Ewelina Jarosz: Efekt Pinokia

– ..podobno „Pinokio” to najlepszy lumpeks w mieście. Mogę cię tam zabrać jeśli szukasz czegoś na wieczór.
 – Nie szukam. A co to za miasto?
 – Z.? Burmistrz, zanim został burmistrzem, podobno wygrał je w karty.
 – Ach tak. A jak się ludziom tam żyje?
 – Pomysłowo! Mają własne zagłębie sklepów takiego autoramentu oraz jeden, który mieści się poza zasięgiem zagłębia, na krańcu lokalnego Manhattanu.
 – Długo mnie nie musiałeś namawiać!W każdy poniedziałek na szybie witryny „Pinokia” pojawia się tekturowa strzałka z napisem „36 zł/kg” – znak firmowy nowej dostawy markowej odzieży zachodniej. Wtedy Eliza z najbardziej według niej reprezentacyjnych części garderoby komponuje konstelacje i przenosi je na dwa manekiny przypominające tarcze – męską i żeńską. Potem zapełnia ciuchami druciane wieszaki, jednak w nietypowy jak na chucholand sposób: zachowując sporą odległość pomiędzy jedną a drugą parą spodni, czy rozmieszczając swetry, bluzki i kurtki zgodnie z zasadą barwnego kontrastu, a nawet wzajemnego wykluczenia. Pośród mnóstwa kolorów, gatunków, materiałów, którym mimo naruszenia i nie pierwszej już świeżości organizuje się warunki dla pokazania własnej oryginalności, spojrzenie wytwarza rodzaj wizualnego napięcia, które umożliwia dostrzeżenie cechy jakiejś rzeczy bez zatracenia się w przeglądaniu towaru.

***

I znów był poniedziałek. Nataniel od kwadransa stał pod drzwiami, jak zwykle pierwszy w kolejce, lecz tym razem przed sklepem oprócz niego nikogo nie było.
Gdy go wpuszczono – punktualnie o 10 – od razu pognał pomiędzy wieszaki i nie zauważył nawet, że Eliza nie zdążyła jeszcze zapalić świateł. Panujący w środku lekki zaduch dopiero co rozpalonego kadzidełka o fiołkowym zapachu tylko rozjątrzył gorączkowe poszukiwania, które rozpoczął – bez rywalizacji – od najdalszego zakamarka sklepu.
Że coś mogło być inaczej niż zwykle, wcale nie zauważył. Na przykład z czterech stron wydzielona została ciasna przestrzeń ekspozycji, którą po skosie zatarasowano regałem, pozostawiając jedynie wąskie przejście. Nataniel przez ten właśnie przesmyk wpadł do środka i stamtąd taksował wzrokiem zawartość wieszaków. Lecz nie dostrzegł również, że znikła przestrzeń pomiędzy ubraniami i wszystkie zlewały się w szczelny gałgan bez jednego prześwitu.
Aż wreszcie zawołał nieśmiało „Elizo!”, lecz odpowiedziała mu cisza, a potem delikatny odgłos odpadającego pręcika popiołu.
***
Zanim Eliza rozpoczęła swą przygodę z filozofią – na rozmowie kwalifikacyjnej często podkreślała słowo „przygoda” – studiowała pedagogikę, lecz szybko poczuła się na tym kierunku zbyt rozwinięta intelektualnie. Dobrze, że wreszcie mogła poszerzać umysłowe horyzonty gdzie indziej! Do tego jej niebywały gust, wrodzona, mówiła, artystyczna smykałka, która ze zwykłego lumpeksu, gdzie rozpoczęła pracę na ćwierć etatu, szybko uczyniła nie tyle popularne, co pożądane miejsce o nieco artystycznej atmosferze.
Nataniela poznała stosunkowo niedawno, bo w te wakacje. Pewnego dnia usiadła wraz z nim na ławce na pomoście. Zaczął opowiadać ze szczegółami o odnowie elewacji Pałacu Ślubów w ich mieście. Mówił tak, jakby wiedział o czym mówi, żywo i plastycznie, pobudzając jej wyobraźnię do tego stopnia, że opisem gęstych i wysokich krzaków, które dawniej miały dookoła porastać Pałac, prawie nie pozostawiając przejść do ogrodu,  wywołał w niej nastrój, który natychmiast zaowocował obrazem: zobaczyła siebie brodzącą po kolana w morskim brzegu. Wszędzie pełno było stworzeń, a każde z nich różniło się od siebie kształtem, rozmiarem i barwą: stąpała pomiędzy krabem i śmigającym rekinem, złotą rybką i żyjątkiem nurkującym w piasku, a znad powierzchni wody na moment, jakby z obawy przed statkiem do połowów, wyłonił się foczy pyszczek. Gdy Nataniel mówił, a ona oglądała jego słowa, położyła dłoń na jego udzie i poczuła, że robi jej się gorąco od słonecznego żaru. Jak mogła zauważyć, że z drugiej strony na jego ramieniu położył rękę ukontentowany ojciec, który przez cały czas siedział obok.
***
Nataniel nie otrzymał odpowiedzi po zawołaniu o światło, wyciągnął więc rękę i w półmroku zaczął rozchylać ubrania i przywracać dystans pomiędzy nimi. Dotykał i oglądał przód jednej rzeczy oraz tył drugiej. W pewnym momencie zastopował, gdyż jego oczom ukazała się rozpinana bluza, którą skądś dobrze znał, lecz ta na wieszaku była jakby większa i z wyciągniętymi rękawami. Chwilę zajęło mu zorientowanie się, że przecież taką bluzę miał w tej chwili na sobie – niebieską, w chmurki i z naszytą wiosenną gałęzią, która pod nie sięgała.
Chociaż wydzielała szczególnie okropny zapach i miała kilka niepokojących plam, nie mógł się nadziwić, więc ściągnął ją z wieszaka i poszedł do przymierzalni. Nie rozpiął, lecz włożył przez głowę, a potem stał i z uniesioną kurtyną grzywki spojrzał na swoje odbicie w lustrze. Nie był zadowolony, zwłaszcza ze swojego czoła. Z przykrością zauważył, że począwszy od lewej skroni pokryło je mnóstwo groteskowych pryszczy, których rano nie było. Natychmiast je policzył: 14, a każdy z nich przypominał cycka zwieńczonego zaczerwienionym bąbelkiem, jak z obrazów Wasselmana, gdy malował kobiety. Jemu ten w miarę symetryczny wysyp – po dwa jeden nad drugim – przypominał dwurzędowy listek sporych tabletek, z tą różnicą, że pryszcze ciasno na siebie nachodziły, a skrajny nawet buńczucznie odstawał na bok i ku górze, wykrzywiając się i potężniejąc z ciasnoty.
A jednak postanowił wydrylować jednego, gdyż w przeciwnym razie nici z przyjęcia, nici ze spotkania z…Cher! Przyłożył dwa palce do największego, który puchł i mocno ścisnął. Wtedy stało się coś jeszcze straszniejszego: po rozszarpaniu bąbla w powierzchni czoła pojawiała wyrwa, drugi cycek, dosłownie, tyle że w głąb. Opuszek kciuka idealnie pasował do zagłębienia. Jak szybko dziura napełniła się krwią, zupełnie jakby była rytualnym naczyniem.
„Za późno już – westchnął Nataniel – ten mi powiedział sam: muszę być!”
***
Wetknięty w książkę fragment opowiadania napisanego przez Cher w dniu poprzedzającym złą dla niej wiadomość. Odsłuchała ją z sekretarki. Do mieszkania, jakie przejął po zmarłej babci urząd miasta, wprowadzi się para nowożeńców…

„On miał koszulę lekko rozpiętą – mniej było gorliwości z mej strony. Całował nie tak namiętnie jak zwykle, ale za to silniej, jakby próbował się w ten sposób dla mnie uobecnić. Efekt przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Wtedy niemalże stopił się z murem, do którego został w swej kolejności przyparty. Gdy rozpięłam jego koszulę, moim oczom ukazały się kobiece piersi, którym i on się przyglądał. To był właśnie on i to on był właśnie, on! Rozpoznawał swoje małe kobiece, które rosły w naszych oczach. Tak wyraźnie spod ich skóry nie prześwitywało jeszcze liczne niebieskie żyłkowanie. Powyżej, dokładnie na środku i tuż pod szyją, miał również tarczę, jednak już nie herbową, lecz telefoniczną i to starego typu, że się wkłada palec i wykręca numer. Urocza była ta tarcza u niego, żadne tam jabłko Adama, ale wypustki, które przypominały…sama nie wiem, lecz były znacznie piękniejsze i w pewnej chwili rozmieszczone już na chybił trafił, coś karminowego wyrastało z pomiędzy nich… Taka była tarcza, gdy włożyłam swój język w jedno z jej ócz i zaczęłam wykręcać. W prawą stronę, po czym całość wymknęła mi się. Powtarzałam bez słowa, aż wybrałam numer w całości. A wtedy on ponumerował moją sukienkę inną barwą włóczki niż czerwona, zielona i żółta.”

***
W kanciapie dla pracowników „Pinokia” dziewczęca stopa toczyła po wykładzinie pusty pojemnik po „Mazolu”. Kupiła go w sklepie z środkami chemicznymi – coś jak spray odświeżający używaną odzież (pełno ich szefowa umieściła w szafie), ale nie tylko. Eliza splotła dłonie na brzuchu i patrzyła w ścianę przed sobą. Na stoliku kawowym siedział pluszowy św. Mikołaj i patrzył na nią. Obok leżała książka „Wstęp do filozofii”, którą obiecała sobie przeczytać – tym razem ze zrozumieniem i bez strachu, jaki wywołało w niej pierwsze podejście. Jednak jej obecne położenie nie pozwalało na lekturę.  Myśli miała rozproszone jak plamy sprayu, którym się przed chwilą irracjonalnie posłużyła i jedyną czynnością, w której mogła się pogrążyć było pocieranie stopą o „Mazol”, w tę i z powrotem, jakby to błąkanie – czy to już czas, aby wejść na stronę internetową i zarezerwować sobie miejsce w sanatorium z hollem dla palących? – miało przywrócić jej krążenie.
***
Przemowa Krzysztofa Z., burmistrza przecinającego wstęgę rozsnutą wzdłuż odrestaurowanej elewacji Pałacu Ślubów w Z., nieznacznie się opóźniała. Można było zaobserwować, że władze lokalne zainwestowały w przygotowania do uroczystego odsłonięcia ten rodzaj energii i zaangażowania, które pozwalały odebrać je jako wręczenie podarunku dla wszystkich. Chociaż doprawdy niewiele było widać samej elewacji – fakt, że była to boczna, wąska elewacja, którą trzeba było oglądać tylko z pewnego miejsca i pod pewnym kątem – tak wielu zgromadziło się tego dnia mieszkańców w całym ogrodzie, a gdy wreszcie przyjechała telewizja, ojciec Nataniela, mający po swej stronie proboszcza, ustawiając się tle Pałacu zwrócił się do kamer odurzony szczęściem:
„Od czasu, gdy jestem burmistrzem tego miasta, chronię je przed antyterrorystami, przepraszam, przed terrorystami. Dziś jednak nadeszła wiekopomna chwila, kiedy nic już nam nie grozi ze strony innych szkodników – tych, które żyją w materii mieszkalnej – i świętujemy ważne dla nas wydarzenie. Tak. Wspólnymi siłami udało nam się po żmudnych przygotowaniach i długich zmaganiach, pracując nierzadko w niesprzyjających warunkach pogodowych, ukończyć remont elewacji, a więc bocznej ściany zabytkowego Pałacu Ślubów. Właśnie następuje odsłonięcie części napisu na dekoracyjnym fryzie. Wybrałem go wraz z księdzem proboszczem.”
Stojąca za burmistrzem grupa młodzieży, z którą wymienił porozumiewawczy znak,  wtapiając swą figurę i w młodość (kamery wychwyciły moment, gdy z gracją zjednywał się z otoczeniem, a pominęły podobny do puszczenia oka pomylonego z zezem tik), pociągnęła z dwóch stron za sznury. Opadła udrapowana jak perizonium jasna tkanina, pod którą oczom zebranych ukazał się fragment całkiem do rzeczy:
„UPADNIJ NA KOLANA”
„Oddaję teraz głos księdzu proboszczowi. Poświęci on elewację budowli, w której gościć będą nasze dzieci. Jak wszyscy wiemy, proboszcz jest literatem. Z niecierpliwością oczekujemy na kilka przygotowanych przez niego słów.”
Gdy ksiądz przejmował mikrofon, wiatr trącił leżącą na trawniku tkaninę i zafalowała.
„Mamy XXI wiek. Jesień, czas spacerów i spokojnego szykowania się do zimy. Niezmiernie ciesząc się z powodu okoliczności, jaka nas tu zgromadziła, chciałbym jednak powiedzieć coś o liściach i guzikach. Ot, liście rosną na drzewach, a wczesną jesienią opadają na ziemię. Jesienne liście unoszą się ponad chodnikami, gdy ludzie wracają do swych domów. Mają już na sobie palta – w każdej chwili może spaść deszcz. A co w tych paltach? Fabrycznie umocowane guziki nie przeszkadzają im być w dobrych humorach! Tak, guziki z fabryki. Jak wiele ich widzę, gdy z przyjemnością przechadzam się wśród moich bliźnich. Jak symboliczne stają się przy człowieczym palcie. Komuś odpadł taki guzik od kieszeni i toczy się po ziemi – zachichotał –  wśród pożółkłych liści…lecz teraz nie musimy już spuszczać oczu, ponieważ miejscem, w którym będziemy się mijać, znów stanie się ogród przy Pałacu Ślubów. Zanim rozpocznie się remont fasady, z dumą spoglądając na bok będziemy…”
Wtedy z tłumu przedarł się na przód chłopak o smagłej twarzy i czarnej czuprynie, przerywając mowę proboszcza:
„A kto odremontował mieszkanie po mojej zmarłej babci, panie burmistrzu?”
„Charlie…złaź” z przodu próbowano powstrzymać znanego chuligana, o którym krążyły głosy, że nigdy nie stał się prawdziwym chłopcem, lecz ten nie dawał za wygraną i mocnym głosem, kontrastującym z delikatnością twarzy, powtórzył swoje pytanie.
„Jakie mieszkanie? O czym ty mówisz, smarkaczu?” zaatakował burmistrz.
„Zaraz się zacznie…” padło ostrzeżenie z ludu.
Charlie przejął od proboszcza megafon i zaśpiewał:
„Znacie to? Znacie? To śpiewamy:
Malowane na niebiesko okiennice,
Słoneczniki wyglądają na ulicę.
Na podwórzu kundel pręży się jak bury kot,
A Twe oczy tak się śmiały, gdy patrzyły wprost.

Ściany wybielone, okna wymienione,
Tapczany rozstawione już na sztorc
Żeby Ciebie spotkać w małym kącie świata,
Żeby z Tobą zostać na calutkie lata.”

Burmistrz, próbując ukryć zażenowanie i obrócić całe zajście w żart, zaczął klaskać, lecz wtedy Charlie przestał śpiewać i spojrzał mu prosto w oczy:
„A może chociaż wiesz, gdzie w tej chwili jest twój syn, bo ja nie!”
„Z dala od mojego syna!” warknął i już miał rzucić się na chłopaka z pięściami, gdy na ratunek pospieszył proboszcz.
„Drodzy mieszkańcy miasta. Postanowiłem odsłonić przed wami wielką tajemnicę, której aura unosi się nad niezbyt fortunnym spotkaniem naszego burmistrza z Charlim. Proszę cię drogi chłopcze, zejdź już z podium. Dziękujemy ci za występy. Ta piosenka ma w sobie coś, przyznam, momentami porywa. Lecz oto brakująca część napisu, jaki z Burmistrzem planowaliśmy umieścić na fryzie opasającym w przyszłości wyremontowaną fasadę. Podczas gdy pierwszą część bardziej wymyślił stojący obok mnie, autorem drugiej jestem już tylko ja sam. Niech zatem słowo i piękno znów ocalają!

…PRAWDA CIERNIEM JEST KORONOWANA!”
Widząc efekt, jaki ta część napisu wywarła na większości zebranych, gdy już słowa złożyły im się w przedwcześnie odsłoniętą całość, ksiądz postanowił skorzystać z ogólnego wzruszenia i zaprosił media do dalszego relacjonowania wydarzenia.
„Proszę, niech dziennikarze podejdą bliżej. Przeznaczone zostały dla was miejsca w pierwszym rzędzie. Niniejszym poświęcam elewację: bim-bam-bom. Chciałbym, aby wypowiedziała się teraz audiencja, gdyż bez jej zaufania i hojności, nie bylibyśmy w stanie oddać tak okazałej elewacji. Oni słuchali, a nie widzieli. Mogli pomyśleć, że idzie

o jakąś fałszywą fasadę, a nie pomyśleli.”
Charlie zginął pomiędzy tłoczącymi się do mikrofonu, prędko podawanego z ręki do ręki:
„No Matka Boża tu nas przyciąga i przyjeżdżamy do świętego Józefa, a dziś przyszliśmy zobaczyć Pałac Ślubów. I nawet nie patrzyliśmy na pogodę, tylko przyszliśmy, bo święty Józef czeka i Matka Boża pragnie nas i tutaj u siebie zgromadzić.”
„Słucham na okrągło, dzień i noc, modlitwy, różaniec, bo radio mówi prawdę.”
„Ja przyszłam też, bo tu jest nadzieja dla mojej córki, moje życie i nic więcej.”
„Nasz kraj jest taki, że tylko to radio nas tu trzyma i Matka Boska. Żeby nie radio, Polska by…byśmy tu nic nie wiedzieli. A rodzina to jest świętość. Nie żałuję!”
„Dużo otuchy, trzyma przy życiu! Przynajmniej można się czegoś dowiedzieć, odkąd zostało zlikwidowane radio Wolna Europa.”
„…to znaczy był okres, kiedy nie słuchałam. Ale teraz bardzo mi się spodobały audycje prowadzone przez siostry zakonne, audycje z młodzieżą, z dziećmi, co chwytały za serce. I po prostu od dłuższego czasu już szukałam okazji, żeby jakoś się włączyć, nawet prywatnie. Ale tak się złożyło, że zawsze coś wypadło, nie mniej jednak skorzystałam z okazji, że została zorganizowana al a pielgrzymka do Pałacu Ślubów.”
„Przyjść i zobaczyć co się tu robi, gdzie są nasze pie-nią-żki! Widzę, że super, no nie wiem, nie wiem. Uściskanie dłoni to jest za mało. To jest wszystko tak piękne, że nie ma słów! Cieszymy się, jeszcze Polska nie zginęła! Wszystkim, wszystkim serdeczne Bóg zapłać!”
***
Nataniel stracił w przymierzalni poczucie czasu. Gdy wyszedł z “Pinokia”, cisza wokół niego rwała nadal, a on nie czuł się najlepiej sam ze sobą. Już nawet nie chodziło o to, że wstydził się swojego wyglądu, co o dyskomfort, jaki doskwierał mu z powodu wielu drobnych zmyśleń, jakimi ostatnio posłużył się w obawie przed demaskacją czegoś, czego nie potrafił nazwać, a co było tylko dla niego. Myślał o Elizie i dochodził do wniosku, że przy jej wybujałej wyobraźni pewne rzeczy niepotrzebnie i zbyt lekko zostały powiedziane oraz o ojcu, który za bardzo na niego naciska. Myślał też o Cher. Chyba żadna z tych osób nie była mu szczególnie bliska, a nie odczuwali wobec niego żadnego dystansu. Projektowali na jego osobę co się dało. I jemu wszystkie możliwe wyobrażenia ciążyły w tej chwili od środka, szczelnie powstrzymywane przed ujściem przez dwie pstre bluzy.
Robiło się coraz chłodniej, więc przyspieszył kroku. Gdy dotarł na przystanek, jego wzrok przykuł czerwony napis na jednej z planszy rozkładów jazdy autobusów:
Ostatni nocny do Cher – przy czym litera „r” wyglądała jak podkręcona rzęsa. Była podwyższona w stosunku do reszty i częściowo wystawiona na podmuchy wiatru, który nagle się wzmógł. Poczynał sobie jak chciał, zwłaszcza liście ucierając w każdym kierunku.

 – Wybrałaś coś na dzisiejszy wieczór?
 – Wiesz ile mnie obchodzi dzisiejszy wieczór…
 – Spójrz, a może ta sukienka? Jest prosta, a z tyłu ma dość skomplikowane wiązanie. Trochę przetarta na rękawie. Co o niej myślisz?
 – Nie lubię eleganckich sukienek na sobie. Wolę powyciągane sweterki.
 – Lepiej konweniują z ekspresją twojej twarzy.
 – Już przestań…

Marcin Królik: Włosy

Mądrość ludowa powiada, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu, i to z boku, żeby w razie czego łatwiej było wyciąć. Dorzućmy do tego kuferka kolejne odkrycie: z rodziną najlepiej spotykać się w Boże Narodzenie i zwijać manatki przed Sylwestrem. Trzymałem się tej złotej zasady, odkąd wyjechałem na studia. Potem wszczepiłem ją mojej żonie. Dzięki zaś żelaznej dyscyplinie, z jaką ją stosowaliśmy, stary dobry Cisów z jego barokowym kościołem, parkiem poprzecinanym wstążką rzeki i stanowiącym lokalną wszechnicę kultury klasycystycznym pałacem wciąż wydawał się nam godny powracania.

– Weźże, zgól tę wstrętną brodę! – wybuchła na powitanie moja droga i wielce tolerancyjna mamusia.

  Dziesięć lat temu identycznie było z włosami.

Pióra opadające na ramiona ciężkimi falistymi kaskadami udało mi się wyhodować po miesiącach wyrzeczeń. Nosiłem je z dumą niczym symbol mojej niezależności i wolności. Z zaciśniętymi zębami cierpiącego za słuszną sprawę męczennika wytrzymywałem niekończące się rodzinne lamenty, że niedługo zacznę wyglądać jak pospolity lump – jeden z tych leżących w krzakach, pokłutych igłami i wiecznie uwalonych kompotem z makowin ćpunów, którzy stali się istną plagą na naszej ulicy, kiedy byłem dzieckiem. Nie przekonywały ich tłumaczenia, że kompocik pani Lusi już dawno wyparły gandzie i kreski, a w ogóle współcześni kokainiści i morfiniści najczęściej noszą markowe ciuchy i strzygą się przeciętnie raz na miesiąc.

 Mój wspaniały pióropusz – był naprawdę dorodny i dbałem o niego jak o relikwię – straciłem przed studniówką, ale nie wskutek pedagogicznych zabiegów połączonych oddziałów mamy i babci, lecz dlatego, że założyłem się z kumplem.

– Założę się, że ich nie zetniesz – podpuszczał mnie Ziggi. – Stawiam dużą czekoladę, największą, jaką można kupić w tej pieprzonej dziurze.

Wyszedłem, a po godzinie wróciłem do niego obcięty jak pod linijkę. Ostrzygł mnie pewien dziwaczny gość – najprawdziwszy golarz, trochę grubawy, w białym fartuchu i z brzytwą. Jego zakład był jedynym, który wówczas kojarzyłem. Mieścił się w pasażu handlowo usługowym przy Mazowieckiej (głównej ulicy miasta) i wtłoczony pomiędzy sklep obuwniczy i salon z telefonami komórkowymi, które pod koniec lat dziewięćdziesiątych dopiero raczkowały, sprawiał obłędne wrażenie.

 Podobnie jak właściciel, który nazywał się Stanisław Miziołek, wyglądał jakby czas za jego drzwiami zatrzymał się na Gomółce albo późnym Gierku. Podłoga okryta szaro zieloną wykładziną, wybrzuszającą się na samym środku, brudno piaskowa lamperia, ogromna lada zawalona stertą fryzjerskich akcesoriów i czasopism, lustro poznaczone na krawędziach tłustymi smugami i przysadziste fotele, które nietrudno byłoby sobie wyobrazić w roli narzędzi tortur psychopaty – a to wszystko skąpane w zimnym blasku jarzeniówek. Dziś jakiś sprytny designer zapewne ochrzciłby ten wystrój mianem oldskulowo kultowego, ale wtedy przybytek pana Miziołka był po prostu syfiasty, a dzięki temu tani. Ale jednocześnie w jakiś przyjemnie szorstki sposób twardy, męski.

– Nie szkoda ci takich pięknych włosów, chłopcze? – zapytał, wiążąc mi pod szyją cuchnącą odczynnikami szmatę i odpalając elektryczną strzyżarkę.

A potem, gdy większość mej dumy ścieliła się wełnistymi kłębami wokół fotela, dodał:

–Dzielnieś to zniósł, bracie. Jednego razu jak jeszcze goliłem w jednostce, przyprowadzili mi chłopaki z żandarmerii takiego rekruta, co się kurewsko wyrywał. A jak już było po robocie, to się wziął i popłakał. To był jakiś tam hipis, pacyfista – diabli go wiedzą. Siłą go musieli do woja wlec. A ty przypadkiem nie jesteś hipis, co?

 – Nie.

  –To dobrze. To była, bracie, hołota, jakiej świat nie widział. Bród, smród i rozpusta. Łaziło to całe dnie schlane, zaćpane, nie pracowało… Że niby protestowali, o jakieś niby ideały walczyli. No – przejechał mi po głowie miotełką – to jesteś, bracie, facet jak ta lala. A jak maturę zdasz, będziesz mężczyzna pełnoetatowy.

Dzień przed pisemnymi znów go odwiedziłem. A potem przed wyjazdem na studia. Strzygł mnie też do ślubu. Robił się przy mnie gadatliwy. Najczęściej politykował. Piętrzące się na ladzie gazety to był głównie „Nasz Dziennik”, a ze stojącego obok nich radia sączył się katolicki głos z Torunia, toteż łatwo się domyślić kierunku, w jakim podążały jego poglądy, ale mnie to nie przeszkadzało – puszczałem jego diatryby o odżydzaniu parlamentu mimo uszu, potakując z grzeczności.

 Miał za to ciekawą, wywiedzioną z wojskowej praktyki filozofię glacy. Uważał, że przynajmniej raz do roku należy się ogolić na łyso – całkiem na zero, do gołej skóry. Potem włosy są zdrowsze i silniejsze, no i łupież się nie zalęga. Wypróbowałem jego metodę i spodobało mi się – znów ku rodzinnej zgrozie.

 – Najpierw Mojżesz, teraz bandyta! – żachnęła się matka, gdy przyjechałem na wakacje łysy jak buddyjski zakonnik.

 Na mieście starsze panie pierzchały przede mną jak przed zarazą.

 – Zmiłuj się, synciu – załamywała ręce babcia – już mówią, że taki byłeś dobry chłopak, do kościoła chodziłeś, nawet na księdza się miałeś szykować, a teraz zrobił się z ciebie pospolity skin.

 Rodzina – ani z nią, ani bez niej.

 – Nie zgolę brody – oświadczyłem stanowczo mojej żonie kilka godzin przed wigilijną wieczerzą.

Nie znosiła mojego zarostu, ale w ramach wypracowanego po długich i żmudnych negocjacjach kompromisu pozwalała mi zapuszczać brodę na jesień i zimę. Zresztą identyczne pertraktacje doprowadziły do uzyskania przeze mnie glejtu na golenie głowy i utrzymywanie jej w stanie lśniącej żarówy przez cały okres letni. O ile jednak do bezwłosowości z czasem się przyzwyczaiła, a wręcz zaczęła ją darzyć najpierw ostrożną, a potem czułą sympatią, o tyle brodę zaledwie tolerowała, skarżąc się, że przeszkadza w łóżku.

Nie przekonywała jej ideologia, jaką do kwestii zarostu dorobiłem. Za nic nie chciała słuchać o mistycznej transgresyjności doświadczenia przemiany wyglądu, ani o wiosennym pozbywaniu się brody jako wielkomiejskiej analogii do topienia marzanny. Z nadejściem września nasze życie łóżkowe ubożało o wszelkie elementy oralne. Teraz mając po swojej stronie babską koalicję postanowiła zerwać nasz kruchy pakt.

Zaczął się więc zmasowany desant lądowy.

– Przecież ty w ogóle nie umiesz o nią dbać. Rośnie ci jak chce. W ogóle jej nie skracasz, nie przycinasz. Trudno utrzymać ją w czystości, bo bez przerwy nurkujesz nią w jedzeniu. Nie jesteś zresztą stworzony do noszenia brody. Ona cię postarza. Masz bardzo ładną linię twarzy i nie musisz jej ukrywać.

 – A nie wydaję ci się bardziej męski? – podjąłem rozpaczliwą próbę ratowania swych okopów.

 – Męski? Chyba raczej niechlujny. Kochanie, proszę cię, zrób coś z tym. – I wreszcie ostateczny cios. – Zrobisz babci miły prezent na święta.

– Dobra – skapitulowałem. – Mogę się zgodzić na skrócenie.

– Na pewno zrobisz to krzywo. Powinieneś pójść do fryzjera, który zrobi to fachowo. Tylko wątpliwe, czy teraz jeszcze zdążysz. Chyba że spróbujesz u tego faceta, który strzygł cię do ślubu. Jak wracałam od bankomatu, widziałam, że jeszcze miał czynne.

Krytyk literacki zapewne skrzywiłby się w tym miejscu zniesmaczony i złajał mnie za zbyt proste, samo narzucające się rozwiązanie fabularne. Lecz żaden z nich nie ma pojęcia o kruchości, jaką zyskuje moje serce, gdy ta wspaniała, kochana dziewczyna patrzy na mnie w taki sposób, w jaki spojrzała wówczas.

 – W porządku. Idę.

Zmierzając do zakładu Miziołka, uprzytomniłem sobie nagle, jak ważne miejsce włosy oraz ludzie mający z nimi do czynienia zajmowali w moim dzieciństwie. Byłoby delikatną przesadą stwierdzić, że się wokół nich kręciło, niemniej stanowili jeden z jego filarów. I tak oto dobrnęliśmy w tej historii do momentu proustowskiego. W tej chwili pierwszoosobowy narrator, pomimo iż nie poczuł woni magdalenki umoczonej w herbacie lipowej, dryfuje w zamierzchłą przeszłość.

Tak więc sześcioletni, trzymając się mamusinej dłoni, wkraczam do przestronnego wnętrza pachnącego szamponami, farbami do włosów i lakierami utrwalającymi. Przez wysokie, czyste okna ukośnie wpada słoneczne światło i ścieli się ciepłymi plastrami na podłodze wyłożonej zielonym, wyszorowanym na wysoki połysk linoleum, tęczuje w krawędziach luster i okrywających szeroki kontuar szybach, pod którymi tkwią barwne zdjęcia najmodniejszych fryzur. Obok nich leżą gazety – nie żadne tam „Trybuny Ludu”, „Nowe Wsie” ani „Przyjaciółki”, tylko oryginalne wydania „Elle” i „Vogue’a” o śliskich, połyskujących lepszym światem okładkach, z których bielutkimi zębami uśmiechają się do mnie opalone, nieziemsko piękne kobiety i muskularni mężczyźni o wydatnie zarysowanych kościach policzkowych, jasnych oczach i w obcisłych ubraniach, których u nas nie można prawdopodobnie kupić nawet w położonej w centrum galerii.

