Zapraszałaś mnie, wyrywałaś z korzeniami. I byłem. Byłem z tobą i rozmawiałem (też). Czasami i tak wydawałaś się za blisko. Do pewnego dnia, gdy naprawdę posmutniałem. Mój ojciec spotkał się z tobą. Zrobił mi to własny tatuś. Jakbym go nie znał.
I to jest kurwa ten paradoks. Jakbym nie wiedział gdzie wsadził tą swoją słoneczną twarz. Na pewno potem nie chrapał. Nie miał w zwyczaju stosować przyzwyczajeń poza domem. Postarał się. Przecież go znałaś. Pomogłem mu. Taka rozrzutność uczuć. Nawet się o to nie podejrzewałem. Ani siebie, ani jego. I to nas do siebie zbliżyło. Jakby prze te wszystkie lata nie było innej możliwości. To ja was poznałem i to wszystko, kurwa, to była moja wina. Utkałem nas i okaleczyłem. A potem musiałem to naprawić. Więc zadzwoniłem do ciebie drugi raz. Ostatni, jak się okazało. Nie ważne, co mi wtedy odpowiedział. Odebrał telefon i poznałem jego głos. Zabawne, nawet nie płakałem zbyt mocno. Pomogła mi własna duma. Potem potrzebowałem czasu, żeby ją wyciszyć. Nawet nie pomyślałem wtedy o mamie. O nikim.
Wrócił po trzech dniach do domu. Nie odezwał się i nie tłumaczył. Zamknąłem się w pokoju. Serfowałem. Jemu to zawsze było na rękę. Przynajmniej nie musiał mnie oglądać. Wtopił się w mieszkanie. Miał sine oczy. Bardziej niż zawsze, gdy rano zakomunikował, że wychodzi. Matka odprowadziła go wzrokiem. Teoretycznie tym samym, gdy to ja wychodziłem do ciebie. Zrobiłem to samo. Wyszedłem. Ostatni raz. Spakowałem siebie do plecaka i wprowadziłem do ciebie. Do mieszkania, w którym teraz jestem kompletnie sam. Do mieszkania, do którego ciągle mam klucze, które powinienem, muszę oddać. Miałem jeszcze zdecydować.

VII.
Pracowałyśmy razem. Od początku. Nasza przyjaźń, powiedzmy – poważna dwutorowa komunikacja. Pamiętne schody. Dawno temu. I miałam wtedy osiemnaście lat. To była chyba herbata, to, co spuściłam na głowę partnera tamtej kobiety. Powiedzmy damy. Stałaś na dole. Uśmiechałaś się do mnie. Tak często śmiałyśmy się razem. Mówiłaś, że miałam wtedy brązową sukienkę, a ona była zielona.
Nie było kłótni. Nadwrażliwość i przeczulenie. Byłyśmy takie. Kto nam zaprzeczyłby? Może w momentach słabości czyli podzielenia. Gdy ty, gdy ja nie mogłyśmy wyciszyć nademocji. Ale to między nami toczyły się: czas, praca, oni. Pamiętasz, jak zabrałam cię na zajęcia, pierwszy wykład z postmodernizmu też coś znaczył. Zniechęciłaś się. No dobrze. Miałaś stać na ziemi. Studiować swoje. A ja mniej więcej wtedy poważnie romansowałam. Później zresztą też. Tak, ta odwrotność naszych zachowań. Zapisana w naturze asymetria: twój dobry dzień, a mój nie. Otwierałaś drzwi do siebie, ja od siebie itd. Jak z kakao, którego nigdy nie lubiłam.

Gdyby palono na stosie czarownicę, ja byłabym inkwizycją. Nieinkwizycją. I pieprzyć tych, którzy teraz nie rozumieją. Potem już praca. Jak przeznaczenie. Wiem, wiem, to jego zdanie, ale i mnie nie brak twierdzeń. Mawiałam przeznaczenie, zanim go poznałaś. Nie od razu założyłyśmy wspólnotę. Autokar do średniowiecznej stolicy przeważył. Zdeterminował nasze życie.

VIII.
Nie dzwoniłem, nie pisałem. Wątpię czy powinienem. Jak zwykle pogorszyłbym sprawę. Byliśmy bliżej, przynajmniej tak to wyglądało. Ale musiałaś wyjechać? Sugerowałem, że pojadę z tobą. Między wierszami, ale skutecznie zmieniłaś temat. Może gdybyś nie zgubiła wtedy drogi, gdybyś się nie zagadała, powstałby klimat i rozegrałbym to inaczej. Cokolwiek jednak zaplanowałem, miażdżyłaś to trywialnie jakimś słowem ignorancji. Uznałem to za kłamstwo skuteczne, na tyle żeby nie podejmować już (na razie) tematu.

I tak traciłem kolejny wątek. Faktycznie nie zrobiłem nic. Czekałem. Mogłem.

Zawsze istniało jakieś prawdopodobieństwo, że to ty odezwiesz się pierwsza. Tak przecież było. Wygodnie, nieracjonalnie, ale to był fakt. Pewność? Był. Mogę się mylić, jak bardzo to jest teraz już nie ważne. Nie wiem. Mam nadzieję, że zrozumiem. Nie odnajduję całości. Zanurzyłem się w jakąś kobietę. Na razie tak trwam. Należy to docenić. Przecież nawiązałem ciekawą znajomość. Jest ładna. Nie podoba mi się, ale jest mną zafascynowana. Może to cynizm. Powiedzmy, że udany. Wkładam ją na siebie. Ona coś jęczy. Kakofonia. Komu to przeszkadza. Ma nogi i jest taka mokra, że nie mam serca, jej nie wylizać. Kilka razy związałem ją za mocno. Zapomniałem folii. Mniejsza z tym. Uderzyłem ją celnie i leciutko, ale się nie roześmiała. Chwilowa dezorientacja. Przytrzymałem mocniej, mocniej. Nic. Znowu zapomniała się odezwać. Nuda. Rozwiązałem jej nogi, niech się chociaż spuszczę po ludzku. Wytrysk taki sobie. Westchnąłem, żeby było jej miło. Nawet jej nie zaproponowałem kaloryfera. Pamiętasz?

A potem urywki wspomnień, rozmów, jakby i to nie miało być iluzją. To tak jakby twój bohater nie był prawdziwy, jakbyś go sobie wymyśliła, oprawia w ramki oraz w szkło. Wykorzystałaś mnie haniebnie. Jestem tego pewien, tak samo jak tego, że pewnego razu padło słowo – strach. Bo odczuwałem go, nie bojąc się w jakimś sensie autentyczne. Brak tu żadnej przewidywalnej jego konsekwencji. Powiedziałaś, że szczęście dotknie mnie bardziej, niż nieudana próba. Kolejna. Zatem, co ty myślałaś? Że to nie był prawdziwy strach? Mamrotałaś, że tak naprawdę nasiąkam bólem, że jestem w coraz mniejszym stanie wytrzymać obojętność, nieludzkie, niehumanitarne gesty, za ciężarne słowa wymierzone we mnie, przeciwko mnie. Cały utkany z bólu? Synapsy na skórze, na rzęsach. Mówiłaś, że wcale nie mogę się bać, że jestem zahibernowany. Odrzuciłaś to tak po prostu.

XI.
– Czasy pogardy, nigdy nie mówią o milczeniu. Gniewie ściśniętych ust. Lamencie czy nawet skardze.  Lepiej milczeć niż podlić się. Zachować więc siebie nawet wewnętrznie uwikłanego, niezawisłego. Zawiedziony kochanek (jako formuła jego postawy, obezwładnienia) odrzuca lament. Tylko powierzchownie wybiera świadectwo prawdy do końca.  Woli strzec siebie jako instancji niezależnej i nie ulegać powierzchownym emocjom. Być połowiczny w uczestnictwie ze wspólnotą. Woli stać osobno. Stwarza sobie przestrzeń pełną suwerenności choćby za cenę wyobcowania się. Nie jest to schizofrenia niezamierzona. Jawi się jaki możliwość samoobrony. Obrony osoby, która czuje. Zabezpieczyła swą podmiotowość. Wyrzekła się siebie częściowo. Skoro nie można inaczej, tylko w głębi i na innym poziomie języka ukryć coś, co uznaje się za najbardziej jasne, można to wykluczyć. Pozbyć się tego. Przywiązać do martwego przedmiotu i upuścić temu krew. Będzie tak postępował ketman. Bo takie jest kryształowe wnętrze brudnego człowieka.

Łukasz Dynowski: I ap, ap

Pada i pada

jabłko po jabłku, Uradowany tą ulewą wyciąga, pstryk, zdjęcie. Ładne, mówi i ą zaraz bębniarze, których pełno, bo jedenasta pięćdziesiąt dziewięć. Dwunasta,

pada i pada

bęben po bębnie, Uradowany tą ulewą wyciąga jabłko przez ziemię wciągnięte. Smaczne, mówi i ooo zaraz w głowie, bo dwunasta jeden. Jabłka na ziemi, nad nimi drzewo, na nim jabłko, nad nim Uradowany. Już mniej. Przygląda się, wieje wiatr.

- oho, oo, ee – pozdrawiają go bębniarze.

–  oho, oo, ee? – dziwi się jabłkom na ziemi, nad nim drzewu, na nim jabłku.

–  dziwne – dodaje i

do domu, dzwoni, nie będzie go w pracy.

–  Nie będzie mnie w pracy.

Z domu, jabłka, o na drzewie, bębniarze.

–  Nie będzie w pracy – jeden z krzyczy, Uradowany

dziwi się, jabłkom i jemu, że on wie, że jak, że on tu, a on tam, jak więc. Nie zawraca sobie tym głowy.

Pada i pada

nie będzie w pracy po nie będzie w pracy, przez bębny niesione. Zawraca sobie tym głowę. I zaraz znowu nie. I zaraz

po piłę idzie, z piłą idzie. Ciąć będzie – to zdziwienie tego wymaga, więc

pada i pada

drzewo po drzewie, trzaskiem na końcu łamane, bębnom pracę zabierającym. Niektóre z tych efektów trzasku traktuje sobie jeszcze nogą, niektórym odradza takie pewnego rodzaju zachowania. Jednego zrobiło mu się szkoda i przetoczył go na drugą stronę. I ściął gałęzie. I wyrwał korzenie.

Wisi jabłko, sąsiad

–  egh.

–  chory?

–  zdrowy.

Wisi jabłko.

Pali gałęzie ścięte, chce się zabrać za rozebranie schodów, ale potem mógłby po nich chodzić w kółko na jednym poziomie. To nie, to

ogrodzenie rozbiera, się zabiera, ściąga, szlifuje, przykłada kawałek metalu do kawałka metalu i jeździ, piszczy, bębnom rytm zabierając. I zabiera siatki wszystkie ogrodzenia i

pada i pada

bębniarz po bębniarzu, wlewają się przez płot, wisi i wisi, bębnami niosąc. Jakby nie wiedział. Wie i je wiatr. I on przed nimi, bębnami, tłukącymi mu i tak utłuczone wnętrzności. Cofając się wymiotuje. Cofając się cofa do drabiny. A obok  –  jabłka na ziemi, nad nimi drzewo, na nim jabłko, nad nim Uradowany. Już ani trochę. Przygląda się, wieje wiatr.

Pada i pada

uradowany na ziemię, przez wiatr i bębny strącony, szyją na piłę, szyja trzaskiem łamana, ale cichutkim.

–  oho, oo, ee – dziwią się bębniarze uradowanemu na ziemi.

Jednemu zrobiło się go szkoda i przetoczył go na drugą stronę.

Łukasz Dynowski

Joanna Jagiełło: Wystawa

–Dlaczego fotografia? – Heller otworzył usta i palcem lewej ręki pstryknął o dolne zęby. Podniesione w górę brwi zmarszczyły gładkość łysiny. – Widzi pani…

– Marta. – wtrąciła szybko.

– Widzisz, człowiek zawsze chciał uchwycić to, co nieuchwytne, zatrzymać, to, co mija. Prawdziwe piękno nie trwa dłużej niż naciśnięcie migawki.

Spojrzał na nią. Lekko przekrwione białka ukrywały bladoniebieskie tęczówki. Od skrzydełek nosa biegły w dół smutne pęknięcia.
– Prawdziwe piękno to chwila. Taka, jak teraz, Marto.– Powiedział to miękko, za miękko.
Marta wyłączyła dyktafon i szybko wsunęła go do torebki. Już otwierała usta, żeby podziękować za wywiad i powiedzieć, że musi iść, gdy Heller przysunął bliżej krzesło. Jego twarz była tak blisko, że czuła ciepło oddechu. Dotknął jej włosów. Miał duże, ciepłe dłonie. – Chodź, pokażę ci zdjęcia. – powiedział i podniósł się. Znała jego fotografie, była na wszystkich wystawach, ale posłusznie poszła za białym szlafrokiem.
Kiedy Heller otworzył jej drzwi tak ubrany, pomyślała, że jest jednym z tych ekscentryków, którzy za nic mają reguły i normy. Jednak jego plecy i pośladki wyglądały dobrze w białym frotte, a kontrast pomiędzy bielą a opalonym ciałem był uderzający. Głowa Hellera wyglądała jak rzeźba z brązu na białym postumencie. Posłusznie szła za nim, kawowy dywan tłumił ich kroki. Miał piękne mieszkanie. Biel, czekoladowe brązy, doskonałość minimalizmu. Pchnął drzwi i zapalił światło. Marta mało nie krzyknęła ze zdumienia. Pokój był ogromny, na białych ścianach po dwóch stronach wisiały dziesiątki fotografii. Tych prac nigdy nie widziała. Kobiety i mężczyźni ze zdjęć siedzieli lub leżeli w różnych pozach, zawsze nadzy. Ich czarno białe ciała były doskonałe, i gdyby nie czerwone plamy krwi wylewające się spod czaszek, dziury w czołach, czerwone pręgi na szyjach, można by powiedzieć, że śpią. Ich twarze rozświetlał uśmiech, jakby śnili o czymś pięknym. Mężczyźni wisieli po lewej stronie, kobiety po prawej. Marta poczuła, że kręci jej się w głowie. Bała się spojrzeć na Hellera, patrzyła tylko na zamknięte drzwi, zastanawiając się, czy zdąży otworzyć je i uciec. Nagle drzwi skręciły w lewo i ktoś wyłączył światło jak telewizor.
Kiedy Marta ocknęła się, leżała na miękkiej sofie, a koło niej siedział Heller i głaskał ją po głowie. – Zemdlałaś. – powiedział ciepło. – Nie wiedziałem, że moje prace mogą zrobić na kimś takie wrażenie. Wyglądają bardzo naturalnie, prawda? – zaśmiał się jak dziecko zadowolone z psikusa. – Nie myślałaś chyba, że… Marta? Martusia?

Ale z niej półgłówek. Przecież to obróbka komputerowa. Jakby nie była taka durna, to by od razu wiedziała. Czarno białe zdjęcia, a krew czerwona. I te pogodne twarze. Dała się nabrać, idiotka.

– Są świetne. – wykrztusiła. – Po prostu zawsze mdleję na widok krwi. To.. wspaniały projekt. Opowiesz mi o nim, Oskar? – odważyła się nazwać go po imieniu.

Tego wieczora nie opowiedział, bo poszli do łóżka. Mimo sześćdziesiątki na karku Oskar Heller był fascynującym kochankiem. A może właśnie dlatego? – zastanawiała się Marta. Nikt wcześniej tak na nią nie patrzył, żaden mężczyzna nigdy nie całował jej ciała kawałek po kawałku – łopatki, kolana, palce stóp. Ci chłopcy, z którymi miała przyjemność sypiać, przy Oskarze wydawali się Marcie przedszkolakami, którzy zadzierają nosa, bo właśnie znaleźli się w grupie starszaków. Marta zakochała się, z początku nie tyle nawet w Hellerze, co w Hellera zachwycie jej ciałem, a potem już chyba rzeczywiście w nim, w Oskarze. Bo jeśli ktoś jest obecny przez cały czas w twoich myślach tak, że zapominasz o swoich własnych urodzinach, jeśli modlisz się prawie o dotyk, o pocałunek, jeśli od miesiąca nie przeczytałaś żadnej książki, nie byłaś w kinie, nie spotkałaś się z przyjaciółką, to musi być to.
Nie było mowy o tym, żeby się wprowadziła, bo Oskar nie ukrywał, że nie wyobraża sobie życia z kimś, dzielenia nie tylko pościeli, ale brudnych naczyń i kubka na szczoteczki. Kiedy zatęsknił za nią, po prostu dzwonił. Udawała, że przypadkiem jest w domu, ale wszystkie wieczory miała zarezerwowane. Dla niego. Pracowała, robiła wywiady, dostała nawet nagrodę za tę rozmowę z Oskarem, tę, od której się zaczęło. Ale potem codziennie wracała do swojej kawalerki, napuszczała wody do wanny i zaczynała to, co jak sądziła robi dla swojego dobrego samopoczucia. Peeling cukrowy całego ciała, maska na włosy, depilacja, paznokcie malowane codziennie na nowo. Potem czekała. Czasem dzwonił codziennie, czasem raz na tydzień. Jego głos w słuchawce jak wata cukrowa, skromne mieszkanie nabierało barw, Marta okręcała się przed lustrem, wrzucała jeszcze do torebki klucze i szminkę i już biegła po schodach, już wsiadała do autobusu niby do złotej karocy. Potem leżeli w chłodnej pościeli i przysuwała głowę do jego piersi (czasem śmiał się, że to zapadnięta pierś starca) blisko, aby poczuć bicie jego serca. Kiedy zasypiał, cichutko na palcach wślizgiwała się do pokoju. Do tego pokoju. Nie wiedziała teraz, dlaczego tak przestraszyły ją te zdjęcia. Były piękne. Kontrast pomiędzy bielą ciał i czerwienią krwi, rozmarzone twarze modeli: Marta chodziła od jednego zdjęcia do drugiego i wciąż nie mogła się nimi nasycić. Pomyślała, że chciałaby mieć jedno z nich na własność.
- Chodzisz czasem oglądać zdjęcia, Marto. – spytał kiedyś, a raczej stwierdził. – Już chciała skłamać w jakimś nagłym lęku, ale położył palec na jej usta. – Kiedyś chciałaś, żebym opowiedział ci o nich. Ale nie poprosiłaś więcej.

– Opowiedz. – szepnęła.

– Wiesz, jak o mnie piszą, o tych zdjęciach z wystaw? – spytał. Wiedziała, w końcu sama cytowała te opinie w swoim artykule. – ‘Mistrz harmonii. Kształty i kolory w pracach Hellera tworzą kosmos, świat doskonałej harmonii…’ – naśmiewał się. – Nie ty to napisałaś?

– Ja nie jestem krytykiem, jestem dziennikarką. – odcięła się. – Ale też uważam, że twoje prace są niezwykle…

- No, jakie? – wszedł jej w słowo. – Harmonijne? Perfekcyjne? Co to znaczy? Perfekcja to banał. To nie harmonia rządzi kosmosem. – rozpędzał się. – To kontrast. To dysonans. Świat z natury rzeczy jest naznaczony rysą, pęknięciem, prawdziwe piękno ma zawsze w sobie ziarno dysharmonii. Popatrz. – wziął ze stolika nóż do papieru i pomarańczę z kosza na owoce. Przeciął skórkę jednym cięciem. Kropla soku stoczyła się Marcie po brzuchu.
Następnym razem zapytała go, dlaczego nie wystawia tych zdjęć. – Marto. – powiedział z taka powagą, że zadrżała. – Właściwie dobrze, że o to pytasz. Chciałbym ci coś zaproponować. – usiadł i nalał sobie kieliszek koniaku. – Nie jest mi łatwo mówić ci o tym. Moja wystawa jest niedokończona.

– Niedokończona? – uniosła wysoko brwi i podniosła się wyżej na poduszkach. – Jak to?

– Zauważyłaś, że obrazy wiszą po lewej i po prawej stronie, a pośrodku nic nie ma? Planuję tam dać ostatnie zdjęcie, zamykające ten projekt pewną klamrą, podsumowujące go.

