Jawna zapowiedź “Tajnego dziennika” Białoszewskiego

Wyrwałam go od wydawcy, czyli Znaku, jeszcze przed świętami (w kartkach, jest ich 921). Czytam już w tym. Z dziką przyjemnością, niezbyt osłabioną przez świadomość, że to jednak potrawa nie dla wszystkich i że dla niektórych może się okazać istną „Mironczarnią”. Ale dla mnie jest kopalnią najżywszej polszczyzny, cudownego ekscentryzmu (który nie stanowi cechy osobniczej jedynie samego autora), neuroz, humoru i zadziwiająco przenikliwych diagnoz czy spostrzeżeń. Świetna lektura, w jakimś sensie paradoksalna, bo sam Białoszewski odnotował, że w zasadzie niedużo obcuje z książkami, bo czytanie „ubiernia”, „za bardzo wyłącza z rzeczywistości”. Cóż, wypada mi tylko stwierdzić, że znam zajęcia, które ubierniają jakoś bardziej głupio, nawet nie „jakoś” tylko znacznie bardziej, i na zachętę przepisać mały fragment.

Oto Białoszewski odwiedza małżeństwo Sławińskich, już właściwie klasyków teorii literatury i rozmawiają o pisaniu, a właściwie różnicy między poezją i prozą.

Ja: (…) Do wiersza trzeba być bardziej sprężonym… A prozę… Prozę – jak jest jako tako – można zawsze pisać.

Sławińska – To jednak wiersz wymaga większego skupienia, jest trudniejszy?

– Chyba tak, trudniejszy jest. Pisanie prozy ja czuję jak ładowanie worów z czymś, tyle technicznej roboty, tyle stron, przepisywań, jakbym dźwigał, przenosił na własnych plecach ciężkie wory. A wiersze, o, to można spacerować, zapisać pół stroniczki, układać w pamięci, iść do okna. To takie więcej pańskie zajęcie.(…)

I znów o tych słowach. Sławińska.

– Słowa „siuplet” w prozie by pan jednak chyba nie użył?

– Nie. W poezji słowa więcej znaczą, jest ich mniej, jak pączki w luźnym maśle, ma się do nich większe wymagania. Więcej się w słowa ładuje. W prozie słów jest dużo, jakby było za dużo wymyślnych dźwiękowo, obtaniłyby się nawzajem. W prozie słowa są w tłoku, ocierają się o siebie i ścierają.(s. 400)

I jeszcze dalej, ale chyba na zasadzie cytatu z kogoś: „Co to jest literatura? – doznanie estetyczne plus dystans”. Przypomniało mi to moje wypracowanie na egzaminie, przepustkę na studia polonistyczne temu właśnie zagadnieniu poświęconą. Za diabła już nie pamiętam, co tam wtedy napisałam, pewno dzisiaj miałabym z tego niezły ubaw, a wspominam , bo jestem ciekawa, co by było, gdybym się bezczelnie ograniczyła do takiego właśnie zdania z niewiadomo do końca kogo. „Tajny dziennik” Mirona Białoszewskiego przechowywany był wtedy jeszcze w utajnieniu oczywiście, ale już w lutym będzie dostępny dla wszystkich zainteresowanych.

Alice Munro po raz czwarty

Zerkając w czasie świąt na telewizję (mogę ją oglądać tylko będąc w gościach), po raz kolejny odnotowałam zamiłowanie filmowców do Alice Munro. Tym razem swój wyraz sympatii do kanadyjskiej pisarki dała w filmie „Holiday” Nancy Mayer, każąc swojej bohaterce, Amandzie, czytać książkę Munro w samolocie. Swoją drogą, Amanda nabrała na dwa świąteczne tygodnie całą górę lektur i raczej nie zdołała tej góry zmóc, ale okazując taką wolę czytania, okazała się godna przyszłego partnera – redaktora w, o ile się nie mylę, Random House. Taki drobiazg świadczący o przytomności autorów filmu.

Po powrocie do domu odebrałam przesyłkę z czwartą już książką Munro opublikowaną w Polsce, czyli z „Kocha, lubi, szanuje”, opublikowaną przez oficynę Dwie Siostry, która jako pierwsza wprowadziła pisarkę do Polski. I po raz kolejny się zachwyciłam wielkim talentem najlepszej autorski short-story’s na świecie. Kto nie mógł zmóc „Widoku z Castle Rock”, przeznaczonego raczej dla oswojonych już z jej twórczością wielbicieli, ten może odczarować sceptycyzm dzięki tej właśnie książce, jak „Zbyt wiele szczęścia” zawierającej po prostu połączone tematycznie opowiadania. Idealna rzecz na trwające jeszcze wciąż wakacje między Bożym Narodzeniem a końcem roku.