Kierujemy się do drugiego, mniejszego pomieszczenia, do którego wchodzi się po trzech stopniach. Dopiero tu objawia się prawdziwy luksus. Tu jest królestwo pań spoczywających nieruchomo i sennie, w pozycji półleżącej pod przypominającymi dzwony suszarkami. Tu urzęduje szef, którego boją się wszystkie pracujące w zakładzie dziewczyny i przemykają między klientkami bezgłośnie jak uzbrojone w lokówki duchy.

 Szef – niski, krępy mężczyzna o małych, ruchliwych oczkach prywaciarza – wita nas osobiście.

 –Jak pan sobie dziś życzy? – zwraca się do mnie.

  –Na jeża – odpowiadam.

  –Słusznie, słusznie. To idealna fryzura na lato. Zapraszam na fotel.

 Przeważnie strzyże mnie on sam, jego żona, bądź najstarsza córka. Nie wracamy do dużej sali – zawsze jestem obsługiwany właśnie tutaj, wśród dyskretnych młodych fryzjerek, szumu suszarek i kobiecych pogaduszek. Podczas gdy mama siedząc w kącie przy oddzielającej oba pomieszczenia kotarze przegląda jedno z tych zagranicznych czasopism, szef błyskawicznie obskakuje mi głowę nożyczkami i grzebieniem, w międzyczasie gawędząc ze mną o planach moich lotów w kosmos.

Nazywa się Bogdan Popławski i jest jedynym bogatym człowiekiem, jakiego znam. Zakład znajduje się na tyłach jego domu – wspaniałego, piętrowego, z dużymi widnymi pokojami, tarasem, ogrodem i wystawionym ku niebu talerzem anteny satelitarnej. Do domu można się dostać bezpośrednio stąd, schodami ukrytymi za kolejną kotarą z kolorowych frędzli. Czasem tam gościmy.

 Popławscy to dobrzy znajomi babci. Babcia ma piękne grube gęste włosy sięgające do pasa, ale odkąd rejestruje moja pamięć, nosi je upięte w okazały ciężki kok podtrzymywany niewyobrażalną ilością wsuwek i dodatkowo wzmocniony lakierem. Niektóre pasma skręcają się w kółeczka i ślimaczki i, żeby tej wspaniałości nie popsuć, zawsze śpi w chustce. Kilka razy do roku – zwykle w okolicy świąt lub imienin – chodzi do Popławskich, a pan Bogdan lub jego żona, która ma na imię Bogumiła (Bogusia), rozczesują to niesamowite dzieło sztuki, myją uwolnione włosy, poddają je jeszcze jakimś innym czarodziejskim zabiegom odżywiającym, a następnie na powrót zaplatają.

 Popławscy też składają nam wizyty. Przychodzą na imieniny babci lub dziadka i są kluczowymi gośćmi. Pan Bogdan – jowialny, ruchliwy i zawsze w swetrze w serek – jest duszą towarzystwa, ale gdy kończy jeść, nie ma siły zdolnej zatrzymać go za stołem. Ostatni kęs jaja w majonezie lub kiełbasy to znak dla jego żony, że pora zacząć się żegnać. Lubię ich córki – o najstarszej, tej która niekiedy mnie strzyże, mówi się, że ma włoskiego narzeczonego, a średnia, starsza ode mnie o sześć lat, nigdy się ze mną nie nudzi.

Pan Bogdan jest niezniszczalny – nie jest go w stanie pokonać nawet poważny wypadek samochodowy, który przydarzył mu się, gdy wracał w ulewnym deszczu z jakichś targów dla fryzjerów. Pani Bogusia mówiła potem, że w chwili, gdy to się stało, zmywała naczynia i talerz, który akurat zamierzała wytrzeć, wypadł jej z rąk i stłukł się w drobny mak. Przez pierwsze dni nie było wiadomo, czy w ogóle przeżyje. Zagrożenie jednak w końcu minęło, ale w szpitalu leżał prawie pół roku. Po powrocie, z powodu niesprawnej ręki, której nie dało się już w pełni przywrócić do funkcjonowania, przestał strzyc i ograniczył się – ku boleści pracujących u niego fryzjerek – do skrupulatniejszego niż kiedykolwiek dotychczas zarządzania. Ale mimo wszystko trwał na tronie niekwestionowanego króla cyrulików.

Trwa na nim do dziś. Choć przez te lata Cisów się rozwinął – jak grzyby po deszczu powyrastały salony piękności, kluby fitness, siłownie i gabinety masażu – prestiż Popławskich, jako pionierów stylizacji pozostał nienaruszony. Król i królowa wprawdzie przeszli już w stan spoczynku, ale ich zakład przejęła najstarsza córka, która – z tego co wiem –  nie wyszła jednak za wymarzonego Italiano. Średnia otworzyła własny salon. Moja żona raz robiła sobie u niej balejaż i była zachwycona.

 No, tośmy się zapędzili. Pora wracać do głównej linii fabuły.

 Tamtego popołudnia Stanisław Miziołek rzeczywiście miał jeszcze otwarte. W otoczeniu migoczących świąteczną komercją witryn jego interes z oknem zasłoniętym poszarzałą firanką wyglądał jak antyteza postępu i apoteoza przeszłości – niezmienny w czasie jak wzorzec metra, ale przez to coraz bardziej cofający się w mrok. Ząb, który dentysta zapomniał oczyścić przy zabiegu wybielania, świat, który się posunął – w niewłaściwym kierunku.

W środku było prawie ciemno. Stary zapomniał włączyć nieśmiertelne jarzeniówki. Katolicki głos z Torunia podawał serwis informacyjny. Miziołka zobaczyłem w fotelu – tym samym, na którym w ubiegłym tysiącleciu straciłem włosy. Na wpół leżał z głową na piersiach. Nie zareagował na dźwięk dzwonka nad drzwiami.

 –Halo, klient przyszedł! – zawołałem.

  Żadnej reakcji.

 Zbliżyłem się, spodziewając się, że gdy go dotknę, będzie zimny i sztywny jak stara chomiczka, którą kiedyś miałem i pozwoliłem jej umrzeć samotnie w akademiku. Mimo obawy trąciłem go w łokieć. Był ciepły, ale nadal się nie ruszał. Delikatnie szarpnąłem go za ramię. Podskoczył. Głowa ociężale wróciła w pion. W mroku ledwie rozpoznawałem jego twarz, ale wyraźnie zobaczyłem nitkę śliny połyskującą na brodzie.

 –Już, już – wybełkotał nieprzytomnie – już jestem…

 Odniosłem wrażenie, że mnie nie poznał. Powlókł się do włącznika, szurając butami i ocierając rękawem ślinę.

– O, a kogo to my widzimy? – udał radość, gdy wnętrze rozbłysło. – Dawno cię, bracie, nie było w rodzinnym mieście.

 Usadził mnie w fotelu, po czym rozpoczął jeden ze swoich wykładów o owłosieniu – tym razem poświęcony właściwej pielęgnacji brody. Przyciął ją i wyrównał, nie przestając tokować już to o charakterze, jaki zarost nadaje mężczyźnie, już o aferze hazardowej i komisji śledczej, a niekiedy wtrącając pytanie o mnie, choć nie wyglądał, jakby zależało mu na odpowiedzi.

 I nagle pamięć znów cofnęła mnie w przeszłość.

 Ponownie znalazłem się w domu Popławskich, rok lub dwa po wypadku pana Bogdana. Był przyjemny letni wieczór, babcia gawędziła z nimi w ogrodzie, a ja poszedłem obejrzeć wrak poloneza, który nie wiadomo po co zholowali właśnie tu, zamiast po prostu oddać na złomowisko. Stał przed garażem. Właściwie była to tylko pusta skorupa karoserii, całą resztę – silnik, siedzenia, tapicerkę, a nawet deskę rozdzielczą i kierownicę – wymontowano. Przód był doszczętnie zmasakrowany, a dach od strony kierowcy – wgięty do środka. Pamiętam, że gapiłem się na to motoryzacyjne truchło jak w hipnozie, przejęty kamienną, lodowatą grozą, której moja dziecięca dusza jeszcze nie rozumiała.

– Wracamy! – zawołała za moimi plecami babcia.

 – Gotowe – zameldował raźno Stanisław Miziołek. – Od razu, bracie, inna twarz. Przejrzyj się i sam powiedz.

 – Faktycznie – przyznałem szczerze zachwycony rezultatami.

– Broda to, bracie, odpowiedzialność. – Odłożył nożyczki. – Jeśli już decydujesz się ją nosić, nie wolno ci jej zaniedbywać. Twoja pani ma rację.

 Potem złożyliśmy sobie życzenia i pożegnałem go. Wigilia była uratowana. Nikt nie narzekał na stan mojego zarostu.

Wspomniałem wcześniej o przyjeździe na wakacje. Uważny czytelnik może więc zarzucić mi brak konsekwencji, skoro w pierwszym akapicie piszę o przyjeżdżaniu tylko na święta od czasów studiów, a potem nagle zjawiam się w lecie. Cóż, uproszczenie jest prawem, a wręcz wymogiem literatury, która choćby nie wiem jak pragnęła, nigdy nie odzwierciedli życia w całej jego niezborności i dynamice. Prawda jest taka, że choć odciąłem pępowinę, nigdy nie umiałem sobie wyobrazić świąt poza rodowym siołem, w czym moja żona, która własnej rodziny nie ma, gorąco mnie wspierała. Rzucam tę niepotrzebną, rozdymającą tekst i łamiącą tok narracji autoapologię po to, by zagruntować płótno przed następną sceną, w której przyjeżdżamy do Cisowa na Wielkanoc.

Stanisław Miziołek nie żył. W miejscu jego zakładu powstał lumpeks z ciuchami na wagę. Staliśmy właśnie w wielkanocną sobotę przed jego zamkniętymi drzwiami, z niedowierzaniem wpatrując się w kiczowaty szyld i kontemplując przemijalność postaci świata, gdy ktoś zaszedł nas od tyłu.

 – Umarł zaraz po nowym roku. Znaleźli go tu.

 Odwróciłem się.

 – Cześć, Ziggi – powiedziałem, podając mu rękę. – Poznaj moją lepszą połówkę.

 Staliśmy jeszcze kilka minut pod tym współczesnym panteonem syfu i przekazywaliśmy sobie telegraficzny skrót z paru ostatnich lat.

– A pamiętasz jak się założyliśmy, że zetnę włosy? – zapytałem go.

– Naprawdę założyliśmy się o czekoladę? Nie o browara? – Nie mógł uwierzyć mój dawny szkolny kolega. – Chociaż ci ją kupiłem?

– Jakoś sobie nie przypominam.

– Cholera. – Kręcił głową. – Ale te pióra to miałeś, stary, nieprzeciętne. Strasznie o nie dbał, jak dziewczyna – zwrócił się do mojej żony.

Potem powiedział, że musi lecieć, bo jeszcze nie byli ze święconką i rozstaliśmy się. Stary Ziggi, a właściwie Zbigniew Krusiewicz – właściciel kwiaciarni, mąż, ojciec, niegdyś niedościgniony mistrz wsadów, teraz facet pod trzydziestkę z lekkim brzuszkiem, który wciąż wisi mi czekoladę.

–Ten twój kolega – zauważyła moja żona – on chyba zaczyna siwieć.

 – Czarni siwieją szybciej, kotku. Mnie na szczęście to nie grozi. A zresztą, za dużo władowałem we włosy odżywki, żeby się martwić.

 Ściemnienie obrazu i napisy końcowe. W tle miękko śpiewa Louis Armstrong.

paweł f.majka: Dziwne

Nigdy wcześniej nie widział tej tabliczki. Dziwne, przechodził przez plac dziesiątki razy. W małych kioskach kupował gazetę, jednorazowe bilety i papierosy; spędzał długie godziny patrząc na odbicie podrdzewiałej rzeźby Cesarza w witrynie sklepu odzieżowego „Magdalena”. Zazwyczaj siadał na ławce z wyłamaną w oparciu deską. Tak było wygodniej, nie musiał czuć się zbyt odprężony. Siedział w skupieniu, jakby czekając na cios.

Plac był nieduży. W nocy oświetlały go latarnie – po jednej w każdym rogu i trzy na środku. Zdarzało się, że niektóre z nich nie działały. Wtedy przestrzeń – wytarzany w błocie kundel – była szara i ponura. Przechodnie, mijając się na nierównych, jakby przypadkowo rozrzuconych kocich łbach, zauważali się dopiero będąc bardzo blisko siebie. Dochodziło przez to ludzkich stłuczek i karamboli, złamanych obcasów czy obelg wyplutych w twarz.

On siedział i patrzył. Przysłuchiwał się szelestom placu, zupełnie oderwanym, wolno latającym słowom i frazom. Filtrował to w środku, trawił, uśmiechając się nieznacznie. Nie lubił mówić. Myślał, myślało jego, myśli zatrudniały go na cały etat. Z nikim właściwie nie rozmawiał. Do perfekcji opanował sztukę wskazywania rzeczy oczami, skąpymi gestami, dziwnie czytelnym grymasem. Kioskarki i kwiaciarki przyzwyczaiły się do milczącego mężczyzny, gdy ten minimalnym ruchem dłoni, jakby szarpnięciem nerwu, mówił czego chce. Dziękuję czy proszę – tych słów nie używał, właściwie nie pamiętał co znaczą. Oduczył się ich. -Kiedy proszę kogoś lub komuś dziękuję to tak, jakbym go przepraszał. Nie będę nikogo przepraszał. Nie mam za co. To oni są winni, skurwysyny – myślał.

Siedząc na ławce i patrząc na Cesarza zastanawiał się, jak mógłby wyglądać jego pomnik. Bo on powinien mieć pomnik. Był ostatnim człowiekiem na ostatnim świecie. Wyobrażał sobie, że stoi tam, na cokole, a oni składają mu pod nogi kwiaty we wszystkie rocznice wszystkich wydarzeń. Wtedy On – wyniosły, brązowy – ale dziwnie ludzki, z lekko uniesioną prawą ręką, jakby w geście papieskiego błogosławieństwa, obdarza wiernych i niewiernych zbłądzonym uśmiechem. Któraś z nóg nieznacznie wysunięta do przodu, ujęta w ostatnim, niewielkim kroku. Niezdecydowanym, niepewnym? Jakby nagle poczuł, w niepełnym i szczątkowym rozkroku, że oblewa go gorący metal, lawa stopów i pierwiastków, hibernując, więżąc – ani kroku dalej. Dalej nie idziesz. Zostaniesz tu, będziesz siedział w środku, nie odezwiesz się. A ledwie przecież ruszył, zostały mu dwa kroki do krawężnika, na który chciał wskoczyć. Chciał coś pokonać. Teraz siedzi. Stoi. Na ławce i na cokole. Nagle podnosi się, zeskakuje i idzie przyjrzeć tabliczce. Metalowa, lakierowana na biało. Duża, klasyczna czcionka. Litery czarne. „Czynne do ostatniego klienta”. Przeczytał na głos. Wszedł.

Maria Chmielarz: Cienie

Ciemny, pokryty resztkami kredowej farby tunel, prowadzi na smutne, wewnętrzne podwórze. Przekraczam go jak strefę demarkacyjną. Gdyby nie lata praktyki i pamięć mięśniowa, z pewnością teraz wyłbym z bólu, bo moja noga powinęłaby się na niskim, wystrzępionym schodku, uparcie leżącym przed wejściem na klatkę.
Klatka schodowa, od lat bez domofonu, obskurna, z ciągle nowymi warstwami farby olejnej na i tak już udręczonych kornikami drewnianych
schodach.
Krok za krokiem, stopnie przesuwają się pode mną. Śródstopie trzeszczy
przy każdym stąpnięciu, stanowiąc rytmiczne tło dla skrzypnięć wyschniętych ze starości stopni. Nareszcie poddasze i koniec poręczy, jeszcze tylko znalezienie kluczy i po dwa przekręcenia trzech zamków.
Za progiem nagły atak zmęczenia przypomina mi, że do układania drapieżnych kotów nie wystarczy przeczytanie podręcznika: “Tresura dzikiego znużenia nie tylko dla orłów”.                                                   
                                                                  ***
 
Kolejny sen o tej samej drodze. Co noc ten sam, co noc kończący się za
drzwiami mieszkania.
Milcząca, cykliczna katorga. Koszmar, obraz monotonii. Okrutna drwina
odpadków świadomego życia.
 Mimo kilkunastu godzin snu jestem bardziej zamęczony niż przed zaśnięciem. Kark pulsuje napiętym bólem po kawalkadzie skondensowanych nocnych obrazów, plecy ciążą jak granit, zgniatają prześcieradło i niosą zagładę tysiącom roztoczy.
Zimny strach przebudzenia między żebrami, jak Obcy, mości sobie miejsce, wgryzając się w żołądek.Szary pokój, szare cienie słońca na ścianie i postacie między nimi. Dwie z nich wychylają główki. Patrzą na mnie twarzyczkami pozbawionymi mimiki.
Wszystko zaczęło się siedem lat temu, gdy nastał pierwszy Dzieniodzień. A ściany domów zacieniły się.
Wtedy to Cienie zamieszkały też na moich ścianach. Teraz gromadzą się i prowadzą swoje „cieniste” życie towarzyskie między konturem szafy a framugami okien. Zachęcają.
 Obserwuję je okiem wprawnego naukowca, jak kolonie chorobotwórczych bakterii na szalkach Petriego. Nie są groźne, póki nie ingeruje się w ich życie własnym cieniem.
 Jestem posiadaczem magicznego, zielonego sznurka, który przywiązałem do ażurowego stelaża przy wezgłowiu łóżka. Połączony z zasłonami o siatce drobnych oczek, przepuszcza tylko odrobinę światła. Jedno jego szarpnięcie wystarczy by skromny światek grafitowych postaci uwięzić i na chwilę z naukowca przeistoczyć się w strażnika.
 Dni stają się coraz dłuższe, powoli nadchodzi Dzieniodzień – jak co pół
roku. Kraty zasłon przestają mnie chronić przed ich wpływem na moją
szarość.
Cienie czując to, zrobiły się bardziej przestrzenne.
Coraz więcej światła, coraz ostrzejsze kontury naściennych postaci. Przypominające krawędzie żyletki.
 Tym razem przykucie do łóżka i niemożność ucieczki, ukrycia się przed
nimi, był wyrokiem odbywanym za kratami samotności. Tunel bez żarówki u kresu otworzył się w mojej głowie, cienie bezbłędnie namacały dłońmi z powietrza jego mroczną obecność.
 Dialogi istot z półmroku ciągle drgają na płaszczyźnie ściany, a ich twarzyczki marszczą słowa, nakładając geometrycznie światłocień.
 Warkot tych zmarszczek zagina moją przestrzeń za oczodołami, wprawia w drżenie każdy receptor bólu.
 Wyciągnąłem rękę i przyłożyłem opuszki palców do ściany, żeby lepiej
słyszeć. Ściana wibrowała i była ciepła.
 Wystraszony cofnąłem dłoń. Na powierzchni zostały ciemne punkty po palcach, jakby moje ręce były ubrudzone sadzą.
Punkty zbiły się w ciemną plamę, którą wchłonął cień rozlewający się najbliżej.
– To jest żywe! Jednak się nie mylę – krzyknąłem w sobie, nie drażniąc powietrza falami dźwiękowymi.
 Opuszki palców mrowiły jakby zetknęły się z lodem. Energia cieplna mojej dłoni została jakimś sposobem zaabsorbowana i przeistoczona w składową śródściennej krainy.
Natrętna myśl pojawiła się w mojej głowie – dotknij, poczuj mnie !  Przysunąłem więc stołek żeby podeprzeć łokieć, który  osunął by się pod wpływem grawitacji i osłabienia mięśni.
 Ściana nadal drgała, nie wydając żadnego tonu. Była teraz gorąca i lepka. O dłoń już nie musiałem się martwić, sama mocno przywarła do nibysluźni tynku.
 Strach ustąpił, mięśnie szkieletowe rozluźniły się. Otworzyły się we mnie kanały, które rytmicznie kurczyły się i rozkurczały, tworząc siłę ssącą. To ona kolejnymi haustami przesuwała energię cieplną od stóp; głowy, poprzez tułów, do aorty ręki przy ścianie.
 Kątem oka widziałem, jak przy kolejnym skurczu ściana na styku dłoń-tynk, zalana zostaje kolejnymi porcjami substancji cienia, tworząc coś w rodzaju kałuży na pionowej tafli.
Stopy, dłonie, uszy, nos, czubek głowy powoli stygły, skóra broniła się jeszcze przed oddaniem ciepła gęsią skórką. Uczucie chłodu i przejmujące drżenie potęgowało się po każdym spazmatycznym impulsie.
 To powinno mnie otrzeźwić i zmusić do oderwania dłoni. Zamiast tego wczuwałem się w każdą falę dreszczy i ukłuć przejmującego bólu w klatce piersiowej.
Czarna otchłań zaczęła się powoli przeciskać, jak zator przez powstały kanał. Począwszy od półkul mózgowych przez „macicę” szyi dusząc mnie i dalej. Siła ssąca transportowała ją do ramienia w kierunku ściany, tuż za śladem energetycznym.
Z wolna ciepło poczęło wracać do stóp, ale już czułem, jak wiercę się w przestrzeni swojego ciała. Szybkie, rytmiczne kurcze uwolniły mnie w sobie. Odlepiłem się od ścianek swojej powłoki cielesnej i pełzłem za ciemną kulą przedzierającą się przez jeszcze moje przedramię.
Ucisk na świeżo odspojoną powierzchnię mojego nowego ja był tak
silny, że zapadłem się w trwanie bez doznań.
 

 

                                                                  *** 
– Jak to się mogło stać ? – lamentowała sąsiadka, siląc się na szczerość
swoich łez.
Przez wilgotne, ale nie smutne oczy patrzyła z chciwą ciekawością na łóżko, gdzie leżały zwłoki młodego mężczyzny przypominające zmumifikowane szczątki z Doliny Królów.
– Przecież wczoraj żył, normalnie, herbatę mu przyniosłam, gorąca była!
To było przecież tylko jakieś przeziębienie, tak to wyglądało, panie dzielnicowy.

 

 

Jazgod: Dziady

 

                                         Popatrz kurwa, jakie to są dziady.

Przecież oni nic nie grają, oni udają, że grają.

Taka gra, to nie jest żadna gra, tylko jakaś wielka improwizacja.

 

Mój Ojciec

(podczas oglądania transmisji z meczu eliminacji do Mistrzostw Europy –

Izrael : Polska [2 : 1], we wrześniu 1994 roku)

 

 

 

 

 

 

  W 1968 roku, na niespotykaną do owego momentu skalę, przez różne, częstokroć tak do siebie nieprzystające jak Meksyk i Francja, zakątki świata, przeszła fala młodzieżowej kontestacji. Był więc paryski maj, ze swym hasłem przewodnim: „Bądź realistą – żądaj niemożliwego”, i buntem młodych Francuzów przeciwko purytanizacji życia w republice rządzonej przez generała De Gaulle’a. Były protesty amerykańskiej młodzieży, kiedy ich równie młodzi koledzy, dla zaspokojenia mocarstwowych aspiracji Stanów Zjednoczonych w „Zimnej Wojnie”, ginęli bezsensownie w Wietnamie. Był wiec na placu Tlatelolco w Ciudad de México, zorganizowany przez studentów UNAM* na dziesięć dni przed meksykańską olimpiadą, który prezydent Gustavo Diaz Ordaz, obawiając się podobnych ekscesów w trakcie trwania igrzysk, nakazał dla przykładu krwawo stłumić. Była wreszcie „Praska Wiosna”, próba budowania socjalizmu z ludzką twarzą przez najwyższe władze Komunistycznej Partii Czechosłowacji, z jej sekretarzem generalnym Aleksandrem Dubczekiem na czele, entuzjastycznie przyjęta przez społeczeństwo, zdecydowanie mniej entuzjastycznie przyjęta natomiast przez Związek Radziecki i niektóre bratnie narody, które zdecydowały się pospieszyć z pomocą zabłąkanym Czechom i Słowakom, wysyłając do nich czołgi, uzbrojonych po zęby żołnierzy, i wszelkie inne środki, niezbędne do podjęcia przez czechosłowackie władze jedynie słusznej decyzji: niezbaczania już nigdy ze wspólnej dla całej socjalistycznej rodziny drogi. Gdy jednak sprzymierzone siły radzieckiej, polskiej, węgierskiej i wschodnioniemieckiej armii, późnym latem wkroczyły do Czechosłowacji, okazało się, że tubylcy niezbyt są uradowani takim sposobem udzielania pomocy. Wśród niezadowolonych prym wiodła młodzież studencka, która podczas obchodów rocznicy bolszewickiej rewolucji niszczyła radzieckie flagi, organizowała strajki, w najbardziej zaś skrajnych przypadkach – co uczynili studenci Zajíc i Palach – podpalała na znak protestu własne ciała.

Rok 1968 okazał się również przełomowy dla polskiej młodzieży, a być może nawet – jak skłonni są twierdzić niektórzy komentatorzy tamtych wydarzeń – dla całej naszej powojennej historii. Wszystko zaczęło się jednak nieco wcześniej, w listopadzie sześćdziesiątego siódmego roku. Wtedy to, ówczesny dyrektor Teatru Narodowego w Warszawie Kazimierz Dejmek, dla uczczenia 50-lecia październikowej rewolucji, za przyzwoleniem Ministerstwa Kultury i Sztuki inscenizuje „Dziady”, dramat poetycki Mickiewicza, w wydźwięku swym mocno antyrosyjski, wedle Dejmka jednak jak najbardziej proradziecki, bo wymierzony, niczym przewrót bolszewicki, w aparat władzy carskiej Rosji. Przedstawienie od początku budzi niebezzasadne kontrowersje. Potwierdzają je pierwsze reakcje publiczności podczas premiery: sceny, które można odczytać jako aluzje nawiązujące do aktualnej wtenczas sytuacji politycznej, przyjmowane są najbardziej owacyjnie. Kolejne przedstawienia tylko umacniają tą tendencję. Na odzew ze strony partyjnej wierchuszki nie trzeba długo czekać. Pod koniec grudnia Dejmek zostaje wezwany na rozmowę z kierownictwem Wydziału Kultury KC PZPR, w trakcie której reżyserowanej przezeń sztuce zarzuca się antyrosyjską i antyradziecką wymowę oraz nazbyt religijny charakter, zaś na początku sześćdziesiątego ósmego roku zapada decyzja o zdjęciu z afisza przedstawienia, przy czym na termin ostatniego pokazu spektaklu wyznacza się dzień 30 stycznia. I właśnie tego dnia, niezadługo po opuszczeniu kurtyny w finale sztuki, mają miejsce wydarzenia, które w krótkim czasie wywrócą do góry nogami życie wielu młodych ludzi.

 

 

_________

*UNAM – Universidad Nacional Autónoma de México, największy uniwersytet nie tylko w Meksyku, ale i w całej Ameryce Łacińskiej.

*  *  *

 

W 1968 roku nie było mnie jeszcze na świecie, zaś moi rodzice, którzy są rówieśnikami i znają się niemal od urodzenia, wkraczali wtedy w ledwie trzynastą wiosnę swojego żywota. Nie dziwi więc fakt, że w tamtej chwili nie wzięli się jednak do roboty i nie sprawdzili swoich reprodukcyjnych zdolności. Zresztą ich znajomość przerodziła się w klasyczne damsko-męskie zapasy dopiero w roku siedemdziesiątym czwartym, zatem w sześćdziesiątym ósmym nie uwzględniały mnie nawet plany równie dalekosiężne, co osławione pięciolatki. Światło dzienne dane mi będzie ujrzeć znacznie później – w roku siedemdziesiątym siódmym, czyli dokładnie w tym samym czasie, gdy po latach sennej stagnacji znów przebudzi się opozycja w Czechosłowacji, powołując do życia Kartę 77, i gdy nasza bezpieka skatuje na śmierć 23-letniego studenta Stanisława Pyjasa. Ale tamten okres – z grubsza potraktowane lata siedemdziesiąte, okażą się również dekadą największych sukcesów polskiej piłki nożnej. W 1972 roku nasi reprezentanci zdobędą złoty medal na olimpiadzie w Monachium, dwa lata później – brąz na zachodnioniemieckim mundialu, a w siedemdziesiątym szóstym roku przywiozą srebrne medale z igrzysk w Montrealu. Toteż siódmego lipca siedemdziesiątego siódmego roku, kiedy mój ojciec odbierze wreszcie telefon ze szpitala i kiedy dowie się, że żona urodziła mu syna, bez wahania poweźmie nieodwracalną w skutkach decyzję. „Jako że mamy teraz lato i jako że urodził się chłopak, to trzeba szkraba ochrzcić na Grzegorza” – rzuci przez słuchawkę do mocno zdezorientowanej pielęgniarki, a słowo ciałem się stanie i już niebawem zamieszka razem z nim, jego małżonką i teściami, w nieco przyciasnej komunałce.

 

*  *  *

 

Przerabiano później moje imię na wszelkie możliwe sposoby. W praktyce jego urzędową formę stosowali w stosunku do mnie wyłącznie nauczyciele. A już najczęściej czyniły to żeńskie przedstawicielki tej profesji. Owe z reguły znakomicie zakonserwowane okazy staropanieństwa, których kobiece pragnienia na zawsze ugrzęzły w szkolnej ławce, zwracały się do mnie „Grzegorzu”, lub też – co gorsza – wywoływały mnie do odpowiedzi przy pomocy beznamiętnej artykulacji mego nazwiska. Z kolei moi rodzice, do przesady lubujący się w najwymyślniejszych spieszczeniach: koteczkach, myszeczkach, misiaczkach, żabciach, jelonkach, rogasiach, kutaskach złamaskach i kurwiszonkach w pupcię ciupcianych, rodzice więc drażnili moje receptory słuchowe, dolatującym wraz solidną porcją miodu do mych uszu, zawołaniem „Grzesiu” (chociaż matka czasami uderzała w bardziej patetyczne tony, nazywając mnie „swoim pierworodnym”). Chyba jednak w największym stopniu, szczególnie od momentu, kiedy postanowiłem częściej szlajać się po podwórku, aniżeli zanudzać się w szkole lub w domu, upowszechniła się najsurowsza w swoim brzmieniu postać mojego imienia. Dla całej tej zgrai podwórkowych popaprańców byłem po prostu Grzechem (i gdyby moja matka łyknęła co nieco z ich gówniarskiej grypsery, nazywałaby mnie pewnie „swoim Grzechem pierworodnym”). Wprawdzie po drodze zdarzały się jeszcze rozmaite wariacje – na przykład jedna z moich przelotnych miłości, najwyraźniej zaczytana w dramatach Ibsena, usiłowała widzieć we mnie Gregersa, jednakże ten, jak i inne egzotyczne kwiatki, jakoś nie zdołały się utrwalić. Natomiast „Grzech” wrył się w ogólną świadomość na tyle mocno, że prawdopodobnie już do końca będzie utożsamiany z moją osobą.