– Jakie to będzie zdjęcie? – zapytała. Poczuła podniecenie. Jeśli Oskar będzie robił to ostatnie zdjęcie, może będzie mogła na to patrzeć, brać w tym udział, przyglądać się pracy geniusza.

– Na zdjęciu ma być kobieta i mężczyzna. Złączeni w akcie płciowym. Chciałabym, żebyś ty była tą kobietą, Marto.

– Ja?– Marta nie wiedziała, co powiedzieć. Nie wiedziała, czy po takim akcie odwagi nie straci zleceń, ale z drugiej strony – maestro i jego modelka. Jeśli ją wybrał, to znaczy, że jest jego najcenniejszą muzą. Było tylko jedno ale. – Kto nam zrobi to zdjęcie? – spytała.

– Nam? Nie. – pokręcił głową. – Jestem starcem, Marto. A to nie ma być nowoczesna wersja Pięknej i Bestii. – zachichotał. – Poczekaj chwilę. Sięgnął na półkę i wyjął album. – Wybierz sobie. – powiedział.

– Co mam wybrać? – Marta otworzyła książkę w połowie i zaczęła przerzucać kartki. Blondyni, bruneci.

– To katalog agencji modeli, z która współpracuję. Proszę, wybierz kogoś, kto ci się podoba. Rozumiesz. Kogoś, kto cię podnieca. Marta poczuła jak z kącika lewego oka płynie w dół policzka łza – skąd się tam wzięła? – przełknęła ją i palcem zaznaczyła na chybił trafił.

– Ten.

– Dobrze wybrałaś. – Oskar rozluźnił się. – Ale chyba nie masz pretensji? Marta? – Nie, no coś ty. – głos jej zdrewniał. – Ja wierzę w to, co robisz, Oskar. To będzie świetna wystawa.
Wystawę zaplanowano na pierwszy dzień nowego roku, a właściwie noc sylwestrową. Prasa pisała, że to symbolizuje wejście Hellera na zupełnie nową drogę artystyczną, choć nikt nie wiedział, jakie zdjęcia znajdą się na ekspozycji. Po północy drzwi galerii miały zostać otwarte. Oczywiście zdjęcie musiało być zrobione wcześniej i poddane obróbce na Mackintoshu. Od kiedy związała się z Hellerem, Martę fascynowały programy graficzne. Poprosiła, aby nauczył ją paru prostych sztuczek i kiedy już spał, siadała czasem przy komputerze i bawiła się kolorami, warstwami i efektami.
– Co robisz w Wigilię, Marto? – zapytał już w listopadzie.

– Nic specjalnego. – odpowiedziała.– Jadę do rodziców.

– Bo wiesz, ten Maks…

–Jaki Maks? – udała, że nie pamięta.

– Ten, z którym będziesz na zdjęciu. – odpowiedział. – Mieszka w Holandii, ale przyjeżdża do Polski na święta. W Wigilię by mu pasowało, oczywiście rano, przed kolacją.

– Dobrze. – powiedziała Marta. – To do rodziców pojadę w pierwszy dzień świąt. Nie wracali do tej rozmowy. Kiedy Oskar nie widział, Marta wpisała do komórki numer tego Maksa, nazywał się Maksymilian Bart. Kusiło ją, żeby do niego zadzwonić, ale na razie się powstrzymała.
Grudzień był wyjątkowo zimny w tym roku i cały czas miało się wrażenie, że  wszystko idzie nie tak, jak powinno. Komórka Maksymiliana odpowiedziała dopiero po ósmym dzwonku.

– Jak to, odwołane? – Maksymilian był wściekły.

– Życie oparte jest na zmianie, Maks – powiedział głos w słuchawce. – Artysta ma prawo do zmiany wizji tak często, jak uzna to za konieczne. Tak czy siak, zapraszamy na wystawę.
–To tu – powiedział Heller. – Tu będę was fotografował. Pokój był ogromny i jasny. Nawet deski podłogowe pomalowano na biało. Na środku stała czarna sofa w kształcie nerki. – Usiądź. – wskazał ręką mebel. Przewiesiła płaszcz przez oparcie.

– A gdzie jest Maks? – spytała.

– Na pewno zaraz będzie – spojrzał na zegarek. – Korki są, w końcu dzisiaj Wigilia.

Oskar ustawił statyw. Oko aparatu wpatrywało się w nich nieruchomo. – Rozbieraj się. – powiedział. – Trzeba przyzwyczaić ciało do temperatury. Zdjęć nigdy nie wolno robić w pośpiechu, pamiętaj. Ostrożnie zdjęła spodnie, koszulkę, majteczki. Jej jasne ciało kontrastowało z czernią sofy, a ciemne włosy przecinały kreską podłogę. Przymknęła oczy i lekko oblizała wargi.

– A ty?– zapytała.

Po chwili stał przed nią nagi.
Splecione ciała poruszały się w jednostajnym rytmie, kiedy dłoń wymacała w kieszeni pistolet. Po chwili jedno z ciał drgnęło szybciej, w nagłym dysonansie zatrzepotało rękami i znieruchomiało. Trzeba wysunąć się z nagle zastygłego objęcia, żeby nacisnąć samowyzwalacz. Następnie wrócić do poprzedniego ułożenia i czekać. Potem pozbyć się ciała, co wcale nie jest trudne, kiedy ma się dobry, rzeźnicki nóż. Wymaga po prostu trochę zachodu. Zdjęcie na ekranie komputera jest piękne, najpiękniejsze ze wszystkich. Po naciśnięciu myszką ich ciała blakną, bieleją i czernieją. A krew staje się jeszcze czerwieńsza.
Przed północą na podjeździe ustawiły się samochody. Punkt dwunasta drzwi otworzyły się i do galerii wpłynął tłumek ciekawskich. Wpłynął i zatrzymał się nagle. Po chwili po sali przeleciał szmer i zapadła cisza. Zaproszeni goście patrzyli w lewo, potem w prawo, aby w końcu skupić swój wzrok na ścianie w samym środku sali. – Mistrz i jego muza. – szeptali. – Niesamowite. – mówili. – Strasznie realistyczne. Błyskały flesze, a ciekawe oczy co raz zwracały się w stronę wejścia. Gdzie oni są? Gdzie jest mistrz i jego kochanka? Nagle drzwi otwarły się wpuszczając do środka zimowe powietrze. Czarna postać weszła do sali i stanęła przy fotografii. Włosy i suknia okalały twarz czarną ramą. – Witam wszystkich bardzo serdecznie na wystawie Oskara Hellera. – powiedziała kobieta. Posypały się oklaski. – Na pewno zastanawiacie się, gdzie jest mistrz. I chyba tylko ktoś taki, jak Oskar Heller mógł nie przyjść na własną wystawę. Poprosił mnie, abym przeczytała wszystkim tu zgromadzonym ten list. – Teraz zauważyli, że trzyma w ręku zaklejoną białą kopertę. Przedarła papier i zaczęła czytać.

– Moi drodzy. Od dawna jestem zafascynowany dysharmonią wszechświata. Zobaczycie na tych obrazach piękno złamane krwią i przez to jeszcze bardziej wyraziste. Bo piękno domaga się dopełnienia brzydotą, tak jak obecność zawsze niesie za sobą swój własny brak. I dlatego właśnie, gdy mnie nie ma z wami, jestem tu najbardziej. Nie szukajcie mnie. Proszę mojego agenta, aby dokładnie w miesiąc po tym wernisażu sprzedał wszystkie fotografie i pieniądze przelał na moje konto, którego numer znajduje się na dole tego listu. Marku, tylko jedna fotografia nie jest na sprzedaż. To zdjęcie, na którym jestem z moją ukochaną i muzą, Martą Kroll, pragnę jej podarować. Podpisano: Oskar Heller.
Marta złożyła list i dopiero spojrzała na zgromadzonych. W jej oczach szkliły się łzy. Głos jej się łamał, gdy zapraszała wszystkich na lampkę szampana. W tłumku zebranym obok stolika pełnego bąbelków w wąskich kieliszkach zobaczyła znajomą twarz. Czekał na nią na zewnątrz, kiedy zamykała galerię.

– Pani Marto…– powiedział.

– Marta. – wyciągnęła rękę.

– Może podwiozę cię do domu?

– Chętnie. – odpowiedziała.

– Jak on mógł wykręcić taki numer? Jak mógł tobie to zrobić! Pieprzony ekscentryk! – burzył się Maks w samochodzie. – Przepraszam. Nie powinienem. – spojrzał przepraszająco. – Nie płacz, proszę. On nie jest tego wart.
- Naprawdę niezła ta fotografia. – powiedział, kiedy odwiedził ją po miesiącu. Często bywał u niej od czasu tej sylwestrowej nocy, ale obraz zawisł dopiero teraz. – Chociaż jak dla mnie trochę zbyt… awangardowa. – przyznał się.

– Wiesz co?– powiedziała. Dla mnie chyba też. – odwróciła obraz do ściany i przysunęła się do Maksa, żeby go pocałować.

Kuba Myszkorowski:O pożytkach ze studiowania, leśnych przygodach, istocie sporu o miód i o tym, dlaczego listonosze zawsze mają rację

Nie pozostawało mi już nic innego, jak tylko zdecydować: w lewo czy w prawo. Stałem na rozdrożu, a obie ścieżki, które rozwidlały się w jakimś sobie tylko znanym celu, prowadziły gdzieś, przy czym owo „gdzieś” stawało się coraz bardziej niewiadomą, wraz z tym, jak noc połykała z rosnącym apetytem kolejne kęsy lasu. Właściwie od dobrych dwóch godzin o tym, co jest ścieżką, a co nią już w żadnym wypadku nie jest, informowała mnie wyłącznie frekwencja smagnięć w twarz gałęziami i innym badziewiem leśnym. Na policzkach miałem wypisaną chyba całą encyklopedię ilustrowaną dendrologii, a wyjścia wciąż nie było widać.

– To głupi pomysł – powiedział mi listonosz, kiedy zapytany o to, gdzie chcę studiować, odparłem, zgodnie zresztą z prawdą, choć przeciw reszcie, że w lesie. W lesie, bo gdzie indziej nauka miała pójść, kiedy profesorom tak poobcinali dotacje, że na uniwersyteckich radach merytorycznych coraz częściej dochodziło do aktów kanibalizmu, a w najlepszym wypadku szacowne ciało pedagogiczne najadało się wstydu?

O tym, że listonosz mógł nie mieć racji, przekonałem się już kilkadziesiąt metrów po tym, jak cała zgraja moich nieznajomych odprowadziła mnie do skraju lasu, dając różne dobra rady w rodzaju: „Czyś ty zwariował?!”, „Z tego chłopaka nic już nie będzie. Zawsze tylko były z nim problemy, a jak ich nie było, to jeszcze gorzej, bo wiadomo było, że zaraz i tak się pojawią i spiętrzą!”, „Uwaga z lewej” albo „Nie ufaj nigdy tumakom, tłumoku”. Więc, kiedy gderanie zostało gdzieś za krzakami jałowca, a ja miałem za sobą jakieś dwie minuty wędrówki, podczas których zjadłem całą wałówkę wraz z plackiem z plecaka, na skrzywionej sośnie znalazłem pierwszego doktora. Najwyraźniej habilitował się właśnie, bo nagle zrobił się bardzo czerwony, zapiął rozporek i zaczął dumać na głos.

Dwa drzewa dalej siedział adiunkt, który obgryzanie kory przerywał tylko po to, aby wygłosić jakąś łacińską sentencję. Na polanie znalazłem za to zespół badawczy, który badał właśnie poszycie leśne w poszukiwaniu jagód. Przewodził mu profesor o zmierzwionych rysach twarzy i charakteru. Zmierzył mnie wzrokiem i burknął tylko, że komisja rekrutacyjna działa w zagajniku obok.

Ledwie wlazłem do brzeziny, a usłyszałem takie ni to wycie, ni zawodzenie. Jak się zaraz miało okazać, był to starszy referent, który złapał się we wnyk. Na mój widok przybrał jednak urzędową minę i z powagą rozpoczął dyskusję.

-          Pan…?

-          Owszem ja.

-          Ale pan się nazywa?

-          Nie, rodzice mnie nazwali.

-          A jak, jeśli łaska?

-          Ojciec się ubzdryngolił z drwalem i tak mu jakoś wtedy to imię przyszło.

-          A konkretniej można?

-          Konkretniej denaturatem z drwalem Jerzym.

-          A pan?

-          Ja wtedy jeszcze nie piłem, ale dziękuję, teraz chętnie jednego golnę. Strzemiennego! Józefek!

-          O to chodziło. Panie Józefku, pan na jaki wydział?

-          A co tam tak charka za lasem?

-          To będzie filozofia.

-          Są jeszcze miejsca?

-          Obawiam się, że ostatnie zajął wilk. Podobno ma ciekawy program badawczy. Na razie wykarczował wszystkie zające i domaga się grantu na wiewiórki.

-          Rozumiem… A tam w okolicach tego dębu?

-          To mechanika precyzyjna. Ale chyba nie dostaną akredytacji uniwersyteckiej za ten wnyk, w którym teraz siedzę. Partactwo.

-          A jest coś o literaturze?

-          Był jeden profesor, ale pokłócił się z niedźwiedziem.

-          O sens metafizyczny?

-          Nie, o barć miodu. Skończyło się kiepsko dla profesora. Ale wie pan co, panie Józefku, z pana zrobimy żaka gnojownika.

-          Co?!

-          Był tu taki jeden, ale go rozdeptał pan leśnicy, kiedy przyszedł na wizytację, aby sprawdzić, jak sobie radzi w ekosystemie ostatni żak gnojownik. Pan go weźmiesz i zastąpisz!

-          A co ja będę…

-          A będziesz miał pan kupę roboty.

-          Wie pan, to ja może za chwilę, a teraz skoczę na sekundkę za potrzebą, bo idę już dosyć długo i sam pan rozumie.

-          Rozumiem, ale proszę nie za ten kraczek, co się trzęsie, bo tam właśnie odbywa się egzamin z termofizyki i profesor, ten nasz mentor, próbuje hubką coś jeszcze wykrzesać.

Kiwnąłem głową, że wiem o co chodzi, a potem skręciłem w drugą stronę i kiedy upewniłem się, że referent już mnie nie widzi, ruszyłem pędem na oślep, byle tylko nie dać się zgnoić. Oczywiście, dwie minuty później byłem już całkowicie zgubiony i bez nadziei. Ten listonosz to ma jednak łeb, choć chłop bez wykształcenia akademickiego.

Wojciech Albiński: Przekąski – Zakąski

Listopadowa noc. Trzydziestoletni facet, Tadek (dwójka dzieci na karku, ciężkie życie, ale młodość, agencja reklamowa) umawia się z kolegą, żeby się napić i pogadać. Piją w „Grubej Kaśce”, tam wszystko jest na żółto i brązowo, w różnych odcieniach gówna, na wszystko pada słabe, gówniane światło. Stolik jest za mały, piw dużo, dołącza do nich jeszcze kolega. Twarze się mieszczą, gorzej z nogami, jakieś dziwne zawijasy. Są pijani, wychodzą. Tak sobie idą, ten, co dołączył do nich, mówi temu, co chciał się spotkać, Tadkowi, że nigdy nie lubił go na studiach, okazuje się, że z wzajemnością. Nic nie szkodzi, podtrzymują trop i ruszają w stronę „Przekąsek – Zakąsek”.

Wszyscy wiedzą, jak to tam wygląda, więc nie ma co opisywać. Stoją niczym we wnętrzu kieliszka, otoczeni lustrami, które wszystko trzymają razem, żeby się nie rozlało. Na środku, nieco wyżej, też jak w kieliszku, za barykadą baru, stoi facet, który jest kultową postacią polskiej sztuki nowoczesnej, kultury, literatury, nowoczesności i postępu w ogóle. On tej nowoczesności podaje drinki i ją rozpija. Hej, ale fajnie – i ich też. Księstwo Warszawskie.

Nowoczesność jest rozgadana, po interesach, przed, w trakcie, filozoficzna, poetycka, i cała pijana. Wszyscy się liczą, ilu przyszło, czy są wszyscy, jaka jest między nimi odległość, czy bliższa, dalsza, czy przyzwoita, czy przyzwalająca. To liczenie jest bardzo złe, trzeba to potępić. Stoją branże do potępienia. Reklamowa. Medialna. Akademicka. Finansowa, polityczna, licealna. Potępieni. Potępienie. Wszyscy się trochę sami potępiają.

Tadek też jest już policzony, może i potępiony. Czarne, proste i krótko podcięte włosy, ładny profil z branży akademickiej też liczy, obserwuje go, ale szybko odwraca wzrok, kobieta nie chce być rozpoznana. Tadek coś czuje. A było tak, ktoś taki owszem, całe dziesięć lat temu przeszło mu przez głowę, jeden weekend, jeden wieczór, że może coś razem, ale całe szczęście nic. Choć może szkoda. Za mały dynamizm. Z urody straciła niewiele, ale to się już łamie, jest przed krawędzią, przed skokiem. Tak samo teraz z wódką. Kątem oka przygląda się jej, że coraz bardziej się chwieje, kołysze, traci równowagę, choroba, błędnik, coraz więcej kieliszków za cztery złote, coraz więcej. To nie jest dobry widok na początek.

Obok faceci w marynarkach, ich teczki, łysiejąca młodzież w okularach, artyści z brzuchami na smyczy. No i wszyscy, wszyscy piją sobie wódeczkę. Bardzo przyjemnie, bardzo przyjemnie, stoją tu przez całe zabory, powstania i zrywy, ale to dobrze, jak Bóg da, będą jeszcze stać, tak przyjemnie. Mały incydent, marginalna niepokorność wobec wieczności.

Tadek liczy i swoje. Stoi tam też dziewczyna, blondynka, nieco smutna, niewymownie piękna tej nocy, która, to widać, przyszła tu obok z jakąś tam parą. Para zwykła, nic do powiedzenia. Nie pamięta się ich już po odwróceniu głowy. Ale ona jedna tam z nimi nie liczy i nie patrzy. Trzyma drinka jak bluszcz oplata rynnę i słucha gościa w brązowej marynarce. Słucha, jakby stała na peronie, jakby obok przejeżdżał pociąg. Skupia więc całą twarz, żeby usłyszeć, brać udział, ale wolałaby tego nie robić, patrzeć tylko, uśmiechać się. Zosia. Prosty beżowy płaszcz z szerokimi klapami, niebieski sweter, delikatne ręce. Wydarzenie. Piękno.

On już teraz tylko jej dogląda, obserwuje ją cały czas, i gdy dopycha się do baru, w trakcie picia, jałowych rozmów i gdy wychodzi z kibla. Cały czas. Blask światła odbitego w szkle. Impulsy, spięcia elektryczne. Przeprasza na chwilę, idzie do niej, żeby coś jej powiedzieć. Przepycha się przez parę, podchodzi do Zosii szepcze jej do ucha, solennie, jakby przyjmował komunię, bardzo uważa, żeby te słowa nie upadły, nie zbeszcześciły się, nie wypłynęły gdzieś na bok. Jest w tej chwili trzeźwy, normalnie trzeźwy, mówi:

- Ko-cham-cię.

Odgarnia jej włosy, zapamiętuje delikatny puch z kwiatów topoli  zdobiący piasek jej skóry. Dotyka jej, to jest: przesypuje piasek. Widok rzeki w lato przez zmrużone oczy. Wszyscy na tej plaży – oczy, uszy, rzęsy, delikatne usta – cieszą się z tego gościa. Jeśli istnieją aniołowie, tak wyglądają.

Tadek nie patrzy jej w twarz, schyla głowę, żeby jej nie speszyć, i wolnym krokiem wraca do siebie przez zaułki pleców. Komunikant w ustach, skupienie: przyjść, odwrócić się i wtedy klęknąć.

Piją dalej, jest coraz bardziej nijako, jego oczy w niej. Chciałby, gdyby tylko spojrzała, gdyby zauważyła, dać jej znak swoją głową, powtórzyć gestem. Potwierdzić: „tak, dobrze słyszałaś”, wyraźnym skinieniem głowy, „tak, kocham cię”. Jest przygotowany, głowę zadarł wysoko, wódka ją przechyliła, żeby obwieścić wszystkim tutaj, krajowi i światu to najprawdziwsze, najszczersze, krystaliczne uczucie. Głowa wisi jak topór. Uczucie dla ciebie, Zosiu.