Jak nie zostać zabitym przez Gwiazdora

Najgorszy przedświąteczny czas zacznie się dopiero od jutra, kiedy to wszyscy ruszą po świeżą żywność, ale już teraz za miło nie jest: tłumy w sklepach, kolejki przy kasach, ścisk, przepychanki wózkami i łokciami, amok w oczach. I ogólna nienawiść do bliźnich, którzy nam utrudniają przygotowania do celebry. Szczególnie mocno odczułam ją nie tyle w sklepach, bo nie robiłam jakichś wielkich zakupów, ale na wrocławskich ulicach, ze strony kierowców. Zastanawiam się jednak, czy tu w ogóle można mówić o jakichkolwiek negatywnych czy pozytywnych uczuciach, czy też o takim skoncentrowaniu się na celu – czyli dojechaniu gdzieś tam, znalezieniu miejsca na parkingu, zdążeniu przed zamknięciem centrum handlowego, że się nie dopuszcza do siebie myśli o czymkolwiek innym. O kimkolwiek. Oni, mówię „oni”, bo poruszam się pieszo lub tramwajami, po prostu nie widzą sygnalizacji świetlnej, ludzi, którzy ostrożnie drobią po śliskiej powierzchni, starając się zmieścić w krótkim czasie, kiedy mają zielone, nie wywalić, nie upuścić góry zakupów. Jak tylko mają okazję, tarasują zebrę, albo przemykają przed nosem tych upośledzonych bezkółkowców, albo zgoła nie dają im szansy przejść.

Nic  w tym nie ma odkrywczego, jasne.  W stwierdzeniu, że w tym przed-świętym czasie jesteśmy wyjątkowo okropni dla obcych. Zmęczeni, zabiegani, agresywni itd.  Literatury też w tym żadnej nie ma. Ale mogłaby być. Tak sobie obserwując któregoś z rzędu króla szosy lekceważącego przechodniów, kleiłam w myślach historię, która nie ma nic wspólnego z sielskimi bajeczkami bożonarodzeniowymi. Że się oto kierowca płci dowolnej wtranżala na pieszego, zabija go, a że wina ewidentnie leży po jego stronie, ląduje w więzieniu. Odpuśćmy sobie artystyczny wyraz, nie w tym rzecz, tylko w cudownym prezencie, jaki podarowuje się  własnej rodzinie.  I na te święta, i na Wszystkich Świętych, na wszystkie możliwe uroczystości religijne czy świeckie, na które się gna, albo które się bezrozumnie celebruje. Wystarczy. Trochę wyobraźni wystarczy. I dobrego nastawienia do tej reszty świata, która nam kompletnie wisi. Sama się staram miło zachowywać, może mi łatwiej, bo wiem, że nikogo nie mam szansy staranować, już nawet nie wypełnionym po brzegi wózkiem, ale fakt, faktem, coraz bardziej mi zaczynają wisieć same święta. Przynajmniej w tym czasie, kiedy wszyscy je obchodzą. Fajnie będzie celebrować to  wiszenie w towarzystwie „Tajnego dziennika” Mirona Białoszewskiego, którego wydruk już dostałam w prezencie od Znaku (reszta świata dostanie go w lutym). 1000 stron świątecznej uczty. Karp się przy niej chowa. Zresztą lubię karpie i dlatego ich nie jem.

Opowiedzieć o mieście

Mały grudniowy urodzaik na antologie opowiadań, których akcja osadzona została w konkretnym mieście, grającego, z różnym powodzeniem, rolę współbohatera tekstów. „Miłość we Wrocławiu” (pierwotny tytuł, przez długi czas utrwalany w zapowiedziach – „Zakochany Wrocław”, per analogiam do dwóch filmów o Paryżu i Nowym Jorku) ukazał się wprawdzie w listopadzie, ale dopiero teraz go otrzymałam od wydawcy, czyli EMG, i sobie poczytałam. Głównie po to, żeby przekonać się, jak pisarze skądinąd poradzili sobie z fenomenem miasta, w którym żyję i które znam do tego stopnia, że stało się dla mnie prawie przezroczyste. Może powinnam napisać, iż mi zobojętniało, ale to nie do końca prawda – uczucie do miejsca, w jakim zawsze chciałam zamieszkać, ożywa, gdy dochodzi do jakieś poważnej zmiany w krajobrazie. Kiedy z mapy Wrocławia, na której wyrysowałam swoje własne ścieżki i zaznaczyłam miejsca sentymentalne, coś znika. Na przykład ostatnio wyparował pub „Highlander”, gdzie przesiadywałam jako studentka polonistyki i jeszcze kilka lat później, chociaż później to już było raczej wpadanie na chwilę, prawie z wywieszonym językiem i w nieodłącznym towarzystwie wyrzutów sumienia. Potem nadszedł etap „Literatki”, ale wraz z nim nie wrócił etap przesiadywania. „Literatka” jest albowiem sama w sobie żywym wyrzutem sumienia, zawiera go w swojej nazwie – teraz, gdy już funkcjonuję  jako poniekąd literatka czuję się głupio siedząc, popijając i ględząc ewentualnie o literaturze, zamiast siedzieć przed monitorem i pracować.  Na szczęście inni siedzą za mnie i już wygospodaruję trochę czasu, to nie muszę kombinować z szukaniem miejsca. Jeszcze nie.

Literatka gości w wielu opowiadaniach zawartych w tomie, bo każdy z pisarzy musiał w niej być, sprowadzony na twórczy rekonesans i połączone z nim spotkanie autorskie. Toteż bardziej mnie ciekawiły te kawałki, w których opisane są nieco dalsze wyprawy. W przestrzeni i czasie. To w nich uchwycony został nie tylko pejzaż, ale także duch miasta. Coś, co uzasadnia umiejscowienie danej fabuły właśnie we Wrocławiu, a nie – nie czarujmy się –  gdziekolwiek indziej). Dwa są takie kawałki
zacne: „Oddana” Łukasza Orbitowskiego i „Boczny wątek” Ingi Iwasiów.