 

 

 

 

 

*  *  *

 

W momencie, gdy zasiadam przed komputerem, by napisać to zdanie, przemija z wolna szósty już rok zupełnie nowego stulecia. Dwadzieścia dziewięć lat temu mój ojciec powziął nieodwracalną w skutkach decyzję i nadał mi imię na cześć króla strzelców Weltmeisterschaft 74 – mundialu rozgrywanego jeszcze w minionym wieku. Polacy byli wówczas o włos od finału, jednak w decydującym spotkaniu, po heroicznej walce i jedynej bramce straconej w 76 minucie, przegrali z gospodarzami tamtych mistrzostw – Niemcami. Ów niespełniony sen naszych piłkarzy, wymarzony mecz finałowy, w którym zamiast nich wystąpili reprezentanci Republiki Federalnej Niemiec, odbył się 7 lipca, czyli dokładnie trzy lata wcześniej, nim postanowiłem pojawić się wreszcie na tym bożym świecie. Z kolei ciągle rozpamiętywany bój futbolistów RFN i Polski (z uwagi na warunki, w jakich przyszło go toczyć, nazywany niekiedy pojedynkiem na mokradłach), miał miejsce 3 lipca. Podobno właśnie tego dnia, równo trzy lata po tamtej porażce i zarazem cztery dni przed porodem, ja – Grzech Korzycki, będący wówczas jeszcze bezimiennym płodem, grzęznąc w matczynych wodach niczym piłkarze w stadionowych kałużach, podobno właśnie tego dnia kopałem najmocniej.

 

*  *  *

 

Wendeta to nic innego, jak próba wymierzenia sprawiedliwości, podejmowana przez słabych i uciśnionych. To właśnie spośród takich, wyrzuconych poza margines tolerancji warstw społecznych, rekrutują się zwykle osobnicy, którzy w szeregach Cosa Nostry, czy Camorry, wcielają w życie śmiertelne wyroki. W 2006 roku, gdy po raz drugi w historii futbolowych mistrzostw świata impreza ta zawitała do kraju naszych zachodnich sąsiadów, polscy piłkarze byli wyjątkowo słabi, mieli zatem niepowtarzalną okazję, by raz na zawsze rozprawić się z ekipą gospodarzy. Nic więc dziwnego, że rodzime media, z reguły niezgorzej zorientowane w sile naszej kadry, pojedynek między reprezentacjami Niemiec i Polski reklamowały jako swoistą wendetę za rok siedemdziesiąty czwarty.

 

Czternastego lipca, na kilka godzin do rozpoczęcia oczekiwanej jatki, wróciłem właśnie z pracy i jak zwykle w takim przypadku poległem, nie próbując nawet walczyć ze snem. Otwarłem oczy, gdy pierwsza połowa dobiegła już końca. Było nadspodziewanie dobrze –schodziliśmy do szatni przy bezbramkowym remisie. Sygnał odzianego na czarno jegomościa, doskonale wpisującego się kolorem swej odzieży w scenariusz wendety, poprzedził pierwsze kopnięcie piłki w tym decydującym akcie zmagań odwiecznych adwersarzy. Początek drugiej połowy meczu Niemcy : Polska, rewanżowego spotkania rozgrywanego z niewielkim poślizgiem czasowym – raptem trzydzieści dwa lata.

Duet komentatorów TVP przekrzykuje się wzajem ku Ojczyzny chwale. Jeden z nich – Gawroński, to nieodłączny narrator smutnej reprezentacyjnej rzeczywistości. Krasomówca opiewający wszystkie nasze futbolowe klęski od niepamiętnych czasów. Mój ojciec, który zaraził mnie wirusem kopanej szmacianki i którego już sam dźwięk głosu redaktora Gawrońskiego zwykł wyprowadzać z równowagi, z zasady wyrażał swą opinię odnośnie tego weterana mikrofonu głośno i dobitnie. „Gawron, stul dziób!” – podnosił głos, by po chwili demonstracyjnie wyciszyć tamten, dobywający się z teleodbiornika. Tymczasem ja przeciwnie – podkręcam fonię w nadziei, że wyłowię co nieco z tego komentatorskiego galimatiasu. I rzeczywiście, działanie na przekór dziedzictwu genów popłaca, bo oto dzięki podkręconemu Gawrońskiemu dowiaduję się, że nasi w osłabieniu, że dzielnie sobie radzą z przeważająca siłą niemieckich napastników, że strzałów padło bez liku, że praktycznie od którejś tam minuty Niemcy bombardują naszą bramkę niczym Messerschmitty, zaś my odgryzamy się z rzadka jakąś szaleńczą szarżą Jelenia, po której mamy rogi, i że chłopaki chyba wytrzymają do końca drugiej połowy.

Dramat. Dziewięćdziesiąta druga minuta. Dlaczego sędzia o ułamek sekundy wcześniej nie gwiżdże, by zakończyć tą heroiczną batalię? Zamiast niego gwiżdżą polscy kibice, gdy w dziewięćdziesiątej drugiej minucie (o Jezus Maria!) tracimy bramkę. Egzekucja zostaje dokonana. Strzał – jeden z wielu – dochodzi ostatecznie celu. To koniec. Nasi piłkarze padają na murawę. Amen.

14 lipca 2006 roku – Dortmund. Jechaliśmy na te mistrzostwa do zachodniego sąsiada z pieśnią na ustach i po trofeum, wracamy zaś w milczeniu i z bagażem tych samych, co zazwyczaj problemów. O święty Antoni, dlaczego to znowu oni nas gnębią?

 

* * *

 

I po zawodach. Już lepiej było spać i w ogóle nie włączać telewizora. Nazajutrz kupić w kiosku gazetę i przeczytać w niej wywiad-rzekę z prezesem naszej piłkarskiej centrali, który doskonale wie, jakie były przyczyny porażki, i który już wyciągnął wnioski, więc na najbliższym walnym zjeździe polecą do kurwy nędzy głowy – w pierwszej kolejności specjalisty od odnowy biologicznej, należałoby też niezwłocznie wyjebać masażystkę, i nie szczędzić cierpkich słów całej tej zasranej logistyce. Trener i piłkarze robili w zasadzie co mogli, ale z takimi pomagierami od siedmiu boleści, to i Brazylijczycy gówno by osiągnęli. Koniec i kropka. Nic dodać, nic ująć. Niezwykle trafna diagnoza. Zatem bierzmy się do roboty i ratujmy obie nogi, amputując mały palec u dłoni.

Historia lubi się powtarzać i jeśli coś już było, to nietrudno przewidzieć, że życie także i tym razem dopisze podobny epilog. A mnie nurtuje tylko jedno pytanie: jak długo jeszcze będzie tak, że Niemcy kolejny raz złoją nam tyłki, zaś my – niepomni danej nam lekcji pokory, znów spróbujemy wynaleźć sto tysięcy usprawiedliwień dla własnej niemocy? Teraz tłumaczymy, że niby byliśmy bez formy, jednak nie z własnej winy, bo wszystko przez te cholerne problemy z aklimatyzacją, wszak gdzie Polska, a gdzie Niemcy – kawał drogi, i do tego te niekończące się korki i dziurawe jak ser szwajcarski niemieckie autostrady. Demaskujemy zakulisowe spiski, jakoby ichni kucharze raczyli nas piwem, golonką i jakąś tłustą kiełbasą, byśmy ciężko i niezdarnie poruszali się po płycie boiska, która delikatnie rzecz ujmując była wyboista i przypominała kartoflisko, co z kolei pozwala nam snuć domysły, że gospodarze umyślnie przygotowali te krecie nory, ażeby wyeliminować techniczne walory naszego zespołu. Niejako zaś na marginesie (a na pewno poniewczasie) odkryliśmy nawet, że w pamiętnym siedemdziesiątym czwartym roku włodarze zachodnioniemieckiego piłkarskiego związku celowo wynajęli jakuckiego szamana do deszczu zaklinania, doskonale zdając sobie sprawę z faktu, iż w Polsce Ludowej mamy deficyt basenów kąpielowych i w waterpolo ciągniemy ogony, podczas gdy z uwagi na większą ilość łąk i pastwisk, w normalnym meczu futbolowym górą byliby nasi.

 Zasadniczo wszelkie te przekłamania pozwalają tuszować naszą nieudolność i sprawiają, że chętnie nadstawiamy zad po raz wtóry (mamy przecież świadomość, że porażka i tak zostanie zweryfikowana na naszą korzyść, nie szkoda więc dupy). Tymczasem gorzką prawdę znają nieliczni członkowie naszej piłkarskiej centrali, sztab szkoleniowy, sami piłkarze, niewątpliwie wszyscy zdrowi psychicznie kibice, i jeszcze może tylko:

 

a)      srogi Świętowit, który w dziewięćdziesiątej drugiej minucie meczu w Dortmundzie nie zdecydował się zadąć w róg, by zapobiec utracie bramki    przecie to on, a nie nasi obrońcy, ma oczy dokoła głowy;

 

b)      gniewny Swaróg, co we Frankfurcie nie rozpromienił swym obliczem nieba, kiedy było trzeba, wskutek czego nasi słowiańscy wojowie na dobre ugrzęźli w boiskowym błocie i Gerd Miller musiał tylko przystawić nogę…

 

O bogowie, czyżby rozsierdzili was owi najbardziej wierni piłkarscy fani, którzy obiecywali ofiary? Jeśli tak, to niech to Perun trzaśnie, że też akurat w najważniejszym momencie – zarówno przed stadionem, jak i na trybunach – obyło się bez ofiar w ludziach.

 

* * *

 

Całą tą futbolową obsesję, zaszczepił we mnie – o czym zdążyłem już zdaje się wspomnieć – mój ojciec. To on, gdy moje niemowlęce oczęta ledwie ujrzały pierwszą jutrzenkę, naznaczył mnie na resztę życia piłkarskim piętnem – imieniem najlepszego snajpera mundialu w siedemdziesiątym czwartym roku. On nauczył mnie zawijać rogale z rzutów rożnych, kiedy jeszcze niezbyt pewnie stawiałem kroki. On pierwszy zaprowadził mnie na stadion, na najprawdziwszy mecz piłki nożnej, wynosząc przy tej okazji z domu mnóstwo wszelkiego rodzaju fajansu: trąbkę rowerową, wydziergane przez matkę zimowe szale (rzecz jasna w klubowych barwach), starą chochlę i rondel (czyli prymitywny zestaw perkusyjny), własnej roboty świece dymne (z saletry potasowej, cukru pudru i zimnych ogni), oraz papier toaletowy, przeznaczony na konfetti (podówczas jeszcze trudno dostępny, czego matka nie omieszkała mu później wypominać przez ładnych parę dni).

W naszej prowincjonalnej mieścinie, futbol był jedną z niewielu rozrywek, które utrzymywały się na jako-takim poziomie. W najlepszych latach nowosolskiej piłki kopanej, miejscowa drużyna – Dozamet, przez dwa sezony z rzędu potykała się w rozgrywkach o mistrzostwo drugiej ligi (nie opuściliśmy wtedy z ojcem żadnej kolejki). To w Dozamecie uczył się bramkarskiego abecadła wielokrotny reprezentant kadry narodowej, zdobywca wraz z nią trzeciego miejsca na mistrzostwach świata w 1982 roku, triumfator Pucharu Klubowych Mistrzów Europy w barwach FC Porto, rodowity nowosolanin – Józef Młynarczyk. Jego postaci zawdzięczam zresztą poobijane łokcie, biodra, barki i kolana, kiedy ojciec, stawiając za wzór popularnego „Młynarza”, usiłował uczynić ze mnie bramkarza (siniaki poszły na marne, bo w pewnym momencie moje gwałtowne przybieranie w centymetrach, zatrzymało się na mizernym dla golkipera wzroście – metr siedemdziesiąt osiem).

Najważniejszym dniem w roku dla każdego szanującego się kibica Dozametu, był dzień potyczki ze znienawidzonym rywalem – Chrobrym Głogów. Los, nadzwyczaj łaskawy dla kiboli obydwu tych drużyn, sprawiał, że niemal rokrocznie mogli zacierać ręce przed czekającym ich mordobiciem, gdyż zarówno drużyna z Nowej Soli, jak i z Głogowa, najczęściej rozpoczynały sezon w tej samej klasie rozgrywkowej. Na te derbowe mecze mobilizowano zwykle oddziały policji z całej okolicy, jednak nawet owe wzmocnione siły prewencji, nie były w stanie zakłócić chłopakom dobrej zabawy. Krew lała się strumieniami, wzbijały się w powietrze wybite zęby, rozprzestrzeniała się pośród narodu najnowsza moda – modelowanie nosa na kształt klamki, krótko mówiąc – ubaw po zwieńczone motylami pachy. Statystyki z tamtych harców i swawoli, prowadzone przez niestrudzonych nowosolskich dziejoklikaczy, zdecydowanie przemawiają na naszą korzyść. Praktycznie wszystkie internetowe blogi dozametowskich kiboli, przytaczają dane, według których wyrządziliśmy niepomiernie większe szkody.

 

*  *  *

 

W życiu każdego młodego człowieka przychodzą momenty, kiedy wydaje mu się, że właśnie przekracza jakąś niebywale istotną dla niego granicę, po przekroczeniu której już nic nie będzie wyglądało tak samo, jak przedtem. Po raz pierwszy przeświadczenie to dopadło mnie, gdy jako siedmioletni brzdąc, chwiejnym krokiem przestąpiłem szkolne progi. Po raz drugi, gdy w wieku lat czternastu postanowiłem wyzwolić się spod pieczy rodziców i na dobre rzucić w wir podwórkowej rzeczywistości. Początkowo moje kontakty z całą tą osiedlową zgrają nie należały do łatwych. Ponieważ wcześniej byłem raczej synkiem mamusi i tatusia, aniżeli stałym bywalcem w ich towarzystwie, toteż musiałem wywalczyć należne mi miejsce, stawiając czoła najbardziej wyszczekanym spośród podwórkowych wyjadaczy. To zwykle ci krzykacze, niespełnieni kandydaci na przewodnika stada, dogryzali mi najbardziej. Jednym z takich drobnych cwaniaczków, niezrealizowanych pretendentów do przejęcia władzy nad zahukanym tłumem gówniarzy, okazał się wtedy mój późniejszy przyjaciel – Siwy. Już przy pierwszym spotkaniu doszło między nami do bójki. I choć nie odniosłem wówczas druzgocącego zwycięstwa, to z całą pewnością nie doznałem też klęski. Starałem się przede wszystkim nie pękać i nawet na chwilę nie cofać do defensywy. Ciosy padały równo – raz z jednej, raz z drugiej strony. W pewnym momencie Siwy zarządził: „Dosyć!”. Objął mnie wpół ramieniem, poklepał po plecach i powiedział: „No, nieźle młody…”. Od tamtej pory traktowano mnie jak swego, stałem się pełnoprawnym członkiem osiedlowej ferajny. Od tamtej pory byłem Grzechem.

 

*  *  *

 

Na podwórku czas płynął szybko. Nawet nieznośnie ciągnące się chwile bezczynności, tutaj mijały jakby prędzej i doskwierały w mniejszym stopniu, niż w domu. Jednak w osiedlowych realiach apatia z reguły nie miała racji bytu. Najczęściej coś się działo, zaś intensywność tych wydarzeń nie pozwalała oglądać się do tyłu.

Z Siwym, praktycznie od razu po naszym niezbyt czułym powitaniu, zaprzyjaźniłem się najbardziej. Tworzyliśmy nierozłączną parę – gdzie tego pędraka oczy poniosły, tam nie mogło zabraknąć i mnie. Kiedy Siwego wyznaczano na kapitana drużyny futbolowej i miał za zadanie dobrać sobie zawodników, to pierwszy jego wybór zawsze dotyczył mojej osoby. Rżnęliśmy w nogę dzień w dzień, od popołudnia, aż do późnego wieczora. Po ciemku i czasie deszczu. Przez 365 dni w roku – niekiedy po kolana w śniegu. Gdy brakowało ludzi, by skompletować dwa zespoły, graliśmy w dziada, jedno podanie, kwadraty. Strzelaliśmy karne i ćwiczyliśmy żonglerkę. Kiwaliśmy się z wyimaginowanym przeciwnikiem. Rysowaliśmy kredą na murze cel, w który należało trafić piłką. Tak, na podwórku czas płynął szybko.

 

*  *  *

 

Siwy, lub jak kto woli – Romek Maciejewski, już w wieku czternastu lat doświadczył w swoim życiu więcej, aniżeli niejeden dorosły. Pierwszy z nigdy niewyjaśnionych wyroków bożych dopadł go nadzwyczaj wcześnie. Ledwie zdążył pojawić się na świecie, kiedy jego ojciec zaprezentował sztuczkę, jakiej nie powstydziłby się sam Maestro Cagliostro – nieoczekiwanie zapadł się pod ziemię. I choć mały wydawał się być tym ojcowskim trikiem niespecjalnie zdziwiony, jak zwykle bowiem mruczał coś pod nosem w niezrozumiałym dla domowników języku, to żona i rodzice, z którymi ojciec mieszkał do momentu swojego iluzjonistycznego popisu, z początku zaniemówili, później zaś przekrzykiwali się niemal bez przerwy, usiłując wzajemnie przerzucić na siebie ciężar winy. Teściowie zarzucali synowej, że się puściła gdzieś na boku, o czym ich syn z całą pewnością się dowiedział, ona natomiast wytykała im, że wychowali synalka na gówniarza, który gdy trzeba wziąć odpowiedzialność za rodzinę, ulatnia się bez słowa wyjaśnienia. W rezultacie tej rozbieżnej interpretacji przyczyn ojcowskiego zniknięcia, matka wraz z Romkiem (słusznie, czy też nie – uznanym przez swych dziadków za bękarta), opuścili dotychczasowe miejsce zamieszkania i przenieśli się do ciotki malca, rodzonej siostry jego matki. Po upływie kilku tygodni od przenosin, zupełnie podłamana rodzicielka, zdawała się z wolna stawać na nogi. Najpewniej przyczyniła się do tego siostra, która pocieszała ją na wszelkie możliwe sposoby, w czasie ataków nerwowych matki całkowicie przejmowała opiekę nad małym, sama chodziła po zakupy i przygotowywała posiłki, przy czym robiła to wszystko zupełnie bezinteresownie, nie oczekując w zamian żadnej zapłaty. Wreszcie matka wydobrzała do tego stopnia, iż któregoś dnia upstrzyła swe lico jaskrawym makijażem, starannie wydepilowała zapuszczone rejony skórnej powłoki, przywdziała kusą sukienkę i oznajmiła siostrze, że udaje się na spotkanie z kandydatem na nowego tatę dla Romka. Wróciła po trzech dniach – kompletnie pijana. Wsparta o poręcz, wpatrywała się błędnym wzrokiem w majaczącą u progu drzwi postać siostry i nie była w stanie wydobyć z siebie słowa. Kiedy odstąpiła od poręczy i usiłowała samodzielnie przejść parę kroków, natychmiast upadła, a z niemych ust dobyła się tylko zmieszana z krwią plwocina. Siostra przetaszczyła jej bezwładne ciało do mieszkania, rozebrała i położyła na tapczanie (od trzech dni pościelonym), sama zaś wyruszyła do kuchni, by przetrząsnąć szafki w poszukiwaniu leków uspokajających.

 

*  *  *

 

Pod koniec pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych, w okresie największych wzlotów mej młodzieńczej duszy i zarazem największego upadku reprezentacyjnego futbolu, wszystkie mecze z udziałem naszej narodowej jedenastki bacznie śledziła nierozłączna trójca. 11 października 1995 roku, po flegmatycznej dreptaninie w inaugurującym eliminacje do mistrzostw Europy spotkaniu z outsiderem grupy – Izraelem, po fatalnej interwencji naszego bramkarza Wandzika, który w pojedynku z reprezentantami Rumunii wrzucił sobie piłkę między słupki, oraz po klasycznej obronie Częstochowy w Paryżu, Polacy rozgrywali mecz ostatniej szansy ze Słowakami. Tego dnia zebraliśmy się w tym samym miejscu i składzie, co zawsze – mianowicie w naszym rodzinnym mieszkaniu, żelazne zestawienie, w obrębie którego (przynajmniej przez 90 minut trwania meczu) nie przewidywano żadnej zmiany: ja, mój ojciec i Siwy. Ów niezmienny tercet nasamprzód skierował kroki do pomieszczenia nieco na wyrost określanego mianem salonu, rozlokował swoje 3×4 litery w przyciasnej kanapie, i – ponieważ pozostawało jeszcze trochę czasu do rozpoczęcia transmisji – począł zabawiać się w typowanie bardziej lub mniej dotkliwych rozmiarów porażki.

 

Kiedy reprezentacja Polski – drużyna marzeń, zwana od nazwiska swego trenera orłami Górskiego, osiągała apogeum swych sukcesów, ojciec był mniej więcej w wieku moim i Siwego. W 1974 roku, podczas zachodnioniemieckiego Weltmeisterschaft, miał 19 lat. Ponieważ zaś sukcesy reprezentacji zbiegły się w czasie z hossą centralnie planowanej gospodarki, a gierkowskie kredyty i ich efekt w postaci niespotykanej w Polsce Ludowej konsumpcji, wciąż jeszcze pozwalały się łudzić, że polityka zaciskania pasa (znamienna dla jego poprzednika – Gomułki) już nigdy nie wróci, toteż gdyby zapytać ojca o najlepsze lata jego życia, nietrudno domyślić się, jakiej udzieliłby odpowiedzi. Bo w jego przypadku pierwsze porywy młodzieńczej namiętności (zatem zdecydowane umizgi w stosunku do mojej matki), łapczywe pożeranie owoców kredytowego dobrobytu i świętowanie najbardziej spektakularnych triumfów piłkarskiej kadry, to ten sam, wąski przedział czasowy – pierwsza połowa lat siedemdziesiątych. Dodatkowym czynnikiem, idealizującym w ojcowskiej świadomości tamten okres, może być fakt, że od lat wczesnego dzieciństwa, aż po kres edukacji w szkole podstawowej, dorastał pośród wyposzczonego i zastraszonego stada, mającego za przewodnika towarzysza Wiesława, natomiast w prawdziwą dorosłość, związaną z założeniem rodziny i zapewnieniem jej bytu, wchodził już u schyłku epoki dobrobytu, kiedy kredytowe obżarstwo zaczęło odbijać się czkawką, i kiedy wyrwane z konsumpcyjnego snu społeczeństwo z upodobaniem recytowało wierszyk: „Chcesz cukierka – idź do Gierka. Gierek ma, to ci da – kopa w dupę i pa-pa”. Zatem tych raptem parę lat, wciśniętych między dwa bieguny społecznej nędzy, pomiędzy wieńczone falami strajków i protestów ostatnie dni władzy pierwszych sekretarzy – starego kutwy Władka, vel Wieśka i jego antonimicznego następcy, rozrzutnego Edka, tak więc tych parę lat z czasów młodości, stanowiło dla ojca nieodłączny materiał porównawczy przy każdej okazji, najczęściej zaś podczas oglądania w telewizji kolejnego popisu nieudolnej gry naszej kadry. Gdy tylko nadarzyła się sposobność, gdy jakiś napastnik, rozdygotany wskutek nieoczekiwanego przyjęcia piłki w okolicach bramki, pierdolnął Panu Bogu w okno, ojciec kwitował jego zagranie: „Jakby w siedemdziesiątym czwartym któryś z orłów tak wykończył akcję, to by go jeszcze za Gierka zamknęli w złotej klatce*”. Tak, nie ulega wątpliwości, że tamta, najbardziej utytułowana w dziejach naszej piłki kopanej reprezentacja, była jedyną, bliską sercu mego ojca drużyną. I jestem święcie przekonany, iż nawet jeśliby w przyszłości reprezentanci Polski stanęli na najwyższym stopniu podium mistrzostw świata, to w jego porównaniach wypadliby blado na tle Wunderteamu z lat siedemdziesiątych, zdobywców trzeciego miejsca na mundialu w Niemczech Zachodnich. Jednak w dniu, kiedy zasiedliśmy przed domowym teleodbiornikiem, by śledzić mecz ostatniej szansy narodowej jedenastki, nie tylko od mistrzostwa świata, ale i od brązowego medalu wywalczonego przez orły, dzieliła biało-czerwonych przepaść. Wówczas sam awans do imprezy mistrzowskiej rangi wydawał się być dla naszych graczy nieosiągalny. Nic dziwnego więc, że ojciec pastwił się nad kadrowiczami niemiłosiernie, i – praktycznie po każdym spartaczonym strzale lub podaniu – nagradzał ich niewybrednymi epitetami: „Kurwa, jakie to są dziady”, „Zobacz, co ten szmaciarz odpierdala”, „Pieprzone patałachy, nawet piłki żaden wybić nie potrafi”. Tymczasem ja i Siwy usiłowaliśmy niekiedy bronić reprezentacyjnych partaczy, było-nie było, w końcu innych bohaterów młodzieńczej wyobraźni los nam nie dostarczył. Dla nas, szczyli wykopanych na ładnych parenaście lat do przodu względem mundialowych sukcesów polskiego futbolu, inna reprezentacja nie istniała. Dlatego wszelkie z trudem uciułane punkty, remisy po rozpaczliwym murowaniu bramki w meczach z faworytami i minimalne zwycięstwa nad kompletnymi amatorami, wprawiały nas w stan bliski euforii, którego żadne ojcowskie zdroworozsądkowe argumenty nie mogły zmącić. To były nasze orły, nie dziady i nie szmaciarze, tym bardziej zaś nie orły Łazarka, Strejlaua, czy Apostela, bowiem istnienie tych od siedmiu boleści trenerów uświadamialiśmy sobie dopiero na sam koniec przegranych eliminacji, kiedy w sposób najbardziej wyrazisty zapisali się w pamięci, z hukiem spadając ze stołka selekcjonera kadry. Poza tym kibicowanie bialo-czerwonym, było w latach dziewięćdziesiątych, w czasach względnej stabilizacji, gdy wolność pod narodowym sztandarem już ktoś inny za nas wywalczył, kibicowanie biało-czerwonym było więc jedynym przejawem patriotyczno-romantycznego zrywu, na jaki my – gówniarze bezrefleksyjnie korzystający z pierwszych plonów wolności, mogliśmy się zdobyć. I tylko podczas pojedynków reprezentacji, słowo „Polska” nabierało w naszej świadomości jakiegoś konkretnego kształtu, tracąc na moment mglistą postać abstraktu. Również tego dnia, kiedy Polacy, mający już tylko matematyczne szanse na awans, mierzyli się z jedenastką Słowacji, pomimo przedmeczowej zasłony dymnej, skrywającej nasz ślepy idealizm, pomimo przyłączenia się do ojcowskiej zabawy w typowanie rozmiarów porażki, wierzyliśmy, niemal do ostatniej chwili wierzyliśmy  w  zwycięstwo  naszej reprezentacji.  Gdy zaś  w dwudziestej

_________

*Złote klatki – upowszechniona w środowiskach opozycyjnych nazwa wzorcowych obozów, w których internowano dysydentów podczas stanu wojennego. Obozy te umiejscawiano w ośrodkach wypoczynkowych, by do zachodniej prasy i telewizji docierał obraz komfortowych warunków, w jakich komunistyczna władza przetrzymuje działaczy opozycji. W rzeczywistości, kiedy bramy ośrodków były zamknięte dla mediów, internowanych traktowano nierzadko w sposób równie niedelikatny, jak więźniów przetrzymywanych w normalnych zakładach karnych. Najbardziej znane spośród „złotych klatek” to: obóz dla kobiet w Gołdapi, mieszczący się na terenie ośrodka wypoczynkowego Komitetu ds. Radia i Telewizji, obóz w Darłówku, na terenie ośrodka wrocławskiego „Mostostalu”, oraz miejsce odosobnionego przetrzymywania Lecha Wałęsy – ośrodek wypoczynkowy Urzędu Rady Ministrów w Arłamowie.

minucie Juskowiak otworzył wynik spotkania strzelając pierwszą bramkę, wypluwaliśmy płuca za Polskę, a ja mówiłem: „A widzisz ojciec, jeszcze Polska nie odpadła, póki my zdzieramy gardła”. Jednak w końcowym rozrachunku to on triumfował, to on wyciągnął z rękawa cztery asy – cztery bramki dla Słowacji. To jego orły bez korony znów pokazały figę naszym, niedawno koronowanym. Kolejny raz udowodniły tym nieopierzonym kurczakom, że do niebotycznej legendy Wembley, nawet najbardziej wyzwolony i dziko żyjący drób nie ma prawa dolecieć. Nam natomiast pozostał niesmak i przeświadczenie, że walczyliśmy o z góry przegraną sprawę, o Polskę.

 

*  *  *

 

Dla Siwego nasze rodzinne mieszkanie było swego rodzaju azylem. Ucieczką od wyściełanego cierniami gniazdka, które uwiła mu matka. I chociaż Siwy już kilkunastu lat mieszkał z dala od naszego osiedla, to jego ciągła obecność w tych okolicach pozwoliła mu niejako wpisać się w krajobraz blokowiska. Tutaj przecież miała skromną kawalerkę jego ciotka, u niej zaś rezydował mały Romek z matką, dopóki ta nie poszła w tango do tego stopnia, że nadzwyczaj wyrozumiała siostra nie wytrzymała i wypierdoliła zezwierzęcone truchło na zbity pysk. Romek został wtedy z ciotką i mniej więcej do piątego roku życia to ona go wychowywała. Do chwili aż wreszcie przypomniała sobie o nim matka. Na początku bardzo się starała, odstawiła zupełnie alkohol i trzymała fason – nie nadstawiała pizdy byle gachom. Ale z czasem wszystko wróciło do normy. Znów stała się pucharem przechodnim, szemraną konkubiną odsprzedawaną bez żalu za wino. A Siwy był zmuszony znosić te niekończące się przeprowadzki, od mety do mety, nieustające orgietki, od śmierci do śmierci, zmieniających się tatusiów i niezmienny rozkład wnętrzności – postępującą zgniliznę duszy. W krytycznych momentach uciekał więc do ciotki, która bardziej była mu matką, aniżeli ta rodzona. Długimi godzinami przesiadywał też w naszym domu, a mój ojciec poniekąd zastępował mu prawdziwego ojca, którego nigdy nie zdołał poznać. Tymczasem matka Siwego staczała się na samo dno ludzkiej godności, jednak po każdym bolesnym upadku usiłowała stanąć na nogi i podjąć się heroicznej próby zbudowania nigdy nieistniejących więzów rodzinnych. Któregoś razu, tuż przed świętami Bożego Narodzenia, powzięła mocne postanowienie, że raz na zawsze porzuci dotychczasowy tryb życia i zorganizuje synowi wigilię. W przygotowaniach pomagała jej ciotka, która na powrót przygarnęła ją do siebie, najwyraźniej przejęta matczynym postanowieniem. Wszystko zdawało się zmierzać do szczęśliwego finału. Siostra pilnowała, żeby w mieszkaniu nigdy nie było najmniejszej kropli alkoholu, wyrzuciła nawet wszystkie swoje flakoniki perfum, byle nie kusić losu. Wreszcie nadszedł długo oczekiwany dzień. Z samego rana ciotka wraz Siwym poszli do marketu, dokupić jeszcze odrobinę suszonych grzybów oraz pieczywa, gdyż okazało się, że może ich zabraknąć. Poza tym Siwy chciał sprezentować matce kolczyki. Matka miała w tym czasie zająć się wałkowaniem ciasta i lepieniem pierogów. Na stolnicy leżało wyrobione wcześniej ciasto, farsz w miseczce, wałek i kieliszek do wykrawania. Nagle matka pomyślała, że ciasta może być za mało, że przecież chciałaby ulepić tych pierogów jak najwięcej dla swego syna. A kiedy otwierała kolejne szafki w poszukiwaniu mąki, natrafiła przypadkiem na niewielką, do połowy opróżnioną buteleczkę wiśniówki, nieopatrznie pozostawioną tam przez ciotkę, która poprzedniego dnia użyła ją do nasączenia biszkoptu. Drżącą ręką wyjęła znalezisko, podeszła z nim do stolnicy, i nalała resztki wódki do stojącego obok miseczki z farszem kieliszka. Kiedy ciotka i Siwy wrócili z zakupów, leżała już nieprzytomna na podłodze. Nieopodal walały się butelki – mniejsza po wódce i większa po nalewce, którą matka wybłagała w osiedlowym sklepie. Odwrócony do góry dnem kieliszek wbity był w nierozwałkowane ciasto. Ostatni ślad nadludzkiego wysiłku, podjętego na darmo.