Na to wpatrzenie odwraca się tylko wysoki brunet z pary, sztruksowa, brązowa marynarka. Nie wie, co robić, palant, nie wie, co poszło, chciałby spytać, nie może podejść. To wykracza poza jego marynarkę.

Anioł obok niego milczy, nie patrzy, nic. Nie słyszała! Na pewno nie, dalej jest, jak było. Tylko para obok niej próbuje ukryć tę wizytę i oblubienicę. „Szybko, wszystko musi być, jak było. Choć przecież tamten facet podszedł do nas i coś szepnął jej na ucho.” Niewymownie to wszystko krepujące. Tadeusz patrzy na nich i czeka w gotowości. „Jakby co, pytajcie, ja powtórzę, ja jestem tu. Zosiu, patrz na moją głowę gotową do skinienia. Patrz – skinę dwa razy, wyraźnie. Bo dobrze słyszałaś.”

Rusza się marynarka obok, coraz bardziej gestykuluje w odrażający sposób, ruchy zwielokrotniają się w tych lustrach, w oczach dookoła, więcej gestów, marynar, ruchów, wszyscy piją – wódka i cola, cola czy to twoja, może być twoja, zalew wódki, wszyscy pijani, nie mogą ustać. Wychodzą, przewracając się co chwila, opór stawiają brudne szklane, obrotowe drzwi. Muchy mylą szyby z lustrami. Cześć-cześć. Koledzy.

Tadek musi rzygać, musi zapłacić za rzygi w taksówce, wejść do domu. Samotność pijaka. Pada na łóżko obok żony, zapomina o wszystkim. Ona w nocnym, słyszała dobrze. Autobus zapierdala przez listopadowe miasto, mokre, wilgotne, tuż przed zmrożeniem.

Krzysztof Sowik: Powrót

Szedł powoli, wpatrzony w żółtą poświatę okien remizy. Drobny śnieg pokrywał cienką warstwą stary, wysłużony płaszcz. Ponad trzy kilometry przy tej pogodzie było sporym wyzwaniem. Utykał coraz mocniej. Zawsze, kiedy przesadził z noszeniem szczap z drewutni, noga odmawiała posłuszeństwa. Styczeń tej zimy był wyjątkowo mroźny. Trzeba sobie jakoś radzić. Staruchów z siódmym krzyżykiem na karku przeważnie wyręcza się w takich pracach. Dzieciaki, znajomi, ktokolwiek. Zwykła życzliwość. On nie miał tu nikogo. Sąsiedzi? Szkoda gadać. Nie skarżył się. Inni mieli gorzej. Mógł od dawna być martwy, a przecież kochał życie. Przez wiele lat sądził, że z wzajemnością. Teraz już nie. Za chwilę im powie. Powinni wiedzieć. Ludzie nie są źli. Czasem po prostu, zwyczajnie są tępi. Jeszcze tylko jakieś dwieście metrów. Będzie przynajmniej ciepło. Usłyszał za sobą tupanie. Ktoś biegł od strony kościoła. Futrzana czapka z nausznikami utrudniała widzenie. Zatrzymał się, żeby przetrzeć okulary. Nie zdążył się nawet odwrócić, kiedy poczuł tępy ból w prawej skroni. – Wywalaj stąd szkopska mordo. Raus! – usłyszał, zapadając się w miękki puch.

*

W remizie wrzało. Od dawna nie było tak gorącego zebrania. Kiedy do Ryszowca przyjeżdżał przedstawiciel gminy, musiało się dziać coś ważnego. Tym razem mieli zdecydować o sprzedaży gruntów. Dla wójta Grynia sprawa była oczywista. Mógł wpisać te dwanaście hektarów na listę i tyle. Miał takie prawo. Kiedy powiedział o tym wprost, stało się coś, czego nie mógł przewidzieć. Zebrani zaczęli ciskać w niego najpierw papierowymi kulkami, ale po chwili pojawiły się również inne przedmioty. Kiedy sytuacja wymknęła się spod kontroli i obok głowy wójta przemknęła plastikowa butelka, Gryń wyprostował  się i stanął za improwizowaną mównicą. Składany pulpit przypominał czasy PRL-u, choć wówczas znacznie częściej takie urządzenia były elementem stałym każdej sali konferencyjnej. – Ludzie, co wy robicie? – krzyknął. – Przecież to zebranie jest dla was. Opamiętajcie się!

Przestawił szklankę wody i zamierzał po mocnym wstępie przedstawić racjonalne argumenty, przemawiające za sprzedażą ziemi.  – Nie wpłynęła żadna inna oferta, ani też … Nie dokończył, ponieważ do remizy wpadł, lekko zataczając się, Rysiek Franiak i wrzasnął od progu:

– Josefa pobili! Jest nieprzytomny!

Rozejrzał się z lekka zamglonym wzrokiem po sali, zdjął wełnianą czapkę, poprawił przydługie, sklejone od potu włosy i dodał cicho – I dobrze mu tak, niech stąd wypieprza – po czym opadł ciężko dysząc na krzesło. Przez chwilę w remizie zrobiło się cicho. Nagle z drugiego rzędu zerwał się Józek Warda i torując sobie drogę łokciami, szybko przeciskał się przez tłum. Lucek Gajda, zawsze spokojny, nie wytrzymał i  wrzasnął: – No i co tak siedzicie? Przecie chop zamarznie! Trzeba po niego iść! Franiak podniósł się z krzesła z zaciśniętą pięścią i wycedził prze zęby – A niech zdycha, jebany szkop. Polskiej ziemi mu się zachciało.

Lucek odwrócił się i zobaczył padającego jak kłoda Ryśka. Po chwili zorientował się, że to Warda celnym podbródkowym powalił wyższego o głowę Franiaka. – Nic ci do tego skurwysynu! Nie twoja ziemia. Każdy może ją kupić!

Warda pochylił się nad ofiarą sięgając po puste krzesło. Wyglądało to jak jakaś scena z westernu, w której dobry szeryf próbuje połamać knajpiane meble na niesfornym kowboju. Lucek, widząc, co się święci, cofnął się od drzwi i chwycił za rękę Wardę. – Daj spokój Józek, powiedział miękko, jakby mówił do swojej Halinki. Wypity jest, nie widzisz? Zaprosili Henryka? – próbował zmienić temat.

– I tak nigdy nie przychodzi – niechętnie odparł Warda. Manewr Lucka odniósł skutek. Z Józka powoli schodziło powietrze.

Z remizy wybiegło trzech młodych ludzi – syn sołtysa Molaka i bracia Wawrzyniakowie. Gryń wypił duszkiem resztę wody ze stojącej na mównicy szklanki. Próbował ją odstawić drżącą ręką, ale nie trafił. Brzęk szkła zmieszał się z podniesionym głosami mężczyzn. Molak wcisnął się w udrapowanie kotary, kiedyś jasnozielonej, obecnie z powodu kurzu i wypalonych na dyskotekach tysięcy papierosów,  brązowoszarej. Rzucił okiem na salę i ukradkiem odkręcił piersiówkę, którą zawsze nosił przy sobie. Zimą mógł przynajmniej tłumaczyć, że to z powodu mrozu, tak na wszelki wypadek. Pociągnął solidnie i wytarł usta rękawem. Chciało mu się palić, ale nie wypadało. Mimo chwilowego zamieszania, trwało jednak zebranie. Miał gdzieś, komu sprzedadzą ten kawałek ziemi, który stał się przekleństwem wioski. Gdyby nie funkcja i to, że jeszcze kilku mieszkańców miało dla niego szacunek, powiedziałby o tym głośno. W końcu co za różnica, czy Josef będzie miał akt notarialny, czy nie. I tak tu mieszka, a jeśli działkę kupi kto inny, też nie będzie krzywdy. Jak się komu nie podoba, to sądy są. Pociągnął jeszcze raz. Gryń kiwnął do niego głową i popukał się znacząco w czoło. Molak schował piersiówkę i rozłożył bezradnie ręce. – No! Zacznij, może cie kto posłucha w końcu. – krzyknął buńczucznie do wójta. Kaśka, sekretarka z urzędu gminy, zmiotła tymczasem resztki szkła i zapytała nieśmiało, czy może już iść, bo dziecko ma gorączkę. Gryń skinął głową i podjął kolejną próbę. – Słuchajcie, bo będziemy tu siedzieć do nocy. Wiem, że są głosy sprzeciwu. Słyszałem, że niektórzy nie chcą, żeby sprzedawać teren.

– A jak mają chcieć? – wpadł mu w słowo Kozub, szwagier Lucka, przecie to nasza ziemia jest. Niemcom chcesz oddawać, Krystian? Dlaczego?

– To nie tak! – palec wskazujący wójta zatoczył w powietrzu łuk – niczego nie oddajemy. To normalna sprzedaż jest, w końcu idziemy do Unii, tak, czy nie?

– A na cholerę nam to wszystko. Niemiec, to zawsze Niemiec! – dołożył Latusek.

– Czasy się zmieniły, Zenek. – wójt próbował opanować drżący głos. – Tu już nie będzie różnicy, Polak, Niemiec, Francuz, czy Belg. Każdy może kupić, tak ja ty będziesz mógł pojechać do Niemca… – To chyba na roboty! – wrzasnął Kozub. Sala wybuchnęła śmiechem.

– Każdy będzie mógł się osiedlić gdzie chce. Na tym właśnie polega wspólna Europa. Jest dwa tysiące drugi. Dwudziesty pierwszy wiek, a nie okres jakiejś zimnej wojny. Obudźcie się w końcu! – wyrzucił z siebie Gryń, po czym dostał ataku kaszlu. – Sam się obudź, ćwoku! – krzyknął ktoś z ostatnich rzędów. – Możesz se kupywać u Niemca co chcesz, jak ci dadzo! My nie mamy za co, a ich tu nie trzeba więcej. Niech się nie panoszą.  – Kto w końcu wygrał te wojnę? – pytał podniecony Latusek. – W dupe se wsadź te Europe – basował Kozub. Nagle sołtys chrząknął znacząco i podniósł w górę dłoń, co miało oznaczać, że powie coś ważnego. – Każdy ma swoje zdanie i to jest dobrze, ale nie obrażajcie mi tu wójta Grynia, bo przyjechał specjalnie do was i chce załatwić sprawę, jak to się mówi, elegancko – tu czknął i zrobił długą pauzę, starając się zebrać myśli. Łatwo nie było, bo opróżniona piersiówka stanowiła jedynie część alkoholu, z którym Molak uporał się od rana. Dodał więc tylko, że bardzo prosi o szacunek dla władzy, co dało oczywiście efekt przeciwny do zamierzonego.

*

Powoli otworzył oczy. We łbie huczało, jakby znajdował się w hali maszyn.

– Josef, ale się wystraszyłam – Wawrzyniakowa ścisnęła mu mocno prawy nadgarstek. W lewym tkwił wenflon. Spojrzał w górę. Kroplówka zeszła do połowy. – Jestem w szpitalu? – Tak. Wiesz kto cię pobił? – spytała.

Milczał. Patrzył w sufit, a wargi drżały lekko, jakby powstrzymywał płacz.

– Josef, nie możesz ich kryć. Następnym razem mogą zrobić coś gorszego. Zabili ci psa, podpalili drzewo, a teraz to… Chyba już wystarczy?

– A co to da, Magda, co to da? Tylko nienawiść większa będzie. – odwrócił głowę i spojrzał jej w oczy. – Może czas się zbierać? Kogo obchodzi, że jestem Polakiem?

– Możecie se dalej gadać. Do usranej śmierci! Szkopów tu nie chcemy i basta – wypalił Kozub i zaczął zakładać kurtkę. – Ty sobie Mietek wyobraź, że jest jeszcze prawo i tego nie przeskoczysz – wójt był wyraźnie poirytowany – mogłeś stanąć do przetargu, jak żeś taki mądry. Co tobie nagle ten jeden Josef Riedel przeszkadza, co twoje narodziny jeszcze pewnie pamięta?

– Ty Krystian nie odwracaj kota ogonem, bo dobrze wiesz, że nie o jednego Niemca chodzi, tylko o zasady – wtrącił się znów Latusek.

– O jakie zasady? Wyście ocipieli wszystkie? – nie wytrzymał ponownie Warda. – A ty się przestań mądrzyć, bo ci Niemiec płaci, to jego stronę trzymiesz – ośmielił się Rysiek, rozcierając obolałą szczękę – No, co? Znowu mnie walniesz?

– Ma rację! Józek Warda nie ma prawa głosu, bo z Niemcem interesy robi. Dwa Józki. Przynajmniej o jednego za dużo? – podłączył się Kozub wciągając na głowę czapkę uszatkę.

*

Miał rację. Chyba ją to przerosło. Początkowo zapaliła się do pomysłu, żeby wziąć udział w imprezie. W końcu mogłaby sięgnąć do korzeni, zobaczyć jak tam jest, a może nawet przyznać się, że wyjechała wiele lat temu. Taki powrót wydawał się mieć sens. Poznać ludzi, ich rzeczywistość, właśnie tam. Pozbyć się traumy, lęków, które przez tyle lat towarzyszyły pytaniom. Trudnym, czasem pozostającym bez odpowiedzi. Zgodziła się niemal natychmiast, ale teraz… teraz miała wątpliwości. Po co to wszystko? Czy jest jej źle? Odniosła sukces. Tak, miała dużo szczęścia. Zwłaszcza do ludzi. I dlatego ma być im coś winna? Ciężko pracowała. Aktorstwo, to niełatwy zawód, zwłaszcza dla kobiety. Udało się, a przecież mogło być zupełnie inaczej. No, właśnie… Jak? Kiedy zadzwonił z propozycją wyjazdu, powiedziała tak, nie dlatego, że czuła się zobowiązana. Chociaż był dla niej jak brat. Starszy brat. Czy można było odmówić? Wczoraj zadzwonił ponownie i zasugerował, że można jeszcze to odkręcić, że nic się nie stanie, jeśli zrezygnuje. Rozumiał, że to dla niej trudne. Stara, zasłużona dla kraju aktorka jedzie po raz pierwszy w rodzinne strony. Brzmi absurdalnie, prawda? Poprosiła o dzień do namysłu. Jutro musi zdecydować. Nie. Decyzja zapadnie dziś. Jutro ją tylko przekaże.

*

Warda usiadł przy ławie, energicznie stawiając kufle, tak, że piana spłynęła obficie na drewniany blat. – Powiedz Lucek, czemu oni mi to robią? Bo żem głupi? Zgodziłem się zarządzać tym kawałkiem ziemi? Myślą, że coś biorę od Riedla? – oparł się o ścianę i przesunął kufel w stronę Gajdy.  – Dał mi kiedyś trochę drzewa, zanim z wycinki dowieźli. I tyle.

Zanurzył usta w miodowo-białym płynie. Stuknął kufel Lucka. – No, wypijmy za Josefa. Najważniejsze, żeby chłop doszedł do siebie po tym wszystkim.

– Dojdzie. To twarda sztuka jest. Nie takie przejścia ma za sobą – Lucek zmiękczał w palcach papierosa. – Najgorsze, że to nie koniec. Jeszcze jedno zebranie ma być, bo Kozub z Latuskiem i tą całą bandą nie odpuszczą. – dodał.

– A ty skąd to wiesz?

– Ma się swoich informatorów. Może z FBI jestem? – zaśmiał się, zapalając zapałkę. – Wawrzyniak mi doniósł – zaciągnął się mocno.  – Już teraz pilnują gminę, żeby tylko jakieś decyzje nie zapadły w tym tygodniu.

*

– Lepiej ci dzisiaj? – Magda postawiła na szpitalnej szafce mały koszyk pełen wiktuałów.

– Tak. Pojutrze wyjdę. Niepotrzebnie się kłopoczesz, mnie tu karmią przecież.

– Daj spokój, Josef, szpitalne żarcie… Nie utyjesz. Nie martw się.

–Martwię się o coś innego – Riedel poprawił kołdrę i usiadł wyżej. Bandaż zwisał mu z boku głowy niczym indiańska przepaska. – Jutro przyjedzie Hanka, to znaczy Marta. Odbierzesz ją?

–Jaka Marta? Co ty gadasz? Chyba za wcześnie cię wypisują – mruknęła.

– Marta Javor , aktorka. Mówiłem ci kiedyś. Zaczyna się przegląd filmowy. Wiesz, w domu kultury…

– W naszym? I ktoś tam przyjdzie w ogóle? Przecie chłopy tylko wódę cięgiem żłopią albo piwo.

– Może i tak, ale Basia robi to dla młodzieży, żeby się coś działo w Ryszowcu. Prosiła mnie o pomoc. Dyrektorce się nie odmawia. Obiecałem, że pomogę ściągnąć Martę. Nie była w Polsce ponad pół wieku.

–To stara już?

– Oj, Magda…

– No, dobrze, nie martw się. Pomogę.

– Był tu Henryk. – Josef uśmiechnął się – no, co tak patrzysz? Przyszedł mnie odwiedzić.

– Stary Nadler?

– Nie taki stary, dopiero nie dawno ósmy krzyżyk zaczął – żartował Riedel.– tylko na niego można zawsze liczyć. No i… może jeszcze na ciebie – dodał ze śmiechem.

– Widzę Josef, że zdrowiejesz. Mocny masz łeb, nie tylko do wypitki. A, Henryk też powinien na siebie uważać. Wszędzie pełno tej hołoty teraz.

*

– Coś słabo z tymi ludźmi dzisiaj? – powiedział Krystian z wyrzutem.

– Słabo, abo i nie słabo, jak to mówią. Jeszcze się nie zaczęło… – oponował Molak zaciągając się papierosem.

– …A już się skończyło – dośpiewał wójt, cytując znany refren.

– Przyjdą, przyjdą, chyba że już mają ciebie dosyć – zaśmiał się sołtys.

Gryń wyjął z teczki papiery. – Pokażę im to, może zmienią zdanie.

– A co to niby jest? – spytał Molak – wykład im będziesz robić?

– To dowód, że wszystkie warunki zostały spełnione. Riedel może kupić ten teren.

–Myślisz, że to coś zmienia? Dla nich jest Niemcem i tyle.

Zamilkli. Sala powoli zaczęła się wypełniać. Molak puścił oko do wójta.

– A, nie mówiłem, że przyjdą?

*

Dom kultury nie wyglądał okazale. Chyba zresztą nigdy nie był specjalnie kochany przez lokalne władze. I tak cud, że w ogóle powstał. Barbara Kosok miała w sobie dość determinacji, żeby pisać, prosić, a w końcu skrzyknąć chłopów, żeby w czynie społecznym wylać fundamenty. Budynek musiał być tani i tak też wyglądał, trochę jak otynkowany barak. Mimo to, spełniał swoją funkcję. Dzieciaki miały gdzie przyjść na ping-ponga, czy trambambulę, a Baśkę wszyscy lubili, choć traktowali trochę jak dziwadło. Nie wyszła za mąż, mimo że ładna i adoratorów sporo, nawet z sąsiednich gmin. Może uważała, że ma do spełnienia misję podniesienia kultury Ryszowca na nieco wyższy poziom? Albo po prostu nie chciała tracić czasu na gry miłosne, kiedy pojawiała się kolejna szansa na zorganizowanie imprezy. Przegląd filmów kina niemieckiego lat 70-80, był jej oczkiem w głowie, ponieważ dostała dodatkowe pieniądze z województwa wygrywając konkurs, na najlepszy wiejski ośrodek kultury w regionie. Przyjeżdżali licealiści z Grodkowa, Nysy, a nawet dalszych okolic, no i zawsze trafił się jakiś aktor, czy pisarz, który nie był wystarczająco asertywny, żeby odmówić. Tak powstał dyskusyjny mini-klub filmowy, a Baśka załatwiła nawet stary, przechodzony projektor, żeby można było puszczać coś z taśmy 16mm. Goście z zagranicy, przez blisko piętnaście lat działania placówki, się dotąd nie pojawiali . To miał być jej dzień. Nowy etap w kulturze Ryszowca, choć większość mieszkańców nie potrafiłaby pewnie wymienić nawet kilku cyklicznych imprez. Może prócz sylwestra, który kilkakrotnie stanowił alternatywę dla potańcówki w remizie.