Moskwę Noir” (wyd. Claroscuro) umieściłam na drugim miejscu tylko dlatego, że jestem lokalną patriotką. Ale jeśli chodzi o wrażenia artystyczne, to jednak ją wolę. Czego uzasadniać nie będę, niemniej muszę tu koniecznie pochwalić Ewę Skórską za naprawdę wyborny przekład kilkunastu rożnych głosów, które pięknie „słychać”.

Szpieg w zaułku.

Na początku szybko donoszę, że niedawno ukazały się „Zaułki zbrodni” (Wydawnictwo Dolnośląskie). plon warsztatów organizowanych w ramach MFK, na których to warsztatach pojawiło się także sporo kursantów wyróżnionych na festiwalu opowiadania. Opowiadania trójki z nich trafiły do zbioru: Joanny Marat, Joanny Pachli i Krzysztofa Sowika. Irek Grin doliczył się trzech antologii powarsztatowych, jakie wyszły w tym roku, co jest żywym dowodem na to, że owe kursy nie są sztuką dla sztuki.

Także jesienią W.A.B. zawróciło z emerytury Kurta Wallandera, przypominając cztery opowiadania, pokazujące komisarza jeszcze w pełnej formie zdrowotnej. Opowiadanie tytułowe, „Piramida” to właściwie powieść, o połowę jednak krótsza od klasyków Mankella. Mnie najbardziej ujęło pierwsze w zbiorze opowieść o młodziutkim krawężniku, który marzy o pracy w kryminalnych i dlatego prowadzi śledztwo na własną rękę. Jeszcze jest nieporadny, jeszcze dostaje bury za zbyt wolne myślenie, ale już zdradza niemały dryg do rozwiązywania zawiłych zagadek. Jedna rzecz mnie w tym zestawieniu ubawiła – nieomal w każdej z miniatur Wallander zostaje czy to pobity, czy poraniony. To nie był zbiór pisany jednym ciągiem, złożyły się nań utwory pisane przez ileś tam lat, więc się może pisarzowi zapomniało, że w zasadzie biedny Kurt nie powinien obrywać w każdym odcinku. Z drugiej strony przypomina mi się pierwszy sezon szwedzkiego serialu, do którego Mankell pisał scenariusz i nieznośna powtarzalność schematów fabularnych: sprawca to cudzoziemiec, mści się za jakieś sprawy z przeszłości i na koniec popełnia samobójstwo. Kto nie wierzy, niech sobie to obejrzy jedno po drugim, jako i ja to zrobiłam (kupiłam ów sezon w pakiecie na DVD), lekko zdumiona, że tak w ogóle można. To znaczy można układać rebus z tych samych klocków i serwować te rebusy jeden po drugim.  W „Piramidzie” tak się na szczęście nie dzieje, zagadki ciekawe, zwłaszcza ostatnia, gdzie też najlepiej się Mankell prezentuje jako pisarz.

I jeszcze z filmowego podwórka – „Szpieg”. Wszyscy się już rozgadali, dlaczego taki genialny, więc zadowolę się jedynie wzmianką o pewnym błędzie obsadowym (ale nie będę świnią i nie zdradzę nic więcej), oraz pochwałą dla sekwencji pływania w rzece. Ewidentnie zimnej i mętnej, jak sytuacja, z którą mierzy się Smiley, kapitalnie zagrany przez Oldmana. Gdyby pływał sam, pomyślałabym, że bohater chce się w ten sposób skoncentrować, pobyć w miejscu, gdzie nie sposób go podsłuchać. Ale w rzece mętnej i zimnej pływają również inni. Koledzy? Potencjalni wrogowie? Nigdzie nie można się poczuć bezpiecznie, co da się pokazać właśnie tak, zupełnie nienachlanie.

O tzw. nieśmiertelnych

Hanka Mostowiak już chyba odżałowana i jeśli żyje, to wyłącznie w dowcipach, którym jednak także nie można wróżyć zbyt długiego żywota. Aktorka grająca tę „kultową postać” pewnie się uwolni od gęby grając w dziesiątkach innych seriali. Nie to, co kiedyś Janusz Gajos przez całe lata pozostający Jankiem Kosem, a potem dla odmiany woźnym Tureckim z kabareciku Olgi Lipińskiej, czy Roman Wilhelmi vel Olgierd vel Stanisław Anioł. Dla tych wybitnych aktorów takie sklejenie z rolą czy dwiema to większe nieszczęście niż dla Kożuchowskiej, która od początku swojej kariery stawiała na lżejszy repertuar, wymagający raczej wyglądania niż zdolności.