 

*  *  *

 

Wtedy, w dziewięćdziesiątym piątym roku, gdy razem z Siwym zmuszeni byliśmy podpisać akt kibicowskiej kapitulacji, gdy nasi reprezentanci kolejny raz niezakwalifikowali się do imprezy mistrzowskiej rangi, wtedy nasze drogi z wolna się rozchodziły. Zresztą już znacznie wcześniej, mniej więcej od drugiej klasy szkolny średniej, Siwy gościł na naszym osiedlu coraz rzadziej, nieczęsto też nawiedzał nasze mieszkanie, w szkole zaś pojawiał się kiedy chciał. Mógł sobie na to pozwolić, był wschodzącym talentem nowosolskiej piłki, brylował w juniorach Dozametu, chuchano na niego i dmuchano, i – niestety – na zbyt wiele spraw przymykano oko. A Siwy związał się w tym czasie z kibolami. Jeździł na ustawki i coraz częściej opuszczał treningi. Chlał i uwalniał z siebie długo tłumione pokłady agresji. Nieuchronnie podążał śladem matki.

Właśnie w drugiej klasie szkoły średniej doszło do drobnego incydentu, po którym zacząłem sobie zdawać sprawę, że z moim przyjacielem nie dzieje się najlepiej. Nie było to wprawdzie żadne arcydramatyczne zdarzenie, jednak dla mnie, z racji tego, że doskonale znałem przecież Siwego i wiedziałem, jak wiele wysiłku kosztowało go wyrwanie się z beznadziei, dla mnie więc ów incydent wydawał się istotny. Zajście miało miejsce na lekcji języka polskiego. Otóż wiadomo było wszem i wobec, że nasza polonistka potajemnie romansuje z wuefistą. To znaczy niby gździli się po kątach, kryli w rozmaitych zakamarkach szkoły, niby stosowali się do wszelkich zasad tajnej konspiracji, a i tak wszyscy o nich wiedzieli. Powołując się na „Słownik frazeologiczny języka polskiego” profesora Stanisława Skorupki, świetnie nadający się do tego, by w sposób lapidarny oddać całą złożoność sytuacji, ta ich swoista partyzantka mogłaby posłużyć za idealny przykład dla zilustrowania hasła „tajemnica poliszynela”. Aż się chciało błysnąć podczas lekcji taką znajomością frazeologii. Czy oboje domyślali się, że za ich plecami nabijamy się z tej idiotycznej ciuciubabki – nikt z nas nie miał zielonego pojęcia. Tak czy siak to w zasadzie temu, nieformalnemu związkowi, zawdzięczał Siwy swój święty spokój. Jako że był pupilem wuefisty, dzięki niewątpliwemu wstawiennictwu tegoż u polonistki, praktycznie ani razu nie był pytany i właściwie nie wiadomo skąd się brały u niego oceny. Aż tu nagle coś, co do czego nie mogliśmy mieć pewności, mogliśmy się natomiast tego domyślać, wstrząsnęło ową, niepodważalną zdawałoby się regułą. Prawdopodobnie nasi tajni kochankowie nie na żarty się pokłócili. Bo oto polonistka, przy okazji omawiania trzeciej części „Dziadów”, postanowiła odegrać się na Siwym. Nieoczekiwanie więc wywołała go do odpowiedzi, przemawiając doń z nieskrywaną uszczypliwością: „A ty Maciejewski, co ty nam, nasz Bońku drogi, powiesz o «Dziadach»?”. Oczywiście chciała go udupić, bowiem doskonale zdawała sobie sprawę, zresztą podobnie jak my wszyscy, z faktu, że Siwy nigdy, ale to nigdy w swoim pokopanym żywocie, nie przeczytał żadnej lektury. Tymczasem on, ku naszemu zdumieniu, wstał, i – jak to w późniejszym komentarzu trafnie ujął któryś z nas – odpowiedział śpiewająco. Wyglądało to tak: Siwy podniósł się nieśpiesznie, przez krótką chwilę szperał w kurtce, po czym wydobył z kieszeni swój bezcenny, klubowy szalik, rozpostarł go nad głową, i gromkim basem zaśpiewał:

Chrobry dziady, Chrobry szmaty, dostaniecie kurwy baty!”.

I jak gdyby nic się nie stało, nie okazując ni krzty emocji usiadł, a nas zatkało. Nie trwało to jednak długo, ledwie kilka sekund, po których sala aż się zatrzęsła od dzikiego śmiechu. I z początku, pośród tego stadnego rechotu, nikt nie usłyszał jej płaczu. Dopiero po chwili, gdy rozbawione mordy znów zdołały przybrać wyraz całkowitej obojętności, zorientowaliśmy się, że nasza polonistka, zazwyczaj pewna siebie i nawet nieco wyniosła, to teraz zupełnie inna osoba: jej majestatycznie wyprostowana sylwetka jakby się skurczyła, ona sama zaś skryła twarz w dłoniach. „Dlaczego mi to robicie? Dlaczego tyy…?” – z trudem wykrztusiła. Wtedy Siwy wstał po raz drugi i wypowiedział słowa, które sprawiły, że zamiast spektakularnego bohatera, jakim jeszcze niedawno widziała go klasa, ujrzeliśmy już tylko zwykłego kutasa. Nie wiem, co nim wtedy powodowało. Być może chęć zemsty na całym kobiecym rodzie za cierpienia, którymi tak hojnie obdarowała go własna matka. Być może kiepski ogląd sytuacji i majaczący w wyobraźni miraż owacyjnie reagującej na jego kolejne impertynencje klasy. Tak czy siak, zaraz po tym, jak nasza szlochająca polonistka wycedziła: „Dlaczego tyy…?”, Siwy, u którego w międzyczasie kamienny wyraz twarzy ustąpił miejsca jakiemuś przypominającemu uśmiech grymasowi, wypalił:

A co kurwa, nie można? Mamy przecież wolność słowa.

*  *  *

 

30 stycznia 1968 roku, późnym wieczorem, tuż po zakończeniu ostatniego spektaklu „Dziadów”, dochodzi do demonstracji. Grupa młodych ludzi skanduje pod siedzibą dyrekcji Teatru Narodowego hasła: „Chcemy wolności bez cenzury”, „Żądamy zniesienia cenzury” i „Mickiewicz-Dejmek”. Następnie demonstranci udają się pod pomnik wieszcza, pod którym składają biało-czerwone kwiaty oraz transparenty. Kiedy manifestujący zaczynają się rozchodzić, do akcji wkracza milicja. Wyłapuje pojedyncze osoby i zaczyna okładać je pałkami Nazajutrz, dwóch uczestników wieczornych zajść – Adam Michnik i Henryk Szlajfer, spotyka się z korespondentem dziennika „Le Monde”, Bernardem Margueritte’em, i relacjonuje mu przebieg demonstracji. Spotkanie to niezadługo poskutkuje relegowaniem obydwu z uczelni. W międzyczasie, wśród środowisk studenckich zostają rozprowadzone ulotki, najprawdopodobniej sporządzone przez MSW, zawierające następującej treści wierszyk:

 

„Wieszcz narodu zszedł na Dziady

Czy już o tym wiecie?

Gdy go Michnik i Szlajfery

Okrzykują w świecie.

 

Rzekł tak mądrze ktoś niedawno

O piątej kolumnie*

A Polacy w Żydów ślepią

Bo jak zwykle – durnie.

 

Dalej bracie, karabele

Każdy w dłonie chwyta

Żyda za pejs i za morze

Rada znakomita.

 

Im ta Polska, w którą plują

Daje nadal łaski

Ty studencie piwko ciągniesz

Czekasz na oklaski.”

 

_________

*Aluzja do przemówienia pierwszego sekretarza PZPR – Władysława Gomułki, który podczas VI Kongresu Związków Zawodowych, przyrównał polskich obywateli pochodzenia żydowskiego, trzymających stronę Izraela w tzw. wojnie sześciodniowej z Egiptem, do piątej kolumny.

 

 

Ulotki są tak spreparowane, że mogą być odebrane jako swoisty apel moralny, wystosowany przez uładzoną młodzież akademicką do swoich mniej pokornych, ale i niezdecydowanych, po której stanąć stronie, kolegów. Jednak studenci nie dają się nabrać. 8 marca, podczas hucznie obchodzonego w socjalistycznym państwie święta kobiet, zwołują wiec na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego, domagając się przywrócenia praw studenckich dla wyrzuconych z uczelni. Powołują się na artykuł 71 Kostytucji, który rozpoczyna się od zdania: „Polska Rzeczpospolita Ludowa zapewnia obywatelom wolność słowa […]”.

 

 

 

 

Pamięci mojego przyjaciela Siwego, który strzelił sobie samobója, kilka lat po tym, jak nasze drogi ostatecznie się rozeszły i niemal w tym samym momencie, gdy urodziła się moja córka (i kiedy – za namową ojca – dałem jej na imię Gadocha).

Marek Maganiusz Kielgrzymski: Mózgołapka

Roman Fogiz zaprosił mnie w ubiegłym tygodniu do siebie, na chatę. Meta była nieźle urządzona, napakowana sprzętem jak laboratorium. W rogu największego pokoju, przy konsoli komputerowej siedział Maćko i szarpał się z joystickiem. Opróżnioną flaszkę wiśniowego jabola postawił pod ścianą. Kiwnął mi ręką, kiedy weszłam, nie przerywając gry.

 Roman otworzył lodówkę stojącą dumnie na środku salonu i wyjął mrożoną herbatę.

– Chcesz? – zapytał przez ramię.

– Nie, może później – upchałam się, najwygodniej jak mogłam, w miękkościach wiśniowego puffa.

Ro wlał sobie pełną szklanicę z rżniętego kryształu, pociągnął potężny haust bursztynowego płynu i odstawił kryształ na lodówkę. Podszedł do regału. Z barku wyjął dwa zawiniątka w srebrnej folii. Wysypał na dłoń niebieskie i pomarańczowe kapsułki; uśmiechnął się lekko.

– Będzie jazdka – zamruczał.

Podetknął mi pod nos pastylki. Opalizowały lekko, nęciły. Ktoś myślał nad tymi kolorami. Łyknęłam zagryzając herbatnikiem. Bez smaku. Ro poszedł w moje ślady.

 I tak siedzieliśmy gapiąc się w panoramiczny ekran domowego kina. Ro wymieniał co jakiś czas DVD, ja ściszałam bądź podkręcałam fonię. Kolorowe figury skakały rytmicznie. W pewnym momencie pokój zafalował. Nowy telefon z czerwonego ebonitu przepoczwarzył się w rudawą konfigurację marsjańskich skał, mrugał magicznym okiem. Zdziwiły nas pasma włosów wyrastające ze ścian, półmrok prowokowany przez żaluzje objawiał sekretne przejścia do baśniowych zakamarków kuchni i sąsiednich pokojów. We dwoje czuliśmy się jedną osobą pomnożoną przez cienie. Głęboko w nas jakiś głos hipnotycznie snuł monologi. Otoczenie iskrzyło magicznie; pomarańczowa lampa osadzona w masie imitującej drewno stawała się trójgłowym wężem, reprodukcja obrazu Andrzeja Lipniewskiego wprowadzała nas w ruchomy zwid erozyjnych ścieżek fantasmagorii. Firany przeplatane złotą nicią barwiły pokój woalem kinowego, nieostrego, wizerunku egzotycznej plaży. Zapatrzyłam się w okno. Siadający gołąb, których to ptaków szczególnie nie znosiliśmy, prowokował do spazmu. Następowała chwila przetasowania, krótki moment niemożności oceny zdarzeń i już imaginacja zaczynała płatać figle. Synogarlica okazywała się być statkiem kosmicznym w skali mikro, gniew burzył fale naziemnych nadajników telekinetycznych – przedmioty dostawały nóg. I nagle błogość, słodka namiętność skołowanych zmysłów.                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                           Nierównomierne Nierównomierne nadpływy wizji blokowały naturalny korowód myśli. Umysł poddawał się i trwaliśmy tak zmąceni, snując obrazy znikąd. Niezliczone, metakolorowe, płynęły nieprzerwanym potokiem przez mózg. Trudno było orzec, co działo się wcześniej, a co następowało po sobie. Główną osią opowiadanych – nie dopowiadanych – historii była przenikalność.  

Zmrok nadpłynął niepostrzeżenie. Zorientowałam się, że jest ciemno gdy Maćko odkleił się od monitora i padł na kanapę. Jego przeciągłe stęknięcie zakończone śląskim przekleństwem wyrwało mój otępiały umysł z odrętwienia. Wcisnęłam w pilocie zegar i sprawdziłam czas w prawym, górnym rogu ekranu. Wpół do… Zbieram się.

Tyłek miałam jak z ołowiu. Nogi rozmiękczone w kolanach. Równowagę odzyskałam po paru rozmazanych chybnięciach.  

– Sie ma, Romio – przybiłam piątkę gospodarzowi – Do zobaczyska!

Trwał rozwalony w fotelu ze zblazowanym wyrazem twarzy. Mrugnął pożegnalnie nie podnosząc głowy i opuścił dłoń z długą brązową cygaretką.

Pomyślałam, że nieźle byłoby mieć taką melinkę.

2001

Adam Zajączkowski: Załóżmy, że sto tysięcy róż

Załóżmy, że oglądałem wczoraj „Fakty”. Jakiś przystojniak jedną ręką ofiarowuje wybrance bukiet czerwonych róż, a drugą podaje prezent. Ot, zawinięty w papier niewielki pakunek, może woda kolońska, może płyty CD. Ona uśmiecha się wzruszona, a kiedy chowa do torebki paczuszkę, zza krzaka wyskakują antyterroryści. Ubrani na czarno, w maskach, z bronią gotową do strzału. Jest pani aresztowana, mówi ich dowódca, przyjęła pani właśnie sto tysięcy złotych łapówki, a pani ukochany to nasz człowiek! Ona w szoku, twarz nieruchoma jak głaz, łzy przyjdą później. I je także „Fakty” pokazały. Co za skurwysyn, mówi matka. Ona przy mnie podobnych słów nie używa, nienawidzi ich z całego serca, to dzięki niej zapisałem się do harcerstwa. To przez ciebie i takich jak ty! – krzyczy naraz do ojca z histerią w głosie, jakby to ona dostała te róże i właśnie ją przed chwilą aresztowali. Wprawdzie ojciec przysięga, że nigdy nie głosował na PiS, ale matka i tak mu to zarzuca przy każdej okazji, więc przestał.

Załóżmy, że mamy dzisiaj lekcję biologii, i przerabiamy róże. Klasa w śmiech, nauczycielka w pąs. Pani Kawecka dobiega trzydziestki i jest śliczna. Tak naprawdę to nie znamy jej wieku, ale przyjęło się, że wynosi on dwadzieścia dziewięć lat. Pewnie ze względu na jej blond urodę. Przy pierwszych dźwiękach dzwonka wchodzi do klasy, a kiedy dzwonią na przerwę, przerywa w pół słowa i wychodzi. Pani Kawecka jest zwolenniczką PiSu, stąd ten śmiech. Gruby Antek Kowalczyk chce jej pomóc: cicho, buraki!, ryczy, a ona stawia mu pałę. Klasa wije się z radości, ciekną mi po policzkach łzy. W końcu zapanowała cisza, przerywana od czasu do czasu czyimś histerycznym chichotem.

Załóżmy, że do domu wracam z Ewą Trelą, że podoba mi się ona bardzo, i że dzisiaj są jej urodziny. Stanąłem przed budką z kwiatami, a ona za mną, z dziwnym, jak mi się wydawało, uśmiechem. Zastanawiam się, jaki bukiecik wybrać, tyle jest ładnych, kolorowych składanek, i nagle widzę, że Ewa wpatruje się w róże. Poprosiłem więc o trzy w różnych kolorach, życzę jej wszystkiego najlepszego, całuję w policzek. Ona zdejmuje folię, i nagle: bach!, łodygą mi ciacha rękę. Odskakuję, na dłoni mam krople krwi, a ona znowu. Tym razem podrapała mi przedramię. Na koniec rzuca róże na ziemię i odchodzi. Nic nie rozumiem, słyszę śmiech. Patrzę, a to jakieś dzieciaki z trzeciej czy czwartej klasy. Łapię pierwszego z brzegu, potrząsam, daję w splot słoneczny, lekko, ale tak, by poczuł. Nikt z nich nie reaguje, to z przerażenia, myślę, dobrze im tak, niech się uczą. Naraz dociera do mnie, że oni nie są przerażeni, a zdziwieni. Toż to zuchy, przypominam sobie raptem ich twarze, niedawno miałem z nimi jakieś zajęcia. Unoszę szczeniaka w górę, ciągle niby potrząsam, ale już spokojnie, tak jakby cały gniew ze mnie odpłynął; po chwili stawiam na ziemię i odchodzę. Rozumiem, że mój związek z harcerstwem dobiegł końca.

Zgadliście już, jakie jest najpopularniejsze słowo w naszej szkole? Tak, oczywiście, „załóżmy”. Wprowadził je do obiegu dyrektor, po którejś z kolejnych reform edukacji. „Załóżmy, że klasa maturalna będzie zdawać maturę. Załóżmy, że szóstka to najwyższa ocena.” I tak dalej, w tej samej tonacji. I wtedy pomyślałem, że, załóżmy, rzeczywiście wyrzucą mnie z harcerstwa. Właśnie, załóżmy.

Artur Ruman: Orangutan

Wpadłem jak zły z byczym impetem, mało nie rozpierdoliwszy kabiny. Szybko zdjąłem zbutwiałe rękawice (ogrodniczki) i cisnąłem je w kąt. Kolejno zaraz ściągnąłem z twarzy maskę, która faktycznie mogła przyprawiać mi rogi i cisnąłem w drugi kąt – pierdolony rozpuszczalnik, jebany klej – pomyślałem i zacząłem zabierać się za skafander ochronny, podobny zaiste do kaftanu bezpieczeństwa i, gdyby były tu kamery, musiałbym wyglądać jak oszołom, szałaput miotający się w przestrzeni metr na metr. Próbowałem błyskawicznie rozpiąć go od dołu, od rzyci strony, ale – co mi to da? – pomyślałem i zabrałem się na ostatnią dosłownie chwilę za rozpinkę od góry, od grdyki, co poskutkowało. Kombinezon opadł poniżej kolan, a ja zapadłem i polało się w końcu, i się posypało.

Zawsze ten sam problem. Duża rolka, rola, znajduje się z tyłu, między ścianą, a spłukiwaczką tak, że by go zdobyć, trzeba nie lada ekwilibrystyki, a przeważnie, jak przyciśnie,  nie ma czasu pomyśleć o tym na tzw. zaśkę i położyć rolkę przed sobą. Wszystko dlatego, że dopiero na koniec zmiany przychodzą sprzątaczki, które mają magiczny kluczyk, pozwalający otworzyć skrzynkę znajdującą się, jak Buk przykazał po lewicy (lub prawicy), załadować tam świeżą rolkę i na koniec ją zamknąć. O Bukowskim myślę. Tak, często w chwilach – jak mawiają poeci – prawdziwego życia myślę o Bukowskim, który przecież pracując jako woźny dbał tylko o to, by w każdej kabinie była rolka papieru, bo każde ludzkie stworzenie zasługuje na to, by się porządnie wysrać.

I jeszcze ten wydruk na drzwiach. Kurwa, czy ten stołczyński esthablishment myśli, że zatrudnia tu orangutany? Czy my, pracownicy produkcji zaopatrujący połowę europejskich matron w gąbki do mycia garów nie wiemy, że „po” trzeba spuścić wodę, opuścić klapę, zamknąć drzwi, zgasić światło i umyć ręce? Zapomnieli o fundamentalnym podpunkcie: podetrzeć się, bo jak rzyć swędzi, to robota nie idzie jak trza. A ostatecznie jeszcze naszym krwawiącym niewiastom przypominają, by zużyte podpaski owijać w papier i wyrzucać do kosza na śmieci (podpunkt dopisany ręcznie, z wykrzyknikiem).

Jest grubo, a smród! smród nagle przerywa mój gniew i z wolna obraca go w stan lekkawo lękowy. Trzeba powoli wychodzić, bo i tak fart, że nie było nikogo w środku, a że przeważnie jest zajęte, to wiadomo, że zaraz ktoś będzie się dobijał. Wyginka. Rolę kładę między sobą, a drzwiami i wykańczam sprawę, nawet niedokładnie, bo czuję narastający stres. Jeśli ktoś czeka, to nie puka przecież, bo po szparze widać, że jest zajęte (no chyba, że – jak to mówią – kret majty liże). Tak jest poniekąd ciekawiej, ten dreszczyk adrenaliny, pojawiający się przy wyjściu. Jeśli to jedna ze starych bab, to pół biedy, ale jeśli to któraś z młodych? Jeśli to Gabrysia, piękna i zadbana dwudziestoparoletnia kobieta, którą każdy z nas bez niczego wziąłby na taśmie produkcyjnej? Póki co, ten nowy nabytek firmy, szczuplutka jak iglica, kruczoczarna „dziewica anielskiej urody” w okularach o czarnych oprawkach nie spojrzała na mnie ani razu, ani się nie uśmiechnęła. „Cóż, że jest dziewczyną z fabryki i w szykowne nie ubiera się stroje?”.

Pukanie. Wyraźne pukanie słyszałem. Jezu. Trzykrotne stuknięcie w drzwi. Szybko, ale wolno wciągam wszystko z powrotem. Nie ma co się spieszyć, może smród ucieknie, tylko gdzie tak szybko? Choćbym chciał, to go nie wchłonę. Ale pukanie było czyste, mocne, więc też nie ma co się bazgrać, każdy ma prawo się wysrać. Zakładam skafander. Schylam się po rękawiczki. Maskę zakładam na szyję. Biorę głęboki oddech i naciskam klamkę. Niech się dzieje, co chce…

Nie mogło być gorzej, to już wolałbym, żeby to była ciągle uśmiechająca się do mnie Renia albo Marzenka. A tu wychodzę i staję w Gabrysi obliczu, i zaiste istnieję teraz tylko w ramach jej twarzy. Stoi, patrzy na mnie i uśmiecha się otwarcie jak dziecko. Zakłopotany czynię pijane ruchy i gesty zapraszające, można już, proszę, przepraszam, że tak długo to wszystko… Wybaczy ten smród, to ludzka rzecz przecież. Zresztą, na pewno nie jest tak źle. Jest wentylacja i kostki zapachowe. Ale spojrzała mi prosto w oczy. I uśmiechnęła się do mnie. I tak idąc, zdaję sobie nagle sprawę, że nie spuściłem wody.

 

 

                                                                                                          police, 4.X.2009r. 23:56

Jerzy Reuter: Ząb narwala

Poznałem go na rybach. Gdy przyszedłem na swoje stare miejsce, zauważyłem, że ktoś zarzucił dwie wędki. Moje stanowisko było zajęte. Nic bym nie miał przeciw, bo co mi tam jakieś miejsce obsikane, zaznaczone, że już nikomu nie wolno wejść i wędkować. Bo cóż by wielkiego się stało? Ale wędki stały samotnie, bez właściciela. Początkowo pomyślałem, że ten ktoś oddalił się w krzaki, a może kopie glisty, poszedł zbadać brzeg, czy robi coś, co tradycyjnie robi się na rybach. Że łazi sobie i gapi się w wodę bezmyślnie, jak to jest w zwyczaju. Usiadłem w trawie i zacząłem rozpakowywać sprzęt. Powoli przeciągałem żyłkę przez przelotki, gapiąc się w rzeczny nurt. Dunajec leniwie przeciskał się korytem, niosąc ścieki gdzieś daleko do morza.

Zarzuciłem wędkę, ciskając przynętą do połowy rzeki i położyłem „kij” na widełkach. Gdy mocowałem do szpicówki kajnerowy dzwonek, usłyszałem dziwne pomruki. Po chwili z gęstej wysokiej trawy podniósł się człowiek. Był to średniego wzrostu starszy mężczyzna, dobrze zbudowany z czarnym, cienkim wąsikiem á la Don Juan i siwą, lekko przerzedzoną czupryną. Ubrany był w krótkie szorty, spod których wystawały dobrze umięśnione, krzywe nogi. Szybko wykonał kilka przysiadów, potem przeszedł do pompek. Po dziesiątej przewrócił się na plecy i popedałował machając w powietrzu nogami. Gdy skończył „rowerek”, powstał i wykonał taniec, polegający na podskokach i opadaniu na pięty. Po zakończeniu tej dziwnej gimnastyki spojrzał na mnie i z uśmiechem wyciągnął w moim kierunku prawicę.

– Zająłem miejsce? – zapytał.

 Podałem mu rękę. Jego uśmiech wydał mi się szczerym i przyjaznym. Przez chwilę potrząsał dłonią w geście powitania, pochylając się przy tym, muskając siwymi włosami moją twarz.

– Jestem pewien, że się pomieścimy – odparłem.

W pierwszej chwili nie wiedziałem, co powiedzieć, więc zrobiłem to, co każdy wędkarz robi po przybyciu nad wodę. Zapytałem:

– Biorą?

– Kto je tam wie? Musiałby pan popytać wędkarzy. O, wystarczy podejść w górę, jakieś pięćset metrów. Tam będą wiedzieć.

– To pan nie łowi? Te wędki tutaj… Nie?

Nieznajomy spojrzał z odrazą na rzekę.

– Nienawidzę ryb, mój panie. Jestem tutaj rekreacyjnie. A wędki rozkładam, bo jak bym wyglądał? Nad rzeką trzeba się zachowywać, nie? Jeszcze by mnie wzięli ludzie za jakiegoś pijaka albo coś.

–Ale wędki są zarzucone – nie dawałem za wygraną.

–I co z tego? Na końcu żyłki mocuję ciężarek i wio, do wody. Ja nawet, proszę pana, mam opłaconą kartę wędkarską! Czyli, jak ja to rozumiem, jestem tutaj zgodnie z prawem.

Mężczyzna wszedł do wody i zamoczył dłonie. Przez chwilę delektował się chłodem rzeki, po czym spłukał twarz.

– Rozumie pan? – zapytał. – Policja poluje na śpiących w trawie, ale ja występuję jako wędkarz.

– Niby tak – odparłem.

Mężczyzna przytaknął. Przez chwilę dreptał w miejscu małymi krokami i najwyraźniej chciał coś powiedzieć. W końcu machnął ręką i wrócił na swoje legowisko.

 Ryby nie okazywały żadnego zainteresowania moją przynętą, chociaż była to najlepsza z najlepszych, mieszanka grysiku, czosnku, olejków aromatycznych i farbki spożywczej. Zarzucałem wędkę, co chwilę w inne miejsce… i nic. Nieznajomy położył się w trawie i spał, a czas leniwie układał się na wodzie i płynął z nurtem w dół.

Po dwugodzinnym zmaganiu z ciszą sięgnąłem do plecaka i wyjąłem butelkę piwa. Syk uwolnionego spod kapsli gazu obudził nieznajomego. Uśmiechnął się do mnie i usiadł obok.

– Prawdę mówiąc, chyba się nie przedstawiłem – powiedział.

Zacierał ręce i spoglądał łakomym wzrokiem na moje piwo.

– Nazywam się Wadza – powstał i ukłonił się. – Wadza, to moje pseudo, ale nawet rodzice tak mnie wołali, szanowny panie.

– Bardzo mi miło.

– Mówisz pan Wadza i każdy wie, o kogo chodzi.

Nie miałem wyjścia. Wyjąłem drugie piwo i podałem Wadzy.

– Czekałem na kogoś takiego jak pan – powiedział. – Nie żeby mi piwo, czy coś, sam pan wie. Brakowało mi przerwania snu, bo widzi pan, ja dużo śpię, może nawet zbyt dużo. Śpię na stojąco w kolejce po chleb, gdy siedzę w kawiarni, też śpię. Śpię, gdzie chcę i nie chcę.

Przysiadł się bliżej i popijał słowa piwem, a moja wędka smętnie zwisała nad lustrem wody.

– Może to jakaś choroba? – zapytałem.

–A gdzie tam! – zawołał. – Panie! Mnie badali w instytucie kosmicznym… i gówno! Z pracy mnie wylali za symulanctwo, żona poszła w diabły. To, co ja mam zrobić? No, co? Ale dobrze, że pan się zjawił, bo bym tak spał do jutra, do rana.

– Dobrze, niedobrze.

– Co, że niedobrze? Co?

–Ryby nie biorą, panie Wadza. To się nazywa niedobrze.

Wadza spuścił głowę. Przez chwilę milczał, szukając słów, by oddać jakąś myśl, kiełkującą mu pod srebrną czupryną.

– To moja wina – powiedział. – Ryby mnie nie lubią, ale ja też nie cierpię tych śliskich stworzeń.

Powstał i spojrzał na rzekę.

– Dlatego sam na ryby jeżdżę. Na ryby w znaczeniu takim, jak pan widzi. Na mój widok, proszę pana, ryby odpływają.

– To masz pan pecha, nie?

– Pecha? Te bestie prześladują mnie nawet we śnie! Panie kochany! Ja śpię z rybą, niech to szlag trafi. Ledwie przymrużę oko, zjawia się to wielkie, pieprzone gówno i dźga mnie prosto w serce tym, tym… Tym rogiem!

– No, nie!

– A jak! Płynie za mną przez cały sen, powiem panu, że przez każdy sen, wielki stwór z dzidą zamiast nosa! Boję sie spać… Ale muszę. Nie mam na to wpływu.

Mówił na tyle ciekawie, że bez słowa sięgnąłem po następne piwo. Wadza owinął puste butelki foliowym workiem i ukrył je w trawie.

– Mogą się kiedyś przydać – powiedział szeptem.

– A ta ryba, może pan coś więcej?

– Ha! No, właśnie. Ta ryba, to panie kochany, wściekły narwal! Śni mi się zawsze jeden sen. Płynę po jakimś oceanie, pomiędzy krami lodu i już, już dopływam do brzegu, gdy z głębin wypływa ten stwór. Mierzy we mnie szpicem i pędzi! Prosto na mnie! Rany boskie! Naczytałem się trochę o narwalach i powiem panu, że ten szpic to jego ząb, a właściwie to radar, którym wyczuwa niemal wszystko.

– Cholerka! – zawołałem. – Nie wiem, czy zazdrościć, czy współczuć.