*

– Nie pokazuj nam Krystian dokumentów, tylko powiedz po ludzku, jaka jest decyzja gminy – Kozub siedział tym razem bliżej podestu, na którym ustawiono mównicę. Zwykle w tym miejscu stała orkiestra. Teraz trudną partię do zagrania miał wójt Gryń.

– Właśnie! Te papiery, to sobie możesz wsadzić – dopowiedział Rysiek Franiak, jak zwykle lekko wczorajszy. Wójt poczerwieniał na twarzy i widać było, że zebranie dryfuje w kierunku, z którego trudno będzie zawrócić.

– Słuchajcie. Josef Riedel mieszka tu od blisko dwudziestu lat. Dzierżawił osiemnaście hektarów i nikomu nie przeszkadzało.

– Jak nikomu? A pytał nas kto? – uaktywnił się Latusek.

– Daj spokój, chyba ci całkiem odwaliło. To już wynajmować też nie można? – odezwał się siedzący obok Latuska Józek Warda.

– Ty się nie odzywaj lepiej. Już ci mówiłem. Sprzedawczyków tu nie potrzeba. – Kozub stawał się agresywny.

– Bo, co? – postawił się Warda. Lucek pociągnął go mocno za kurtkę – Siadaj Józek, przestań. Przecie nie będziesz się z nimi bił?

– No, właśnie nie wiem. Może by należało mordy obić i w końcu by to pomogło.– zastanawiał się głośno Warda.

–  Hej! Uspokójcie się – Molak podniósł rękę. W tym samym momencie w drzwiach pojawił się Henryk Nadler. Przez moment zaległa cisza. Zdziwienie malowało się na twarzach zacietrzewionych jeszcze przed chwilą chłopów. Nadler nie brał udziału w zebraniach, przeważnie ignorował też zaproszenia na jakiekolwiek imprezy, co wybaczano mu ze względu na wiek, ale też dlatego, że cieszył się szacunkiem. Fachowiec. Dokąd zdrowie pozwalało, podkuwał konie. Mówił wprost, co myśli i zawsze dotrzymywał słowa. O Ryszowcu wiedział wszystko, tylko dwóch mieszkańców żyło dłużej, ale ani stary Gajda, ani zniedołężniały już, dziewięćdziesięcioletni Maciej Latusek nie mieli nigdy we wsi takiego poważania. Młodsi buntowali się czasem, że taki zasadniczy, a w ogóle nie wiadomo – Żyd, czy Niemiec? Niektórzy pamiętali jeszcze jak rozgrzanym prętem przypalił młodego Janiaka, który mu chciał „wyrwać” żonę. Jadźka zmarła dwadzieścia lat temu i od tej pory był sam. Zdziwaczał, ale fason trzymał i nie bał się we wsi nikogo. Teraz szedł nie zatrzymując się, a tłum robił mu przejście. Ktoś dostawił uprzejmie krzesło w pierwszym rzędzie.

*

Otwarcie przeglądu filmów wypadło nieco sztucznie. Barbara zaczęła krótkie przemówienie, nerwowo spoglądając na drzwi wejściowe. Tak bardzo liczyła, że będzie mogła przedstawić specjalnego gościa z Niemiec, a wciąż nie miała potwierdzenia, że aktorka dotarła do Ryszowca. Pogoda była okropna. Sypało mocno od kilku dni. Frekwencja, jak na stan aury, była i tak zadziwiająco wysoka. Nieco zrezygnowana, zdążyła przeprosić widzów i właśnie wtedy zjawiła się Marta.

*

Gryń próbował wykorzystać dobry moment i kontynuował: – Według przepisów, każdy mógł wziąć udział w przetargu.

– Ale każdy przetarg można unieważnić – zaatakował Latusek.

– To nie do końca tak. Nie wystąpiły żadne ważne przyczyny, ani naruszenie procedur…

– Co ty nam Krystian będziesz pieprzył o jakiś procedurach. Prawda jest taka, że Niemcy będą nas wykupywać, a jak już wejdziemy do tej Unii, to wezmą wszystko, tylko powoli, nie od razu. – kontynuował Latusek.  – A on tu przyjechał, że się nauczył się języka, to co? Inni też się nauczą i będą się osiedlać.

– Tak jest! Dobrze mówi! – krzyknął ktoś z końca sali. – Niech Niemcy siedzą u siebie. Mogą tu przyjeżdżać na wakacje. Czy im ktoś broni? – basował Kozub.

– A jak se to dzierżawił, to mu źle było? Po co mu własność? Dorobił się pewnie na cudzej krzywdzie. Inaczej by mu nikt kulosa nie przetrącił – wtórował Franiak. Nagle stało się coś, czego nikt nie mógł przewidzieć. Nadler wstał, chwycił krzesło, wszedł na podest, po czym z całej siły uderzył meblem o podłogę.

– Dosyć! – krzyknął donośnym, jak na starca głosem. – To nie tak było! – oddzielał każde słowo. Zaległa cisza.

*

– Bardzo długo myślałam się, czy powinnam tu wracać. – Marcie drżał głos – ale przekonał mnie ten oto człowiek – wskazała na Josefa, który stanął za filarem, nie chcąc afiszować się z widocznymi jeszcze strupami. – To on, Josef Riedel dał mi kiedyś nowe życie i dzięki niemu miałam szansę. – mówiła dalej, próbując opanować wzruszenie. – Aktorstwo to jest coś, co pokochałam od razu i staram się robić to lepiej jak umiem. Przepraszam za mój polski, ale nie używam go prawie. Dziś jest dzień, który będzie dla mnie może najważniejszy w całym życiu, bo zdecydowałam się być w kraju, który jest mojego urodzenia. Nazywam się Marta Javor, ale kiedyś byłam Hanka Mrozek, po prostu Hanka.

*

Henryk wyprostował się i położył lewą rękę na mównicy. – To nie tak było – powtórzył.  – Nie znacie Josefa. Nikt z was! – zrobił pauzę rozglądając się po sali. – Nic o nim nie wiecie, a chcecie oceniać? Kto ma prawo to zrobić? Tylko ten, kto zna prawdę, a też nie powinien!

– Jaką prawdę? Czyją prawdę?! – przerwał ciszę Kozub. Nadler spojrzał mu w oczy i powiedział ważąc słowa – Prawda… Prawda nie ma właściciela. – zrobił pauzę, po czym mówił dalej – Opowiem wam pewną historię. Jest luty 1947 roku. Wojna się skończyła, ale nie dla wszystkich. Mieszkało nas w Ryszowcu prawie trzysta osiemdziesiąt osób, niemal połowa, to Niemcy. Większość zbierała się stąd szybko, przed ruskimi, ale nie którzy chcieli zostać. Czuli się Polakami. To się stało w sobotę, około czwartej nad ranem. Budzi mnie okropny kaszel. Pół przytomny wciągam dym i swąd, wdzierający się z korytarza. Okno się zacina. Wybijam szybę i wyskakuję na zewnątrz. Wiem, że nie będzie dobrze, bo nie wziąłem nawet spodni. Ktoś okrywa mnie kocem. Kto inny wrzeszczy, że wreszcie zrobią z nimi porządek. Sąsiedni dom stoi w ogniu. Spoglądam w prawo i widzę chłopaka w osmalonym podkoszulku, który patrzy bezradnie w jakiś punkt. Dziwię się, że go nie znam, w końcu mieszkam tu już pięć lat. Kilku mężczyzn biegnie z wiadrami. Ktoś stawia obok wypełnioną wodą drewnianą balię. Nagle z płomieni wybiega poparzona kobieta. Krzyczy – Hania, nasza Hania! O Boże! Moje maleństwo! Witek! Gdzie jest Witek?! Stoję jakby mnie wmurowało w ziemię. Bezradność. I wtedy ten w podkoszulku nagle rozrywa tkaninę, moczy ją w stojącej balii, przykrywa głowę  i dosłownie rzuca się w płomienie. Matka dziewczynki dopada do mnie i krzyczy, żebym coś zrobił. Staram się ją przytulić. Ona mdleje. Zamiast skóry ma jedną wielką ranę. Mija minuta, może dwie. Widzę go znowu, tym razem niesie na rękach nieprzytomną dziewczynkę, może czteroletnią. Już wiem, że to pewnie Hania. Chcę coś powiedzieć matce, ale on nie daje znaku życia. On tymczasem potyka się i przewraca. Ruszam się wreszcie. Podbiegam i podnoszę dziecko. Z domu zaczynają lecieć rozpalone żagwie. Pęka więźba dachu. Dwumetrowa belka spada leżącemu na nogę. Odkładam dziecko, jest nieprzytomne. Próbuję pomóc nastolatkowi, ale on sam zdołał się odczołgać. Pojawia się lekarz. Dziewczynka ma poparzone gardło, ale będzie żyła. Straciła rodziców, bo matki też nie udało się uratować. – Henryk przerwał i napił się wody, podanej przez Grynia. Nikt nie odezwał się słowem. Nadler zrobił teatralną pauzę i patrząc w kierunku Kozuba kontynuował – Spotkaliśmy się trzy dni później. Przyszli do mojego brata, u którego się zatrzymaliśmy. Spłonęło wszystko.  Nie mieliśmy nic, ale zostało to, co najważniejsze. Rodzina.  Wtedy go poznałem. Znaczy oficjalnie. Był z matką, wcześniej mieszkał u wuja, bo uczył się w mieście, dlatego nie wiedziałem, że to syn Marty Riedel. Josef. Stracił w pożarze ojca. Można by powiedzieć, zyskał siostrę. Marcie udało się załatwić papiery i zabrali małą Hanię do Niemiec. Inaczej trafiłaby do sierocińca. Zostawili tu wszystko, czego stary Bernard Riedel się dorobił. Ponad dwadzieścia hektarów, z czego pięć to las. Domu zazdrościli im wszyscy, taki był ładny. Pomyślałem wtedy, że całe życie poszło im z dymem. Myliłem się. Kiedy dziś patrzę na Josefa, kiedy widzę jego krzywdę, wiem, że zawsze jest czas… Chce kupić własną ojcowiznę. A wy nie chcecie mu sprzedać?! – Nadler podniósł głos, a po policzku popłynęła łza. Zszedł z podestu i postawił przewrócone krzesło. Zbliżył się do Kozuba i powtórzył:  – Tak Mietek. Prawda nie ma właściciela.

Sala pustoszała powoli.

Łukasz Dynowski: Nie w

Nie w

Był więc świat, były światy, były światy im bliskie, były ich światy i był świat jego, niewąsatego, a w nim był klucz. Em był on właśnie. Bo „nie” swoim wbudowanym przecież, nie mógł być tym, kim być chciał, a być chciał cierpliwy. „Nie” tym jednak nieszczęsnym (nie-szczęsnym!) na „nie” się skazywał, cierpliwość, a skazując się, nie miał się prawa ułaskawić. I, pewnie, rzekłby niewąsaty, rzekłby, gdyby tylko ciągle nie orzekał, orzekaniem się przystosowując, „przy”, „przy”, tym się wobec wąsatego czyniąc. Choć, przyznałby zapewne niewąsaty, że to jego bycie „przy” odbywa się też trochę, choć z, to poza nim i bez niego, bo i taki już los porzucania wąsowatości własnej. Ale, choć porzucona, powrotu się w niewąsatym domaga, nie tyle jako ona – bo jak – a jako coś, co ją zastąpi, przestawiając i żonglując. Planuje zresztą ten cyrk niewąsaty od kilku minut dobrych, miotając się z pytaniem skonstruowanym, a niepostawionym, samemu chcąc jako pytany wystąpić. To, chłodnym niby i wymuszającym wzrokiem mierzy wąsatego, starając się nie zdradzić, starając się jemu, ale i sobie sobą udowodnić, że „przy” raz tu, tam drugi. I mógłby tak niewąsaty jeszcze długo, gdyby nie to, że nie mógł, nigdy nie może. Nie może i pyta:

- Więc? Hehe…

I to „nie”, natrętne, znowu znać dało, do pary z „przy” popłoch czyniąc, popłochem na błędy wystawiając. Błędy o skutkach tu i tam, bo przecież tragedią tej nieśmiałości całkowicie zanegował niewąsaty wymienność „przy” i dostrzegł zaraz, że „przy” jego nie jest samym „przy”, ale jest „przy” dziecięcym, infantylizującym go do granic, nawet rzucającym na kolana. Hehujek zresztą nastręczał kolejnych problemów, bo hehujkiem normalizując całą anormalność wąsatego, który, wiedział niewąsaty, nie odpowie na tego typu coś (kredens), stawiał się niewąsaty znowu w zniecierpliwieniu, trącącym w dodatku żałosnością. Ach, jakże niewąsaty był niewąsaty. Ale, uu. Ratunek! Z oddali nadjeżdża, widać w oddali. Co oddali niewąsatego zniecierpliwienie i odda nieco odwagi, oddalonej już przy zamknięciu drzwi własnych mieszkania własnego. Może nawet to zniecierpliwienie wyłoży się trochę na wąsatym, który zniecierpliwi się, że niewąsaty, koniecznością z oddali, oddali swoje zniecierpliwienie. Chociaż byłoby to chyba zbyt normalne, zbyt codzienne, żeby wąsatego chwycić. To, przez adrenalinę zbliżającej się oddali, oddalony nieco od siebie „przy”, i oddalą ułatwiony wobec wąsatego, tak mówi:

- Słyszę jak nadjeżdża mój pociąg, słyszę jak nadjeżdża mój pociąg.

Ach! Nie mruknął wąsaty, spojrzał, ale nie mruknął! Przetrzymuje! Nie musi, będąc właściwym, głównym „przy”, ale wykonuje, drąży, przetrzymuje! Niewąsaty, pogodzony, w końcu:

- Więc?

Jeszcze wąsaty pogrywa sobie, zaciąga się papierosem, na ziemię, butem, rozgląda się, krawężnik, szyby, kamyki. Wtedy dopiero:

- Więc kupię sobie to miasto i wsadzę je sobie w buty.

Niemiłosierny, bezlitosny! Nie zna umiaru! Tak umiejętnie, tak sprytnie wsadził niewąsatego, umieścił go w tym, zaprowadził na pociąg, wsadził w, i wsadził w! Sytuację, która niewąsatego z „przy” odziera, ale nie ratując, a papierosem butem zgaszonym czyniąc, wsadzając w „poza”, wszystko, akcję, rozwój. W szoku, nic nie zdążył powiedzieć, zareagować, w momencie „.” przestał być. Spodobałoby mu się teraz to „przy”, spodobało.

A wąsaty jak nic, jak nigdy, oddala się, idzie kupować miasto. Nie jest to jednak łatwe, myśli wąsaty, dostrzegając kunszt własny i siłę – że nie tylko niewąsatego wsadził, ale i siebie trochę przecież, wsadził siebie w problematyczność, stał się osadzony nieznajomością miejsca, w którym mógłby się osadzić celem kupienia miasta. Buty już mam, to już mam, teraz tylko do po, pomyślał wąsaty i zerknął na zegarek. 16:24. Wszystkie klauny poszły już spać, wie o tym wąsaty, osadzając się bardziej jeszcze. Buty już mam, pociesza.

Wiatr, rusza się trawa, gdzieś śpi koń.

Wobec braku klaunów, rośnie kobieta lis, lisica, ostatnia nadzieja po zamkach zrobionych z piasku, które wszakże samymi już „zamkami zrobionymi z piasku” sytuują się na plaży, plażą oddaloną czyniąc dostęp oddalony czasem, utrudniającym. Lisica bliżej na pewno, kobieta lis, do niej, nawet jak nie wie tyle, co klauny, to przecież lisica, kombinatorka! Kombinatorka. Bardzo to oczekiwane i wyuczone, teraz dopiero pomyślał wąsaty, i położył się na chwilę na chodniku, żeby choć trochę się wyprowadzić, wytrzeć oczekiwane nieoczekiwanym. I leżąc tak, wobec nieznaczącej poprzez swą nieliczność publiki, leżał dość nieskutecznie. Usłyszał za to na tym niższym poziomie płacz wiatru, podpowiadający, że kobieta lis, lisica, jest tam, gdzie jest.

Tam, gdzie jest! Doskonałe, myśli wąsaty, fenomenalne! I przede wszystkim bardzo w porządku.

Udawszy się zaraz tam, gdzie kobieta lis jest, istotnie znalazł się tam, gdzie kobieta lis jest. I tam, co nieczęsto mu się zdarzało, ale był w końcu postawiony w sytuacji, rzekł:

- Chciałbym kupić to miasto.

- Deszczowy dzień – odparła lisica.

- Pada cały dzień.

- Słońce, dawno nie padało, bo ja wiem, miesiąc?

- Pada cały dzień. Gdzie dostanę miasto?

- W czerwonym domu.

- W czerwonym domu.

- W czerwonym domu, tam jest pokój pełen luster. Nic więcej nie mogę powiedzieć.

- A ten dom jest…?

- Jest.

- Gdzie?

- Tam.

A to dobre, pomyślał wąsaty i odszedł, wąs nią wydarty przywracając, a z nim swoją główność. Na nieszczęście tam jest poza tutaj na tyle, że będzie musiał wąsaty udać się w podróż, co wymagać będzie drobnego pakunku i podporządkowywania dnia następnego, znowu trochę osadzając wąsatego, nadszarpując jego stanowienie. Ale buty już mam, optymizuje.

Dzień następny.

Wąsaty się zachowuje, stara się zachowywać jak najbardziej, stara się być, czym jest rzeczywiście podwojony względem siebie wczoraj, czyniąc się wąsatym przerażająco, pewnym własnej pewności. Niezwykły jest tym, godny pozazdroszczenia. Taki udaje się na pociąg, taki i spakowany. W portfelu 100 złotych, będzie kupować miasto.

W pociągu się poruszającym, sam stara się już nie poruszać, żeby tej dominacji ruchu, dominacji, która przewidziana jest przecież dla niego, nie uwypuklać, nie powodować sobą dla siebie konkurencji. Więc siedzi, bez ruchu, ale… jak! Jak on tym porusza! Jak jego niechęć jest niczym wobec jego istnienia! Zadziwiającego! Zadziwiającego, bo przecież wielkiego mimo niepróbowania. I mimo znajdowania się wobec wydarzenia, mimo stawiania się znowu w sytuacji, która, wydawałoby się, spowoduje jego nadwątlenie, lukę w nim znajdzie. A on skupiony tylko, bardziej jeszcze wąsatym się tym skupieniem czyniąc. Klasa sama w sobie, prezydent, król i terrorysta.

Na miejscu, tam, czerwony dom, wejście, pokój pełen luster, wejście, w, nikogo.

- Chciałbym kupić to miasto.

Cisza, ciszą dziwnie się wąsaty poczuł, jakby nie tak. Lustra pracowały pełną parą, odbijając wąsatego, wąsowatość mnożąc, dodając, potęgując, wąsowatością wypełniając pokój, który wobec ciszy, dodanej do sytuacji, stał się w zasadzie wąsowatości pozbawiony, ją odjęty. Przeklęta matematyka! Spotęgowane, a zerowe, plus, minus. Jakby gwałcono, jakby lisią pigułkę gwałtu podano.

- Chciałbym kupić to miasto! – krzyknął niechętnie, durniu, myśląc, bo jeśli krzyk, to dureń.

Drzwi lustrzane, otwierają się, sylwetka się sylwetką wyłania, w

wąsatą!