Jednak nie chce mi się tracić czasu na „nieśmiertelną” Hankę, która przez miniony tydzień zdążyła jeszcze bardziej nie żyć. Ja o innej nieśmiertelnej od lat, o Marylin Monroe chciałam. Już zapowiadany jest film obrazujący jakiś epizod z jej dramatycznego życia, ale nic to przy dziesiątkach książek analizujących jej fenomen. Do którego bym się nie przyczepiła, gdyby nie oglądając zajawki albumu o Marylin, nie westchnęła szczerze: a co mnie właściwie obchodzi ta cała Marylin? Po kiego grzyba mam się wpatrywać w jej najbardziej znane albo – przeciwnie – niepublikowane dotąd zdjęcia. Że niby co w nich zobaczę. Że uchodząca za symbol seksu kobieta nie była głupią blondynką? Właściwie do tej kwestii sprowadzają się te wszystkie elaboraty podane w różnej formie. Ile właściwie miała IQ oraz czy zabiła się sama, czy też ktoś jej pomógł? Jak się okazuje, można to mielić w nieskończoność. Tę drugą kwestię, to jeszcze choć czy to po latach nie wszystko jedno? Czy nie wystarczy odpowiedź wyjęta z piosenki „Kabaret”, w przekładzie Młynarskiego bodaj, że zabiły MM „kurestwo, wóda i piguły”. Gorzej z tym literackim rezonansem mózgowym, z którym kompletnie już nie wiadomo, o co biega. Żeby czego dociec wpatrując się w fotki z lupą w dłoni: wypreparować z tego istotę seksualności z istoty, którą cechowała (ponoć) wyjątkowa siła seksualnego rażenia. I dorobić do tego teorię, że mężczyzn pociągał w Marylin także błyskotliwy dowcip. A może nawet – przede wszystkim jej cudowna osobowość, elokwencja, wrażliwość i takie tam, a biust z biodrem to były tylko dodatki. Hmm, te wszystkie teorie trącą mi jakimś straszliwym fałszem, próbą usprawiedliwienia się – nie jej.

Przejrzałam te pięć fotek z wyciągu reklamowego, wywaliłam wyciąg do kosza i niniejszym donoszę, że Marylin jara mnie z siłą wystarczającą  przeczytanie  jednej biografii, wszystko jedno na co kładącej nacisk, ale już nie na studiowanie przez godzinę jej nosa, piersi, nóg i reszty nieśmiertelnych cudowności nie wiedzieć czemu sztucznie przytrzymywanych przy życiu.

Sukienka a różnica klasowa

Byłam dziś jedynym  widzem chętnym do obejrzenia „Jednego dnia”, ale czasy odsyłania tego typu dewiantów z kwitkiem na szczęście dawno już minęły. Ekranizację książki, która mi się podobała obejrzałam więc sobie w warunkach superkomfortowych. Żadnego popcornu chrupiącego nad uchem, żadnego zakatarzonego kinomana, co postanowił się dogrzać w cieple sąsiadki (dawno, dawno temu zdarzyła mi się taka sytuacja: puste kino, ja on i zaawansowana grypa, jaką postanowił się hojnie podzielić, obrzydzając mi doszczętnie przyjemności oglądania „Balu” Scoli). Tym razem więc tylko ja i oni, para, która nie może zejść się przed dwadzieścia lat.

Sądząc po zerowej frekwencji, książka Davida Nicholsa nie stała się u nas bestsellerem, a Anne Hathaway nie osiągnęła statusu gwiazdy, ale, powtórzę, brak towarzystwa mnie nie zmartwił nic a nic. Spłycenie dobrej powieści jednak i owszem. Film niby pokazywał wiele w obrazie (znów wspaniała dbałość o oddające status bohaterów wnętrza), lecz nie podkreślił wystarczająco tego, co zasadniczo różniło bohaterów. Statusu klasowego. Ta podstawowa dysproporcja nie została więc uchwycona przez recenzenta „GW”, który zapytał retorycznie, dlaczego właściwie bohaterowie tak się męczą. Ano, ano dlatego właśnie, że Emma Morley jest plebejuszką, a Dexter to chłopak z bardzo bogatej rodziny, niekoniecznie sprzyjającej tego typu związkowi, co zostało w filmie pominięte, bo być może dla widzów zachodnich było oczywiste. Że z dziewczyną z innej sfery taki złoty młodzian mógł się chcieć wyłącznie zabawić i to jest zresztą w pewnym momencie cynicznie proponuje.

W filmie znalazła się scena wesela, na którym Emma występuje w stylizowanej na chińską sukience. Na ekranie sukienka się pojawia, Annie po prostu ładnie w niej wygląda i tyle. W książce natomiast ubranie dziewczyny odgrywa bardzo istotną rolę. Ślub odbywa się nie w knajpie, tylko w pałacu, bo przyjaciółka wchodzi dzięki małżeństwu w dobrze sytuowaną rodzinę, bohaterki zaś nie stać na stosowną kieckę, jej chiński ciuszek wykonany jest nie z jedwabiu tylko z czegoś sztucznego, w czym Emma niestosownie się poci i w ogóle czuje się potwornie zażenowana z powodu swojego ubóstwa. Potem na dobitkę pruje się jakiś szew. Mocno to wygrane – że to jeszcze była inna mentalność, że potrzeba czasu, żeby bohaterka nabrała pewności siebie, której dodają jej pieniądze. I fakt, iż role się odwracają – to Dex traci kasę, musi się o nią płaszczyć u bogatych, gardzących nim teściów.

No i mamy w sumie taki komediodramat romantyczny osadzony na mocno materialistycznym tle,   w którym szydzi się z mitu Kopciuszka. Ale to raczej na piśmie niż na ekranie.