–A niech to, niech to szlag trafi, drogi panie.

  Przesiedzieliśmy potem w milczeniu do zmierzchu. On walczył z sennością, a ja, myśląc o nim, bezskutecznie czekałem na jakieś branie. Być może z powodu pecha Wadzy, ryby odpłynęły.

 Z nad rzeki wygoniły nas komary. Zjawiły się wraz ze zmierzchem i wściekle rzuciły się na

nasze ciała, pokazując, kto jest panem wilgotnych wieczorów. Pobliska fabryka nawozów uwolniła codzienną dawkę fetoru.

 Gdy siedzieliśmy w autobusie, Wadza zwrócił się do mnie:

–Co pan robi w taką noc? Znaczy, dzisiejszą noc?

–Czy ja wiem? Nic mnie nie trzyma, jestem wolny.

– To ja zapraszam – powiedział. – Zapraszam pana do siebie. Będzie przyjemnie, obiecuję!

                                                                             ***

Przecisnęliśmy się przez „chemiczną” dzielnicę miasta, wąchając smrody wypuszczane na noc, jakby wstyd było kombinatowi, że tak niemiło pachnie. Że produkuje nawozy, ale sztuczne i one nie powinny śmierdzieć, jak te naturalne. Do centrum nie było więcej niż pół godziny jazdy. Wadza wtulił się w ceratowe siedzenie i spał. Ale jak on spał! Niby oddalony gdzieś w inne światy, uciekający przed wściekłym narwalem, a oczy miał szeroko otwarte, chociaż martwe, utkwione w jednym punkcie, nieruchome i nieme – tak bym to określił.

W drodze do domu odwiedziliśmy sklep z monopolem. Początkowo była jedna butelka, po krótkim wahaniu druga. W końcu, rozbudzony Wadza oświadczył:

– Weźmy jeszcze jedną, bo wiadomo jak to jest.

Ja wiedziałem jak to jest i on wiedział to samo. Wspólnota doświadczeń sklejała nasze myśli w tę jedną – dzisiejsza noc zabuja nami jak łajba. Wódka poprowadziła nas do domu Wadzy. Mieszkał w typowo blokowym mieszkaniu. Dwa pokoje, kuchnia, łazienka, okna wychodzące na mały plac zabaw i kobieta. Ani ładna, ni brzydka. Typowo blokowa kobieta, lekko zaniedbana, siląca się na utrzymanie pozorów urody, ukrytych pod starym szlafrokiem, pod wałkami papilotów, w brzydkich, znoszonych kapciach.

–To jest Brenda – powiedział Wadza.

Brenda miała zniszczoną twarz, smutne oczy i tajemniczy uśmiech, skrywany w dłoni.

– Zrób nam, kochanie, herbatki, co? – pogłaskał jej ramię.

Wadza wskazał mi krzesło przy starym, okrągłym stole. Dawno wytarta politura i spękana okleina wskazywały, że blat tego stołu wiele widział. W rogu pokoju stał czarno biały telewizor, a nad nim wisiał, zawieszony na pasku, złoty saksofon.

– Macie coś? – zapytała Brenda. – Macie do herbaty coś?

Wyraz jej oczu zdradzał wielkie zapotrzebowanie na to „coś”. Że ostatnio dużo piła i cierpi. Że po prostu ma kaca. Wyjęliśmy z plecaka butelki. Ustawiliśmy na stole, na ołtarzu i zasiedliśmy wokół jak wierni.

–Robisz tę herbatę, cholera jasna? – zapytał Wadza.

Brenda odskoczyła od stołu i pobiegła do kuchni, a gospodarz mieszkania odkręcił pierwszą

półlitrówkę. Niewiele mówiliśmy, bo jeszcze nie nadszedł ten czas, rozplątujący języki, nadający dłoniom wdzięk gestykulacji. Wiedzieliśmy, że to jest tuż tuż i nic nam nie stanie na przeszkodzie, bo jakże piękne były butelki ustawione na blacie. Wadza sięgnął po saksofon. Przez chwilę przedmuchiwał ustnik, potem otworzył szafę i zagrał.

– Otwieram szafę żeby stłumić hałas – powiedział. – Piszą ludzie skargi na moje granie.

– Bo grasz im po nocach! – zawołała z kuchni Brenda. – Gra i gra! Najczęściej „Stawkę większą niż życie”!

– Zelmer – powiedział Wadza, gdy skończył grać. – Pozłacany, proszę pana. Po weselach się jeździ i w inne miejsca… Zawsze to parę groszy, jakby nie liczyć.

Piliśmy z jednego kieliszka, strząsając, tę słynną, ostatnią kroplę, pod nogi, jak każe obyczaj. W końcu pękło milczenie. Wadza przepił herbatą i powiedział:

– Powiem panu, że Brenda, to dobra dziewczyna. Jesteśmy razem prawie dziesięć lat i szanujemy się bardzo. Ja już miałem kiedyś żonę, a Brenda miała męża.

–Jaki on był mąż. Kierowca. Pojechał i tyle go było – powiedziała Brenda. – Potem chciał wrócić, ale już był mój Wadza i odprawiłam, czyli pieprzłam mu drzwiami przed nosem, temu kierowcy, znaczy się, nie?

–Moja, nie moja, poszła z gliniarzem, ale gdyby nie poszła, to bym Brendy nie poznał. Tak.

 Wadza uśmiechnął się szczerze..

– Żebyś ty, Wadza, nie przesypiał życia. Żebyś nie ścigał się z rybami. Lepiej by nam było, Wadza kochany. – Odwzajemniła mu się klepnięciem w ramię.

 Była między nimi wielka różnica wieku. Może dwadzieścia lat, a może więcej, a jednak wyczuwałem, istniejącą pomiędzy nimi więź. Miłość? Być może tak. Patrzyli na siebie z ciepłą miękkością w oczach. Dotykali się po każdym zdaniu. On przykładał wskazujący palec do jej dłoni, ona klepała go po ramieniu.

–No, właśnie – powiedziałem. – Co z tym narwalem?

Brenda wstała i podeszła do szafy. Długo grzebała pomiędzy ubraniami, przeklinała i sapała. W końcu wyciągnęła długi i cienki przedmiot, zawinięty w gazety.

– Narwal? – zapytała. – To jest, kurwa, jego narwal! To jest jego bzik, albo jeszcze, kurwa, gorzej!

– Nie zaczynaj! – Wadza zasłonił się stołem. – Po co piłaś? Co? No, po co?

– Co? Ja, kurwa? Ja piłam? Ty stary chuju! Wadza! Ty bucu!

– Brenda, ja cię proszę!

Rzuciła pakunek na tapczan i wyszła do łazienki. Ten zaskakujący wybuch złości był zapewne efektem nadmiaru alkoholu, ale nieco mnie zmroził. Nie wiedziałem, co robić. Wadza nalał wódki i powiedział:

– To zdrowie Brendy, szanowny panie, ona jest dobrą dziewczyną, a te ataki nie są dla mnie czymś nowym. Ot, wódka. Nic innego. Zapewniam, że za chwilę wejdzie i będzie się uśmiechać.

Rzeczywiście. Po chwili Brenda wyszła z łazienki i usiadła za stołem. Nalała sobie wódki i wypiła.

– Przepij herbatą, kochanie – powiedział Wadza.

– Przepraszam pana – załkała. – Czasami nie panuję nad sobą.

– Herbatą, kochanie. Przepiłaś?

– Po wódce dostaję takiej głupawki, przepraszam.

– Nie chcesz herbaty?

–Wadza!

– No, dobrze już.

Po kilku kolejkach wydawało mi się, że już wszystko się uspokoiło. Znowu dotykali się po każdym zdaniu, uśmiechali do siebie, pieścili wzrokiem. Niepokój powrócił, gdy kończyliśmy trzecią butelkę. Brenda wzięła pakunek i wyszła do łazienki.

– Chyba dnieje – powiedział Wadza.

Siedzieliśmy smętni z pochylonymi głowami nad stołem, kończąc wódkę. Wadza przysypiał, a ja chciałem iść do domu. Wtedy weszła Brenda. W ręku trzymała spiralnie skręcony, długi przedmiot. To był ząb narwala. Popatrzyła na śpiącego Wadzę i zaczęła, ale jak ona zaczęła! Pierwsze uderzenie skierowała w stół, drugim stłukła szyby w kredensie, a trzecie poszło w okno.

– Masz! Ty bucu stary! – krzyknęła i złamała oparcie krzesła.

Wadza spał, albo udawał, że śpi. Kto go wie? Udało mi się przejść do przedpokoju. Swoje graty wsadziłem pod pachę i po angielsku wyszedłem z domu.

                                                                           ***

Minęło kilka dni, a ja nie mogłem przestać myśleć o nocy spędzonej nad stołem Wadzy, o szaleństwie Brendy, zębie narwala i pozłacanym saksofonie. Z dnia na dzień rosła we mnie sympatia do tych dziwnych ludzi.

Tego dnia poszedłem w odwiedziny do matki, do szpitala. Nie chodziłem tam zbyt często, nie potrafiłem znieść żółtej barwy jej skóry na tle zielonych ścian. Po każdej wizycie wracałem do domu ze spuszczoną głową.

Leżała w ostatniej sali, przy oknie. Opowiedziałem jej o przygodzie z Wadzą, o zębie narwala i Brendzie. Mama pokiwała głową, na chwilę przymknęła oczy i powiedziała:

– Ech, ten Wadza, ten stary piernik.

– Mamo! – zawołałem. – Znasz Wadzę?

Otworzyła oczy i uśmiechnęła się do mnie, po czym wystawiła rękę spod kołdry i skinęła w stronę drzwi.

–Idź już – powiedziała

– A on?

– Nie powiem, przyzwoity człowiek.

Postanowiłem odwiedzić Wadzę. Oczywiście, postanowiłem zrobić to z odpowiednim fasonem, więc kupiłem pół litra wódki, a całą drogę modliłem się, by zastać go w domu, by nie pojechał nad Dunajec płoszyć ryb.

Wadzy nie było, wyszedł dwa dni wcześniej i nigdy nie powróci. Na drzwiach do klatki schodowej wisiała czarno biała klepsydra. Zmarł nagle, urodzony, rodzina i przyjaciele. Pogrzeb, o godzinie. Dzisiaj. Władysław Narwal, lat 61. Ktoś dopisał czarnym flamastrem „Wadza”.

Cmentarz zawsze ma jeden zapach, a właściwie nie ma żadnego. Są tylko monochromatyczne barwy, przetykane ognikami świec i jednakowi ludzie. Idą, nie idą, potem stoją i śpiewają, nie śpiewają, modlą się, rozglądają, poznają dawno nie widzianych znajomych i dyskretnie przesyłają ukłony. Jeden scenariusz, zawsze ten sam, nie ten sam. Ech, ty, Wadza. Pierniku stary.

–Szkoda chłopa – powiedział ten w czarnym kapeluszu.

–Zawał? Zawał? – zapytała kobieta w popielach.

Ludzie przeszli konduktem i ustawili się wokół grobu – dziury. Na pryzmie ziemi dwie łopaty wbite na krzyż i człowiek, podparty pod boki, ubrany na roboczo, w gumiakach, z metrówką w kieszeni. Grabarz.

Stanąłem przy kaplicy i z ukrycia obserwowałem ceremonię. Butelka ukryta za pasem uwierała, więc wyjąłem i odkręciłem. A niech tam. Śmierć zapiekła w oczach, a wódka w gardle.

Ksiądz zrobił swoje i zakręcił sutanną, zafurkotał, dał znak ministrantom i poszedł. Grabarz splunął w dłonie. I gdy rodzina, przyjaciele brali w garść ziemię i sypali na trumnę, do grobu podeszła kobieta. Ubrana w czerwoną sukienkę, pochylona, zgarbiona, wrzuciła do grobu długi i cienki przedmiot.

–To zdzira.

– Kto zdzira? Ta w czerwonym?

– Jaka tam zdzira. Ona sprzątała u Wadzy.

–U Wadzy? Wadza był zbyt porządny, żeby taka zdzira.

– Rodzina powinna wyjąć to coś. Z dołka wyjąć, nie?

– Jaka rodzina? Tylko siostra z Ameryki.

– Ale ta w czerwonym, to jednak zdzira.

– To jego kochanica, ale zdzira, to fakt. Żyli razem od lat.

Wycofałem się dyskretnie, odmawiając „Wieczne odpoczywanie”, gdzieś dalej, pomiędzy groby. Przysiadłem na marmurowej płycie – Maria Kozioł, lat 89 – i zapaliłem papierosa. Pomiędzy krzyżami przeciskała się Brenda.

–To pan? – zapytała i usiadła obok.

Podałem jej butelkę. Wypiliśmy za wieczną drogę, za tych, co na szlaku.

–Poszedł na zawał – powiedziała.

– Był sobie Wadza…

–Ale wie pan co? Pan wie? Ja panu powiem, powiem, że nie spotkałam w życiu tak porządnego człowieka. To był bardzo porządny człowiek. Ten mój Wadza.

Apostołka XXI wieku: Brody Sinobrodego

Tak napisał kronikarz: „każdego dnia słońce wschodziło nad pierwszą brodą o godzinie 6.30 i zachodziło o 19.15. Wiele głosów domagało się, by Sinobrodywstawał i prowadził skryte przed światem życie.”

Szepty z obfitej baśni podszczypywały go za jej krańce. Elfie śmiechy tajemnych marzeń rozchylały ciężkie drzwi do jego sypialni. Pojękiwania własnego przebudzenia do połowy odciągały kołdrę z Sinobrodego i pierwsze poranne promienie zapadały w splątane wygniecenia jego zarośniętego podgardla.

Sinobrody śniadał powoli na tarasie wieży swego zamku. Przeżuwając posiłek i najbardziej własne z myśli, widział stamtąd całą okolicę: rozległe lasy bukowe na wschodzie – ich miękkie korony cieszyły jego oczy latem i z niesytym zadowoleniem dotykał dłonią swej brody; doliny pełne mieniących się jezior na zachodzie – zimą tafle zamarzały i mężczyzna odnajdywał w tym widoku szczególne zadowolenie, gdyż jasnobłękitna barwa lodu przypominała mu zawerniksowany gniewem odcień jego spojrzenia. Lecz zwłaszcza lubił przemierzać wzrokiem z północy na południe, gdzie rozciągało się miasto, którego nigdy nie widział dość wyraźnie, gdyż o każdej porze roku zasnuwała je jakby postrzępiona mgła, której żaden wiatr nie był w stanie rozgonić. Tam jego spojrzenie potrafiło spoczywać uporczywie, wytrwale szukać najmniejszej szczeliny, która w zmieniającym się zgęstnieniu powietrza udostępniłaby mu widok na ludzkie sprawy; o niego mu chodziło. Gdy kompletnie nic mnie mógł dostrzec, czuł ucisk w klatce piersiowej.

Nie był Sinobrody w żaden inny sposób związany z życiem, jakie toczyło się w mieście. Nie wiele wiedział o ludzkich obyczajach poza własnymi. Palcem nie kiwnął, żeby uczynić jakiś gest, który zjednałby go z kimkolwiek. Od wielu lat od nikogo nie usłyszał słowa. Znał jedynie te rozmowy, które ze sobą w milczeniu lub na głos prowadził w zamku. Głos miał bardzo donośny, lecz nieco zdarty i jakby przecedzony przez sito – w sam raz dla kogoś to mieszka sam!

W tej chwili Sinobrody ziewnął i okazało się, że ma pełne, pięknie zarysowane usta i zdrowe uzębienie.

- Oho. Znów wiatr powiewa chmurami na niebie – rzekła jedna handlarka do drugiej, rozkładając stoisko warzywne.

- Prawda, coś takiego, sama nie wiem co, i na niebie i w powietrzu powiewa – pani Bjern, handlarka jajkami złapała się pod boki i dodała – Wiatr się wzmacnia, powinnyśmy wyjąć paliki z magazynu.

- Niech pani prędko patrzy w górę. Nie ogarniam zmian, jakie zachodzą na niebie. Co do kolorów i kształtów, mam na myśli. Wyznam, że boję się o mego męża. Za posadą w zamku wyjechał dziś z miasta długo przed wschodem słońca, a jeszcze żadnej wieści od niego nie mam. Czy mam powód do niepokoju?

- Na pewno jest jeszcze niedaleko, kochana – uspokoiła ją tamta po swojemu i strzepała z policzka puszek z pościeli, który wiatr musiał przywiać tu z podwórza pani Rops, u której w sobotę robi się wielkie pranie.

- Lecz czy on sobie zdaje sprawę – kontynuowała pani Bjern przewiązując sznurkiem nogę stoiska - że pozostawiając mnie bez gońca, przyprawia chore serce kobiety o palpitacje? Już nawet nie chcę, żeby dostał tę posadę, lecz, na miłość Boga – mocno zawiązała supeł - niechże się do mnie odezwie przez pośrednika, że dotarł na miejsce!

- Zgadzam się z Panią Sven. Nie mógł odjechać daleko – odezwała się kumoszka, która dotąd z boku przysłuchiwała się rozmowie i mocowała stoisko do ziemi – Jego koń na pewno stąpa ostrożnie. Zresztą nie raz widziałam ostrożność tego czarnego konia na własne oczy, więc dodam, aby panią pocieszyć, on jest… – kobieta zawiesiła głos w zadumie i po chwili dodała z osobliwym namaszczeniem – on prawie jest tu z nami.

Powietrze jątrzyło coraz więcej pierza, które należałoby strzepywać z fasoli, ziemniaków, marchewki oraz jaj, lecz kobiety – zamiast pracować – nie mogły dojść ze swymi sprawami do ładu.

- Pani Sven i Pani Torgen – ciągnęła pani Bjern – to wszystko prawda. I że mój mąż opuścił mury tego miasta przed wschodem słońca i że z niebem dzieje się coś nie tak. Prawdą jest również, że koń mego męża jest czarny. Lecz ja łącze ze sobą te wszystkie fakty i wierzcie mi, że mam ku temu powody.

- A jakie to, jeśli możemy wiedzieć? – zapytały, patrząc po sobie z nieskrywaną ciekawością.

Pani Bjern spuściła oczy i ciemne pajęczyny rzęs ubogaciły koloryt jędrnej i całkiem w tym momencie rumianej twarzy.

Pan Bjern postanowił pojechać do zamku drogą okrężną, która wiodła wzdłuż strumienia, aby w każdej chwili móc napoić konia i nie zgubić się, jako że smugi gęstej, nieprzenikalnej mgły unosiły się nad wszystkimi drogami i polami. Wesoły szum potoku oraz śpiew niewidzialnych ptaków prowadziły go na przód i dodawały otuchy w misji.

Miał zatem ubiegać się o posadę rachmistrza u wielkiego pana z zamku. Na taki pomysł wpadła jego żona i to nagle, dla niego niespodznianie. Jadąc rozmyślał nad powodami, które skłoniły ją do wysłania go do zamku, kiedy on wolałby chociażby grzać się u jej boku. Jego dotychczasowe zajęcie dostarczało im przecież środków do życia. Pan Bjern miał nawet ambicję, aby ten swój własny, niewielki interes rozwinąć w coś większego. I chociaż sam nie wiedział jeszcze, co dokładnie miałoby to być, w tej chwili bardziej frasowało go jak zachować się przed człowiekiem, którego kompletnie nie znał, a o którym słyszał wiele legendarnych historii.

Ludzie mówili, że Sinobrody jest bardzo niezależny i nikogo się nie boi. Że postępuje tylko tak a tak, a zwłaszcza jak mu się podoba, gardząc przy tym całym światem. Powiadali, że gdy chce wskakuje na swego rumaka i wyrusza na polowanie, z którego zawsze na własnych barkach przywozi co najmniej dwa jelenie. Powiadają też, że w przypływie gniewu zabił człowieka i że jest niepoczytalny, skoro całymi latami sam przesiaduje w zamku. Jako że nikt nigdy na własne oczy nie widział Sinobrodego w mieście, również wokół jego rzekomych miłosnych podbojów narosły opowieści, które zaliczyć można do najodważniejszych. Podobno po kobiety wyprawia się tylko do odległych i dzikich krajów, gdyż jego upodobania są tak nieprzyzwoite i bezkształtne, a apetyt pozbawiony granic, że żadna normalna kobieta nie byłaby w stanie go zaspokoić. A gdy nie chce mu się jechać tak daleko, podobno… na tę myśl Panu Bjornowi zakręciło się w głowie i spadł z konia. To właśnie w tej chwili Pani Bjern nie ośmieliła się ponownie podnieść oblicza ku niebu.

- Czujemy, że ciągłym mówieniem o Twoim mężu, zamykasz sobie usta na jakieś inne sprawy, które cię nurtują, pani Bjern. Prawda pani Torgen?

- W zupełności się zgadam z Panią Sven. Ze mną też tak było, gdy jeszcze nie byłam kobietą względem siebie uczciwą.

- I w moim przypadku było podobnie – dodała pani Torgen, która była z nich najstarsza i mrugnęła okiem do pani Sven – gdy jeszcze byłam nieprzyzwoicie dziecinna w moim postępowaniu z mężczyznami.

- Tak, jesteśmy dojrzałymi kobietami – pani Sven trąciła biodrem panią Torgen – a nie aniołami czy świętymi, nawet jeśli nasi mężowie tak nas postrzegają. Dlatego ulżysz sobie, jeśli wyjawisz nam swe prawdziwe myśli i opowiesz nam, co takiego się wydarzyło.

- Widzę, że nie pozostaje mi nic innego, jak zwierzyć się przed wami, drogie kobiety – odezwała się wreszcie pani Bjern – Ale ostrzegam, że takiej historii jeszcze nie słyszałyście i możecie mnie potępić, gdy dowiecie się o tym, co się stało oraz… co dopiero stanie.

Tydzień już mija od wydarzenia, które wstrząsnęło moim dotychczasowym życiem. Pod nieobecność mego męża wybrałam się do zamku, w którym mieszka Sinobrody. Zapytacie „po co?”, a mnie trudno będzie udzielić wam jasnej odpowiedzi na to pytanie. Być może rozumujecie same i nie trzeba wam niczego wyjaśniać. Powiadam więc: nie miałam żadnej konkretnej sprawy do tego pana, o którym huczy po karczmach nad ranem, gdy przyzwoite kobiety śpią, a mężczyźni podejmują z dala od nich temat, który karmi ich wyobraźnię i konfrontuje z tym, czym sami nie mają odwagi przed nami być. Zapukałam do wrót zamku, gdyż chciałam poznać człowieka, o którym mężczyźni nam mówią, a my potem na rynku rozstrząsamy. O którym plotkują, że nie jest człowiekiem, lecz zwierzęciem, gdyż jego człowieczeństwo zostało zastąpione przez instynkty. Zebrałam się w sobie i pognałam do zamku, a po drodze musiałam zażyć witaminy, gdyż wielokrotnie traciłam siły. U jego drzwi stanęłam jako osoba wyczerpana, niepewna, zawstydzona i do dziś zastanawiam się, dlaczego właściwie mnie przyjął. „A co to?” rzekł patrząc na mnie z góry, z rozbawionym niedowierzaniem. „To ja, niewiasta gotowa na wszystko!” odparłam dzielnie, a on buchnął śmiechem. „Na wszystko? Skoro tak, wstąp proszę w me progi”. Przyjął mnie w salonie. Pamiętam, że stało tam wielkie akwarium, a jako że był w trakcie zmieniania w nim wody, posadził mnie na wygodnej sofie, podał czarę z winem i rozmawiał nie przerywając poprzedniego zajęcia.

- Czyścił akwarium, gdyś ty siedziała na jego sofie i popijała wino? - ze zwątpieniem zapytały chórem.

- Tak. Między potężnymi nogami miał niebieskie wiadro do połowy napełnione wodą. We wiadrze zanurzona była ryba oraz przeźroczysta gumowa rurka, która łączyła się raz z akwarium, to znów z jego ustami. A gdy ze mną rozmawiał wyjmował na chwilę rurkę z ust i zaciskał dopływ palcami.

- O czym rozmawialiście?

- Pytałam o jego życie. O to czy miał żonę. Odpowiedział, że miał ich wiele i że teraz też ma jedną.

- Co się stało z tamtymi i dlaczego nikt nic nie wie o obecnej? – dopytywały się gorliwie.

- Nie chciał mi powiedzieć, co stało się z poprzednimi żonami, a o obecnej powiedział, że jest na górze, że on nosi ją tam na rękach.

- A dlaczego nie chciała zejść do was?

- Powiedział mi, że ta żona często bardzo źle się czuje, ale po godzinie rozchwianym krokiem zeszła do nas na chwilę.

- Ja myślę – wtrąciła pani Torgen – że to kompletna fantazja, żeby nie powiedzieć kłamstwo!

- I ja też tak myślę – dodała pani Sven – A poza tym, co jeszcze działo się dalej między wami?

- Gdy zaniósł tę chorowitą żonę z powrotem na górę, powiedział mi, że zamknął ją w szafie, a ja włożyłam mu dobry tytoń do kieszeni surduta, pytając dlaczego trzyma żonę tam, gdzie ją trzyma.

- Co on na to?

- Odparł, że nie chcę słyszeć jej oddechu przez cały dzień, gdy zajęty jest swoimi sprawami. Męczy go to. I przybliżył swoją twarz do mojej.

- Przybliżył swą wielką brodę do twej twarzy?

- Opowieści, które krążą o jego sinej brodzie – rzekła uroczyście oświecona pani Bjern – można między bajki włożyć. Zbliżył do mnie policzek, z którego wyrastały kryształy cukru. Słońce wpadało do salonu i rozświetliło jego pobrużdżoną twarz pokrytą stożkami cukru. Zbliżył ją na odległość mojego języka, który wetknęłam w zagłębienie między kostkami. Niebywale szybko roztopiła się jedna z nich i pojawił się w jego policzku słodki dołek.

- Jak szybko pojawił się ten dołek? – przerwała zahipnotyzowana tą opowieścią pani Sven.

- Bardzo szybko i wtedy Sinobrody odwrócił ode mnie twarz.

- Ach – westchnęła pani Torgen.

- Moja wizyta w zamku nie trwała długo i powiem wam, że nie zapomnę smaku brody Sinobrodego.

- Dlaczego jednak posłałaś tam swojego męża? - zapytała rozumnie pani Sven.

- Chciałam, żeby poznał człowieka z charakterem.

- Czy wiesz, że to się może źle skończyć dla pana Bjern? Chodzą słuchy o bezwzględności Sinobrodego zarówno względem kobiet jak i mężczyzn.

- Wiem o tym. Wobec mnie był bezwzględny. Być może też, że straciłam głowę myśląc o pożytku z tego dla mego męża.

- Czy uważasz, że groźba śmierci byłaby dobra dla twojego męża? – zapytała pani Sven i między kobietami zapadła cisza.

Gdy pan Bjern przebudził się po upadku, odnalazł siebie na łożu w obcym zamku. Biła godzina 19. W fotelu na przeciw niego siedział najbardziej postawny mężczyzna jakiego dotąd widział. Jego dłoń zanurzona była w takiej gęstwinie, że z całej jego twarzy wyróżniały się jedynie przenikliwe oczy o chłodnej, melancholijnej barwie. Pan Bjern był gładki jak niemowlę, co przez lata jego małżeństwa budziło radosne zdziwienie żony. Lecz w tej chwili poczuł się nieswojo, w milczeniu patrząc na spokojny ocean, który dotykał bel łoża. Ostatnie promienie dnia rdzawo zabarwiały faudy pościeli. Sinobrody wyczuł przestrach i niepewność pana Bjerna.

- Podczas polowania znalazłem cię nieprzytomnego na terenach mojej posiadłości i tymi ręcami tu przyniosłem. Lasy, jeziora i strumień należą do mnie, czy nie wiesz! Kim jesteś? Mogę zrobić z tobą wszystko – rzekł właściciel zamku poważnym głosem.

- Jestem żoną twojej żony, tfu, jestem twoją żoną. Będę dbać o zamczysko, będę igrać z bródką – odparł prędko i niezdarnie gość.

Sinobrody roześmiał się odejmując rękę od swej brody.

- W takim razie może powinienem cię lepiej pilnować? – zapytał, odwracając twarz w stronę okna.

Ręce pana Bejrna nagle szarpnęły go porządnie za brodę! Wspinały się po niej prędko coraz wyżej, aż dotarły do oczu.

- Rozejrzyj się dobrze – gospodarz odjął twarz gościa od swojej. - Czy widzisz jaki tu mam porządek? Czy ty u siebie też masz taki porządek jak ten?

Oczom pana Bejnra ukazało się krzesło ustawione przy oknie oraz półka z kilkoma zakurzonymi książkami. – Dlaczego więc podsuwasz się pod moje oczy tak blisko? – zapytał hardo Sinobrody.

- Bo chcę być miłą twym oczom, panie – cienkim głosem zaśpiewał mężczyzna.

- Abyś wiedział, jak okrutne i przypadkowe może być życie… – rzekł Sinobrody i zaplótł dwa nurty wokół szyi pana Bjerna, pociągając go na taras wieży.

- Powstrzymaj się! – krzyczał pan Bjern – Sekcja zwłok jeszcze nie została na mnie dokonana.

- Nie podobasz mi się zarówno jako kobieta jak i mężczyzna. Nie podobasz mi się w tej samej chwili, gdy ktoś inny podoba mi się choć trochę. Niech mi brodę utną, ale ty nie podobasz mi się wcale! Jesteś zwykłą latawicą, za którą nie mógłbym po schodach tego zamku latać.

I siłą rozpędu wyrzucił Sinobrody pana Bjerna za okno, które wychodziło na fosę pełną piranii, pozbawiając się strzępka swego najcenniejszego atrybutu. Pan Bjern przez chwilę spadał w dół uchwycony kawałka brody,

od której dzieliło go naprężone ramię.

Marcin Królik: Przełomy jesieni

Zaczęło się od tego, że zapytała czy ciągle boli mnie ząb. Był listopad – właśnie rozpocząłem trzeci rok studiów, ale zamiast o swoim licencjacie, myślałem wyłącznie o leczeniu kanałowym, które ślimaczyło się niemożliwie, zaś lek, który dentystka włożyła, żeby uśmierzyć ból, przestał działać zaraz po powrocie do akademika. Po tygodniu snucia się z pulsującą szczęką wymusiłem na niej ekstrakcję. Dzień później zjawiłem się w Karaluchu z wciąż jeszcze lekko napuchniętym dziąsłem, ale szczęśliwy, że wreszcie pozbyłem się sukinsyna. Zamówiłem w kasie krokiety z kapustą i grzybami, odebrałem kwit i podałem go młodej pulchnej kucharce. To właśnie ona zadała owo nieoczekiwane pytanie.

   Następnego dnia znów przyszedłem na obiad, a ona znów mnie obsłużyła. Potem wpadłem na kolację, a ponieważ było już późno, zaproponowałem jej odprowadzenie. Zgodziła się. Powiedziała, że ma na imię Halina i przyjechała do Warszawy z jakiejś miejscowości na Białostocczyźnie, której nazwa wtedy wyleciała mi z głowy. Skończyła zawodówkę krawiecką, ale w rodzinnych stronach nie mogła znaleźć pracy ani w charakterze krawcowej, ani gdziekolwiek indziej. Do Warszawy ściągnęła ją pewna znajoma zakonnica, która również załatwiła jej pokój niedaleko Starówki. Przez tydzień bezskutecznie przeglądała ogłoszenia i zdzierała pięty, krążąc po firmach, sklepach i agencjach pośredniczących w wynajmowaniu ludzi do sprzątania. Już zamierzała się poddać, kiedy nagle, idąc Krakowskim Przedmieściem, spostrzegła czerwone drzwi baru uniwersyteckiego, a na nich kartkę oznajmiającą, że przyjmą na kucharkę z możliwością przyuczenia.