Wąsata sylwetka! Lustra w szale, gubią się, jak gubi się „przy”, bo, mimo że w sytuacji osadzony jest wąsaty, i drugi wąsaty, fundament mający stanowić, wyraźnie został postawiony, zaskoczony nagłą niewyobrażalnością, dominacją zdominowaną zagubieniem. Nie wiedzieli, co począć, główność obu jawiła się jako główny problem i tym się głównie głowili, nie mogąc postawić żadnego początku. Bo skoro główny i „przy” pozostali zagadką, nic nie mogło zaistnieć prócz napięcia, nacierającego na lustra, nacierające na nich. Ewidentnie się znajdowali, ale nie mogli się odnaleźć. Przerażeni, wsadzeni, bez możliwości wysadzenia, ani jakiegokolwiek wsadzenia bardziej, oba wsadzenia mogącego wysadzić. Wszak wsadzenie jeszcze bardziej byłoby wsadzeniem, które pomogłoby definiować, podzieliłoby na wsadzenie i wysadzenie. Marzyli o tym, to ich trzymało. Ale wiedzieli jednocześnie, że wobec tego wszystkiego, co się tutaj teraz odbywa, odbywanie się jakiekolwiek inne, a już prowadzące do ilorazu w szczególności, nie miało moralnego prawa zaistnienia. Spotkanie to ich niespodziewane z miejsca skazało ich na dodawanie i mnożenie, nie było mowy o wyrywaniu się „temu”, czym byli. I choć bezustannie „to” wymuszali, wymuszali „to” dla siebie, starali się robić wszystko – czyli dokładnie nic – żeby „tego” nie wymusić przeciwko sobie. „To” ich wszak stwarzało, „to” tracąc, tracili siebie. Jednocześnie, mimo tak absolutnego trwania, sami zaczynali ulegać wszechobecnemu tutaj zagubieniu, nie byli już pewni, czy utrata nie byłaby w tej sytuacji pozyskaniem, czy wysadzając, rzeczywiście by nie wysadzili. W końcu nie chodziło o wysadzanie na dobre, lecz o wysadzanie na czas. A jednak – nie czas ich dręczył, a sam fakt wysadzania, wysadzania przecież „wobec”, na widoku. Nie chcieli temu ulegać, woleli skazać się na szaleństwo. I tak już w nim tkwili, spotęgowani lustrami, gubiącymi i napinającymi.

Aż szał ten rozsadził lustra.

Szkło znalazło się w ich mózgach.

W butach były tylko stopy.

Piotr Rybczyński: Czołówka

”Miałem już wracać, gdy bogowie zatrzymali mnie jeszcze w Egipcie,

bo nie złożyłem im ślubowanej hekatomby, a bogowie nie lubią,
żeby zapominać o ich prawach. Jest tam na grzmiącym morzu
wyspa, nazywa się Faros, oddalona o dzień drogi okrętem,
gdy się ma ostry wiatr za rufą”

„Odyseja” pieśń IV

PERSONALNA
– Dzwonili z infrastruktury, oddają dziś Rondo Cyklopa o szesnastej! – uaktywnił się werbalnie Ściema.
–  No i bomba, półdługi na czołówkę i panoramiczne zdjęcie. Bez żadnych typów. Tylko samo rondo, zasłużyło sobie. Dwie kadencje je budowali?
–  Trzy. Chyba, że nie liczyć tej odwołanej – Bodek zdjął z ramienia urządzenie przypominające bardziej narzędzie snajpera niż aparat fotograficzny –  nawet ty Kubuś tyle tu nie siedzisz.
–  Jedziesz do zdjęcia. Żadnych dwunożnych i samochodów. Żadnych maszyn budowlanych. Żadnej budowy. Tylko rondo – zakreśliłem rondo ręką.
–  Na wylocie stoją betoniary i walce, na wlocie będą otwieracze z wstęgą. Jak otwieracze przetną taśmę, tiry ruszą na Szczecin.
–  Bodek. Ja nie chcę żebyś fotografował zimorodka łapiącego ukleje w locie, proszę cię tylko o kawałek asfaltu. Możesz to dla mnie zrobić?
–  Żadnych garniturów?
–  Żadnych, jest środek ogórków. Jak garnitury to tylko prywata, ustaliliśmy. Chyba, że Kodżak pokaże wacka.
–  A on jest do tego zdolny, zaproponuj mu. Ten nowy Peo się nie wścieknie?
–  Wścieknie. Słyszałem jak odsłuchiwał rano jakiś zdyszany wywiad z burmistrzem.
–  Na bank? Słyszał, że słyszałeś?
–  Podejrzewam. Puścił przy otwartych drzwiach dyktę z głośnikami na ful, przynajmniej z pięć razy. Bodek westchnął i ostentacyjnie powlókł się do ciemni.
–  A ty Ściema z czego rżysz? Dzwoń do wykonawcy robót, dowiedz się czegoś o rondach, porozmawiaj z jakimś inżynierem osobiście. Po co się je buduje, co dają, ciekawostki – banan na twarzy Ściemy zmienił nagle kierunkowskaz.
–  O nie! Trzeci dzień z rzędu od 6 rano jestem na dyżurze. Na dworze jest ze 100 stopni, a ja fatalnie znoszę skwar i jeszcze rozmawiać o asfalcie… Ten wentylator robi obrót na minutę.
–  Szkoda, bo od jutra biorę urlop. Będę musiał znaleźć kogoś mniej wrażliwego. Na niedzielę zapowiedzieli jeszcze większy upał, a Miss Zalewu wymaga spędzenia całego dnia na rozgrzanej plaży. Jako pracodawca nie mogę pozwolić, żeby stażysta tak się narażał. Jeszcze dostanie ud…
–  To szantaż!
–  Wokół Zalewu nie ucieka się do szantażu. Zwykła manipulacja. Darmowe piwo… środeczek dla gazety z finalistkami… wywiadzik na jedynce z Miss..
–  Kocham słoneczko i wszystkie ronda na świecie! – Ściema wykrzyczał jednym tchem.
–  Znów rozkładówkę mam robić? – rozległ się nieudolnie starający ukryć zadowolenie głos z pracowni – z opisami?
–  Tylko grube podpisy. Rok temu miał być reportaż z info, ale używając języka dyplomacji dziewczęta nie okazały się przeintelektualizowane.
–  Jestem Kasia, 19 lat, pracuję jako cleaning manager w zachodniej sieci sprzedaży i studiuję zaocznie na I roku marketing i zarządzanie, interesują mnie języki obce i równikowe lasy chronione – doleciał słodki głos Bodka – na imię mi Ania, mam 18 lat, studiuje zaocznie prawo na I roku, chcę być adwokatem i walczyć o sprawiedliwość na świecie. Interesują mnie sztuki walki i taniec techno.
–  Kto wygrał rok temu?
–  Ta w tym kostiumie… jakby ją lampart przestraszył. Ale lepsza była ta z Idola.
–  Młody! Co ty tu jeszcze robisz? – Ściema z otwartą gębą wlepiał wzrok w ciemnię widząc już siebie pośród wilgotnych brązowych zwierzątek. Nim zdążył udać się w asfaltową rzeczywistość, dotychczas lekko uchylone drzwi jedynego nie koedukacyjnego pomieszczenia redakcji z enigmatyczną tabliczką Naczelny wypluły małego wąsatego człowieczka w czerwonym krawacie.
–  Może ktoś by tak mnie zapytał o zdanie? Chyba mam coś tu do powiedzenia?
–  Na kolegium omówiłem tych kilka koncepcji….
–  Koncepcji? To decyzje, odniosłem wrażenie panie Konieczny, nie koncepcje.
–  Myśleliśmy, że jest pan czymś ważnym zajęty.
–  Byłem. Na początkową stronę chciałbym opublikować wywiad z burmistrzem, który udało mi się wczoraj przeprowadzić, a dotyczący planów zagospodarowania przestrzennego gminy do końca roku. To chyba jest ważniejsze od jakiegoś wypisywania o rondach! – twarz zmieniła kolor na krawatowy.
–  Panie… dyrektorze, w środku lata turystyczna miejscowość nie przepada za tego typu newsami, co do zasady pisze się o pierdołach, robi dodatki turystyczne. Bez urazy, ale sztygara z Wałbrzycha niezbyt pasjonuje strategiczna lokalizacja szamb, ustawiane przetargi, sesje rady miejskiej. Woli wiedzieć gdzie kupić piwo i posłuchać szant.
–  Jako redaktor naczelny mam prawo być o wszystkich planach informowany jako pierwszy. W szczególności o posunięciach sekretarza redakcji!
Czekałem, aż młody zniknie za drzwiami.
Bodek z ciekawością wychylił się ze swojej nory.
–  Dziennikarz dyżurny powinien sporządzać….
–  Nie przerywałem panu, dokończę. Papierowymi przychodami i rozchodami nie zajmiemy się wcale, za rzeczywiste weźmiemy się we wrześniu, macie kreta w radzie. Jeżeli pan naczelny już chce koniecznie pana burmistrza oglądać w jutrzejszej gazecie to proponujemy interesujący materiał, jak próbuje powstać pod „Bajką”, świetny reportaż. Skarbnik go podnosi, ale padają razem. Dalej każdy z flachą i koleżanką, bo przecież nie kurwą, drą mordy maszerując przez centrum Szczecina ze śmietanką naszych włodarzy. Pan zdaje się jakoś też się przewija, ale na drugim planie…
–  Na pierwszym – wtrącił Bodek –  wykadrowałem.
–  Co mają znaczyć te pomówienia! Do sądu…
Wreszcie drzwi za Ściemą zatrzasnęły się.
–  Stul pysk!
Stulił.
–  Dziękuję. Wyjaśnijmy kilka dość palących kwestii w zakresie naszych wzajemnych relacji. Nie chciałem przy stażyście robić sobie i gazecie obciachu. Otóż sekretarz redakcji Jakub Konieczny, czyli ja, nasz fotoreporter Gerwazy Bodecki i nieobecny dziś redaktor Purgał mamy pana głęboko w dupie – ciągnąłem dalej.
–  Co?!
–  Mamy pana głęboko w dupie. Co w tym niejasnego? Pozwoli pan, że postaram się wszystko po kolei objaśnić. Jest pan tutaj dwa tygodnie i jak dotąd współpraca układała się nam doskonale. Obdzwania pan na koszt redakcji wszystkie komórki w mieście, za darmo zamawia żarcie, chleje i tnie wstęgi na bankietach, czekając aż kolesie po kluczu wyrzeźbią jakieś lepsze koryto. Rozumiem to, a nawet jestem w stanie zaakceptować. Ale w news– roomie rządzi tylko i wyłącznie sekretarz. Może pan się poruszać się po nim swobodnie i udzielać na kolegiach, byle nie w takim imperatywie kategorycznym, tego nie będę znosił. W swojej izolatce może pan przyjmować całe to swoje szacowne grono. Nazwiska na drzwiach nie wygrawerujemy. W zeszłym roku zrobiliśmy dwie imienne tabliczki, zwykłe marnotrawstwo. Dla nas jest pan panem nikt. Powietrzem. Czytał pan „Iliadę” Homera?
–  Taki ślepy – wtrącił Bodek.
Obaj mieliśmy słabość do heroicznych epopei. Po wewnętrznej stronie drzwi redakcji napisaliśmy markerem na ostrym rauszu wiersz Herberta:

Dokąd płynie Dionizos przez morze czerwone jak wino,
Ku jakim wyspom zmierza pod znakiem  winorośli
Spity winem nic nie wie, więc my także nie wiemy
Dokąd płynie z pnia bukowego łódź lotna.

Nieważne. W decyzji o przydziale stanowiska napisano –  pełniący obowiązki. Na drzwiach napisano –  naczelny. To mniej wyraziste i bardziej bezosobowe logo niż kółeczko czy trójkącik w kiblu. My mamy wszystko podpisane, od kubków, długopisów po komputery i biurka.
Bodek pokręcił głową. Za mocno.
Naczelny alias P/O cofnął się w stronę swojego bunkra.
–  W większości wydawnictw na świecie przyjęta jest praktyka, że naczelny reprezentuje redakcję na zewnątrz, a gazetą rządzi i nadaje jej rytm sekretarz redakcji.
–  Naprawdę? – inny głos zapytał z nadzieją.
–  Od Timesa po Nowego Wampa.
Pełniący Obowiązki powoli odwrócił się i nerwowo– spacerowym krokiem wrócił do bazy.
Bodek nie wytrzymał i ryknął śmiechem.

OSOBISTA

Zostałem sam i zabrałem się za reportaż, który nosiłem w głowie już kilka miesięcy jako awaryjną czołówkę i jednocześnie wyrównanie ubiegłorocznych rachunków. Idealny temat na sierpień, a co więcej zemsta prywatna. Pozostało przelać luźne refleksje na monitor i poukładać fakty. Rozpocząłem osobistym wyznaniem, iż czułem się bezpiecznie w Ameryce Łacińskiej i na Bliskim Wschodzie, a prawdziwym lękiem napawają mnie krainy typu Benelux i Skandynawia. Nawet stonowany muzyk Lou Reed wypowiedział się kiedyś o Szwecji z przerażeniem: „Otwieram apteczkę, a tam zestaw na wypadek samobójstwa”. Wczesną jesienią zeszłego roku wybraliśmy się do Bromoli na południu Szwecji łowić łososie w jednej z najsłynniejszych na świecie rzek wędkarskich. W ramach rozgrzewki wynajęliśmy domek nad jeziorem i trzy dni moczyliśmy w nim kije. Akwen na folderach zdawał się wędkarską Mekką. Kilka tysięcy rzutów spinningiem przy kilkudziesięciu wariantach blach dało efekt w postaci okonia (nie chwaląc się sekretarz redakcji go złowił) i szczupaka (tenże), który został zaliczony tylko z tego tytułu do trofeów, że przezornie go ukatrupiłem zanim ojciec Bodka zdążył dobiec z miarką. W końcu zniesmaczeni pojechaliśmy na górski odcinek Morum, słynący z metrowych troci i łososi. W ośrodku przy tamie znaleźliśmy informację, kasy biletowe i rzeczywiście wielkiego półtorametrowego, spreparowanego łososia, aż poczułem się, jakbym wylądował w powieści Jerome K. Jerome. Najpierw postanowiliśmy jednak zobaczyć, jak żerują te waleczne ryby, wyruszyliśmy więc na rekonesans wzdłuż rzeki. Po dwugodzinnej penetracji i rozmowie z napotkanym Walijczykiem rzucającym „for trenning” odkryliśmy, że nie ma tu nie tylko żadnych szlachetnych ryb, ale nawet tych najbardziej plugawych, czegokolwiek z ichtiologicznego punktu widzenia. Wróciliśmy do postmodernistycznego  budynku na zaporze. Analiza cenników, a szczególnie zasad połowu urągała nawet naszej śladowej godności wędkarskiej. Łososie były, pływały sobie obok rzeki w basenie z tlenioną wodą. Opłata startowa grupy zapaleńców powodowała wpuszczenie kilku wygłodniałych sztuk na kilkusetmetrowy górski odcinek, którego przepłynięcie i ominięcie rozstawionych muchówek powodowało triumfalny powrót do basenu, zaś łowcy oszczędzało osobnego wydatku od kilograma złowionej ryby (kilka razy większego od świeżutkiego norweskiego łososia, kilka godzin wcześniej pływającego sobie w Atlantyku). Wiem, to o przygodę chodzi, a nie cenę. Zdecydowanie jednak nie o taką.
Poza tym wszystko verbieten. Nie chodzi mi o limity prędkości, które zredukowały śmiertelność w wypadkach drogowych o połowę, ale o daleko posunięty brak własności państwowej. I ten system detalicznej dystrybucji towarów spirytusowych (sklepy monopolowe odbiegają od słowiańskich ideałów). Puste ponumerowane butelki stoją w gablotach, klient zapisuje numerki i wręcza sprzedawcy, który idzie na zaplecze z karteczką po trunki. Rozumiem, że statystyczny Sven przez zimno, brak słońca, alienację (obszar dwa razy RP i niewiele ponad dziesięć milionów ludzi) chla okrutnie, ale czy to może pomóc? Również wywindowane nawet jak na Skandynawię ceny powodują indywidualne pędzenie na potęgę (in margine –  browar w sklepie maximum 2,8%). Kraj osiągający pewien pułap konsumpcji zaczyna fiksować, mam na ten temat swoją teorię. Wydawałoby się niczym niezmącona kraina północnych fiordów krzywdę wyrządziła sobie w dziedzinie prawodawstwa. Patologiczna wykładnia dopuszczalności eutanazji i praw dziecka, motywowana chorym rozumieniem praw podmiotowych, dopuszcza ukatrupienie kogoś wbrew jego woli, jeżeli na ten przykład rodzina uzna, że się nieludzko męczy. Będąc dziadziem z milionem baksów na koncie odczuwałbym pewien dyskomfort psychiczny, czy troskliwi zstępni nie uznają przypadkiem, że nie mogą już na moje katusze patrzeć i postanowią zgodnie, iż należy mnie uśpić. Dziewczynka, której tatuś zabronił oglądać TV po dobranocce dzwoni na policję i informuje, że jest molestowana seksualnie przez ojca. Ten trafia od razu do pierdla, dziecko zostaje oddane do adopcji parze gejów na metadonie po odwyku heroinowym. Szwedzkie prawo dopiero po wojnie zakazało małżeństw spokrewnionych w linii bocznej, które zawierano często ze względów majątkowych. Kiedy zaczęło się z w/w przyczyn rodzić zbyt wielu kretynów, na gwałt zaczęto ściągać cudzoziemców, przez co typowa Szwedka XXI wieku jest czarna i nosi dredy. O tym, że ich psy mają psychoanalityków, nie wspomnę.
NEUTRALNA
–  No i czego dowiedziałeś się o rondzie i o rondach – obróciłem się na krześle.
–  Rondo ma usprawnić ruch pojazdów i pieszych oraz zmniejszyć liczbę wypadków. Rozwiązanie istniejące dotychczas nie spełniało podstawowych wymogów bezpieczeństwa. Widoczność…
–  Sam na to wpadłeś?
–  Jak informuje projektant inżynier Alfred Domański, była niezgodna z przepisami. Kąty przecięć ulic były bardzo małe, co stwarzało duże zagrożenie dla pojazdów i pieszych…
–  Biura inżynieryjne, podwykonawcy, wszyscy którzy od początku byli zamieszani w całe to zamieszanie. Background. Trzeba czytelnikowi naświetlić historię choroby.
–  Statystyki dowodzą, że zastosowanie małych i średnich rond zmniejsza liczbę kolizji – Ściema dalej cytował zatłuszczony notatnik – co prawda notuje się na nich nieco więcej drobnych stłuczek, ale za to maleje liczba poważniejszych wypadków, które często kończą się śmiercią. W perspektywie obok Ronda Cyklopa będzie możliwa przebudowa niestrzeżonego wiaduktu. Prace mają zakończyć się jesienią.
–  Ważny jest rok – słusznie zauważył Bodek.
–  W związku z wprowadzeniem nowej organizacji ruchu od dnia 3 sierpnia, przystanek z…
–  Czytasz komunikat o zmianie organizacji ruchu czy główny artykuł wydania? Trochę się pogubiłem.
Mina Ściemy przypominała psa, z tych niesłusznie bitych.
–  Co można o rondach napisać interesującego? Mam zadzwonić do budowlańców i opisać skład betonu?
–  Jeżeli już to asfaltu. Jest pełnia sezonu, lud chce czegoś z jajem.
–  Teraz to już pan przegiął. Najpierw zmusza mnie do podjęcia tematu fascynującej wszystkich naokoło budowy, potem ma pretensje, że wykonałem polecenie tak jak mi kazał.
–  Nie panujemy sobie w redakcji, powinieneś już zapamiętać. Dalej nie wyciągasz wniosków, a jesteś tu ponad miesiąc. Ten sam materiał można zredagować w diametralnie różny sposób.
–  W kółko pan Bodek to powtarza. Z szóstki trzeba umieć robić dziewiątkę, żeby było tip– top.
–  Numerując zdjęcia i ograniczając się do dwóch linijek opisu redaktor Bodecki rzeczywiście mógł dojść do tego typu konkluzji. Siadasz do klawiatury i redagujesz tekst jeszcze raz. Poszperaj też w sieci. Za dwie godziny chcę mieć gotowca na biurku, dead– line o szóstej i nikt nie będzie już nikogo katował asfaltem. Wypływam z Julią na Zalew i przez najbliższy tydzień nie istnieję, potem mam Targi Wydawców i Dziennikarzy Prasy Lokalnej. To twoja składanka Grechuty? – dostrzegłem okładkę obok odtwarzacza, z którym Ściema starał się nie rozstawać. Nie wiem czy bardziej chodziło mi o muzykę czy sprawdzenie odporności nowego nabytku redakcji na stres.
–  Moja, ale…
–  Jest na niej Korowód? – przerwałem brutalnie.
–  Jest – wydął obojętnie wargi.
–  Rekwiruję na godzinę. To pomoże zintensyfikować wysiłki i skupić się wyłącznie nad korektą tekstu.
–  Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy –  doleciało z ciemni –  ważnych jest tylko kilka tych chwil, tych na które czekamy…
–  A za dwie godziny i minutę wysyłam mail– a do Radia Zalew i ceduję na Arbuza sobotni materiał.
–  Radio Zalew nie zalewa… – tym razem dotarła linia melodyczna radiowego spotu.
–  Arbuz za to owszem.
–  To wszystko? – czułem jak gotuje się pod kamienną twarzą.
–  Niezupełnie, przydałby się jakiś dowcipny lead.
–  Jasne.
–  Mniej wypadków, więcej stłuczek… Mam! –  triumfalnie zawołał redaktor Bodecki.
–  To niemo…
–  Więcej pracy dla blacharzy, mniej dla grabarzy!
Dwie linijki. Ale jakie. Zacząłem się głośno śmiać.
OSTATECZNA
–  Pierdolony redaktorek – mruknął do siebie Naczelny na widok sobotniego wydania na biurku. Z niesmakiem do niego dotarło, że zanim gazetę umieści w koszu gdzie jej miejsce, będzie musiał spojrzeć na rondo, którym wczoraj został tak upokorzony. Już z daleka jego wzrok zarejestrował duży fragment ulicy i jakieś postacie. A przecież sekretarzyk wyraźnie powiedział, że ma nie być żadnych postaci, rozchmurzył się PO. Może ten Bodecki tak naprawdę to nie jego ma dupie i można będzie się z nim jakoś dogadać. Chociaż fotek to pstrykać nie umie. Wszystko zamazane jakby w biegu, na pierwszym planie jacyś mundurowi uchwyceni bokiem, kupa świateł w tle –  przyjrzał się z niesmakiem. No i gdzie są teraz ci wszyscy dziennikarze. Fakt, przyszedł dwie godziny po kolegium, ale ktoś musi telefony odbierać. I z tą drukarnią trzeba zrobić porządek. Dostają kasę za sześć kolorów na pierwszej stronie, nie za czarne drukowane litery pogrubioną kursywą: „NA RONDZIE”. Od niechcenia zjechał wzrokiem na kilka wytłuszczonych zdań poniżej. I w jednej sekundzie wszystkie wcześniej skumulowane myśli znikły, nawet nie zmieniły się, znikły jakby ich poprzedni tor nigdy nie istniał, bo przecież w każdej gazecie czai się gdzieś to coś, wystarczy tylko trafić numer. Nieważne co, wywiad z burmistrzem, reportaż z Szwecji, nowe rondo. Nieważny motyw, temat, zasięg, nieważna siła. Ważny punkt jej przyłożenia, żeby poczuć to podniecające uczucie niedowierzania, ukłucie pod codziennością przetartych trybów przerdzewiałej od zawsze maszyny.
Wczoraj około północy na otwartym kilka godzin wcześniej Rondzie Cyklopa zginął 31– letni mężczyzna. Jak ustalono śmierć na miejscu poniósł sekretarz redakcji „Wokół Zalewu” Jakub Konieczny. Jak mówi asp. Karol Buczyna z Biura Prasowego KMP dziennikarz prawdopodobnie z przyzwyczajenia zjechał na przeciwległy pas jezdni i zderzył się z nadjeżdżającą z naprzeciwka ciężarówką.