Daleko posunięta inspiracja

Teoretycznie jeszcze nie czas na pisanie o takich rzeczach,  z drugiej strony  jednak handel ani banki nie śpią i na ulicach widać już pierwsze oznaki świątecznego naciągactwa. Tylko patrzeć, jak ulice zaczną się mienić światełkami, żeby wzmocnić presję kupowania i wzmacniania się tym samym w dobrym, bo nie kryzysowym samopoczuciu. Samej mi akurat do niego daleko, ale nic to – przecież do końca roku wszyscy się muszą rozliczyć  (tu się szeroko nie uśmiecham, żeby nie zapeszyć).  Z racji finansowej zapaści olewam na razie to przyspieszone kuszenie, lecz na kino sobie nie żałuję, zwłaszcza że „Multikino” urządziło krótką promocję weekendową, oferując bilety za jedyne jedenaście złotych. No tom sobie poszła na „Listy do M.”, wracając w ten sposób  do kultywowanej ongiś tradycji zaliczania co roku filmu, którego akcja rozgrywa w Boże Narodzenie. Przerwałam ten wieloletni zwyczaj wyłącznie dlatego, że jakoś ostatnimi laty takich filmów dla dorosłych jakoś nie było. Czym się jednak nie przejęłam, bo kilka lat temu stałam się szczęśliwą posiadaczką DVD z „To właśnie miłość”, a ten film mogłabym oglądać na okrągło. Powstrzymuję się od tego jednak, by z przyjemnością przypomnieć go sobie w najbardziej stosownym, czyli ściśle świątecznym czasie.

Chciałam właśnie napisać, że w tym roku zrobię to dla porównania, ale w zasadzie nie muszę, bo to oczywiste, że filmowy polski kolaż „christmasowy” nawiązuje do dziełka Richarda Curtisa  I wcale się z tym nie kryje, vide plakat. Podtrzymując tym samym tradycję realizowania podróbek zachodnich hitów. Trudno mi komentować tę praktykę, przynajmniej przy użyciu jakichś świeżych argumentów, zostawmy to. W sumie bowiem nie było tak źle, łyknęłam, nawet się parę razy szczerze zaśmiałam i łza mi poleciała w miejscu, gdzie to scenarzyści mocno wykalkulowali. Nie przeszkadzał mi nawet Karolak, bo tym razem został idealnie obsadzony w roli złego św. Mikołaja, ani dzieci, choć z ich ilością chyba cokolwiek przesadzono, grały jednak bardzo przyzwoicie. Dorosła obsada też dawała radę: z przyjemnością popatrzyłam sobie na dawno niewidzianego Malajkata, który starzeje się mniej więcej jak Colin Firth, tj. zachowując wciąż istotę swojej przystojności. Ale tylko jedna osoba sprawiła mi swoją grą dziką rozkosz – młodziutka Anna Matysiak jako zblazowana nastolatka. Cudnie naturalna dziewczyna, aby się tylko nie znarowiła po serialach.

I jak to zwykle bywa, po wyjściu z kina włączyłam tryb krytykancki, dzięki czemu zobaczyłam wszystkie dziury w scenariuszu. Jak to się stało, że Doris (Gąsiorowska) bez pudła trafiła do domu Mikołaja (Stuhr), skoro w końcu nie zamówił wizyty świętego, a tylko sam strój bałwana, w którym wystąpił wcześniej? Tak samo bez pudła Melchior odnalazł porzuconą dziewczynę, która właśnie urodziła dziecko i z którą nie miał kontaktu  – co to był za problem kazać jej się przełamać i zadzwonić do niesfornego tatuśka, w końcu święta są czasem przełomu?. Jak Tosi udało się zwiać zimą, zaraz po tym, jak wlazła na lód, za co musiała dostać jakąś karę? Dlaczego zapracowany psycholog-negocjator nagle bez sensu siedzi przed swoim domem i czy rzeczywiście policja jest w stanie dorwać każdego potencjalnego samobójcę i dać psychologowi czas na zrobienie swojego? I dlaczego jego żona nie kojarzy, że jadą w kierunku miejsca, gdzie byli szczęśliwi? Wszystko byłoby do przeprowadzenia, gdyby całej akcji nie sprasowano do jednego dnia.

Najzabawniejsze były jednak wnętrza jak z durnych seriali, sugerujące niezły status finansowy bohaterów. Jasne, w przypadku dyrektorki rozgłośni czy modelki, to nie dziwiło, ale urocza chatynka Doris dorabiającej jako Mikołajka w centrum handlowym, wyszlifowane na błysk kawalerskiego gospodarstwo zapracowanego Mikołaja albo chałupa psychologa, gdzie w szafie wiszą całe trzy kiecki a reszta wypełniona jest wielkim pudłem z bombkami, które akurat są bohaterowi potrzebne?!  Ład w mieszkaniu alkoholiczki rozśmieszył mnie bardziej niż wszystkie inne dowcipy. No bywa, tylko tu mi się właśnie włączyły kadry z „To właśnie miłość”, gdzie wnętrza mówiły o bohaterach więcej niż to, że w sklepie z plakatami mogą sobie kupić stare postery z „Casablanki”.  Takie właśnie duperele świadczą o jakości oryginału i słabości imitacji.

Darz bór

Kończą się właśnie targi krakowskie, na które tradycyjnie nie pojechałam, bo to, co bym z nich wywiozła i tak do mnie przyjechało. Przynajmniej oszczędziłam sobie pięciu godzin plus , również tradycyjne spóźnienie, bo kolejom ciepła jesień nie robi różnicy. O czym przekonałam się przejechawszy niedawno nieomal całą Polskę, sześcioma w sumie środkami lokomocji – tylko ostatni pociąg nadrobił zwłokę, co mi już po trzydziestu paru godzinach udręki było szczerze obojętne. Ale wszystko to wynika z wielkiej odnowy, jaką obserwowałam na większości docelowych i mijanych po drodze stacji. Będzie pięknie, kiedyś, tak jak w Tarnowie, w którym antycypowano pospolite dworcowe ruszenie. Wypasiony dworzec świeci się i pyszni, aż przyjemnie przez niego przejść z jednego środka lokomocji do drugiego.