   Ja też opowiedziałem jej o sobie, nie omieszkując napomknąć o poetyckich ambicjach, co jednak nie zrobiło na niej spodziewanego wrażenia. Mimo to rozmawiało nam się tak dobrze, że gdy w strugach zimnego deszczu dotarliśmy pod jej blok, jeszcze przez pół godziny staliśmy pod klatką, nie mogąc się rozstać. Umówiliśmy się na niedzielę i spędziliśmy ją spacerując po Placu Zamkowym, a następnie siedząc u niej – na szczęście współlokatorki, z którymi dzieliła mieszkanie, wyjechały i miały wrócić dopiero wieczorem, więc mieliśmy je tylko dla siebie. Kiedy późnym popołudniem wracałem do akademika, byłem jak uskrzydlony, choć oczywiście nie śmiałem nazywać tego jeszcze po imieniu. W poniedziałek nie spotkałem jej przy okienku, ale wieczorem nieoczekiwanie zjawiła się w akademiku całkowicie odmieniona – odległa, nieprzystępna, zasadnicza – i oświadczyła mi, żebym przypadkiem sobie niczego nie wyobrażał, możemy zostać tylko znajomymi i lepiej, żebym nie myślał nic innego.

   Ale ja myślałem, i wyobrażałem sobie – najróżniejsze rzeczy. Byłem wtedy epistolarnie związany z pewną piersiastą Belgijką, którą poznałem na międzynarodowym obozie studenckim. Poszliśmy ze sobą do łóżka, a potem przez cały rok obficie korespondowaliśmy, zapewniając się o gorącym uczuciu i obiecując, że spotkamy się ponownie w następne lato. Do spotkania oczywiście nie doszło – ona była zajęta śpiewem w chórze, którego nie mogła przerwać, a ja nie miałem pieniędzy na bilet. Po wakacjach ciągnęliśmy ten swój dziwny listowny romans i, mimo że jego temperatura znacznie opadła, nadal karmiliśmy się słodką fikcją. W lutym ostatecznie przeciąłem sprawę – napisałem do niej, że kogoś poznałem. Nie doczekałem się odpowiedzi. Droga była wolna.

   Przez cały ten czas spotykałem się z Haliną. Znów byliśmy przyjaciółmi, choć wyraźnie trzymała mnie na dystans, którego nie ośmielałem się przekraczać. Aż do wiosny. W kwietniu wyjechałem na miesięczne praktyki do paryskiego instytutu języków słowiańskich. Po powrocie zaprosiłem ją na wycieczkę do puszczy kampinoskiej, gdzie w końcu otwarcie wyznałem jej miłość. Nie wydawała się tym zaskoczona i, co dziwniejsze, wcale nie zareagowała podobną jak w listopadzie stanowczością. Tym razem to ja się od niej odsunąłem – zupełnie jakbym się zląkł i za wszelką cenę chciał ubiec odrzucenie, które przecież mogło nadejść niczym spóźniona reakcja na truciznę. Po wakacjach jednak wróciłem, zaś ostatniej jesieni to zarżnąłem.

 

Ale najpierw pojawiła się Teresa. Nasza znajomość zaczęła się po pierwszym z serii otwartych wykładów profesor Świderkówny o Biblii. Postanowiłem na nie chodzić, żeby jakoś wypełnić czas, którego na ostatnim roku, gdy zostało mi tylko seminarium i siedzenie w bibliotece, miałem zdecydowanie za dużo. Wynajdowałem sobie zresztą różne zajęcia, żeby przed samym sobą uzasadnić dalsze kupowanie biletu miesięcznego oraz nie popaść w mizantropię, do której zawsze zdradzałem dziwną skłonność.

   Zaczepiła mnie, bo – jak mi później powiedziała – coś ją tknęło, że możemy być bratnimi duszami. Bezpośrednim pretekstem do rozmowy stało się zadane przeze mnie profesor Świderkównie pytanie o mitologiczne aspekty ewangelii. Podobno odniosła wrażenie, że byłem w swojej dociekliwości napastliwy. Studiowała kulturoznawstwo, więc w pewnym sensie byliśmy po wydziałowej kądzieli, a przyjrzawszy się jej bliżej, uświadomiłem sobie, że faktycznie parokroć mijałem ją na korytarzach polonistyki. Sięgające połowy pleców pszenne włosy przeważnie miała spięte w prosty koński ogon i nosiła długie indyjskie spódnice oraz szerokie ciemne bluzki. Ale tak wyglądała wtedy większość studiujących w naszym humanistycznym grajdołku dziewczyn.

   W kwestii duchowego braterstwa miała absolutną rację i odkryliśmy to już tamtego dnia, pijąc kawę w barku w podziemiach Auditorium Maximum. Też lubiła poezję, choć w odróżnieniu od sporej części jej pozbawionych bezinteresowności miłośników, sama wierszy nie pisała ani też nie objawiała takich ciągot. Przychylała się do moich przewidywań, że Nike w tym roku dostanie Barańczak, choć w pozostałych sprawach mijaliśmy się jak dwie galaktyki w nieskończoności lodowatego kosmosu – mój Miłosz, Pound i Eliot zostali szybko zmiażdżeni jej ukochanym Herbertem, Bursą, księdzem Twardowskim, Poświatowską i Stachurą. To ona rozdawała karty. Pokazała mi opasłą inkrustowaną milionem wykonanych zielonym atramentem notatek i podkreśleń antologię Po schodach wierszy, którą wszędzie ze sobą nosiła. Spomiędzy jej stron wyglądały zasuszone płatki polnych kwiatków, których nazw nawet nie potrafiłbym wymienić, źdźbła traw, zioła i liście, a wszystko to razem pachniało włóczęgą, majstrem Biedą i cudownymi manowcami – było tak bardzo dalekie od kryształowych komnat, w których lubiłem przebywać, tak bardzo zwichrzone, franciszkańskie, tak melancholijne, tęskne.

   Dobry punkt wyjścia, żeby się zakochać. Ale nic z tego – i to nie tylko dlatego, że ja miałem Halinę, a Teresa jakiegoś tajemniczego faceta filozofa – po prostu w niektórych przypadkach przekroczenie bariery intymności nie jest możliwe i chyba oboje wiedzieliśmy to od razu, choć żadne z nas nigdy nie powiedziało o tym głośno. Nasze drugie połówki mogły czuć się bezpieczne i w najmniejszym stopniu nie zmienił tego fakt, że tydzień później zaproponowałem jej, by ze mną zamieszkała.

   Po czterech latach miałem dość życia w akademiku i postanowiłem wrócić do Mińska. W sierpniu matka wyszła za mąż, a nasze stare mieszkanie postanowiła przepisać na mnie. Teresa też miała dość – dość imprezujących na okrągło dziewczyn, z którymi wynajmowała stancję, oraz dość Warszawy, którą uważała za przykrą, bezduszną i ślepą. Perspektywa zaszycia się na tyle blisko niej, by móc codziennie dojeżdżać na zajęcia, a zarazem w miejscu dostatecznie cichym i spokojnym, jak na podstawie moich reklamiarskich opowiadań zaocznie określiła Mińsk, bardzo przypadła jej do gustu – zwłaszcza, że już od dłuższego czasu planowała wyprowadzkę z zabawowej stancji, ale nie miała pojęcia dokąd. Nie ukrywałem, że jednym z powodów mojej propozycji są pieniądze. Gdyby się do mnie wprowadziła, uniknąłbym proszenia matki o wsparcie – stypendium naukowe i dorywcze fuchy przy pisaniu artykułów do lokalnego tygodnika oraz recenzji dla witryn księgarskich nie pozostawiały zbyt wielkiego pola do manewru. Teresa to zaakceptowała, więc w dniu tego nieszczęsnego wyjazdu do Kaliszewa dałem jej klucze i przywiozłem część rzeczy – z pozostałymi miała zjawić się w poniedziałek.

 

Przyjechałem w piątek po południu. Miała to być moja pierwsza wizyta w domu Haliny i nie chciałem jej odkładać, mimo że drapało mnie w gardle i miałem lekki stan podgorączkowy. Halina opowiadała mi dość dużo o swojej rodzinie, ale gdy znalazłem się na miejscu, doznałem lekkiego szoku. Było ich w sumie sześcioro – oprócz rodziców i jej jeszcze dwie siostry: osiemnastoletnia Jolka i czternastoletnia Renata oraz sześcioletni braciszek, Grześ. Zajmowali dwa duże pomieszczenia w szarym, podłużnym parterowym baraku z przyległą podwórzową wygódką, z której cuchnęło jak z uszkodzonego szamba.

   Matka z ojcem i Grzesiem spali na starej, zapadniętej wersalce w kąciku oddzielonym od kuchni przez regał z płyt pilśniowych, w którym Renata trzymała książki i zeszyty, reszta zajmowała sąsiedni pokój. Z okazji mojego przyjazdu Jolka odstąpiła mi swoje łóżko, sama zaś przeniosła się na podłogę pod oknem, gdzie umościła sobie posłanie ze starej pierzyny i kilku koców. Halina i Renata miały spać na drugim łóżku stojącym przy kaflowym piecu. Do tego okazało się, że w domu nie ma nie tylko ubikacji, ale również prysznica, ani w ogóle gorącej wody. Do wieczornej toalety grzali ją w ogromnym garnku i wlewali do fajansowej miski. Z tym mogłem się pogodzić – kiedy byłem mały, mieszkaliśmy z matką, wujkiem, ciotką i dziadkami w niewiele lepszych warunkach, zaś jako dziecko prowincji nie uważałem tego sposobu życia u progu trzeciego tysiąclecia za skandal, a co najwyżej lekkie cywilizacyjne niedociągnięcie, a może po prostu wybór tych ludzi ulepionych z twardszej gliny i nieufnie trzymających się na uboczu – ale nie byłem w stanie przyjąć do wiadomości pojawienia się Marcinka.

   Halina już wtedy nie pracowała w Karaluchu. Pod koniec sierpnia zatrudniła się jako wychowawczyni w pewnym podwarszawskim zakładzie dla dzieci specjalnej troski. Nigdy dotąd nie zwierzała się, że akurat praca z niepełnosprawnymi jest jej marzeniem, ale spośród snutych przez nią pomysłów na przyszłość jedynie ten traktowała naprawdę serio. Zdziwił mnie jej nagły entuzjazm, więc ogromnie zaaferowana tłumaczyła, że pracując w tym ośrodku będzie mogła ubiegać się o bezpłatne dokształcenie – maturę w liceum dla dorosłych i studia. Mogłem się tylko cieszyć, że w końcu obudziła się w niej ambicja. Feler tkwił jednak w tym, że zdecydowała się zamieszkać w ośrodku i dość szybko wsiąkła w jego obce dla mnie życie. Od września prawie się nie spotykaliśmy – jako nowa nie mogła brać zbyt dużo wolnego, ja z kolei czułem się tam nieswojo, toteż wolałem trzymać się z dala. Wreszcie w połowie października dostała parę dni urlopu, które postanowiła spędzić z rodziną, zapraszając również mnie. Ale ani słowem nie zająknęła się, że zamierza również przywieźć jednego ze swoich upośledzonych umysłowo podopiecznych.

   Chłopczyk miał osiem lat. Nie mówił, wydawał z siebie tylko głuche jęki albo histeryczne srocze pokrzykiwania, a jakby tego nie było dość, cierpiał na padaczkę i tuż po przyjeździe stałem się świadkiem ataku zakończonego popuszczeniem w spodnie. Gdy w końcu doszedł do siebie, reszta wieczoru upłynęła na próbach poskramiania jego narowistego temperamentu, co uczyniło go pępkiem uwagi Haliny, która między eksplozjami jego dzikiego płaczu i rzucania się na podłogę nawet nie próbowała udawać, że słucha tego co mówiłem o postępach w pisaniu pracy magisterskiej i nowych wierszach. Uspokoił się dopiero, kiedy pan Gienek, sympatyczny sąsiad z przeciwka przyniósł małego szarego kotka. Marcinek po prostu zakochał się w zwierzaku i zajęty zabawą z nim ucichł, wreszcie ucichł. Trwało to nie dłużej niż kwadrans, po którym kot wywinął się z jego rąk z głośnym rozpaczliwym miauknięciem pozostawiając na skórze ślady pazurów i przestraszony czmychnął za piec, gdzie spędził całą noc.

   Halina oczywiście spała z nim, tuląc, głaszcząc i uciszając. Renata wyniosła się na podłogę do Jolki, a ja spałem, czy raczej męczony coraz silniejszym przeziębieniem usiłowałem spać sam na szerokim, obcym łóżku. Potęgowane gorączkowymi dreszczami i gromadzącą się w nosie wydzieliną odczucie nierzeczywistości, jakiegoś groteskowego osaczenia gęstniało wokół mnie jak budyń. Wszystko było źle! Dopiero po trzeciej Halina wstała cicho, podkradła się na palcach i wślizgnęła pod moją kołdrę. Trochę się podotykaliśmy, ale kiedy już miałem zsunąć króciutką bordową koszulę nocną (czyżby kupiła ją specjalnie dla mnie?), Marcinek jak na komendę zaczął wyć i postawił na nogi cały dom. Byłem gotów go udusić. Zasnąłem dopiero o świcie.

   Nasiąknięte ciężkim deszczem sobotnie przedpołudnie wlokło się pod znakiem napływów tętniącego bólu głowy, siąkania nosem i kursowania – bardziej dla samego ruchu niż z potrzeby – między fotelem i tą urągającą wszelkim normom higieny latryną, w której nawet o tej porze roku nad okrągłym otworem kloacznym brzęczały roje much. Ojciec zaraz po śniadaniu wyjechał do roboty – budowali gdzieś w pobliżu stację benzynową – podczas gdy reszta rodziny zajęła się leniwym oglądaniem telewizji. Jolka co chwila donosiła mi herbatki albo proponowała coś do jedzenia. Próbowałem czytać, jakoś się wyłączyć, ale w końcu dałem sobie z tym spokój.

   Za to Marcinek – cóż za odmiana! – siedział jak trusia, zupełnie niczym pies, który pierwszy raz przywieziony do obcego domu po wstępnym ataku paniki stopniowo oswaja się i znakuje teren. Halina wyciągnęła skądś gry planszowe i rozłożyła je na dywanie. Po krótkim ociąganiu też przyłączyłem się do rzutów kostką. Czy tego właśnie ode mnie oczekiwała? Wyjąwszy brutalnie przerwane nocne amory od chwili przyjazdu traktowała mnie jak powietrze, a wręcz wyczuwałem, że ma do mnie żal, iż zamiast bez zastrzeżeń zaakceptować obecność Marcinka okazałem się małym zadufanym w sobie zazdrośnikiem, teraz jednak wyglądała na zadowoloną. Sprawiłem się, stanąłem na wysokości zadania, najwyższym wysiłkiem pokonałem samolubnego gówniarza i oto wykluł się ze mnie dojrzały mężczyzna, który bez względu na własną wygodę, czy w tym wypadku raczej jej brak, rozumie.

   Po obiedzie wyszliśmy na spacer, oczywiście z Marcinkiem. Dopiero w drodze powrotnej odważyłem się zapytać po co go ze sobą zabrała. Wyjaśniła, że chłopiec pochodzi z patologicznej rodziny, w związku z czym prawie w ogóle nie bywa w domu, po czym jednym tchem wyrzuciła z siebie, że bardzo poważnie zastanawia się nad jego adopcją. To było jak nieoczekiwany cios w brzuch. Nie pamiętam, co wtedy odpowiedziałem, dość że się posprzeczaliśmy i, kiedy nie odzywając się dotarliśmy do domu, oznajmiłem urażonym tonem, że teraz chcę przejść się sam. Halina mnie nie zatrzymywała.

   Krążyłem więc po Kaliszewie w na przemian słabnącym i nasilającym się deszczu, telepiąc się z zimna. Byłem coraz bardziej chory i nieszczęśliwy. Czułem się oszukany, zapędzony w kozi róg, złowiony w bliżej nieokreśloną sieć. A więc tak to miało wyglądać, tak to sobie wykombinowała w tym prostolinijnym, ale na swój disco polowy sposób przebiegłym móżdżku. Wszystko już zostało ustalone, role rozpisane. Ale czemu się dziwić? Przecież tu, w zapadłych, zapomnianych przez Boga i cywilizację dziurach tak właśnie się te sprawy załatwia – bez mącących półcieni, zbędnych subtelności i oglądania się na nieistotne szczegóły. Mężczyzna może pić i bić, ale ma zarabiać na dom i płodzić, kobieta ma być cicho, pudrować sińce, sprzątać, gotować, rozkładać uda i rodzić – wszystko inne nie ma znaczenia. Halina nigdy zresztą nie kryła, że chce mieć dziecko – wspominała o tym nie raz, niby mimochodem wzdychając melancholijnie wyrzekała, że większość jej koleżanek z podstawówki już pcha wózki ze ślicznymi bobaskami, podczas gdy ona wciąż nic – a ponieważ potencjalny dawca nasienia bardziej niż zapładnianiem zajęty był wypisywaniem dziwactw, które przeczyta może dwieście osób, znalazła inne rozwiązanie.

   Dawca nasienia, zdrowy, młody rozsadnik plemników – czy tym właśnie dla niej byłem? Nie obchodziła jej cała ta pokręcona literatura – no, może gdyby przyniosła jakiś dochód. Żeby choć raz dała mi do zrozumienia, że jest ze mnie dumna nawet jeśli dorobek ludzkiej myśli wykraczający choćby o milimetr ponad weselne przyśpiewki gładkich chłopców z Milano przedstawia dla niej tyle wartości co zeszłoroczny śnieg! Ale kiedy opowiadałem o tym, nad czym akurat pracuję, tylko obojętnie przytakiwała. Teraz już wiedziałem dlaczego – była zbyt pochłonięta marzeniami o wózku i pieluchach, w których z największą rozkoszą by mnie pogrążyła. Już nie mogła się doczekać, więc załatwiła sobie coś zastępczego.

   W końcu wróciłem. Znów zostałem usadzony na fotelu przed telewizorem, a Jolka ponownie zaproponowała mi herbatkę. Halina znów bawiła się z Marcinkiem w rzuty kostką, nie zauważywszy mojego przyjścia. Pozostali, mimo iż wiedzieli o kłótni – wyczułem to wyraźnie w ich suchych spojrzeniach – zajęli neutralne stanowiska, choć podejrzewałem, że prawdopodobnie specjalnie by nie żałowali, gdybym się teraz wyniósł. Może zresztą tak byłoby lepiej, może gdybym wyjechał tego popołudnia, nie doszłoby do katastrofy.

 

W niedzielę zjawiła się Dorota. Pierwszy raz spotkałem ją tamtego szczęśliwego lata w mieszkaniu Haliny, gdzie zatrzymała się na kilka nocy. Przyjechała, żeby zapisać się na studia na jakiejś prywatnej uczelni pedagogicznej. Znały się od podstawówki, potem razem kończyły szkołę krawiecką, po której Dorota zrobiła jeszcze wieczorowe liceum. Była wygadana i – jak zdążyłem się zorientować – nienajgorzej oczytana. Pisywała też wiersze, których cały brulion przywiozła ze sobą do Warszawy. Oczywiście poprosiła mnie o rzucenie na nie fachowym okiem. Były trochę zbyt egzaltowane, zbyt natrętnie operowały śródziemnomorską symboliką, ale ogólnie rzecz biorąc kryły w sobie pewien potencjał. Całe tamto popołudnie przegadaliśmy o Herbercie, ale choć faktycznie dobrze znała jego twórczość, nie mogłem się oprzeć niesmacznemu poczuciu, że żonglując tytułami i cytatami, po prostu przede mną szpanuje. Zyskałem co do tego pewność, gdy zaczęła się chełpić, że podczas ostatnich targów książki – specjalnie przyjechała na nie do Warszawy, co potwierdzała nawet Halina – rozmawiała z jego żoną i dostała od niej autograf na egzemplarzu Epilogu burzy.

   Halina nie wcinała się do pogawędki. Ilekroć zaczynałem w jej obecności mówić o literaturze, nastroszała się i uciekała w głupkowate żarciki. W ten sposób radziła sobie zresztą z większością przerastających ją spraw, a im bardziej czuła się niepewna – literatura stanowiła pod tym względem istne lotne piaski – tym szczelniej zamykała się w tej prześmiewczej skorupie. Na początku starałem się zasypać ziejącą między nami intelektualną przepaść, podsuwałem jej książki, które uważałem za godne poznania, ale zwykle napotykałem na mur, więc w końcu przestałem. Jednak wtedy brnąłem w tę pożałowania godną szermierkę z pełną premedytacją, mimo iż zdawałem sobie sprawę, że jest beznadziejnie kołtuńska. Czy robiłem to, żeby ukarać Halinę, bo podświadomie chowałem do niej żal, iż okazała się impregnowana na moją pracę u podstaw? Bo nie była aż tak subtelna jak sobie ją wyobrażałem, jak chciałem ją widzieć? Tamtego dnia miałem poczucie, że w jakimś sensie ją zdradzam, i to na jej oczach, ale mimo to pozwalałem się Dorocie wciągać w ów irracjonalny muł coraz głębiej. W październiku dałem się sprowadzić na samo dno. A najgorsze, że wcale nie chciałem przerywać spadania.

   Przyniosła jakieś zagraniczne pisemka o modzie, które chciała pokazać Halinie, ale ta wymówiła się koniecznością pilnowania Marcinka, po czym zostawiła nas samych w pokoju. Czułem się już poważnie chory, telepały mną zimne dreszcze i prawie nie mogłem mówić. Dorota zaczęła mi pokazywać fotografię i coś mętnie tłumaczyć. A pachniała tak cudnie, była tak ciepła, wyrozumiała, tak poetycka, inteligentna, pełna akceptacji dla tego co robiłem i nie skora do ekspresowego zakładania rodziny z niedorozwiniętym dzieckiem w charakterze spoiwa, że mimo zatapiających mnie fal gorączki, pochylałem się coraz niżej nad rozłożonym na jej kolanach żurnalem i jednocześnie coraz bliżej jej ust. Aż w końcu przytuliliśmy się i już mieliśmy się pocałować, kiedy w pokoju zjawiła się Halina. Nie mogła nie widzieć naszego zbliżenia – prawdopodobnie dostrzegła na co się zanosi już z kuchni – a jednak z premedytacją udała głupią. Przez następną godzinę ostrzeliwaliśmy się drobnymi złośliwostkami. Dorota wciąż siedziała na fotelu obok mnie, próbując co jakiś czas nieśmiało uspokajać Halinę, co jednak tylko potęgowało burzę. Halina była teraz wszystkim co w niej najgorsze i potrafiłem się zdobyć w stosunku do niej jedynie na wstręt – nic już nie pozostało z oczarowania w Karaluchu, maski opadły, prawda zaś była żałosna.

   Kulminacja dramatu, a właściwie ponurej groteski, jaką był cały ten poroniony weekend, nastąpiła wieczorem. Jolka nieoczekiwanie przyprowadziła kumpla Haliny i Doroty ze szkolnych czasów, którego nazywali Norek, bo był podobny do postaci z jakiegoś serialu, którego ja trawiący czas na czytaniu oczywiście nie znałem. Przyniósł piwo, więc wszyscy usiedli przy rozłożonej ławie, matka Haliny zrobiła kanapki, znalazł się też kieliszeczek domowej nalewki. Kiedy towarzystwo miało już dobrze w czubie, a gęsty jak smoła papierosowy dym piekł mnie w oczy, ktoś rzucił przyjęte entuzjastycznie hasło do gry w butelkę. Flaszka po piwie poszła więc w ruch i po którejś kolejce wskazała na Halinę. Jakby tylko na to czekała – zarżała półprzytomnie, po czym bełkotliwym głosem wyraziła życzenie, by Dorota usiadła mi na kolanach. I usiadła – była cholernie ciężka, lecz nie pozwoliłem jej zejść, a ona nie oponowała.

   W końcu Halina – spocona, purpurowa na twarzy i z tępo iskrzącymi oczami – usiadła na kolanach Norkowi, objęła go za szyję i zaczęła się z nim umawiać na kawę. Wtedy Dorota nieznacznie poruszyła tyłkiem. Odpowiedziałem wyrzutem bioder, następnie objąłem ją i przyciągnąłem mocno do siebie. Kołysaliśmy się w rytm piosenki lecącej z odtwarzacza przy oknie. Nic mnie już nie obchodziło, zatracałem się, osuwałem w lepką czerń, odpływałem, migotałem. Opamiętałem się dopiero, gdy Halina powiedziała Dorocie, żeby z nią wyszła, wtedy też dotarło do mnie, że już od dawna nikomu nie jest do śmiechu. Włożyły kurtki i znikły w sieni. Po kwadransie wciąż ich nie było, więc nie mogąc dłużej wytrzymać udawania reszty, że nic się nie stało również wyszedłem na podwórko. Zobaczyłem je na tyłach domu – kucały przy ścianie, paliły papierosy jak dziewuchy kryjące się pod szkolnym śmietnikiem i dobijały targu, którego obiektem byłem ja. Chwyciłem palcami za oczka ogrodzenia i mocno ścisnąłem.

   Dorota już nie wróciła. Po wyjściu Norka, przewietrzeniu, pozmywaniu i pościeleniu łóżek zmierzyłem się z najgorszą nocą mojego życia, podczas której między duszącymi zrywami mokrego kaszlu próbowałem sklejać coś co być może nigdy nie miało prawa istnieć. Wciąż buzował w nas alkohol, więc byliśmy jak na haju – obejmując się, pieszcząc, płacząc i liżąc z łapczywością kotów szarpiących zdechłą mysz prześcigaliśmy się w namiętnych wyznaniach wiecznej miłości i gorących zapewnieniach, że przetrwamy wszystkie przeciwności losu. Halina przez łzy błagała mnie, żebym skończył studia i zrobił wielką karierę, obiecywała, że mi w tym pomoże jak tylko będzie umieć – będzie przepisywać na komputerze moje wiersze, będzie ze mną jeździć na spotkania z wielbicielami, odczyty, wykłady na zagranicznych uniwersytetach i po odbiór najbardziej prestiżowych nagród, o jakich może śnić pisarz – ja przysięgałem na wszelkie możliwe świętości, że dam jej wszystko, o czym tylko marzy, będziemy podróżować, zbudujemy piękny dom i wychowamy w nim dzieci, i będę ją kochał aż po ostatnie tchnienie. Jolka musiała mieć niezły ubaw słuchając tego pijackiego strumienia świadomości. Ale wtedy o tym nie myślałem. Liczyło się tylko to, że choć okazałem się ostatnim łachudrą, ona mnie nie zostawi. Nie zostawi mnie!

   Rano było po wszystkim. Obudziłem się wstrząsany gorączką i kacem, Halina ubrana we flanelową koszulę, dżinsy i z brudnymi, nieuczesanymi włosami była w kuchni z grzecznym jak nigdy Marcinkiem. Na stole czekała letnia kawa, dwie aspiryny i kanapki z wędliną i najbardziej przesolonym pomidorem, jakiego kiedykolwiek zdarzyło mi się jeść. Była dokładnie taka jak wtedy w akademiku – okopana w niedostępnym szańcu, daleka, zakleszczona. Nie chciała rozmawiać ani o wczoraj ani w ogóle o niczym, zaś na moje pytania odpowiadała oschłymi równoważnikami zdań. Wykręciła się od odprowadzenia mnie na dworzec, choć na pożegnanie wręczyła mi zawinięte w folię aluminiową bułki z żółtym serem, pocałować się jednak nie pozwoliła.

   Kiedy z niedomykającą się dłonią i doszczętnie rozbity wróciłem marząc tylko o śnie, Teresa już czekała z zupą. Po obiedzie przegadaliśmy resztę popołudnia, słuchając Starego dobrego małżeństwa i jedząc lody. Nie sądziłem, że można być tak otwartym wobec kogoś, kogo zna się zaledwie tydzień. Teresa cierpliwie wysłuchała mojej melodramatycznej elegii o upadku i stracie, po czym zrewanżowała się obszerną opowieścią o sobie i tajemniczym filozofie poznanym ostatniego lata, a już przysparzającym jej rozterek. Znów człowiek goniący wiatr – podsumowała we właściwy dla siebie malowniczy sposób – nie wiem dlaczego, ale od zawsze ich przyciągam. Tragiczni poeci, czarne dusze, gówniarze, którzy twierdzą, że mnie kochają, a potem wstępują do zakonu. Tak, drogi Michale, taki mój los na ziemi. Drogi Michale – ta patetyczna forma, która u kogo innego tylko by mnie rozśmieszyła i kazała poddać w wątpliwość stan jego umysłu, w jej ustach, z których co rusz wyfruwały tęczowe motyle, błękitne ptaki oraz brzemienne kresową tęsknicą i wielokropkami westchnienia, wydawała się zupełnie naturalna. Ja też taki jestem – odrzekłem. Pokiwała głową w zadumie, w którą zdarzało jej się wpadać równie często co nieoczekiwanie.

   Mniejszy z dwóch pokoi niegdyś mój, teraz przeistoczył się w jej obwieszoną pocztówkami czarodziejską górę, a przeciągające się do późnej nocy nasiadówki stały się tradycją. Przynosiłem świeżo napisane wiersze, Teresa zaś odczytywała je na głos, w którego miękkiej koloraturze autentycznie się zakochałem. Uwielbiałem słuchać jak czyta – cała uniesiona rytmem słów, jaśniejąca. Dzięki niej zaczynały żyć, kiełkowały. Dopiero po przejściu chrztu w jej ustach, uznawałem, że wiersz jest skończony. Tylko jej wolno było poddawać krytyce, skreślać dłużyzny i napiętnowywać – jak to nazywała – nadmiar strzelistości. Tylko przed nią potrafiłem otwierać duszę, a jako że po rozstaniu z Haliną sporo się w niej działo, odczuwałem przymus równie częstego jej rozdrapywania, co słuchania poezji.

   W czerwcu się wyprowadziła. Wiedziałem, że to nastąpi, sam przecież pomagałem jej szukać, ale nie umiałem jeszcze do końca przyjąć tego faktu do wiadomości. Udało nam się znaleźć samodzielny pokój za rozsądną cenę u przemiłej staruszki z lekkim hyziem na tle bezpieczeństwa, którego nabawiła się podczas powstania. Z pokoju, który znowu mógł należeć do mnie, zniknęły pocztówki, z łazienki szybko wywietrzał miodowy zapach kosmetyków. Przestał zawodzić Krzysztof Myszkowski, a wraz z nim odeszły duchy Steda, Bellona i Leśmiana, których nie byłbym w stanie, ani też nie chciałbym wskrzesić – to był jej wkład w magię miejsca i bez niej utraciły swoją moc. Coś się zerwało i oto nagle za dużo zrobiło się wokół mnie tej pustej przestrzeni wypełnionej chłodną, lepką ciszą, z którą na powrót byłem zmuszony się zaprzyjaźnić. A więc tak wygląda absolutna wolność – mówiłem sobie – jest bezwładnym dryfem po obojętnych falach.