Wciągnęła go, wessała do środka nośność, bo co bardziej absorbuje niż mocna czołówka.

Sławka Grabowska: Nieśmiertelnik

Nieśmiertelnik

Zbudziłam się z twarzą pełną czarnych zaskórników. Kusiło mnie żeby każdy z nich, po kolei ścisnąć i poczekać aż wyskoczy spod napiętej skóry, zostawiając po sobie jedynie maleńki, ledwo widoczny otworek. Oczywiście się nie opanowałam. Wychodziły od razu, przy lekkim tylko naciśnięciu. W zasadzie nie zostawiały żadnych śladów. Niezadowolona ochlapałam twarz zimną wodą. Prysznic mnie rozbudzi, pomyślałam z niesmakiem wpatrując się w swoje odbicie w lustrze.

Szybko ściągnęłam przez głowę rozciągnięty podkoszulek z ledwo już widocznym „I ♥ NY”. I wtedy zobaczyłam TO. Duża nabrzmiała gula, pełna ropy dumnie sterczała z prawego ramienia. Byłam jak w transie, po prostu nie mogłam oderwać od niej oczu.

Ręce w zasadzie same, jak zahipnotyzowane ruszyły w jej kierunku, a ja już oczyma

wyobraźni widziałam, jak biała, glutowata wydzielina wypływa, aż dochodzę do krwi, widzę ten rowek w skórze, odkryte mięso. Przełknęłam ślinę i jeszcze przez moment z trudem się powstrzymałam. W końcu wybrałam miejsce, umieściłam po jednym palcu z każdej strony guli (nie była mała, miała średnicę jakieś 2 centymetry) i nacisnęłam. Lekko, ale zdecydowanie. Wyskoczyła twarda kulka zbitej ropy. Wypłynęło mnóstwo białego, na wpół przejrzystego płynu. Naskórek

zmarszczył się i jakby sam zszedł. A tam pod spodem kryło się dużo więcej. Wewnątrz gula cała była lepka, aż się prosiła o więcej. Miałam wrażenie, że spod niej wygląda żywe mięso i że mogę rozróżnić kość i kawałki mięśni. Znów nacisnęłam. Wypłynęło jeszcze więcej ropy, zdawało się, że nie ma to końca. Wreszcie gulę było widać trochę lepiej, ale nadal na samym jej wierzchu

coś dziwnie leżało. Najpierw myślałam, że to kawałek zmaltretowanej skóry, ale okazało się, że to pomarszczony kawałek cebuli. Trochę się zdenerwowałam i nie potrafiłam zdecydować co dalej. Gula i otwarta skóra wokół piekły jak cholera, z każdą chwilą coraz bardziej. Nie tracąc już więcej czasu, nie czekając, aż ból będzie zupełnie nie do zniesienia, zerwałam cebulę. Zabolało, ale oderwała się szybko, jak jakiś zużyty plaster. Pieczenie ustało momentalnie, otwarta rana nadal

jednak pobolewała i pełna była ropnej wydzieliny.

Znów zawzięcie nacisnęłam na zmaltretowaną skórę wokół kulki ropy. Wreszcie!

Wyskoczyła i zdawała się sama rozmazywać na wierzchu mojej dłoni. Nie miałam jednak czasu teraz o tym myśleć. Gula wyskakując odkryła coś, co mnie całkiem przeraziło. W szoku wpatrywałam się w kawałek metalu sterczący teraz spomiędzy kości i mięśni na ramieniu. Tkwił głęboko i cały, poza wystającą końcówką, utytłany był w płynnej, gęstej i już wcale nie przejrzystej ropie. Przerażona, nie wiedząc czy robię dobrze, czy może okaleczam się na całe życie, chwyciłam

wystający kawałek i mocno pociągnęłam. Wysunął się z lekkim oporem. Miałam wrażenie, że, zupełnie jak papierowy ręcznik z dystrybutora w publicznej toalecie, może się rozerwać w każdym momencie. Nic takiego się jednak nie stało. Wyszedł cały. Srebrny nieśmiertelnik. Obracałam go ostrożnie w dłoni. Ciało obce wyciągnięte ze mnie. Z jednej strony wygrawerowane było moje imię i nazwisko, a pod spodem dużo wolnego miejsca. Z drugiej strony wyryto wykropkowane, niewypełnione linijki i u dołu ledwo widoczne „S/N E-BP309827”. S/N? Numer seryjny? Czego?

Mnie? Kto to we mnie włożył? Dlaczego tkwiło w moim ramieniu? I od jak dawna?

Przerażona pomyślałam o dziurze w moim ciele i o tym, że ropa pewnie nadal się z niej sączy. Wyobraziłam sobie wszelkie możliwe zakażenia, choroby, sepsę. Spojrzałam na ramię. Ziała w nim ogromna dziura, skóra była jednak zagojona i bez śladu ropy. Ostrożnie zaczęłam obmacywać dopiero co zrośnięte krawędzie. Ani śladu ropy. Ani śladu odkrytej kości, czy mięśni. Nowa skóranarosła tam w ciągu tych 2-3 minut, kiedy przyglądałam się nieśmiertelnikowi. Była lekko żółtawa,

jakby za bardzo brakowało jej słońca, żeby przybrać normalny, zdrowy kolor. Znaczyło ją też mnóstwo delikatnych niebieskich smug, chyba po prostu była jeszcze tak cienka, że przebijały spod niej naczynia krwionośne. Nic mnie jednak nie bolało. Ustąpiło też dziwne uczucie zagrożenia,które nie opuszczało mnie od wielu dni. Poczułam ulgę i niezbitą pewność, że wyjęłam nieśmiertelnik w ostatniej chwili. Teraz wszystko musi być dobrze, ale muszę się pilnować. Bo Oni spróbują znowu…

Zbudziłam się zlana potem. Podkoszulek z wyblakłym „I ♥ NY” nieprzyjemnie lepił mi się do ciała. Był środek nocy, ale w tym zaduchu szans na normalny sen w zasadzie nie było. Co to za koszmar mi się śnił? Jakoś nie mogłam poskładać tej historii w całość. No nic, czułam się tak już od tygodni. Jedna zarwana noc więcej nic nie zmieni. Już w łazience ściągnęłam z ulgą mokry T-shirt. I wtedy zobaczyłam TO. Duża nabrzmiała gula, pełna ropy dumnie sterczała z prawego ramienia.

Byłam jak w transie, po prostu nie mogłam oderwać od niej oczu.

Marcin Królik: Światła nad grobami

Pod koniec listopada, podczas nagłego ataku zimy, Ulka się potknęła i dość poważnie skręciła kostkę. W kwietniu już nie utykała, ale dłuższe chodzenie wciąż sprawiało jej ból. Nasze sezonowe spacery z kijkami, które inaugurowaliśmy z wielką pompą, gdy robiło się ciepło, musieliśmy niestety ograniczyć do miejskiego parku. Tego wieczoru żeglujące po niebie obrzękłe fioletowe chmury nie pozostawiały złudzeń, że fala słonecznej pogody załamie się jeszcze przed Wielkanocą.

– No, i tyle marzeń o ładnych świętach – powiedziałem do Ulki. – Raz od wielkiego dzwonu wypadają w ostatni kwietniowy tydzień i pewnie akurat zacznie lać. Nie mogliby ustalić stałego terminu? Po co ta heca z pełniami księżyca?

– Zawsze mnie rozśmieszało, kiedy ateiści próbują pouczać Watykan – odparła i zatrzymała się. – Odpocznijmy chwilę. Ta cholerna noga znów mi dokucza.

Tym razem zamiast kręcić się w kółko po upstrzonych psimi gównami alejkach, pokonaliśmy park na przełaj i wydostaliśmy się na drugą stronę, gdzie rzeka Biała – przecinająca Cisów od wschodu na miasto właściwe, a od zachodu na tak zwany Kołomierz, administracyjnie przyłączony do Cisowa chyba w osiemnastym wieku – kończyła swój leniwy bieg pod licznymi mostami jako mały staw obrośnięty po brzegach zdziczałą trawą i łoziną. W pierwszym tygodniu wojny podobno gdzieś niedaleko rozbił się samolot i okoliczni mieszkańcy zbiegli się cali rozradowani, w nadziei, że strącono Niemca, ale z dymiącego wraku wygramolił się przerażony młodzik z polską biało-czerwoną szachownicą na kurtce.

Jako dzieciaki przychodziliśmy tu w lecie, kiedy nie było nic lepszego do roboty, albo gdy zbytnio zaleźliśmy za skórę woźnemu z pobliskiego liceum Nałkowskiej i poganiał nas z boiska. Rzucaliśmy do wody kamieniami i ganialiśmy dziewczyny, ale nikt z nas nigdy nie odważył się tam wykąpać. Baliśmy się trupiego jadu. Stara część cmentarza, otoczona spękanym niskim murem, znajdowała się na przeciwległym brzegu, a wzdłuż ulicy biegnącej równolegle do stawu spod kościoła świętego Jakuba i kończącej się przy głównej cmentarnej bramie, były zakłady kamieniarskie, z których zawsze dochodził łomot maszyn. Ekspozycyjne modele pomników wystawione za drucianymi siatkami sprawiały przygnębiające wrażenie. Szczególnie w oczach dziecka.

Dotarliśmy do przystanku, gdzie zatrzymywały się prywatne autobusy jadące na Pawłówkę, i usiedliśmy na pustej ławce. Ulka wysunęła dłonie z uchwytów i oparła kijki o poręcz. Zaczęła kręcić prawą stopą.

– Jak dalej tak pójdzie, to cienko widzę nasze góry w tym roku – stwierdziła, masując energicznie udo.

Miało się już pod wieczór. Zachmurzone niebo świeciło matowo, przez co pejzaż, a wraz z nim także i my, nabrał tej szczególnej dwuwymiarowości, jakby zmienił się w fotografię tylko pozorującą realne istnienie. Słońce czaiło się tuż za tą pastelową kurtyną – podobne do kropli różu, zbyt słabe, by się przebić i zwrócić nam głębię. Za naszymi plecami od zastygłej powierzchni stawu ciągnął chłód.

– To, że nie jestem wierzący – postanowiłem nagle wrócić do przerwanego wątku – nie znaczy, że nie mogę czerpać radości ze świąt.

Ulka zagarnęła włosy za lewe ucho. Dalej ćwiczyła stopę.

– Przez twoje niedowiarstwo i ja się odwróciłam od Kościoła – westchnęła. – Nie mogę w ogóle zrozumieć, co się z tobą stało. Przecież praktykowałeś, kiedy się poznaliśmy. Nie mówię już nawet o ślubie.

Wzruszyłem ramionami. Nie pierwszy raz toczyliśmy tę rozmowę i wiedzieliśmy, że oprócz wymiany poglądów, nie osiągniemy żadnych rozstrzygnięć. Ot, zwykły intelektualny sparing, który nic nie wnosi, ale pomaga utrzymać w formie żelatynę pod czaszką.

– Po prostu – zrozumiałem, że religie to protezy, za których pomocą ludzkość oswaja strach przed bezsensem i przypadkowością egzystencji. Nikt nie lubi myśleć, że pojawił się na ziemi bez ściśle określonego przeznaczenia, i że świat w zasadzie doskonale mógłby się bez niego obejść. A Bóg to idealne alibi.

– A ty?

– Co, ja? – zdziwiłem się.

– No jak, nie mając tego wygodnego alibi, radzisz sobie z własną incydentalnością? Bo chyba musisz sobie radzić.

– Akceptuję to, że jestem po nic. Sens to jest coś, moja mała, co każdy musi nadawać sobie sam. Świat cię nie potrzebuje, więc spróbuj go przekonać, że jest inaczej. Mi póki co ta dewiza nienajgorzej się sprawdza.

–A śmierć? Naprawdę sądzisz, że nic po niej nie ma?

– Absolutnie.

Mój nihilistyczny stosunek do śmierci skutkował tym, że uważałem ludzkie zwłoki za odpad sanitarny, który należy poddać utylizacji. Ja sam chciałem zostać spalony i rozsypany bez żadnych ceremonii pogrzebowych. Tym, co się dla mnie liczyło, była pamięć. Jeżeli człowiek może w jakikolwiek sposób bytować po biologicznym końcu życia, to jedynie w niej. A kiedy pamięć umiera, człowiek bezpowrotnie ginie wraz z nią. Najbardziej uświadamiały mi to samotne groby, zasłane warstwami gnijących liści, zmurszałe, obrośnięte przez chwasty wciskające się w pęknięcia płyt, ciemne we Wszystkich Świętych i Zaduszki.

Wraz z religią, porzuciłem też zwyczaj odwiedzania rodzinnych grobów i palenia zniczy. W ogóle nie odczuwałem takiej potrzeby. Moich zmarłych bliskich – zwłaszcza dziadka Stacha, który w dzieciństwie zastępował mi ojca – miałem zachowanych w głowie ze wszystkimi ich gestami, brzmieniem głosu i charakterystycznymi powiedzonkami. Mogłem w każdej chwili ich przywołać i realnie czułem ich obecność przy sobie. Nie chciałem tego psuć widokiem pomnika i natrętnie powracającą myślą o rozkładających się, cuchnących resztkach ich ciał o parę metrów w głąb, tak blisko mnie.

Ale same cmentarze darzyłem rodzajem paradoksalnej w tych okolicznościach sympatii. Ich aura mnie uspokajała.

– A wiesz, że kiedy studiowałem w Pułtusku, chodziliśmy z Teresą na cmentarz uczyć się do wiosennej sesji? – zwierzyłem się Ulce.

– Teresa to ta twoja przyjaciółka poetka, z którą mieszkałeś? – zapytała Ulka z lekkim przekąsem.

– Tak. To był jej pomysł. Pamiętam, że kiedyś spędziliśmy tam całe popołudnie, czytając „Poetykę” Arystotelesa.

– Przynajmniej nikt z obecnych wam nie przeszkadzał – zażartowała Ulka, najwidoczniej niezadowolona, że ośmielam się przywoływać jedną z moich byłych dziewczyn. Choć akurat z Teresą nie łączyło mnie nic, o co mogłaby żywić zazdrość.

Podniosłem się z ławki i wyciągnąłem do niej zachęcająco rękę.

–Zajrzymy?

– Gdzie? Tam? – Wzdrygnęła się.

– No co ty, chyba nie pękasz? – zacząłem się z nią droczyć. – Jak się zgubimy i stróż zamknie bramę, przeskoczymy przez mur.

– Też wymyśliłeś! – żachnęła się, ale podała mi dłoń i pozwoliła sobie pomóc wstać.

– Jak kostka?

– Lepiej. Ale chyba powinnam się zapisać na rehabilitację.

Skierowaliśmy się do bocznej bramy, do której prowadziły trzy betonowe stopnie, wypolerowane na gładko tysiącami butów. Była uchylona. Popchnąłem ciężkie skrzydło. Zazgrzytało nieprzyjemnie. Znaleźliśmy się w tej samej starej, parafialnej części cisowskiej nekropolii, co do której jako smarkacze żywiliśmy obawy, że zatruwa wodę substancjami wysączającymi się z pochowanych w gołej ziemi trumien. Ani na rozciągającej się przed nami alejce, ani w wąskich uliczkach między okazałymi pomnikami nie było nikogo – przynajmniej nikogo żywego. Tylko kamienne anioły, krzyże, kontenery na śmieci, przywiędłe kwiaty i ta cisza przesycona zapachem stopionej parafiny.

Nagle ogarnęła mnie dławiąca świadomość, że wszędzie wokół nas leżą te wszystkie martwe ciała. Naparła na mój mózg niczym niewidzialna, ale niedająca się rozbić ściana śmierci i rozpadu podniesionych do entej potęgi. Trwało to nie dłużej niż kilka sekund, ale wystarczyło, żeby zrobiło mi się duszno i potwornie zimno zarazem.

– Myślisz, że go wyjmą? – Głos Ulki dobiegł do mnie jak z surrealistycznego snu, w którym przestrzeń rozciąga się niczym guma.

– Kogo i skąd? – nie zrozumiałem.

– No, papieża, na beatyfikację – sprecyzowała. – Myślisz, że otworzą trumnę i wystawią go na widok publiczny?

– Nie wiem. Chyba nie. – odparłem roztargniony. Sprawa beatyfikacji papieża była mi równie obca, jak pomysły, że kogoś kto, mimo wszystkich swoich nietuzinkowych zasług, jednak był tylko człowiekiem, można czcić jak coś w rodzaju pół-bóstwa.

– Zwłoki niektórych świętych podobno się nie rozkładają. Pamiętasz, widzieliśmy taki film na Discovery?

– To kwestia warunków, mikroklimatu, rodzaju gleby…

– Dobrze się czujesz? Zbladłeś.

– Ja? Tak. Chłodno mi się jakoś zrobiło. Szkoda, że jednak nie wzięliśmy swetrów. Albo i wiatrówek.