Bez niemiłosiernie obciążonej walizki i ekologicznych toreb uwieszonych z każdej strony, że tak wrócę do tematu targów i jesiennego wysypu książek. Oj dużo, ich dużo, trudno to wszystko ogarnąć i upchnąć w nielicznych miejscach, w jakich się pisuje, przy zastrzeżeniu, iż już wkrótce zaczyna się nowy rok, przeto aktualne nowości zostaną wyparte przez te datowane na rok przyszły. Nie bardzo rozumiem ten mechanizm, niesprzyjający raczej dopieszczaniu poszczególnych tytułów, ale jakoś one sobie radzą w czasie, też zbliżającego się, świątecznego szału zakupowego.

Nie wyliczę więc tych kilkudziesięciu książek, które pomniejszyły moją Lebensraum, tylko pochwalę króciutko Świat Książki za uroczą reklamówkę w modnych tej jesieni, ciepłych kolorach. Ów kolorowy napis głosi „Kobiety czytają więcej”, co jest prawdą (potwierdziły to moje obserwacje w czasie podróży, choć to zależy od pociągu, w tym z Krakowa do Tarnowa przeważali zaczytani mężczyźni). W tej wielorazówce ekologicznej oprócz siedmiu książek znalazłam także mandarynkowy żel pod prysznic, dorzucony „By czytanie w wannie było jeszcze przyjemniejsze…” W zasadzie powinien to być płyn do kąpieli, ale pewnie by się nie zmieścił, tak czy siak jestem tym bonusem zachwycona, bo uwielbiam lekturę wannową. Płyny, olejki i sole kąpielowe również, więc jakby ktoś z wydawców miał dylemat, czym mnie uszczęśliwić, no to właśnie ta niedyskretnie sugeruję. Święta idą, od czekolady cera się psuje, a misiami, zwłaszcza tymi o dużych gabarytach, nie mam już kogo obdarować. Perfumy też mogą być, byle bez piżma. Dobra kawa i herbata – zawsze. A najlepiej dodatkowe kilka metrów na składowanie tych wszystkich skarbów.

Gadanie, chwytanie

Dopiero otwierając plik z tekstem, który poświęcę Julianowi Barnesowi, uświadomiłam sobie, że to w zasadzie drugi zbiór jego opowiadań, jaki wpada mi w ręce. Co chyba wynika z tego, iż nie jestem w stanie wyliczyć wszystkich jego książek, jakie czytałam. Nieomal wszystko, z wyjątkiem „Metrolandu” i  kryminałów pisanych pod pseudonimem Dan Kavanagh  (btw. przezabawna jest strona internetowa je prezentująca, z rozmazanym zdjęciem Barnesa w stylizacji a la Sherlock Holmes). Doskonale jednak pamiętam, że tym pierwszym zbiorem krótszych form była „Historia świata w dziesięciu i pół rozdziałach”, bo zaliczam ją do ukochanych książek. Chomikuję je w domu wszystkie, za wyjątkiem „Porozmawiajmy szczerze” nieopatrznie pożyczonej jakiejś pomyłce uczuciowej.

Tu wystukałam parę zdań o błędach i stratach, ale je oczywiście wymazałam.  Nie dziwię się jednak, że mnie na chwilę poniosło w kierunku zwierzeń, bo „Puls” (Świat Książki) mówi właśnie o związkach i bardziej się kojarzy z rozgadanym trójkątem miłosnym opisanym w nieodżałowanym „Porozmawiajmy szczerze” niż kukającą do mnie z półki „Historią”. No wiadomo, jest to dobry temat, nie tylko na opowiadanie. Zdziwiłam się jednak, jak Barnes część z tych opowiadań zrealizował, kładąc akcent na to, co mi się w krótkiej formie podoba średnio. Na dialogi. Cztery opowiadania to właściwie jedno, jego bohaterowie wyłącznie gadają, przerzucają się bon motami i zgryźliwościami, nie pokazując twarzy, tylko rysując jakiegoś bohatera zbiorowego: współczesnego mężczyznę, kobietę, albo raczej człowieka, bo w tym słowotoku zlewa się już nawet płeć. I, kurczę, jest to fajne, chociaż tak się mocuje z formą, że ją zupełnie rozwala, czy też przeobraża w sztukę. Sceniczną oczywiście. Co więcej: w zasadzie jeden, może dwa kawałki z „Pulsu” są jakoś wykończone, jakby miały wokół pas part out, a pozostałe to migawki, jakieś epizody, z których autor nas wyrzuca na długo przed dramatycznym zwrotem, że nie wspomnę o finale. I to też jest fajne. Możliwe, chociaż trzeba dodać, iż lepiej gra w złożonej całości,  w zbiorze kręcącym się wokół jednego tematu. Że niby puls symbolizuje tutaj nerwowy rytm życia, jakąś ciągłą pogoń za szczęściem lub przemieszczanie się siłą rozpędu.