Maras Pijanowski: Pinokio

Wolna sobota. Dzień zapowiadał ciepłą, słoneczną pogodę i radość, ale wcale nie, absolutnie nie to, co się stało, nie tragedię. I absurd. I tego, że będę wracał do domu zupełnie bez sensu, bez nadziei, bez twarzy, ale za to z tyłkiem odkrytym i połyskującym jak jajko po wiedeńsku. I jeszcze z nosem pulsującym jak wóz strażacki, gorącym i nabrzmiałym. I że z tego domu, do którego już wrócę, zostaną mi tylko drzwi. Zewnętrzną klamką w dłoni. I ani skrzypnięcia więcej.

Nawet kartka na stole poruszonym pismem żony:

„Ty zdradziecka, nikczemna, fałszywa i niewierna świnio”

Niczego jeszcze nie wróżyła. Pomyłka, zwykła pomyłka. Pomyliła się i przeholowała. Zbyt szybko weszła w zakręt  i wyrzuciło ją na wirażu. Zbyt nagle, zbyt szybko, zbyt pochopnie, ale to nie jej wina, to nabroiła  wolna sobota. Moja wolna i wolna innych szczęśliwców, którzy mogli dłużej niż zwykle chrapać, a potem snuć plany na swobodne następne godziny i snuć się, nie biegać, a snuć się szczęśliwie. Ale nie ona, nie moja żona. Ona musiała na kilka godzin wpaść do korporacji i zakończyć projekt. Jakiś badziew bez większej przyszłości i sensu, ale za to pod przymusem szefa, który dni wolnych nie cierpiał, bo czuł się wtedy jak opróżniona butelka.

Jeszcze raz spojrzałem na kartkę i, mimo wszystko, uśmiechnąłem się. Ale będzie przepraszać, pomyślałem. Złapałem za telefon i wystukałem jej numer. Na próżno. Niedobrze, przemknęło mi przez głowę. Przecież nigdy nie wyłączała. A teraz głucho, obco, bez nadziei. Strzasnąłem to z siebie.

– Tatusiu, chodźmy na plac zabaw.

Tak stańmy na placu, na ubitej ziemi i opuśćmy przyłbice. Ale zanim przyłbice opuściłem,  podniosłem głowę i zrozumiałem i jeszcze raz podniosłem głowę, tym razem już nie swoją, a wraz z głową fikające nogi i radosne, zielone źrenice, i hooopla, hoopla, rozpędziłem świat i śmiech i długie, zapatrzone w słońce i wiatr włosy.  I jeszcze raz, i drugi, i tak bez końca. Aż zwiędły mi ramiona.

– Jeszcze, jeszcze, tatusiu.

Pokazałem, że stałem się zdechłym mustangiem, a skoro zdechłym, to stać nie mogłem, więc rzuciłem sugestywny obraz czterema kopytkami do góry. Im bardziej byłem zdechły, tym zainteresowanie mną stawało się coraz bardziej i bardziej żywe. Aż zdechłe, bo ile można być trupio nieruchawym, pobudziliśmy do wierzgania i tarzaliśmy się po dywanie i gilgaliśmy się w sobie nawzajem. Przy pisku i śmiechu tak spazmatycznym, że pojawiła się czkawka. Nie u mnie, a u córki rzecz jasna. Na tym poprzestaliśmy.

I poszliśmy na plac, choć powinniśmy (przynajmniej ja) zostać, idąc po rozum do głowy.

 

Ale zanim tam dotarłem (na plac znaczy, nie do głowy) przekręciłem klucz w zamku i zaczęły się schody. Prawdziwe, nie te z lastryko. Bo na klatce, bo z mroku, bo w świetle, które kontaktem wywołałem, bo tak bez żadnego uprzedzenia pojawili się jeźdźcy apokalipsy Albrechta Dürera. Wszyscy czterej w jednej osobie. Sąsiadki spod pierwszego.

Córka stoi i czka co 30 sekund. Wygląda to tak, jakbym uprowadził kukułkę z zegara z kukułką (właściwie to z zegara już bez kukułki) bo kukułkę przecież podprowadziłem. I wlókł tę kukułkę ze sobą, by mi głośno dzieliła minutę na pół.

A czterej jeźdźcy w jednej, a to nasze osiedlowe łosz and go apokalipsy, wpatruje się w kukułkę i wyciąga szmatę brudną, nasączoną czarną wodą od mycia schodów i niewiele czystsze od niej wnioski. I mnie tą szmatą, wymierzoną we mnie całym brudem i kapaniem, i ona tą szmatą, kropla po kropli, tą szmatą i owiniętą w nią logiką, oskarża mnie o to, że pastwię się, że znęcam, że z serialową bezwzględnością patroszę się nad tym małym delikatnym stworzonkiem, co teraz z nerwów  kuka i, że ona wszystko dobrze słyszała i doskonale wie co działo się za ścianą, jak tylko żona wyszła, i że ona się nie boi, bo ona serce ma czułe na programy publicystyczne i nieczułe na znieczulice i ona mi pokaże, bo już wykręciła na policję i ja już się nie wykręcę  i wreszcie odbiorą mi dziecko i wsadzą mnie do końca życia za kraty, a tam tacy wielcy faceci z tatuażami na mięśniach, co siedzą honorowo i z szacunkiem do dzieci, poznają się na mnie i uczynią mi najwulgarniejsze w świecie Tarantino. 

Staje, ręce rozkłada jakby korepetycje brała z ukrzyżowania. Nie puszcza mnie. Denerwuję się, bo czasu mi szkoda, soboty i dziecka zabawy, które zamiast beztrosko biegać i cieszyć się wolnością, musi tu dusić się w naszej beznadziejnej sprzeczce i złych o sobie słowach i kukać. Kopię wiadro, by odwrócić jej uwagę. Skutecznie. Czarna woda leje się w dół i zalewa falą gniewu Apokalipsę.

Na to wychodzi sąsiad spod dwójki i krzyczy, że słucha opery, a my tu jakieś kukania, krzyki i burdel odstawiamy. I że on właśnie zadzwonił na policję, bo jest sobota i on w świętym spokoju chciałby opery nie burdelu. Na co ja, że dziecko, że nie tak wulgarnie może. Na co Apokalipsa, że kto mu dał prawo na policję. Na co ja dyskretnie wycofuję się do przodu. Z kłótni znaczy, ale na plac zarazem. Zamroczeni sobą nie zauważają, że nas już nie ma. A my mijamy policjantów przed klatką, a my kłaniamy się grzecznie, a córka uprzejmie kuka, a ja pokazuję na wnętrze i mówię

– Czas, by tu zrobić porządek.

– Tak, tak – przytakują – mieliśmy zgłoszenia.

Wchodzą do środka a my z daleka kiwamy im na pożegnanie i dobry przykład dajemy. I zarazem nogę.

Na placu zabaw biegał chłopiec, ale nie sam, bo za nim słowa:

Nie rusz Łukaszku. Łukaszku uważaj. Łukaszku przystopuj.

To matka chodziła wokół niego jak kaganiec.

Biedny chłopiec, współczułem mu, co prawda myślą krótką i mało intensywną, bo dziecko przecież nie moje.

Usiadłem na trawie. Odetchnąłem płucami pełnymi świeżo skoszonej trawy i pobliskiego wodnego oczka. Otworzyłem się na przyrodę i świeżo odsyczane piwo, które kupiłem po drodze w sklepie, i z dumą spoglądałem na córkę i jej wymyślne zabawy.

– Tatusiu, pohuśtasz się ze mną?

A pewnie, że pohuśtam. I już przy niej byłem i już odbijałem się od ziemi, za siebie, i za nią, bo ważyłem cztery razy tyle, co ona. Raz do nieba, raz do ziemi. Raz do piachu, raz do obłoków. Jaka to życiowa zabawa, myślałem. Uczy, że miło i przyjemnie dyndać sobie w przestrzeni i spoglądać z góry, ale i tak powrót jest nieuchronny i boli przyziemnym uderzeniem w kość ogonową. Moje buty stawały się coraz cięższe, bo raz po raz nabierałem w nie piasku. Zrzuciłem więc buty i boso harcowałem wśród dzieci, nie pozbawiając się wcześniej kilku solidnych łyków piwa.

– A zjedziesz, tatusiu, ze zjeżdżalni ?– zapytała córka.

– Jasne, że zjadę. Zobaczysz z jakim pędem twój tatuś pruć potrafi.

Na to wcina się mama Łukaszka:

– Niech pan tego nie robi.

A właśnie, że zrobię, zazdrośnico. A pokażę ci. Bawisz się z dzieckiem, jakbyś była nianią na umowę zlecenie, a nie matką, i to kiepsko wynagradzaną, i z alergią na spontaniczność. Taką zdechłą, jak w krajobrazie kamień. Niby tkwisz w tej zabawie, niby dajesz jej ciało, ale jesteś w niej sztywna jak futro na Eskimosie, który wpadł do przerębla. Zaraz ci pokażę, ty flądro bez ikry, po co dziecku ojciec. Zobaczysz, że tylko tata, i to taki jak ja, potrafi rzucić się w zabawę na całego. Rozpędziłem się, wbiegłem na zjeżdżalnię i

–Jeeeeeeezu – zawyłem, zatrzymany w połowie ślizgawki. Przez metalowy zadzior, który rozdarł mi spodnie i skórę tam, gdzie zwykle nie dochodzi opalenizna. Właśnie tam mnie piekło, szczypało i było ciepło i zarazem mokro, a coraz bardziej czerwono. I bolało jak diabłów co najmniej sto. Ledwo zszedłem ze ślizgawki.

– A nie mówiłam.

Mama Łukasza nadal pozostawała zimna jak wygasły pogrzebacz, ale użyteczna.

– Ranę trzeba zdezynfekować. Proszę ze mną, zejdziemy ludziom z oczu. Musi pan te resztki zdjąć. Mam jodynę, ale uprzedzam,  będzie szczypać. I to mocno.

– Chwileczkę

Musiałem się pokrzepić, wziąć coś na odwagę. Sięgnąłem po otwartą puszkę. Co prawda piwo to nie whisky albo inny równie mocny trunek, ale powinno wystarczyć. Nie ma co wybrzydzać. Pociągnąłem zdrowo i poczułem w ustach coś nieprzyjemnego, coś co się ruszało, a co było dorodne  jak winogrono. Na szczęście nie połknąłem tego. Na szczęście wyplułem. Na nieszczęście niefortunnie, bo sobie w nos od spodu. Szerszenia. Strąciłem go i zatłukłem. Nie na tyle jednak szybko, żeby nie wpuścił mi jadu w czubek nosa. Zapiekło, zaszczypało, zaczęło rosnąć i pulsować.

– Tatusiu, nos ci utył – zauważyła po chwili córka.

– Ano – odpowiedziałem, nieskory do wynurzeń.

–Miał pan ogromne szczęście – powiedziała mama Łukasza – Proszę za mną.

Szczęście, szczęście. Przecież wiem, że gdyby szerszeń z tym swoim żądłem dostał mi się do przełyku, to teraz bym leżał na głodzie powietrza. Ruszał skrzelami i czekał na wycieczkę, którą mi zafundują z Biura Podróży Świętego Piotra. Wiedziałem, ale marna to była pociecha. Bolało mnie z tyłu. Bolało mnie z przodu. Wszędzie mnie bolało. Czułem się jak dziura w serze.

Mama Łukasza poprowadziła mnie w krzewy tarniny, starając się zapewnić odrobinę intymności, gdy będzie dokonywała samarytańskich zabiegów. Ja zacisnąłem zęby, ona działała. Ja stałem, ona klęczała. Na ranę lała mi żywy ogień. Syczałem, nie mając w sobie dość hartu, by przy obcej kobiecie zgrywać bohatera.

Na to wkroczyła sąsiadka Apokalipsa.

– O wiedziałam. O sodoma, o gomora. O…

– O, kurwa!

Podjąłem za nią. Wyobrażając sobie, jak to może wyglądać dla postronnych, kiedy ja stoję, a mama Łukaszka dość intensywnie uwija się przy mnie na klęczkach. A miedzy nami elementarny brak czegokolwiek na mojej zadniej części ciała.

– I dzieci na to patrzą.

Rzeczywiście wzroku nie odwracały.

– Niech pani… – zacząłem.

– No kłam, kłam pan – zasyczała z nienawiścią Apokalipsa – a nos masz coraz większy, ty Pinokio!

– Proszę spojrzeć… – próbowała racjonalnie tłumaczyć mama Łukaszka.

– O nie! – wrzasnęła Apokalipsa – Do swoich brudnych gierek mnie nie wciągajcie. Na szczęście szłam do parku z policją. Za tym przestępcą, za tym perfidnie perfidnym uciekinierem. Tak, tak, to wasz koniec, łatwa panienko i ty, ty, ty Pinokio. POOLIICJAAA!

Nie namyślając się wiele, chwyciłem córkę za rękę i ruszyliśmy w stronę przeciwną do widocznego ruchu mundurowych. Park znałem jak własną kieszeń, więc byłem dobrej myśli. Jedynie strzępy spodenek opóźniały ucieczkę, bo musiałem je trzymać lewą ręką. Z prawej nie wypuszczałem córki.

Mundurowych zaczęło być coraz więcej. Zmusili nas do ucieczki na ulicę.

Uratowała nas pielgrzymka, która – jak co roku w sierpniu – szła do Częstochowy. Dzięki Bogu, pomyślałem. Dzięki, że zesłałeś nam pielgrzymujących braci i siostry.

– Jaki nos, taki kutos – odezwała się kobieta z boku.

– Tak, tak – odpowiedziałem mechanicznie, myśląc że to zwyczajne zaklęcie religijne lub powitanie. Dopiero po chwili zacząłem się wsłuchiwać w coś, co już przebrzmiało, a co jednak pozostało w mojej głowie, jako inne, dziwne, nie na miejscu. Podniosłem wzrok na wysoką kobietę, która się wcześniej do mnie odezwała. Im intensywniej się przyglądałem, tym ona się intensywniej uśmiechała i tym intensywniej jej rysy przestawały być kobiece, a zaczynały mężnieć, brzydnąć i deformować się. I nic to, że tusz, że szminka, że puder i wydłużone rzęsy. Dopiero teraz do mnie dotarło, że to nie jest pielgrzymka religijna, tylko seksualna. I to wszystkich orientacji, odmiennych od mojej.

A ja sobie tak żwawo, z dzieckiem za rękę, maszeruję, afiszując się golizną. No dobra myślę, ale uciekłem, ale wmieszałem się w tłum. Jestem przynajmniej bezpieczny i anonimowy. Niestety nie w erze satelitarnej telewizji. Podbiegła dziennikarka z operatorem. Dostałem włochatym mikrofonem w nos i kamerą miedzy oczy.

– Wyszedł pan na manifę z córką. Czy to jest pana coming out? Czy jest pan za legalizacją małżeństw homoseksualnych i ich prawem do wychowywania dzieci.

Puściłem córkę, skrzyżowałem ramiona, by zasłonić twarz. Ale dziennikarka nie odpuściła. Byłem smacznym kąskiem do relacji i chociaż nie chciałem niczego powiedzieć, to ona stała się moim rzecznikiem:

– Jesteście państwo świadkami wiekopomnej chwili. Do naszego miasta, które do tej pory było konserwatywne, wkroczyła wolność, swoboda i pluralizm. Nie trzeba słów, bo to widać. Ten skromny człowiek i  jego gesty są znaczące. Skrzyżowane ręce na iks, nie na krzyż właśnie, a podkreślam na iks, staną się od dziś symbolem wyzwolenia. Symbolem wyjścia z ukrycia. Ten mały iks, ten chromosom niosący płeć żeńską ma swoje święto, swój, można by tak rzec, pomnik. Ale, ale – proszę spojrzeć ten sam symbol można znaleźć gdzie indziej. O tu proszę, żeby kamera zjechała niżej, na pośladki pana. Tu można zobaczyć rozcięte spodnie, a w rozcięciu, na skórze plaster przyklejony w kształcie litery iks. Jakie to proste, jakie lapidarne, jakie piękne. Nie potrzeba słów. Zobaczycie państwo, od dziś nic już nie będzie takie jak dawniej, nic już nie będzie takie samo. Będziemy zawsze nosić iksy w sercach i na pośladkach.

Otoczyli mnie zadeklarowani. Musieli sobie wyobrażać, że jestem kimś ważnym. No bo z nieważnym telewizja by nie rozmawiała. Otoczyli i uważnie mnie, nie moimi ustami a ustami dziennikarki, słuchali, a po skończonej relacji, zaczęli wiwatować, spontanicznie ciąć sobie spodnie lub spódnice (w zależności od płci i orientacji, choć ja nie bardzo rozróżniałem która jest którym i odwrotnie) na pośladkach. Pojawiły się też plastry, które przyklejano pod rozcięcia, na gołe ciała. A kiedy się wszyscy oblepili iksami, to przylepili się do mnie i chwycili na ręce ponad głowy i ponieśli, wznosząc radosne okrzyki.

– Moja córka – krzyczałem – Gdzie jest moja córka.

Podnieśli i córkę – i ponieśli. Czułem się jak afrykański wódz, tylko nieco mniej fajnie, nieco obco i nie na swoim miejscu. A kamery kręciły i przekazywały relację na żywo.

Wreszcie udało mi się wyzwolić siebie i dziecko. Wybiegliśmy z tłumu. Przeciął nam drogę samochód, którego kolor i markę skądś znałem.

– Tatuś? – westchnąłem z ulgą – Jak to dobrze.

– Już nie tatuś, dla ciebie – powiedział tatuś – Już nawet nie teściu. Zabieram wnuczkę, kanalio.

– Ale, proszę posłuchać…

– Posłuchać to możesz teraz swojej żony. Pewnie ostatni raz przed rozprawą.

Podał mi telefon komórkowy.

– Kochanie, halo – powiedziałem do dziurek w Nokii.

– Kochanie to ty sobie wsadź w dupę, dokładnie pod iksowy plaster.

– Ale…

– Nie dyskutuj, wszystko widziałam w telewizji. A ja głupia myślałam, że zwyczajnie mnie zdradzasz z jakąś lafiryndą. Ta wyuzdana bielizna od Trumpha, którą rano znalazłam w twoim biurku i pierścionek z rubinem… ja bym ci idioto to wszystko wybaczyła, ale ty nie, ty nie poprzestałaś na zwykłej zdradzie, ty musiałeś mi bardziej dopiec, musiałeś z naszego domu zrobić publicznego TOJ TOJA. Coming out chciałeś, tak? To wypierdalaj, skurwysynu. Odbieram ci małą.

– Halo.

Skończyło się halo. Tatuś, a raczej ten obcy, który zajął miejsce po tatusiu, pozbawił mnie córki i komórki. I komu ja teraz mam powiedzieć, że to, co żona znalazła w moim biurku, było prezentem dla niej. Że po raz pierwszy w życiu pamiętałem o naszej rocznicy ślubu. I że czuję się bardzo, bardzo nieszczęśliwy i chce mi się płakać. Ale płakać nie umiem, nie potrafię, nie mogę.

Przynajmniej tak mi się wydawało. Bo minutę później beczałem jak bóbr, smarkałem, kichałem i plułem wokół pieprzem. To Apokalipsa napryskała mi w twarz gazem na psy.

– A masz, a kysz, a masz, a kysz, ty Pinokio.

Już mi to obojętne: a niech mnie gazują, a niech sadzają, a niech wszystkie psy na mnie zawieszą. Mam to w nosie. Tak zwyczajnie w nosie, jak to Pinokio.

Kinga Nojmann: Postanowienie

Postanowienie: nie rozmawiać. Z nikim, ani z tą kretynką, ani z tą drugą, ani z nikim. Po prostu nie mówić. Nie, jednak mówić. Słowa, przecinki, mówić kropki – funkcja fatyczna. Padało wczoraj. A ty wiesz, że już nie ma tych świateł na skrzyżowaniu. Nie no, daj spokój, jak się można tak osłabić. Zgnite pomidory mi wczoraj sprzedali. Zjadłam, zjadłam, a co miała wyrzucić? Kto umarł? Nikt nie umarł. No przecież się uśmiecham. Łupka z pomidora mi weszła między jedynki. Nie, nie to nie dziąsło wystaje, to tą łupką zahaczyłam o drzwi.

Ja się przecież cieszę, ja się kurwa bardzo cieszę. Tort zamówiłam, żyrandole szmatą przetarłam, włączyłam Bajm, żeby się jeszcze przed sobą upokorzyć. Jasne, że spadły mi majtki. Cieszę się, tak strasznie się cieszę twoim szczęściem. I możesz mi codziennie o tym opowiadać. Mam czas, bo nigdzie nie pracuję, więc spokojnie, zupełnie na luzaka, możesz do mnie przychodzić codziennie, objadać mnie ze starych wafli i opowiadać, jak bardzo jesteś nieszczęśliwa i ile łez wylałaś (możesz mi nawet w jakiejś zlewce, czy tam w słoiku te łzy przynieść, żebym popatrzyła, zanurzyła w nich dłoń), bo sucz z trzeciego piętra popatrzyła na ciebie jak gdyby cię nienawidziła. Daj spokój, dlaczego miałaby cię nienawidzić. Jesteś taka fajna. Nie no jasne, że zawsze możesz przyjść się pożalić, mówiłam ci, że ja mam czas. Siedzę tu sobie sama, tzn. teraz sama, bo wszyscy są w pracy. Piętnaście osób nas tu mieszka, to tanio wychodzi. Ja mam jeszcze jakieś ulgi i takie różne, to mnie niecałe jedenaście złotych wychodzi za wszystko. Nie, nie, ja sobie te wafle to kupuję nowe, tylko otwieram paczkę i zostawiam w szafce, czasem owijam w starą ścierkę, żeby to tym wszystkim przeszło, nasiąkło po prostu. Tak jak lubię.

Przychodź, kiedy chcesz. Ja nie wiem jak to jest, więc chociaż od ciebie sobie posłucham. Jak to jest zaharowywać się na śmierć, z językiem na brodzie wozić się windą. Z kolegami z pracy jeść śniadania, obiady i kolację, i pić drinki na rozluźnienie, bo nie wszyscy są tacy odporni na stres jak sobie w cv wpisują.

Kurwa, nie wiem, może ja źle zagrywam w tym swoim kurikulum, może nie potrzebnie piszę prawdę. Że angielski niehalo, że francuski podstawy (przecież ja nie znam francuskiego). Ten ukraiński to sobie już wykreśliłam, bo przecież to masakra jest jakaś. Że zalet w zasadzie żadnych, że no są dwie ręce do roboty, ale lewe, co widać tylko pod pewnym kątem, to znaczy, to się tak od razu nie rzuca w oczy. Dopiero później, po krótkiej rozmowie, też telefonicznej, bo ja dzwonię dryń. Zadzwonimy do pani, ale nie macie numeru, zadzwonimy.

Eliza Kiljanek: Winda

„Około dziesiątej w nocy granatowy jeep wjechał na parking Shady Diner. Na dachu samochodu przywiązane były dwie deski surfingowe. Najpierw wysiadł z niego chłopak. Chwilę się przeciągał, a potem podszedł do drzwi pasażera, aby obudzić dziewczynę. Następnie oboje ruszyli leniwie w kierunku wejścia. Moja druga zmiana dobiegała końca. Marzyłam tylko o tym, aby już znaleźć się w moim gracie, jechać do domu i wziąć gorącą kąpiel. Zamówili dwie czarne kawy, cheeseburgery z frytkami i usiedli przy stoliku. Prawie się do siebie nie odzywali. Wyglądali na dość wykończonych. Pewnie cały dzień spędzili surfując na jednej z pobliskich plaż. Podałam im kawę i zaczęłam rozliczać rachunki. To nie był dobry dzień, nie zarobiłam wiele z napiwków. Około południa zjawił się jakiś typ, co zamówił za pięciu. Nabiegałam się przy nim jak nie wiem, ale on tylko wytarł tłuszcz ze swojego potrójnego podbródka, zapłacił ile wyszło, nacisnął na głowę kapelusz i odjechał swoją ciężarówką. Tak jak już mówiłam, bar zamykaliśmy tuż przed północą. Oprócz mnie i ich dwojga był jeszcze kucharz Gruby Joe i jego dziewczyna, która czekała na niego przy barze, popijając piwo. Tuż po jedenastej usłyszeliśmy warkot parkowanego motocykla a potem do baru wszedł Wiosenna Góra. Zdjął kapelusz, zamówił herbatę z cynamonem i mlekiem i usiadł przy barze. Siedział tak dobre pół godziny i jak zwykle pisał coś w pamiętniku. Swoją drogą, jestem bardzo ciekawa, co on tam tak bazgrolił, nawet wtedy, kiedy rozmawiał ze mną. Zaraz po tym, jak przyniosłam ich zamówienie, on wstał i zapytał, czy może dosiąść się do surferów. Dziewczyna zaskoczona skinęła głową. W całej knajpie pełno było wolnych miejsc…”’

Edward odłożył teczkę, w której miał spisany raport, zdjął okulary i przetarł oczy. Było już dobrze po siódmej rano, a on jeszcze pracował. Wlał w siebie hektolitry czarnej kawy z maszyny, która stała na korytarzu, tuż przy drzwiach gabinetu. Podejrzewał, że cała sprawa za kilka godzin rozniesie się i chciał mieć przygotowane jakieś logiczne wytłumaczenie, na to, co stało się na plaży. W przeciwnym razie, większość mieszkańców miasteczka zacznie podważać jego kompetencje, a dla reszty, był tego pewien, stanie się przedmiotem drwin i docinków. Zostanie zapamiętany jako szeryf, którego przerosło zadanie. Szeryf nieumiejący rozwiązać zagadki dwójki surferów i Indianina. Tak go ocenią. Snując te niewesołe rozważania, Edward rozsiadł się w swoim fotelu, zakładając ręce za głowę. Nie wiele udało mu się przez te kilka godzin rozszyfrować, mimo, że na jego biurku przepychały się skrupulatnie sporządzone raporty. Nagle zgłodniał i postanowił udać się na stację benzynową, żeby coś zjeść. Wsiadł do błękitnego Buicka, włączył radio i słuchając jakiejś rzewnej piosenki country, pokołysał się wzdłuż wschodzącego słońca w poszukiwaniu bajgla ze smażonym jajkiem i bekonem.

 - Jestem wykończony, ale było warto. Dawno nie miałem takiej frajdy. Kilka ostatnich zaliczonych fal tuż po zachodzie słońca przypomniało mi o naszym wypadzie na Północny Brzeg poprzedniego lata – powiedział Kai, przeczesując dłonią swoje kędzierzawe loki i z powrotem kładąc ją na kierownicy. – Dostaliśmy wtedy niezły wycisk, pamiętasz? Głupi Dana zaliczył głową rafę i nie mógł startować w zawodach. Mnie poszło całkiem nieźle, piąte miejsce w klasyfikacji…- zamyślił się, zamilkł, ale zaraz otrząsnął i spytał:

- Hej, Nina, chcesz zmienić płyty? Nie śpij mi teraz, dziewczyno, muszę z kimś gadać, bo zaraz sam tutaj padnę. – Nina ocknęła się i zaczęła grzebać w schowku.

- Może być Broken Social Scene? Czy wolisz Bena Harpera? Mów od razu, bo za chwilę znów będę musiała zmieniać.

- Puść, co chcesz – powiedział Kai i kątem oka spojrzał na Ninę. – Wszystko w porządku?

- Nie wiem. Utknęłam – powiedziała i wyciągnęła ustami papierosa z pogniecionej paczki Cameli.

- Jak to utknęłaś? Jeśli chodzi ci o ten wyjazd, to…

- Nie, nie o wyjazd. Wiesz, ja od jakiegoś czasu czuję się jakbym utknęła w windzie, która zatrzymała się pomiędzy piętrami i nie mogę się z niej wydostać ani zjechać w dół, ani jechać w górę, i nie mogę ruszyć się w żadnym kierunku. Naciskam wszystkie guziki, wołam o pomoc, uderzam w drzwi, ale nikt się nie zjawia. Zmęczona oczekiwaniem osuwam się na podłogę i nasłuchując kroków, zasypiam. A kiedy trochę odpocznę, znów zaczynam szukać wyjścia z tej cholernej windy. Guziki są już prawie wciśnięte na stałe, a drzwi wgniecione od uderzeń moich pięści. Ja muszę się z niej wydostać, rozumiesz? – głos miała naprawdę zmęczony. – To trwa już za długo. Myślisz, że mi się uda, zanim oszaleję? -  spytała nagle, wpatrując się w profil Kaia.

- Myślę, że tak – odparł Kai z ożywieniem. – Musisz tylko zdecydować, w którym kierunku ta winda ma jechać. Wtedy zjawi się ktoś, kto ją odblokuje i cię uwolni. Może nawet ten pan, w spodniach na szelki i mnóstwem francuskich kluczy, okaże się całkiem fajnym facetem – próbował żartować, ale Nina nawet się nie uśmiechnęła. W samochodzie zrobiło się cicho. Kai położył dłoń na kolanie Niny. A ona ostatnim pociągnięciem dokończyła papierosa, wychyliła głowę przez otwartą szybę i wyrzuciła niedopałek przez okno, przez chwilę patrząc za nim, jak upadał na rozpuszczony asfalt. Jeszcze iskrzący papieros odbił się lekko od ziemi i potoczył w ciemność, znikając. Pozostał za nią, w skrawku teraźniejszości, która z prędkością stu dziesięciu kilometrów na godzinę, stawała się już tylko przeszłością.

 - Napiłabym się kawy i zjadła coś – powiedziała po chwili. – Możemy się tu gdzieś zatrzymać?

Mały wycinek teraz przewijał się to w przód to w tył niczym zepsuta taśma na szpulowym magnetofonie, a Nina i Kai płynęli przez rozgrzaną noc o kolorze indygo, dramatycznie rozdzierając ją na lewą i prawą cześć. Indiański łapacz snów zawieszony na lusterku pomiędzy nimi kołysał się w rytmie szamańskiego bębna, którego dźwięk dobiegał z jakiejś odległej, prawdopodobnie trzeciej strony świata, w której nie ma ani kawy, ani cheeseburgerów, ani surfingu.

Kiedy Edward wszedł do baru na stacji benzynowej w Kingrose, był pewien, że jej właściciel Rob, oraz wszyscy, którzy będą tam właśnie przebywać, porzucą swoje kanapki ze smażonym jajkiem i przybiegną do niego, zasypując go pytaniami. Myślał, że każdy z nich będzie podtykał mu pod nos pierwszą stronę lokalnej gazety i kręcił niedowierzająco głową. Bardzo się tego obawiał i całą drogę starał się przygotować odpowiedzi na niewygodne pytania, które mogłyby paść, kiedy on stałby dumnie oparty o barową ladę i miedzy kęsem bajgla a łykiem kawy, udzielał najbardziej niekonkretnych wyjaśnień. Jako szeryf wiedział, że wszystko skupi się na nim, że na pewno przyjedzie telewizja i prasa. Do baru przy stacji wszedł jednak niezauważony i niedowierzając wziął do ręki lokalną gazetę, w której nie znalazł nic na temat dwójki surferów i poszukiwanego Indiana. Stary Rob, właściciel baru nawet nie oderwał wzroku od książki, którą czytał. Obecna tam przypadkowa starsza kobieta fuknęła tylko, gdy ten potrącił jej laskę, przepychając się przez półki ze zdrową żywnością do dzbanka z kawą.