Ulka zatrzymała się przy jednym z grobów.

– Hortensja Nowak – odczytała – zmarła w 1957 roku. Boże, żyła tylko dwadzieścia cztery lata! Ale zobacz, cały czas ktoś dba o jej grób.

Pieczara, podobnie jak większość tutaj, należała do tych wystawnych, przypominających w zasadzie niewielkie kapliczki. Kolejny argument przeciwko zapełnianiu powierzchni planety szczątkami ludzi, których nie wskrzesi już żadna moc – ziemska ani boska. Niedawno czytałem w jednym z naszych lokalnych tygodników, że proboszcz z którejś z ościennych wsi chce kupić ogromną połać malowniczego gruntu pod lasem, by zrobić z niej kolejny odcinek składowiska tych niehigienicznych znaków ludzkiego nieradzenia sobie z determinizmem natury. I po co się tak oszukiwać?

Twarz Hortensji Nowak, uwięziona w szklanym owalu, była piękna w jakiś staroświecki sposób, co jeszcze wzmacniała sepiowa tonacja fotografii. Wydatne kości policzkowe, duży, a przy tym nadzwyczaj kształtny nos i długie, ciemne włosy zebrane w obfity kok skojarzyły mi się z Virginią Woolf. Z łatwością mogłem wyobrazić sobie tę dziewczynę w białej letniej sukience – takiej odrobinę plisowanej, jakie modne były w latach pięćdziesiątych – zbiegającą ze schodów do ukochanego, który czekał na nią z dyskretnym bukiecikiem, albo jedzącą lody w kawiarnianym ogródku z gracją właściwą porządnym prowincjonalnym kobietom, które nie dadzą się zbałamucić byle komu.

A potem znowu wszystko popsuła myśl o rozkładzie. Zobaczyłem ją, jak w wilgotnej ciemności zmienia się w organiczny gulasz, jak ze wszystkich jej otworów zaczyna się wysączać ta wstrętna czerwonawa maź, jak cofające się wargi odsłaniają zęby, powieki zapadają się nad rozpływającymi się gałkami ocznymi, a pod coraz cieńszą, coraz bardziej zieloną skórą rysują się kości. I tylko włosy i paznokcie rosną jak opętane. Ale i to się zatrzyma.

– Zmarłych naprawdę powinno się palić, zanim bakterie zniweczą resztkę tego, czym byli za życia – odezwałem się do Ulki.

Przysunęła się do mnie, wciąż wpatrzona w twarz na zdjęciu.

– Łatwo ci powiedzieć. Możliwe, że ty jesteś wyjątkiem, ale większość z nas – ja na pewno – potrzebuje konkretnego miejsca, gdzie mogłaby zyskać choć namiastkę kontaktu z utraconym bliskim. I wiesz, tu nawet nie chodzi o jakieś głębokie religijne konotacje. Nie wyobrażam sobie, żebym nie mogła ci przynieść kwiatów albo zapalić świeczki, gdybyś umarł wcześniej niż ja.

– Symboliczny grób by ci nie wystarczył?

– To chyba jednak nie to samo. A tak w ogóle, po co o tym mówimy?

– No fakt – zgodziłem się.

W tym momencie słońce przebiło się przez chmury. Odcinało się tak wyraźnie na tle zamglonej płaszczyzny, że odruchowo zmrużyłem oczy. Wąska, ale intensywna smużka pomarańczowego światła zagrała na marmurowych i lastrykowych płytach. Trzeci wymiar ponownie stanął otworem, zwrócił przestrzeni jej pełnię. Kolory rozjarzyły się delikatną wieczorną akwarelą. Słoneczna tarcza umiejscowiła się dokładnie między dwoma wysokimi krzyżami wieńczącymi czyjeś rodzinne grobowce. Zachwyciła mnie absolutna doskonałość tego układu, jego malarska kompozycja, prawie jak z holenderskich płócien. Było to takie wrażenie, jakby wszystkie jego elementy ustawiły się w takiej pozycji wyłącznie w służbie mojemu oku – zwłaszcza, że koniunkcja była wyjątkowo ulotna i wystarczyło nieznacznie zmienić kąt patrzenia, by ją zniweczyć. Stałem dokładnie tu, gdzie powinienem był stać, w epicentrum, na wprost źródła.

Niewiele się zastanawiając, z kieszeni na nogawce spodni wyjąłem telefon i zrobiłem zjawisku zdjęcie. Spodziewałem się, że elektronika w połączeniu ze słabą rozdzielczością aparatu zepsują efekt, lecz gdy spojrzałem na wyświetlacz, okazało się, że jakaś nieduża cząstka magii mimo wszystko się zachowała.

– Dla takich widoków warto żyć – stwierdziłem. – Kiedy się nie ma nadziei na zaświaty, to musi wystarczyć.

– Chodźmy, zimno – orzekła Ulka.

Ruszyliśmy z powrotem do bramy. Z zakamarków powoli wypełzał siny mrok. Przy jednym z grobów zobaczyliśmy mężczyznę z konewką. Obejrzałem się na słońce. Gasło, powlekając się purpurą i ponownie niknąc za fałdzistą zasłoną, zza której wyglądało jak niewyraźny krążek unoszący się niepewnie nad ziemią.

W nocy kochaliśmy się przy akompaniamencie przebojów z lat sześćdziesiątych z internetowego radia. Nie ma nic przyjemniejszego, niż dochodzenie w rytmie Petuli Clark śpiewającej wesoło, że na smutki najlepiej wypuścić się w miasto, gdzie czekają kina i małe knajpki, w których, nim się spostrzeżesz i nim skończy się noc, będziesz tańczył wraz z innymi fajnymi poszukiwaczami przyjaznej dłoni.

Po wszystkim Ulka obróciła się na plecy i zapaliła papierosa.

– Słabo się skupiałeś. Właściwie powinnam zażądać powtórki – poskarżyła się.

– Przepraszam.

– Coś z tobą nie w porządku?

– Nie.

– Jesteś pewny? – Podciągnęła lewe udo.

– Nie mogę przestać myśleć o tym dziwnym słońcu na cmentarzu. A może nie tyle o nim, co raczej o znaczeniu, jakie mógłbym mu nadać.

– Jesteś pisarzem. Pokombinuj.

Uniosłem się na łokciu i zajrzałem jej w oczy błyszczące w przytłumionym żółtawym świetle lampy.

– Interpretacja metafizyczna byłaby zbyt trywialna, kotku – powiedziałem.

– Czasem rzeczy trywialne okazują się najbardziej wartościowe. Po co tak wikłać tylko dla zasady? Żeby uciec od szablonów?

Opadłem z powrotem na wznak i też zapaliłem.

– Nie, to nie takie proste. Mnie chodzi o intencję, o pragnienie ujrzenia w obrazie czegoś, co nie zawiera się w nim samym, tylko w nas. Malarstwo samo z siebie to tylko plamy chemikaliów na jakiejś powierzchni odbijające fale elektromagnetyczne o różnych długościach. Literatura to ułożone w linie graficzne znaki, a muzyka – działania matematyczne zapisane za pomocą dźwięków. Żeby nabrały znaczenia, muszą wejść w kontakt z umysłem, w którym są zakodowane desygnaty pozwalające je rozszyfrować.

Słuchała mnie, choć po jej minie poznawałem, że nie rozumie. Zresztą, ja też nie byłem do końca pewny, do czego zmierzam.

– Chodzi mi o to – wiłem się, nie mogąc znaleźć słów na kłębiące się we mnie refleksje – że całe piękno tego widoku, wraz z jego wszelkimi metaforycznymi implikacjami, istnieje jedynie w sferze moich oczekiwań. Zobaczyłem w nim to, co chciałem, albo to, co w czymś takim może upatrywać kultura. Ale przecież ani Słońca, ani Ziemi, ani chmur to w ogóle nie dotyczy. Cały ten układ skalibrowały wyłącznie moje oczy wrażliwe na poszczególne częstotliwości i zwrócone w takim a nie innym kierunku.

– Chcesz wiedzieć, co myślę? – Ulka położyła mi głowę na piersi, a jej potargane włosy połaskotały mnie w brzuch. – Według mnie tak naprawdę ty przed samym sobą próbujesz to unieważnić. Postępujesz nie fair, kotku.

Później, gdy Ulka zasnęła, a ja wciąż przewracałem się z boku na bok, nie mogąc wyrzucić z głowy tego niesamowitego zjawiska, poczułem w piersi po lewej stronie lekki ucisk. Lekki, ale przenikliwy. Znikł po kilku sekundach, jednak pozostawił po sobie jątrzący lęk. Kiedy nad ranem obudził mnie przymus skorzystania z toalety, zmienił się w odległe echo, które łatwo zbagatelizować.

Katarzyna Kubiak: O północy

Przyszedł o północy. Po dwóch latach nieobecności. Po ucieczce, jak dezerter, bez słowa, bez zapowiedzi. Mała miała wtedy 3 latka. Ona 23. Rok zajęło jej przywyknięcie do tej sytuacji. Kolejne pogodzenie się z tym. Zapomnieć, nigdy nie zapomniała.

Przyszedł o północy. Dokładnie w drugą rocznicę swojego odejścia. Wślizgnął się cicho, przez otwarte okno od strony ogródka, które, kiedy jeszcze był z nimi, zawsze zostawiał uchylone, w razie gdyby się coś stało, żeby można było bezszelestnie uciec. To on miał taki nawyk, takie swoje małe wariactwo. Może dlatego, że był policjantem. Pracował w wydziale antynarkotykowym. Nie jeden szmugler, którego wsadził za kratki, miał ochotę pokazać mu, jak to jest stracić wszystko… Pewnie dlatego to okno. Przyzwyczaiła się do tego. Teraz sama odruchowo zostawiała okno otwarte.

Przyszedł o północy. I nic nie mówiąc, wsunął się pod jej kołdrę. Od razu poczuła jego ciepło przy sobie, takie odmienne od jakiegokolwiek innego ciepła, dawanego przez maszynę czy człowieka. Otworzyła oczy i od razu się do niego przytuliła. Przylgnęła do niego całym ciałem, a on szeptał jej słowa przeprosin, prosił o wybaczenie, mówił że ją kocha i zawsze kochał, ale nie potrafi wytłumaczyć dlaczego odszedł. Powtarzał, że nie odszedł na zawsze, a ona o nic nie pytała.

Kochali się długo, aż do świtu. Pamiętała każdy jego ruch, który teraz był taki sam, jak dwa lata wcześniej. Całował tak samo, jak kiedyś. Był czuły i ciepły. Kochający i delikatny, ale jednak stanowczy. Był idealny, doskonały. A ona starała się nie krzyczeć, zduszając jęk na jego ramieniu, byleby tylko dziecko, śpiące za ścianą, się nie obudziło. Zasnęła wtulona w jego ramiona, opleciona wyćwiczonymi od pianina – jego pasji – dłońmi.

Przyszedł o północy, a kiedy się obudziła, już go nie było. Wstała spokojnie, wzięła prysznic, ubrała się i poszła obudzić Małą. Pomogła jej umyć ząbki i ubrać się, a później zrobiła dla nich obu śniadanie. Sobie nalała do tego kawy z ekspresu, a Małej dała kakao. Przed wyjściem zamknęła jeszcze szczelnie zawsze otwarte, podczas jej obecności w domu, okno i zatrzasnęła za sobą drzwi.

Odprowadziła dziecko do przedszkola, a sama pojechała do pracy. Kiedy tylko weszła do biura, włączyła komputer i uruchomiła Internet. Weszła w skrzynkę pocztową i rozpoczęła pisanie wiadomości:

„Miałam przepiękny sen. Przyszedłeś o północy…”.

Katarzyna Gondek: Trzecie osoby (miniatury)

KARUZELA

Stoi przed lustrem, a przecież powinna klęczeć nad kiblem. Strasznie jej niedobrze.
A jednak stoi i próbuje zajrzeć sobie w usta.

Obraz chwieje się i pełza po gardle. Za długo tu siedzi. Stoi. Przed lustrem. Chociaż chce jej się leżeć, nawet na podłodze.

Patrzy w tunel rozmazanych warg. Za dużo piła. Za drzwiami gęsta muzyka, tańce i piski. Ona zamknęła się w łazience. Niech się dobijają. Jest zajęta. Gapi się w usta.

Przez cały wieczór czuła, że coś tam jest. Coś się ciśnie w gardle. Piła żeby to przełknąć. Gadała z kim się da, żeby wypchnąć. A jednak tkwiło mocno osadzone. Dała się nawet oprzeć o ścianę i wepchnąć sobie w usta cuchnący jęzor. Rozwarła wargi tak szeroko, że ten obcy, spocony gość prawie w nią wleciał. Zachęcała, by przy okazji wygrzebał z niej to coś, co tkwi i przeszkadza. Ale koleś nie chciał. Wolał się pieprzyć i strasznie ją usmarował.
A teraz ona, cała rozmazana, wbija oczy w odbite lustrem usta. No już!

I wreszcie!

Widzi jak pełznie do niej po języku i macha maleńką ręką. Dzielne różowe ciałko. Ociera się pieszczotliwie o ściany policzków. Łasi się po nierównościach języka. Takie odważne. Przypełzło tu aż z brzucha. Zdolne. Szybciutko się życia nauczy. I pomyśleć, że chciała się go pozbyć. Pomyśleć, że pozbyła się przecież dzisiaj rano, za tysiaka, czyli promocyjnie.
A może to nie ona tylko jej siostra? Może koleżanka? No nie ważne, przecież ono jest, zbliża się i rośnie. Ona się nim zajmie. Jest kochane.

– No chodź, chodź – kusi starając się nie połykać śliny.

Podaje mu rękę i prosto w odbitą taflę twarzy wybucha gęstą falą wymiocin.

Znowu nie udało się zatrzymać karuzeli.

RÓŻOWA MURAWA

– Nie mam teraz czasu, przegrywamy – rozłączył się głuchy na pojękiwania
niepotrzebnej żony.

Po co mu ona, skoro nie ma dla niej ani pożądania, ani miłości. Od początku wiedział, że to się nie uda. Ona tyła z dnia na dzień, jemu stawał na widok kolegów z szatni. Rzucił dla niej piłkę. Idiota. Na tym jednym w życiu na prawdę mu zależało. Nie był dobry, ale dobrze mu było na murawie. Lubił się porządnie zziajać. Teraz, idąc w wiek i łysiejąc, gapi się na chłopaków i ssie tłustą wargą zużyty ołówek. Pisze do lokalnej, a potem strzepuje się w męskim kiblu. Wącha pot. To go bierze jak murawa. Ludzie go czytają, bo podobno pisze z mięsem. Serce ma do piłki.

A ona czego właściwie chciała? Jego chłopaki przegrywają 2:3, a ta się pyta: kasza, ryż, czy ziemniaki. Każe wybierać, bo jej to obojętne. Byle czym się zapcha. Nawet dzwoniąc dojadała wczorajsze.

I pomyśleć, że jego kiedyś trener reprezentacji zapraszał na spacery. Że się ściskał
z najlepszymi. Potem tych wszystkich, co się lubili spotkać z chłopakami wyrzucili za niemoralność. On się uchował, bo go ta jego baba po pijaku zaciągnęła do łóżka. To był mecz, tak swoją drogą! Po takiej akcji to i z babą można spać. No ale dzieciak mu wylazł z tej pijanej spermy. Też tłusty. Boiska na raz nie przebiegnie. Matematyką się woli zajmować dojadając resztki po matce.

–Dajesz! Dajesz! – drze się plując z podniety, bo chłopaki mają szansę na rewanżowego – Jak trafisz, to jutro wszystko rzucam w chuj i życie zaczynam od nowa – dopowiada sobie w rozpalonej głowie – Jezu! Jest! Gol kurwa panowie!

I zachwycony nowym początkiem świata odbiera wibrujący po kieszeni telefon, wybiera ziemniaki i telenowelę o 18:30, rzucając piłkę raz na zawsze w kąt. Po powrocie do domu przekonuje się, że żona wcale nie jest taka gruba, wręcz przeciwnie, talię ma jak oska, syn wbrew złudzeniom to kawał silnego chłopaka, który pod książką od matematyki chowa pismo porno i wtedy, jak to w życiu bywa, przez chwilę wszyscy żyją długo i szczęśliwie.

DAMA DO SNU

Nie ma w co się ubrać. Dziesiątki sukien wiszą przede nią, obrażone. Na ten występ, jak widać, żadna nie ma ochoty.

Instrument nie przyjmuje jej palców, ze wstrętem podkurcza klawisze. On też nie chce mieć z nią dziś nic wspólnego.

Nie wie o co poszło. Przedmioty brzydzą się jej i boją, jakby źle pachniała.

Buty uciekają w kąt. Dywany wstydliwie podwijają brzegi. Prysznic szoruje się po jej kąpieli.

Przeganiają ją. Bardzo chcą żeby sobie poszła, załatwiła TĘ sprawę i ewentualnie wróciła, jeśli to możliwe, w dawnej, znośnej postaci. Domowe sprzęty dąsają się, ale obiecują, robiąc przy tym nieszczere grymasy, że jak tylko zapach zniknie będzie mogła wrócić i stać się częścią domu. To śmieszne! Przecież to ona powinna nimi rządzić.

Oburzona, wychodzi na ulicę w starych dżinsach i koszulce, zza drzwi słysząc, jak cały dom oddycha z ulgą. Idzie do pobliskiego sklepu, gdzie ciepło i w pełnym zrozumieniu przyjmują ją w siebie tylko czarne sukienki i pantofle. Potem wybiera się po kwiaty, których głowy przytulają się współczująco do jej piersi i siada w chłodnym, wyrozumiałym na ból kościele, splatając kość w kość, marznące dłonie.

– Połóż się – szepczą wiszące nad jej głową organy. To miłe, że się troszczą. Dziękuje. I umęczona wrażeniami, spokojnie udaje się na drzemkę w wygodnym, pachnącym świeżym drewnem, pudle rezonansowym.

Miłosz Bagiński: Dzień zmęczonej wiosny

Kochałem Berghaus. Choć kochać to za duże słowo. Szukając innego, przychodzi mi na myśl wielbić ale i ono jest po części przesadzone. Nie myśląc długo, wybiorę lubić, byle się nie zatracić.
To, co powiem, jest nudne, banalne, mało – a właściwie w ogóle – (nie)odkrywcze. To p o c z ą t e k. Bo wszystko, czy tego chcemy czy nie, ma swoje źródło, swój zwij, z którego po rozwinięciu dobiega do najrozmaitszych zakątków. Bywa przecież, że sprawy dla nas nieistotne odciskają w naszych zdezelowanych umysłach najwyraźniejsze piętno.
Ponurego Kosiarza, a jest on nieodłącznym elementem tej historii, znałem długo wcześniej. Widywałem go, kiedy przychodził do prababci z czekoladkami. Później znajdywali je dziadkowie i pytali, skąd się wzięły. Prababcia milczała, a ja kłamałem. – Przyniósł je taki pan – mówiłem. Ta, pewnie fan, żartowali w duchu. W głębi serca wierzyli, że są one moją sprawką. – Biedny chłopiec – usłyszałem kiedyś – tak będzie tęsknił za babcią. Za prababcią, poprawiałem w ciszy.
A kiedy podrosłem, mimo dobrego wychowania i wrodzonej stateczności, z tajemnic utworzyłem górę. Dawniej nazwałbym ją zwykłym stosem, ale teraz, gdy wiedziałem więcej niż inni, czułem się wybrany. W milczeniu zbierałem dowody własnego wyobcowania. Ponury Kosiarz nie ukrywał się przede mną. Ponury Kosiarz mi ufał.