Zaraz potem przeczytałam „Zanim dopadnie nas czas” Jennifer Egan i chociaż to jest powieść, widać w niej to samo poszarpanie fabuły wynikające ze zwiększonego tempa życia. Nie sądzę, że niemożność zarysowania jakiejś większej całości to efekt indolencji autorów.  Przecież takiemu Franzenowi się udało, i w ogóle wielu się udaje stworzyć iluzję, iż zatrzymali czas, by dogłębnie prześwietlić bohaterów.  Ale niedoświetlenie chyba ostatnio bardziej do mnie przemawia.

Po prostu Lem i Mrożek

Odebrałam dziś z poczty dzieło wielkiej wagi, takie, które z pewnością kwalifikuje się do absolutnego top ten tego roku, pod warunkiem, że target sporządzający ów top będzie się wywodził z ludzi kochających dobrą literaturę. Chociaż po nagrodzie czytelników „Wyborczej” dla Sławomira Mrożka jestem dobrej myśli o wyborach tej garstki polskiego społeczeństwa, która czyta. Gdyż tu o Mrożka właśnie chodzi, a ściślej o Stanisława Lema i Sławomira Mrożka „Listy 1956-78” (Wydawnictwo Literackie). Obu autorów chyba nikomu nie trzeba przedstawiać, aczkolwiek nie mam takiej pewności, znalazłszy w przypisach do korespondencji wyjaśnienie, kim zacz była Helena Mniszkówna i jeszcze parę tego typu kwiatków, dowodzących, że mi się tylko wydaje, iż kulturalny człowiek pewne rzeczy wiedzieć powinien musowo. Powinno się chyba doprecyzować, że owszem, ale tylko taki, który nabywał wiedzę przed epoką gugloizacji umysłu.

Oj, czepiam się jak zwykle, a powinnam najpierw wyjaśnić, że do tej nieszczęsnej Mniszkówny nie doszłam od momentu odebrania książki z poczty, tylko wcześniej, od jakiegoś czasu jestem bowiem szczęśliwą posiadaczką prebooka i dzięki temu zdążyłam przeczytać już 2/3 fascynującej tej książki.

To piąty tom korespondencji prowadzonej przez autora „Nosa”. Wcześniej ukazały się  jego epistolograficzne dialogi prowadzone z Wojciechem Skalmowskim (nb. dziś niedostępny biały kruk), Adamem Tarnem, Erwinem Axerem i Janem Błońskim. Co tu jednak kryć Lem jako rozmówca deklasuje pozostałą czwórkę razem wziętą i każe przywołać klasyczny wers Słowackiego o bogach na przeciwnych słońcach. O ile za takie słońca uznać fantastykę jako pole Lemowej eksploracji i, powiedzmy mocno umownie, twardą rzeczywistość jako domenę Mrożka. I jedynie w takim sensie mówić o jakiejś opozycji. Bo poza tym to była wspaniała, imponująca wręcz przyjaźń łącząca ponadprzeciętnie inteligentnych (jak słusznie podkreśla Jerzy Jarzębski we wstępie) ludzi. Ten intelekt kapie niemal z każdej napisanej linijki (no może nie tych wielu, które poświęcają sprawom motoryzacyjnym), ale jakoś, przy całej świadomości moich własnych ograniczeń umysłowych, nie czuję, żebym nie nadążała. Nie da się tego łyknąć jak prostej fabuły i tyle.

Zafundować sobie jednak warto, z rozlicznych względów. Między innymi dla tych passusów, jakie Mrożek wystosowuje o pisaniu, dla niepokornych sądów Lema o literaturze również czy dla przyjrzenia się, jak w bardzo trudnej dla obu chwili, kiedy być może ranią się do żywego, oceniając krytycznie swoje największe dokonania, szczęśliwie odstawiają na bok próżność, by ocalić przyjaźń. I chyba jeszcze dla żarcików z okoliczności, w jakich żyją, przy czym Lem pozostaje osiadłym patriotą, a Mrożek w pewnym momencie rejteruje, ale i tak się nadal męczy ze sobą. I tak mogłabym wymieniać, i wymieniać te powody. Może poprzestanę na tym, że takie dialogi na naszych oczach odchodzą w przeszłość. Sama już nie pamiętam, kiedy napisałam odręcznie jakiś list…

PS. No i oczywiście do zobaczenia za chwilę na MFO.

A tu na boczku, u Pedra

Znowu wychodzi mi blogowo-filmowo, ale tak wyszło, że i Allen, i Almodovar pracowici są wielce, a ja ich obu poważam, chociaż nie wszystko podoba mi się w tym samym stopniu. Poza tym w tym roku premiery ich nowych rzeczy wystąpiły nieomal w parze.  W zasadzie jednak odpuściłabym sobie pisanie o „Skórze, w której żyję”, gdyby nie jeden detal, jaki zdążyłam wychwycić. Co ja mówię , „zdążyłam”, pokazano go na tyle długo, że nie można było się spóźnić. Otóż filmowa Vera czyta książkę Alice Munro. Jaką konkretnie, nie powiem, bo tytuł był mniejszymi literkami, ale samo nazwisko wystarczy w zupełności. Kobieta mimo woli czyta świetną literaturę, co nie dziwi, zważywszy, że jej ciemiężyciel ma na ścianie obraz Tycjana, ona sama wzoruje się na rzeźbach Louise Bourgeois i w ogóle tym razem jakoś nie jest ostentacyjnie kiczowato na wizji. Choć w fabule i owszem.