 

„Więc tak jak już mówiłam, Wiosenna Góra przysiadł się do nich, co było dość zaskakujące. Podałam cheeseburgery i jeszcze może dwa razy podeszłam do nich by dolać im kawy. Chłopak i dziewczyna prawie ze sobą nie rozmawiali, a Wiosenne Góra palił papierosa i pił herbatę. Później widziałam, jak rozmawiał z dziewczyną i coś zapisywał, potem wyszłam na zaplecze rozliczyć kasę. Kiedy wróciłam, zobaczyłam już tylko dziewczynę Joe’go, która sprzątała ich stolik. Była już prawie pierwsza, jak ledwo żywa przytelepałam się do chałupy, wzięłam kąpiel i szybko zasnęłam. I kiedy już mi się coś śniło, zadzwonił pan. No to jestem, razem z tą przedziwną przesyłką, którą znalazłam na wycieraczce. Czy nie uważa pan, że czas ją otworzyć?”

Kai i Nina weszli do baru i zajęli stolik pod oknem. Nina wyciągnęła paczkę papierosów z tylnej kieszeni jeansów, zapaliła jednego i zaczęła przyglądać się Indianinowi, który siedział przy barze i cały czas pisał coś w swoim notatniku. A może raczej wyglądało to tak, jakby to notes wpisywał się w niego. Indianin przez dłuższą chwilę w ogóle się nie poruszał, podniósł głowę dopiero, kiedy wypił już połowę swojej herbaty. Wtedy odwrócił się i przez moment przyglądał Ninie, pochylającej się nad menu. Indianin krótko, lecz intensywnie wpatrzył się w jej zaczytany profil, co wyglądało trochę, jakby chciał spojrzeć gdzieś przez nią, po czym z powrotem zabrał się do pisania w notesie.

Kiedy kelnerka przyniosła ich zamówienie i właśnie zabierali się do zjedzenia swoich cheeseburgerów, przy ich stoliku zjawił się Indianin i zapytał, czy może się (do nich) dosiąść.

-  Widzę, że nie jesteście stąd – Wiosenna Góra zwrócił się do Kaia, zapalając papierosa. – Widzę też, że jesteście surferami. Ciekawe, nigdy tego nie próbowałem – powiedział, opierając oba łokcie na stoliku.

- Zgadza się, jesteśmy – odezwał się Kai, wsypując cukier do kawy.

- I jak to jest, oko w oko z ogromną falą? – Wiosenna Góra zwrócił się z tym pytaniem do Niny. Patrzyła na nią para ciemnych, tajemniczych oczu, a cała reszta do nich przyklejona, też była fascynująca. Indianin podniósł dłoń, aby odgarnąć opadający na czoło ciemny kosmyk włosów i założył go za lewe ucho. Nina właśnie wtedy je dostrzegła i w tym momencie zdała sobie sprawę, czego od tak dawna szukała. Tej jednej, jedynej pary idealnych uszu, której mogłaby siebie opowiedzieć, której mogłaby oddać to, co już do niej od dawna należało i tak naprawdę nigdy nie było jej. Pary pięknych, kształtnych uszu, do których, gdyby tylko mogła, wlałaby te plątaninę niezrozumiałych dla niej myśli i pobałaganionych, zaszyfrowanych uczuć, które postanowiły chwilowo w niej zamieszkać.

Indianin milczał przez chwilę, oczekując odpowiedzi Niny. Tymczasem ona wpatrywała się w coś, czego nie było, a co bardzo chciałaby zobaczyć. Obracała w palcach zapalniczkę.

- Widzisz – zaczął Indianin, jednocześnie coś zapisując. – To nie jest tak, że ja chcę, abyś ty mi powiedziała, ale to się musi stać. A jeśli coś musi się stać, to niech się stanie. Wybrałaś mnie, a może raczej to ja ciebie, bo mam parę dobrych uszu. Ale nie jesteś jedyna. Jesteś może tysięczna, albo nawet milionowa. Każdy, kto wchodzi do tego baru, jest zagubiony, nie wie, co ma ze sobą zrobić, nie może sobie znaleźć miejsca. Niezdarnie rozgląda się, a za chwilę już siedzimy razem przy stoliku, a ja słucham jego historii. Palimy, pijemy, czasem jemy, a ja tylko słucham. Czasem są to historie dość ciekawe, mięsiste i nadziewane, czasem są nudne i płynne, a te najgorsze są przezroczyste, z kiepskimi zakończeniami, lub bez. Niektóre pamiętam latami, inne pragnę zapomnieć, ale wszystkie starannie spisuję, jedna po drugiej, cytując dokładnie, jeśli czegoś nie zrozumiałem lub nie usłyszałem. Z żadnej historii nie uroniłem ani jednego słowa. Te najważniejsze podkreślam albo piszę wytłuszczonym drukiem. Wszystkie historie dzielę ze względu na temat, kraj pochodzenia i język, w jakim zostały opowiedziane. To pozwala mi je klasyfikować. Na koniec, na marginesie zawsze zamieszczam kilka informacji o tym, od kogo usłyszałem historię, na przykład kolor oczu, jakieś specyficzne dla niej odruchy, gesty. Notuję, czy dużo pali, co wypiła podczas spotkania i jakie miała na sobie buty – buty i czapki definiują człowieka, wiesz o tym? Kiedy tu wszedłem dziś i zobaczyłem was, pomyślałem, że nadszedł dzień mojego wyzwolenia, że może wreszcie zjawił się ktoś, komu mógłbym opowiedzieć to, co noszę w sobie już od dawna i coś, czego nie powinienem mówić. Coś, co musi ulec dekompozycji, ekstrakcji, coś, co i tak będzie boleć. Ale jak już powiedziałem, jeśli coś musi się zdarzyć, to niech się zdarzy. Bo jeśli się nie zdarzy, to zdarzy się coś innego. Ja mówię teraz do ciebie i nawet nie wiem, czy ty udajesz, że słuchasz. Czy ty jeszcze w ogóle coś udajesz? Jesteś bezwzględna i okrutna. Myślisz tylko o sobie i o tej swojej historii, która nie różni się niczym od żadnej innej, którą już słyszałem. Zrozum to wreszcie.

Indianin przestał mówić i pisać, zamknął notes i zwrócił się do nich: – Jedźcie za mną, pokażę wam coś.

Zebrali swoje rzeczy, zostawili pieniądze na stoliku i wyszli. Indianin wsiadł na swój motocykl i pokazał, aby jechać za nim.

Plaża, do której dotarli po jakichś dwudziestu minutach nie wyglądała inaczej niż każda inna plaża, na której Nina i Kai surfowali. Oboje widzieli już wiele takich miejsc. Tej nocy był przypływ, ocean ryczał, księżyc ukrył twarz w chmurnym dymie, a Nina, Kai i Indianin rozpalili ogień z gałęzi, które uzbierali na wydmach.

– Musicie mnie teraz uważnie posłuchać – powiedział Indianin. Być może po tym, co zaraz się stanie, nigdy już nie będziecie tym, czym jesteście teraz. Musicie mieć tego świadomość. Za chwilę dotknę najgłębszych warstw waszej zesztywniałej, pierwotnej konstrukcji i wyrwę wszystkie zgniłe komórki przeszłości, która nieraz was zawiodła. Dotrę do przepalonych systemów przykrych skutków i zwodniczych konsekwencji i wymienię je wszystkie na nowe, komórka po komórce, warstwa po warstwie – powiedział, po czym odwiązał od motoru swój tam-tam, przyniósł go i usiadł. Wyjął z kieszeni skórzanej kurtki flaszeczkę whiskey, poczęstował Ninę, potem Kaia, a na końcu sam wziął duży łyk, po czym zaczął wybijać na nim transowy rytm. Wszyscy w ciszy patrzyli na ogień, a Nina czuła, jak staje się coraz bardziej i bardziej lekka, rozdziela się na warstwy jak ciasto bakławy, a potem na drobne kawałeczki, aż w końcu poczuła, że sama ze sobą nie tworzy już żadnej całości.

 

Tuż przed piątą rano tego samego dnia, niejaki pan Yun, rybak z pobliskiej wioski zgłosił przedziwne odkrycie pod numerem 112. Na wskazaną przez niego plażę natychmiast przybył szeryf Edward, a wraz z nim jeszcze jeden patrol policji, który po stwierdzeniu, że nie ma żadnych ofiar, odjechał. Zaraz potem wezwano kelnerkę i kucharza Grubego Joe z Shady Diner, bo ktoś widział motocykl Indianina i jeepa surferów pod ich barem jeszcze kilka godzin temu, a teraz oba pojazdy stały porzucone na parkingu dla plażowiczów. To, co wszyscy zastali na miejscu, przeszło ich najśmielsze oczekiwania. Ognisko nadal płonęło, mimo, że nad ranem zaczęło padać, a wokół niego, ponad ziemią, na całej szerokości plaży unosiły się w powietrzu miliony drobnych kawałeczków czegoś, co zdaniem wezwanego lekarza było niczym innym jak ludzkim naskórkiem różnych rozmiarów i kolorów: niebieskim, różowym, żółtym, czarnym, brązowym, pomarańczowym i jeszcze innymi. Szeryf, kelnerka, kucharz i rybak stali nieruchomo w tym deszczu komórek i drobin, niczego nie rozumiejąc. Kolorowe płatki kręciły się wokół własnej osi jak sylwestrowe confetti i upadały miękko na piasek i na powierzchnię oceanu, by zaraz zniknąć.

Kelnerka przyniosła paczkę, którą znalazła rano pod drzwiami. Podejrzewała, że może mieć ona coś wspólnego ze sprawą, więc wzięła ją ze sobą i postanowiła otworzyć w obecności szeryfa. Z dużej, miękkiej koperty wyjęła kilka zapisanych grubych notesów, kilka długopisów i jeszcze coś. W mniejszej kopercie znalazła coś miękkiego, małego, owiniętego kilka razy plastykową folią. Wszyscy wstrzymali oddech, kiedy zobaczyli jak kelnerka wyjmuje z niej parę ludzkich, idealnie kształtnych uszu. Drżącym głosem odczytała kartkę dołączoną do przesyłki: Mówią, że istnieją historie, które powinny zostać nieopowiedziane. A ja wam mówię, że każda jedna historia musi zostać opowiedziana, aby zrobić miejsce nowej, każda historia musi zostać spisana, by starczyło atramentu dla kolejnej, a każda pusta stronica musi zostać zapełniona tak, aby nigdy nie zabrakło papieru.

Marcin Królik: Sikoreczka

Po zapaści prababka Leokadia już trzeci miesiąc nie wstawała z łóżka. Wszyscy w kółko powtarzali, że niknie w oczach, ale jakoś wciąż nie może umrzeć. Wyglądała okropnie – wychudzona, z pożółkłą skórą zwisającą z ciała zwiędłymi płatami, zapadniętymi policzkami, sinymi palcami i tym dudniącym, studziennym głosem wydobywającym się z krtani, kiedy coś mówiła. Na szczęście przez większość czasu jej świadomość dryfowała gdzieś pomiędzy jawą i oleistym półsnem, coraz częściej – nawet, kiedy z najwyższym trudem otwierała powieki – zdarzało się jej nie poznawać otaczającej łóżko rodziny.

Pewnego mroźnego, styczniowego popołudnia przyszliśmy jak zwykle ją odwiedzić. Leżała w rozłożystym, staroświeckim łożu z rzeźbionymi zagłówkami, które nabierało jeszcze większej toporności w pokoiku pełnym tacek z piramidami lekarstw. Dziadek staruszek czuwał przy umierającej dzień i noc. Był skonany, wyglądał jak strzęp dawnego siebie – tego, który uczył mnie grać w tysiąca i toczył zajadłe dysputy polityczne ze swoim synem podczas oglądania Dziennika. Nikomu się nie zwierzał ze swoich zgryzot, ale miał nadzieję, że męka jego żony wreszcie się skończy. 

– Od wczoraj wieczora się nie przebudziła – oznajmił, kiedy stłoczyliśmy się w dusznym pokoiku.

Mama pochyliła się nad nieobecną twarzą prababki.

– To już będzie koniec – stwierdziła tonem znawczyni meandrów życia.

– Pewnie tak – westchnęła ciężko babcia.

– Dobrze, że przyjęła wiatek – dorzuciła ciocia, która kilka dni wcześniej zatroszczyła się o zbawienie duszy przyszłej nieboszczki.

Siedliśmy na krzesłach, wpatrując się w nią z wyczekiwaniem. W sino-miedzianym poblasku zapadającego zmroku jej stara, wyschnięta na wiór twarz przypominała skórkę zleżałej cytryny.  Odnosiło się nieprzyjemne wrażenie, że puchata pierzyna i ogromna poduszka w haftowanej poszwie wysysają z niej to coś, czymkolwiek jest wypełniony człowiek. Nie mam tu na myśli wyłącznie krwi czy wnętrzności, ani nawet duszy, tylko jakąś pierwotną energię, siłę witalną, emanującą ze wszystkiego, co żyje. Prababka dosłownie malała z każdą sekundą, wydawało się, że już niedługo nie będziemy mogli jej zobaczyć, że zapadnie się w pościel jak Calineczka w kielich kwiatu. Ale jednak ona wciąż była z nami. Wciąż uparcie i kurczowo zaciskała palce na rąbku istnienia, jakby panicznie bała się utonąć w odmętach wiecznej pustki.

Nagle jej zwiotczałe, sklejone ropą powieki rozchyliły się, a mętne oczy zaczęły intensywnie błądzić po suficie jakby usilnie czegoś tam szukała.

– Idzie od nóg – wyjęczała ledwie zrozumiale.

Dziadek staruszek zbliżył się do wezgłowia łóżka.

– Co idzie? – bąknął zmęczonym głosem.

– Śmierć – powiedziała prababka Leokadia jakby to było najoczywistszą rzeczą na świecie.

– Dlaczego ona tak patrzy w sufit? – dziwił się wujek.

– Kostucha ją zwodzi – mruknął ponuro dziadek staruszek. – Pewnikiem wypisuje pacierze, żeby ją zająć.

Byliśmy pewni że tym razem już musi nastąpić koniec. Jej umieranie trwało jeszcze pół godziny, w czasie której prababka Leokadia wybąkała kilka niezrozumiałych słów jakby wykłócała się z kimś dla nas niewidzialnym. Wreszcie ze świstem wciągnęła powietrze i wydała długi wydech – ostatni wysiłek, na jaki zdobyły się jej zmęczone, stare, sfatygowane płuca. Potem znieruchomiała jak wyłączona zabawka. Mama bez słowa wstała ze swojego krzesła i zamknęła jej oczy. W pokoju zapadła cisza i bezruch. Spoglądaliśmy po sobie, pytając milcząco, co należy teraz zrobić. 

Nagle wujek przechylił głowę, nastawiając uszu.

– Co tak stuka? – zapytał podejrzliwie.

 – Nic nie słyszę – wyraziła powątpiewanie babcia.

 – Coś jakby tykanie zegara – upierał się przy swoim wujek.

Wstrzymaliśmy oddech i natężyliśmy słuch. Rzeczywiście, po kilku napiętych jak postronki sekundach wyłowiliśmy słabe, stłumione, ale miarowe uderzenia dobiegające od strony łóżka. Mama zerwała się i przycisnęła ucho do zapadniętej piersi nieboszczki.

– Serce jej bije – oznajmiła ze zdziwieniem. – Chryste, jak wali! – dodała, ponownie przyłożywszy ucho do klatki piersiowej zmarłej.

– No to może wcale nie umarła, tylko zemdlała – poddał dziadek Karol.

– Zaraz się sprawdzi – westchnął dziadek staruszek.

 Wyszedł do kuchni, a po chwili wrócił z małym lusterkiem, którego używał do golenia. Przystawił je do znieruchomiałych, martwych warg i czekał na pojawienie się mgiełki oddechu, ale okrągła tafla pozostała nieskalana.

 – Nie żyje – powiedział z naciskiem.  Głos jednak miał zdarty i bełkotliwy.

 – To co teraz robimy? – zaczął się zastanawiać wujek.

 Po krótkiej naradzie dorośli zdecydowali, że należy wezwać księdza. Niech sam rozezna się w sytuacji i powie, co dalej robić. Mama zatelefonowała na plebanię. Proboszcz, który odebrał telefon, obiecał, że będzie za dziesięć minut. Tak więc zostało nam tylko czekanie, chociaż czuliśmy się nieswojo w towarzystwie zwłok – tym bardziej, że wciąż kołatało się w nich bijące serce.

 Proboszcz zjawił się punktualnie. Dół jego sutanny przykrywającej buty był oblepiony śniegiem, który topniał zostawiając na dywanie brzydkie mokre ślady. Miał na sobie czarną kurtkę pachnącą mrozem, a na jego głowie tkwiła księżowska czapka ze śmieszną antenką. Był wysokim, otyłym mężczyzną o czerwonej, błyszczącej, nalanej twarzy. Wujek powiedział kiedyś, że ma taką gębę od wódy, którą bez ogródek chla na bazarze z ruskimi kurwami. Proboszcz wtoczył się do pokoju. Kołyszącym krokiem zbliżył się do łóżka, pochylił nad zmarłą, posłuchał, cmoknął i podsumował:

 – Dopóki serce bije, nie da rady pochować.  Musicie czekać aż się zatrzyma.

 – Ale jak to? – obruszyła się babcia. – Mamy ją tu trzymać Bóg raczy wiedzieć jak długo?

 – Nic nie poradzę – wzruszył bezradnie ramionami proboszcz. – Przygotujcie ją do pochówku.  Umyjcie, ubierzcie, zamówcie trumnę…

– Ale czemu to serce nie chce się zatrzymać, dobrodzieju? – zapytał dziadek staruszek.

– Bo ja wiem? – proboszcz skwitował pytanie zakłopotanym uśmiechem. – Może duszyczka ma jaki niepokój.  Zmówcie modlitwę.  Pomóżcie jej w ostatniej drodze.

Wstaliśmy, a on odmówił krótką modlitwę za wieczysty spokój zmarłych. Mimo to serce w piersi nieboszczki nadal biło żwawo jak nakręcone. Tylko stygnięcie, sztywnienie członków i uciekanie resztki koloru z twarzy świadczyły, że prababka Leokadia naprawdę nie żyje. Proboszcz, widząc, że już nic więcej nie wskóra, pożegnał się.

Nad ranem, kiedy ustąpiło stężenie pośmiertne, mama, ciocia i babcia rozebrały nieboszczkę, dokładnie wymyły gąbką i przebrały w czarną powłóczystą suknię, którą prababka przed kilku laty kupiła sobie specjalnie do grobu. Potem poszły do zakładu pogrzebowego obstalować trumnę. Dwóch pracowników przywiozło ją godzinę później i ustawiło pod jednym z okien. Była to prosta, sosnowa trumna z koronkowym wyścieleniem, na którym mężczyźni delikatnie złożyli zwłoki. Wieko z metalowym krucyfiksem oparli o drzwi, gdzie miało czekać aż będzie można przykryć nim zmarłą. Po ich odjeździe, babcia zwinęła pościel w zgrabny tobołek i wyniosła do spalenia. Kiedy wróciła, zaczęło się czuwanie.

W rogach trumny zapalono cztery wysokie, masywne gromnice, a wszędzie wkoło spoczęły wiązanki przepasane szarfami, które utworzyły górskie pasmo pachnące tak obłędnie, że brało na torsje. Zaczęli schodzić się ubrani na ciemno ludzie z różańcami dyndającymi na przegubach i książeczkami do nabożeństwa obciągniętymi w czarną skórę z wytłoczonymi złotymi literami. Nieprzerwanie, dzień i noc zanosili żałobne śpiewy i mamrotali pacierze zgodnym mrukliwym chórem. Powietrze w pokoju zrobiło się gęste od dymu, gorącego zapachu topniejącej stearyny i narkotycznej woni kwiatów, których ciągle przybywało, aż w końcu trumna prawie całkiem się w nich pogrążyła. Skwierczały dopalające się knoty, wosk długimi zaciekami spływał do niecek lichtarzy, a żałobnicy trwali nieporuszeni na swoich stanowiskach. Dwa razy dziennie pokój trzeba było wietrzyć, żeby spowolnić psucie się zwłok. Po trzech dniach sfatygowane gardła żałobników, które dotąd wydawały się niezniszczalne, zaczęły chrypieć. Wszystko psu na budę – serce zamknięte w martwym ciele biło równo jak metronom i najwyraźniej nie miało zamiaru się uspokoić.

Niektórzy ze stłoczonych wokół trumny żałobników przebąkiwali, że najpewniej coś przeszkadza nieboszczce przejść na drugą stronę i dlatego serce tłucze się jak oszalałe. Przydusili więc pedał modlitwy, żeby poszerzyć mistyczną bramkę do światłości i ugłaskać znarowionego ducha. Co jakiś czas ktoś podnosił się i sprawdzał, czy w piersi zmarłej wreszcie zapanowała cisza. Serce jednak biło nadal, a goście żałobni zaczynali się niecierpliwić. Wreszcie ktoś – pewnie bardziej oczytany od reszty – poddał pomysł, że stara babka być może wcale nie umarła, tylko zapadła w głęboki letarg przypominający w objawach śmierć. 

 – Takie rzeczy się zdarzają – skwitował tonem człowieka obytego w świecie, który sporo już widział. – Takie objawy, paraliż systemu nerwowego i mięśni, może powodować ugryzienie niektórych tropikalnych owadów.

Pozostali sceptycznie pokręcili głowami.

 – Przecież próba z lusterkiem jest nieomylna – powiedział dziadek staruszek.

–A zresztą gdzie pan tu znajdzie tropikalne owady? – dorzuciła tęga kobieta, wywołując krótki śmiech zgromadzonych.

 Ale znawca meandrów natury – starszy człowiek w eleganckim, trzyrzędowym jedwabnym garniturze i profesorskich okularach – upierał się przy swoim.

 –Są takie rodzaje letargów – tłumaczył niezłomnie – przy których brak oddechu bywa mylący.

 Nutka tajemniczości w jego głosie roznieciła uwagę żałobników, ich oczy rozbłysły ciekawością. Ale starzec nie kwapił się do dalszego rozwijania tego wątku. Oznajmił tylko, że kiedyś praktykował jako lekarz i mógłby zrobić dokładne oględziny. Dziadek staruszek wzruszył ramionami dając w ten sposób do zrozumienia, że się zgadza. Chciał wreszcie położyć na trumnie nagrobną płytę i odpocząć. 

 Elegancki starzec odłożył swój modlitewnik, zbliżył się do trumny i pochylił nad nieruchomą, woskową twarzą nieboszczki. Długo ją studiował, po czym leciutko odchylił kołnierz jej czarnej sukni i patrzył w zadumie na pomarszczoną szyję. Po chwili wyprostował się.

 –Wyprowadźcie stąd chłopca – polecił, wskazując na mnie.

  Mama bez słowa wzięła mnie za rękę i wyprowadziła z mieszkania. Nie miałem nic przeciwko temu. Ciekawość wprawdzie zżerała mnie do cna, ale przeważył lęk przed niepojętością wszystkiego, co dotąd się działo i tego, co zamierzał zrobić stary lekarz. Nie wiedzieć było mimo wszystko wygodniej, bezpieczniej.

Kiedy znalazłem się w naszym mieszkaniu na Błoniach – z dala od klaustrofobiczności pokoju z trumną – odetchnąłem. Cieszyłem się, że już nie muszę tam tkwić. Byłem gotów uznać ostatnie dni za długi, zły sen, z którego właśnie się przebudziłem. Zgłodniałem, więc poprosiłem mamę o kubek herbaty i kanapki z szynką. Usiadłem przy kuchennym stole, a mama zakrzątnęła się przy kolacji. 

Zapatrzyłem się w okno, za którym dogorywał zimowy dzień, kładąc na zbitej skorupie śniegu rozmyte płaty bladożółtego światła i wydobywając głębokie półcienie w znaczących ją śladach wielu stóp. Moją uwagę przykuła żółtobrzucha sikorka, która przycupnęła na brzeżku parapetu.

 

Kiedy ścinały siarczyste mrozy, babcia wysypywała do ciągnącego się wzdłuż parapetu ryniennego koryta okruszki chleba, żeby zziębnięte ptaki mogły się pożywić. Sikorka, nastroszywszy piórka, jakby chciała odstraszyć skrzydlatą konkurencję, zaczęła wychwytywać co obfitsze kąski. Połykała je łapczywie, kłapiąc dziobkiem i przekrzywiając łepek. Jej ruchy były gwałtowne i nerwowe – jak na starym, niemym filmie. Nie mogłem oderwać od niej wzroku. Zastanawiałem się, czy ona wie, że ją obserwuję, ale była tak zajęta jedzeniem, że nie przerwałaby nawet, gdyby wyczuła na grzbiecie natarczywe mrowienie mojego spojrzenia. Ale niespodziewanie zwróciła swoje małe, paciorkowate oczki na mnie i nasze spojrzenia spotkały się przez szybę. Sfrunęła z parapetu tak pospiesznie, że nie zdążyłem zarejestrować ruchu skrzydeł. Zatoczyła szeroki łuk i wylądowała na śniegu przy jednej z ogołoconych topól. Na tle gasnącej bieli wyglądała jak maleńki, neurotyczny kleks. 

Poderwałem się z taboretu.

–Muszę na chwilę wyjść! – rzuciłem do mamy już z przedpokoju.

 –Ale twoje kanapki! – odkrzyknęła.

  –Zjem, jak wrócę.

  –Herbata ci wystygnie!

  –Nie wystygnie!  Będę z powrotem za parę minut.

 Podskakując na jednej nodze wzułem kozaki, naciągnąłem kurtkę i wybiegłem z mieszkania.

 –Co za szalone dziecko – zdążyłem jeszcze dosłyszeć westchnienie mamy.

  Na dworze lodowaty podmuch na ułamek sekundy zatkał mi dech i chłosnął policzki, ale nie przejmowałem się. Nie mogłem podejść za blisko, żeby nie spłoszyć sikorki, więc zatrzymałem się przy drzwiach klatki schodowej. Wytężyłem wzrok. Ptaszyna orała niezłomnym dzióbkiem w twardych, zbitych zwałach, w nadziei, że wygrzebie coś zdatnego do posilenia się. Było mi przykro, że przeze mnie musiała zostawić ucztę, którą przyszykowała babcia. Nie sądziłem jednak, żeby dała się namówić na powrót. Odleci, kiedy tylko wyczuje, że jestem blisko.

 Uderzył mnie kontrast pomiędzy uporem sikorki w walce o każdy skrawek życia a obojętną martwotą pejzażu zniewolonego przez zimę, która – z biegiem lat nabieram w tej materii coraz większej pewności – jest nie tak znowu daleką krewniaczką śmierci. Pomyślałem o bocianach, które odleciały do ciepłych krajów. Szkoda, że sikorki i wróble są za słabe na taką zamorską podróż. Nagle szkliste powietrze przeszyło złowrogie krakanie wron – tych nieodrodnych, czarnych dzieci zimy, które dopiero pod jej skrzydłami stają się odważne. Chwilę później pięć tłustych wron ukazało się w plątaninie łysych konarów, a następnie z wojennym okrzykiem spikowało w dół i otoczyło zesztywniałą ze strachu sikorkę, która najwyraźniej zapomniała, jak się lata. Ponure ptaszyska zacieśniały krąg, podczłapując do niej na swoich niezgrabnych, płetwopodobnych łapach. Ich zakrzywione dzioby wyglądające jak zrobione z czarnej tektury marzyły tylko o zakłuciu sikorki, a potem o rozdarciu padliny na strzępy – w końcu panował martwy sezon, a wrony też musiały coś jeść.

Nie mogłem do tego dopuścić.

 –Zostawcie ją w spokoju! – wrzasnąłem rozkazująco.

 Podbiegłem do nich, wymachując rękami. Oprawcy zawahali się, łypnęli na mnie smolistymi ślepiami, ale nie odlecieli. Zasłonili swoją zdobycz bojowym szpalerem i zakrakali ostrzegawczo. Jednak ja też nie miałem zamiaru ustąpić. Schyliłem się, zgarnąłem gołą ręką pokaźną grudę śniegu, uformowałem niezgułowatą pigułę i cisnąłem w ich stronę, wywracając dwa ptaki. Pozostałe poderwały się i zaszarżowały na mnie. Cofnąłem się spłoszony. Jeden z nich niebezpiecznie zbliżył się do mojej twarzy. Trzepnąłem ręką na oślep. Pięść trafiła go w podbrzusze. Pacnął w śnieg jak rażony pociskiem. Pozostałe wrony dały za wygraną. Odleciały i zaszyły się w koronie topoli. Oddychałem ciężko, a po moim czole – mimo zimna – spływał gorący pot.

Znów zobaczyłem sikorkę. Przekrzywiła filuternie swój żwawy łepek, obrzuciła mnie migawkowym spojrzeniem (zupełnie jakby na swój ptasi sposób chciała mi podziękować) i wzbiła się w gęstniejący zmierzch. Stałem jeszcze jakiś czas, czekając, aż uspokoi się moje rozgalopowane serce. Potem wróciłem do domu i zjadłem kanapki.

–Nie biegaj spocony po mrozie, bo dostaniesz zapalenia płuc – przestrzegła mnie mama.

 – Już nie będę – zapewniłem ją. – Musiałem tylko załatwić jedną sprawę.

 –Nawet nie chcę wiedzieć. No, pij szybciej tę herbatę, wracamy do dziadka.

Wprowadziła mnie do pokoju zapełnionego żałobnikami. Stojąca pod oknem trumna była zamknięta, a czuwający przy niej ludzie odmawiali różaniec. Tajemniczy starzec w garniturze zniknął. Zacząłem się rozglądać, szukać śladów, dowodów, że odbył się tu jakiś magiczny obrzęd, ale – poza zniknięciem człowieka w garniturze – dostrzegłem tylko brak jednego z krzeseł. Nie było w tym nic dziwnego – przecież po wyjściu gościa powinno się zabrać krzesło, na którym siedział, żeby zrobić miejsce. 

–Ech, szkoda tej Lodzi – wzdychała tęga kobieta z kokiem. – Tak się na starość posypała.

–Co zrobić – uśmiechnął się smętnie jakiś orlonosy mężczyzna – wszystkich nas kiedyś ziemia nakryje.

 –Ba – kobieta ściszyła głos, żeby nie przeszkadzać innym w modlitwie – ale jakby ją pan znał za młodych lat, to by się pan zdziwił.  Panie, ile w niej życia było, ile chęci, żwawości.  Jeszcze po czterdziestce niejedną dzierlatkę by zagięła.

–Naprawdę?  No, to faktycznie musiała być z niej nie lada ptaszyna.

 – A żeby pan wiedział, żeby pan wiedział – przytaknęła tęga kobieta. – Prawdziwa sikoreczka.

← Previous PageNext Page →