***

       Do Berghausu wpadaliśmy zazwyczaj we dwójkę, ja i mój kuzyn. Tym razem jednak, jako, że reszta wybrała się na nabożeństwo, zostałem sam. Nie zwlekając, narzuciłem na plecy kurtkę i ruszyłem w stronę Lasu za Zakrętem. Las za Zakrętem, powinniście wiedzieć, nie musiał skrywać niczego niesamowitego, by budzić pożądanie. Skrywał typowość, której tak mi brakowało.
Kawałek za wjazdem do Lasu, za kamieniem pokutny, znajdują się ruiny pałacu. Ochrzciliśmy je Berghausem. Dom na górze, przetłumaczyłem, gdyż na tyle było mnie stać przy tej mojej marnej znajomości niemieckiego. Albo dom-góra. To nieistotne.
Warto napomnieć, że był świetnym miejscem na samotne wyprawy. Siadało się gdzieś z tyłu albo skrywało w jego wnętrzu i popijało w samotności. Najpierw duszkiem, póki odrapane ściany zachowywały pozory przyzwoitości. A kiedy zaczynały krzyczeć, ba, kiedy zaczynały wrzeszczeć, bez chwili zastanowienia wlewało się w siebie niedopitek i uciekało możliwie najdalej.
Tym razem, sam jak palec, przysiadłem na schodach. Niespodziewanie, dosłownie nie wiadomo skąd, zza któregoś drzewa wyskoczył kot. No, kotek, jeszcze taki niewielki, drobniutki. Oryginalny, muszę przyznać, z sierścią w trzech kolorach – białym, czarnym i rudym. Inny powiedziałby, dziwadło, ja powiem – szczęśliwy występek natury.
Za kotem wbiegł pies. Ta para stanowiła niezłe zestawienie – dog jak bydlę i kot wielkości skromnej paczuszki.
Wzajemnie się podgryzały, podskakiwały, szamotały. Aż odbiegły gdzieś daleko.
Ledwie wyprostowałem kolana, poczułem na karku czyjś oddech. Odwróciłem się. To on, Kosiarz. Stoi za mną, czeka.
- Kojarzysz mnie? – pyta sympatycznie. – Wi…
- Kojarzę – wchodzę mu w słowo. – Przychodziłeś do mojej prababci, pamiętam dokładnie.
Chyba się uśmiechnął.
- … a później zrzucaliście na mnie winę – dokończyłem. Wówczas zgiął się lekko.
- O ile pamiętam, to szło o czekoladki – powiedział. – A to chyba nic złego, dawać babci upominki.
- Za takie pieniądze? Myśleli, że zostałem neurochirurgiem.
Na jego twarzy znów zagościło rozbawienie.
- Wiedziałem, że prędzej czy później o tym zapomną. Nie myliłem się.
- To było do przewidzenia – dodałem. – Przyszedłeś po mnie? Kim był ten człowiek, który się ciebie trzymał?
Ponury podparł się na kosie. – Lupus – wyjaśnił. – To znaczy Wilk, po prostu podoba mu się, jak go tak nazywamy. Nie, nie mam planów co do twojej osoby. Przynajmniej jak na razie.

***

       Później rozmowa jakoś się kleiła. Zaproponował koniak, odmówiłem. Popadać w nałóg, to nierozsądne.
- Widzisz – mówił, już nieco podpity (moja odmowa do napicia się z nim nie oznaczała, że zrezygnował z tej przyjemności. Powiem więcej, wychylił nie mniej niż zrobilibyśmy to wspólnymi siłami) – ja naprawdę lubię ludzi.
- Jak politycy? – nie będę kłamał, słowa pijanego chciałem poddać w wątpliwość.
- Politycy, nie… politycy są ludźmi, a to ważne. A ja nie jestem człowiekiem – rozłożył ręce. – Ja jestem kimś albo więcej, albo mniej – podniósł kieliszek. – Skąd mamy takie szkła, co?
Powtórzyłem jego gest. – Nie wiem, skąd je wziąłeś.
Wzruszył ramionami. – Ja też… no nic, pora kończyć – dopił resztki. – Powiedz mi, ale tak szczerze, tęsknisz za babcią? No, za prababcią, wybacz.
Jako, że nie odpowiadałem, nieco się zdziwił. Mimo swojej czerwonej gęby, całkiem sprawnie odegrał zaskoczenie.
-Zabrałem już tylu ludzi – teraz wzięło go na wspominki. – Ale nigdy nie podchodziłem do nich jak do nadwyżki, którą należy ukrócić – czmychnął ręką. – Odciąć, przeciąć, wyciąć w pień… słyszałeś, że śmierć zostawia kosę i włącza kombajn?
- Dobrze to ująłeś – przyznałem. – Gdzieś, kiedyś. Dlaczego pytasz?
- A tak, bez powodu. Śmierć jest samym złem, co? Przychodzi i zabiera. Ale wiesz, że to tak naprawdę wy odpowiadacie za moment, w którym przyjdzie – urwał. – W którym przyjdę – poprawił.
Odsunąłem butelkę. Same moje oczy zdawały się krzyczeć; okrągłe jak pięciozłotówki, podkrążone, szkliste. Wcześniej o tym nie wspominałem, ale nie spałem od tygodnia.
- Dlaczego tu przyszedłeś? – spytałem. – I dlaczego ze mną rozmawiasz?
- Jesteś zimnym draniem, stąpasz twardo po ziemi, to ważne – podniósł kieliszek. – Twoje zdrowie, przyjacielu… wiesz, nikt nie rozumie zimnych drani. No, oprócz innych zimnych drani, oczywiście.
Kiwnąłem głową, przyłączając się do toastu. – I wzajemnie – dodałem. – Zdrowie nas wszystkich, jeżeli w ogóle jest coś warte… może życzmy sobie szczęścia?
Chwilę później Ponury padł. I nie minęła minuta, kiedy wydał pierwsze charczące odgłosy. Spał. Nawet on, Kosiarz. Nosiwoda Charona.

***

       Krótko po tym, jak się obudził, coś mi wyznał:
- Nie wierzę w koniec świata. I ty również w niego nie wierz.
- Nie martw się, jak dla mnie to bujda. Mam swoje argumenty. Bardzo proste, zresztą. A jakie są twoje? – wypytywałem. – Masz pewność? Jeśli tak, to skąd? Cholera, jesteś… nie stąd, rozumiesz, co mam na myśli.
- Rozumiem – przytaknął. – Nie wierz w koniec świata, bo on jest niemożliwy. To znaczy jest możliwy, ale ludzie sami go sobie zgotują. I nigdy nie obejmie każdego. Skuteczny, z tym, że nie w stu procentach… no i mało marketingowy.
Westchnął. Następnie podniósł się ociężale i podał mi dłoń. A raczej chciał podać. Przechylił się i wpadł na mnie jak kostka domina. Podtrzymałem go i poprowadziłem ku drzwiom. – Przepraszam – powiedział. Ale za co? – pytałem w duchu. Za to, że się upił? Bądź co bądź był schlany, co racja to racja.
Otworzyłem usta, by zapytać, ale jakaś nieokreślona siła złączyła mi wargi i nie pozwoliła się odezwać. Mniejsza z tym, skwitowałem.

***

       Kolejny z przyjaciół. Hm, to piękne. Bierzesz się znikąd i jeszcze masz wystarczająco szczęścia, by natknąć się na Ponurego Kosiarza. Niesamowite.
Wyszedłem przed pałac. Przystanąłem na werandzie i poczułem się niezwykle lekko. Jak bym lada moment miał się unieść. I to wbrew woli. Zaczynałem się bać, choć był to strach nieco inny, taki z uśmiechem.
Tę lekkość przerwało wpadnięcie czworonogów. Kota i psa. Jednak tym razem zachowywały się inaczej, donioślej. Przeszły obok mnie, wyprostowane, by za rogiem rzucić się sobie do gardeł.
- Przyjaciele – prychnąłem. Z Bożej łaski.
Przeszedłem kawałek, rozkoszując się haustami mroźnego powietrza. Odkryłem, że traci dawny urok, że jest w nim coś nowego. Coś innego. A kiedy połapałem, w czym leży sedno owego odkrycia, zdjąłem kombinezon.
Ponury wydarł mnie siłą. Próbował już na werandzie, lecz uznał, że jest odpowiedzialny za swoje poczynania, za tę świeżo nawiązaną znajomość. Za naszą przyjaźń. I postanowił się usprawiedliwić. Pokazał kota i psa. Pokazał, jak najwierniejsi przyjaciele zmieniają się w najwierniejszych wrogów.
Przyznaję, żałowałem. Ale ani razu nie przekląłem Boga. Nie Jego wina, pocieszałem Ponurego, przeliczając w dłoni białe tabletki. Obok stał kieliszek.

***

       Wypadałoby się przymknąć. Spuścić łeb i okazać skruchę. Ale nie, jak zwykle sięgnę wyżej niż powinienem. Biedaczysko, słyszę za plecami. Tak, to Ponury Kosiarz. Mogę się odwrócić i spojrzeć mu prosto w oczy, lecz tego nie zrobię. Zaczekajmy z tą przyjaźnią. Póki nasza brudna wiosna nie jest zmęczona.

Joanna Marat: Waldi Superniania

Superniania mi umyła lodówkę. Lśni jak psu jajca. I nawet dziczyzna mi się nie rozmroziła. Bo ty wiesz, że to Szwab jest. Poznałam go kilka lat temu w solarium.

Psy

Wpadają te mewy i tak: wa, wa , wa, o piątej rano, kurwa mówię wam. Psy się pedalą. SODOMIA i GOMORIA. Kupię sobie dubeltówkę i powiedzą, że jakaś wariatka strzela z okna. A ja powiem tak: nienawidzę psów i mew. Krew mnie zalewa. Jak ja bym chciała mieszkać, gdzie nic nie ma, drzew żadnych, żeby nic nie latało. Człowiek nie ma spokoju za życia. Ja nie wiem, że muzyka tym starym babom przeszkadza, a ten pies nie. Jak można puszczać psa po podwórku, on cały czas biega bez kagańca? Żeby dzieci oglądały takie rzeczy. Tatuś mówi: „zobacz jak się pieski rozmnażają.” Ten rudy cały czas się gapi w moje okno. A ja krzyczę: „wont ty pedale!” Superniania powiedziała, że mu dała kopa w dupę i uciekł.  Nienawidzę przemocy, ale to jest nie do zniesienia te psy z rybitwami na podwórku. Idę sobie do domu, a tu pies na psie siedzi. Ja zacznę donosić do Straży Miejskiej. Pismo napiszę. To się pieniactwo nazywa. Psy codziennie dają, bo one są potrzebujące. A Superniania to mówi tak: w marcu koty, w kwietniu psy, a w maju my!

Solarium

W solarium niestety Alka ciągle nawalona siedzi. A wiesz dlaczego? Bo każdy przynosi po dwa piwa dla siebie i jedno dla niej. I ona do mnie tak mówi, żebym uwzględniła, że ja jestem po jednym, a ona już po pięciu. Na kauczu (tak Superniania nazywa kanapę) siedzi Budda. Budda też jest ciągle nawalony, bo pije małpki. W ciągu dnia wypija kilka małpek. A ja mu mówię: „Kup sobie pół litra, będzie taniej”. A on mówi, że nie może, bo by pół litra wypił od razu. Leon pije te małpki codziennie po kilka. I to wszystko w koszu leży i widać, ile on wypił. Aha, i oni się cały czas kłócą, Alka z Buddą, znaczy się z Leonem.

Leon był kiedyś bardzo bogaty. I jeździł po świecie. A teraz wykupuje w secondhendach ciuchy i sprzedaje niby, że dostał paczkę ze Stanów, albo ze Szwecji. Leon nie sprzątnie nigdy. To jest taki nierób, że nigdy nie sprząta. Superniania nienawidzi go, bo kocha się w Alce. I mówi tak: „Trzeba nie mieć nic i taką fajną babkę mieć. Leon przecież nie ma nic, nawet mieszkania, żadnych opłat nie robi. A ja tak, ja zrobiłem opłaty za grudzień. Ja bym Alkę wziął. I ciebie też bym wziął, nawet z Ziemkiem, ale bez Nygusa.” Superniania ostatnio chciała się bić z Mieszkiem, to znaczy z Nygusem, ale Warzywko mówi: „Ty weź się opanuj człowieku.” Superniania ostatnio się zapytała, jak może to robić ktoś z takim brzuchem jak Budda, który połknął dużą piłkę lekarską ze skóry? Jak on się kochać z tą Alką może w ogóle? A Alka mu powiedziała na to: ”Jak sobie wyhodujesz taki brzuch, to będziesz wiedział.”

Alka to ma chorobę taką. Ja nie wiem, co jej się stało, czy ona ma jakąś schizofrenie, czy coś. Ona pokonuje tylko odległość z pracy do domu i z domu do pracy. Nie wiem, o co w tym wszystkim chodzi. Jak idzie do lekarza to musi iść z córką, bo się boi drogi dalej niż do solarium.

Wieczorem patrzę, a koło solarium idzie kaczka.  A za nią kaczor. Pilnował ją. A koty jakie brudne przy tym solarium. Zawsze tam leży rozwalony taki kot brudas.

Kto przychodzi do Solarium? Już teraz prawie nikt, bo boją się Buddy. A i jeszcze jedno – Budda ma w ogóle cukrzycę i cały czas je i zasypia na kauczu. Jak się pierdolnie na kauczu, to ja tylko czekam, aż kałcz się pierdolnie razem z nim, bo on z bambusa jest . Kaucz nie Budda.

Koleżanki Superniani

Koleżanki Superniani to: Kociamorda, bo ma buzię jak kot zupełnie i Ciułała, bo straszna kutwa jest.  I jeszcze Piotruś Warzywko, co sprzedawał w warzywniaku, ale tak naprawdę cieślą jest okrętowym . I zrobił mi szafę komandor i jeszcze szafkę na buty robi. No bo wiesz, ja mam sto pięćdziesiąt par butów i gdzieś muszę je pochować, żeby się nie walały po przedpokoju. Ale nie zbaczajmy z tematu.

Więc Ciułała to była kiedyś pani dyrektor przedszkola. Ona też bardzo lubi wypić. I jak przychodziła do solarium, przynosiła cztery piwa. Jedno dla Alki i trzy dla siebie. Dla Buddy nic. Wiadomo Ciułała. Ale za to Kociamorda przynosiła mu seteczkę i jedzonko na gorąco w takim opakowaniu. Są psychiczne te baby, no nie? Jakimś dziadom nierobom noszą chlanie i jedzenie. Bo Kociamorda też by chciała, żeby u niej Budda zamieszkał. Też szuka faceta. Superniania nie chce dlatego z Kociąmordą, bo ona ma pysk kota i jest straszną brudaską osobistą. A nasz kolega Artur mówi: „Waldi ty nie kłam, musiałeś być z Ciułałą.” Waldi na to: ”Musiałem chyba litra wypić.”

Ciułała się na niego strasznie obraziła, bo jest o mnie zazdrosna. „Jak tylko Mirka zadzwoni, to zaraz lecisz!” Zrobiła mu karczemną awanturę na Gildii, gdzie ona pracuje, bo dorabia sobie do emerytury. A Waldi na to: ”Ja nie jestem twoją własnością! Po co ty dzwonisz do mnie do domu po nocach?! I napieprzyłem coś po niemiecku. Cała Gildia to słyszała. I poszłem!” A Ciułała dalej swoje: ”Jak Mirka zadzwoni, to biegniesz.” A Superniania na to: ”No i dobrze, bo Mirka daje mi zarabiać. Ziemkiem się opiekuję, supernianią dla niego jestem.”

Muti

Superniania nic nie je. Spodnie mu z dupy spadają. Muti pewnie zadzwoni w środę i powie, że jej synuś znowu schudł, i że mu spodnie z dupy spadają. Bo nie ma na jedzenie. Więc mu podeśle pewnie jakieś 150 ojro, żeby z głodu nie umarł. Na szczęście została butelka wódki i była cały czas w lodówce. I Superniania mówi: „Muszę się napić”. I poszedł i napił się. On jest strasznie chudy i ręce robi tak jak krakowiak i mówi: „Kurwa, kiedy ja znowu maszynę nastawię u siebie w domu i wszystko wypiorę. To wszystko, kurwa, przez ten remont u Mirki.” On na pralkę mówi maszyna, po szwabsku pewnie to jest jakaś waszing maszine, czy jakoś tak, a może inaczej. Jakieś wiszi waszi, czy jak on tam mamrocze. A homok to jest śmietnik, też po szwabsku chyba. Świstak, co mi dwa siedemset świsnął, obiecywał Superniani superżyrandol. A Superniania się wypięła i mówi: ”Ale ja wolę mój żyrandolek, co wisi u mnie w pokoiku, a nie świstakowy z homoka .” Jak on wtedy pojechał po materiały na szafę z tym Świstakiem, wrócił do domu i mówi: „Waldusiowi tak nóżki zmarzły.” Stary dziad, piędziesieciodwuletni i tak gada.

Muter, albo Muti (nie wiem jak jest poprawnie), dzwoni co środę punktualnie o dwunastej do Waldusia. Ale jego ojciec nie chce, żeby synuś wrócił do Rajchu. Wszystko przez to ćpuństwo. On przez to właśnie ma takie oczy wywalone.

 

 

Polska

On w ogóle ma ciągle pretensje, że go wyzywam od Szwabów. I mówi do mnie kiedyś: ”A jak zadzwoniłaś z Frankfurtu, to mówiłaś – wiesz Waldi – tam inne życie jest, z twojego kraju dzwonię Waldi i wiem , co mówię.”

Waldi nic nie czyta, Waldi tylko niemiecką telewizję ogląda i „Czterech pancernych”. Superniania mówi: „Przez ciebie nie obejrzałem mojego Szarika. Dwa odcinki leciały w telewizorze.” Filmu z nim nie obejrzysz, cały czas nadaje, że aż jestem posikana.

Pewnego razu strasznie się spiliśmy – poszły dwie krowy (dwa razy po trzy czwarte litra). I ja poszłam spać do Ziemka. I raptem słyszę przez sen: ”JA NIENAWIDZĘ TEGO KRAJU. Nienawidzę Polaków i wszystko, co jest polskie. To jest gówno, a nie kraj! Tu się nie da żyć. Ja na kolanach poturlam się do granicy, tylko tatuś niech się zgodzi, żebym wrócił.” A ja jeszcze w łóżku mówię: ”Ja tego słuchać nie mogę!” Wstaję i mówię tak: „KURWA MAĆ w moim domu obrażasz mój kraj, ty Szwabie zajebany!” A on mówi do mnie: ”To jest wszystko prawda.” A ja mówię: „To wypierdalaj!” A on był grzeczny, wstał, zubrał się i mówi tak: „Ja już wychodzę, tylko proszę do mnie nie dzwonić.” A ja: „Nie zamierzam. Szafę sama zrobię z Warzywkiem.” Ja wtedy musiałam nadawać tak głośno, że sąsiedzi pewnie pomyśleli, że kochanek u mnie jest, a to tylko Superniania była. I wyrzuciłam ją z domu. Przyszedł na drugi dzień. To go przeprosiłam, ale powiedziałam, że kwestie polsko – niemieckie zostawiamy w spokoju już.

O Boże ja mam znowu czerwoną twarz, to przez ten remont! A może po prostu mam czerwoną skórę? Poleżę kilka minut z maseczką, jak tylko wyjdzie Superniania. Bo ona tak nawija, że nie idzie tego wytrzymać. Superniania jest zboczona i cały czas mnie molestuje, żebym mu laski wybierała w Internecie. A ja nie wchodzę na takie strony. Co mnie w ogóle obchodzi Superniania!

Osoby:

Waldi – Szwab

Mirka – Matka Polka, remontująca mieszkanie pod nieobecność ślubnego małżonka

Ziemek – młodszy syn Mirki, którym opiekuje się Superniania

Nygus, albo Mieszko – dorosły syn Mirki, z którym chciała się pobić Superniania, ale na szczęście do tego nie doszło

Alka – właścicielka solarium, do którego już nikt nie przychodzi, a szkoda, bo to bardzo ciekawe miejsce jest

Leon zwany Buddą – facet Alki, który całymi dniami leży na kauczu

Warzywko – cieśla okrętowy, który kiedyś pracował w warzywniaku, a teraz remontuje u Mirki

Świstak – też remontował u Mirki, ale niestety świsnął jej dwa siedemset gotówką i przepadł gdzieś

Kociamorda – już dobrze już po sześćdziesiątce, ale ciągle szuka nowego faceta, mógłby to być nawet Leon

Ciułała – kutwa po prostu, nie daje spokoju Superniani

Next Page →