Co ciekawe, Almodovar w dużym stopniu odszedł od pierwowzoru literackiego, którym jest „Tarantula” Jonqueta, tymczasem w swoim prawie gotyckim thrillerze francuski autor wyraźnie mruga okiem, już w pierwszym obrazku, widoczku zamku z ogrodem i sadzawką z łabędziami, których się w już filmie nie uświadczy. Za to mamy w nim wiarołomną i straszliwie poparzoną żonę, inny rozwój wątku z uwięzioną kobietą itd. Mocno więc Almodovar zaszalał, trochę wytracając przy tym klimat oryginału. Tam jednak lepiej jest uzasadniony fakt, dlaczego Vincent okazuje potulność oraz to, że przemiana w kobiet jest dla niego szansą na wyjście ze społecznych dołów, bo to młodociany bandyta, a nie chłoptaś, któremu powinęła się noga. No tak, ale poziom przesady i tak każe zawiesić na kółko pytanie o racjonalność tego, co widzimy. Koniec końców, chciałam tylko powiedzieć, że obaj panowie na A lubią pyszne aluzje i dlatego wiele im się wybacza.

Bez znieczulenia

Przez wiele lat ze smutkiem przyglądałam się upadkowi kolejnych wrocławskich kin, w których odbyłam wiele filmowych uczt. Najpierw „Polonia”, potem „Oskar” i „Światowid”, później „Lwów” niby  broniący się długo, ale jakoś bez przekonania (pary razy mnie stamtąd pogoniono, bo nie było wymaganego minimum widzów, aż sama zaczęłam omijać szerokim łukiem). Wreszcie „Warszawa”, tylko ją zamknięto po to, by móc przeobrazić w porządne centrum filmowe, gdzie można zobaczyć filmy, które multipleksy mają w głębokim poważaniu.

No i we wrześniu je otworzyli. Wymuskane, odnowione, bez popcornu, z przyjemnie tanimi biletami i repertuarem, który chciałoby się zaliczyć w całości. Na początek zafundowałam sobie „Kieł”, mający polską premierę już w czerwcu i czekający na otwarcie lepsiejszego kina. O filmie nie słyszałam zbyt wiele, nie czytałam recenzji, tylko wysłuchałam doniesień poczty pantoflowej dochodzącej do mnie spoza Wrocławia. I dobrze zrobiłam, nie doinformowawszy się, bo dzięki temu wrażenie było silniejsze.

Giorgos Lanthimos tak to obmyślił, żeby wejść  in medias res opowiadanej przez niego historii. Nie poznać genealogii dziwnej rodziny i motywacji ojca, tylko z miejsca poczuć, że coś tu nie tak, a potem utwierdzać się w przekonaniu, iż kompletnie na opak. I że z ofiarami przedziwnego  eksperymentu społecznego jest coraz gorzej, bo tresura wyzwala w nich coraz większą agresję. Buntująca się Najstarsza obraca ją w końcu w częściową autodestrukcję – dokonuje samookaleczenia i ucieka. Nie wiadomo jednak, czy uda jej się przełamać lęk przed normalnym światem wdrukowywany jej przez tyle lat – i to pozostawienie sprawy w zawieszeniu jest oczywiście dobre. Dobrze robi filmowi, znaczy się.

Film wywołuje wstrząs, który trwa przez parę godzin. Kiedy on jednak opada, to widzi się szwy, nie kły. Encyklopedię medycyny jakimś cudem dozwoloną, ślady edukacji przeprowadzonej nie wiadomo kiedy, fakt, że syn dość dobrze gra na gitarze, brak konsekwencji pobicia strażniczki wtajemniczonej w sprawę, kompletną obojętność dziewczyn na sprawy płciowe czy fakt, że matka zdaje się kompletnie nie tęsknić za normalnym światem, który przecież znała. Wizja dzikości zaczyna się po czasie mocno rozmywać, wypiera ją pytanie o mocne efekty niezbyt sprzyjające czysto symbolicznemu odczytaniu filmu (jako opowieści o totalitaryzmie np.). Emocje mi już więc opadły, a teraz sobie myślę, jak te efekty można by zrównoważyć. Czy też trzeba zrównoważyć, budując każdą historię. Bo ta, po namyśle, staje się jednak tylko opowieścią o psychopacie znęcającym się nad swoimi dziećmi.

Złote epoki i pisarze

Ktoś napisał, że to pocztówka w sam raz dla amerykańskich turystów. Ktoś inny dodał, że aby dobrze bawić się na „O północy w Paryżu” trzeba nieźle znać literaturę i sztukę, bo tylko wtedy doceni się smaczki. Co racja, to racja. Inaczej spojrzy się na to wszystko, jeśli zna się dzieje małżeństwa Fitzgeraldów, filmy Buñuela czy hemingwayowską prozę, którą obecny na ekranie Ernest mówi. Albo malarstwo Toulouse-Lautreca czy Picassa z różnych okresów ( w filmie pokazane zostały dwa jego obrazy, bo  oprócz będącego przedmiotem sporu także portret Gertrudy Stein). Jeśli ktoś nie zapamiętał wszystkich pojawiających się lub przywoływanych postaci (Gil mówi o Joysie, nie ma go wśród napotkanych osób, ale  bohater odwiedza legendarną księgarnię „Sheakespeare and Company” prowadzoną ongiś przez Sylvię Beach, która wydała „Ulissesa”), zawsze może to sobie sprawdzić na liście płac. Oczywiście to takie zabawowe migawki, niemniej jest ich nadspodziewanie dużo, bohater bowiem przemieszcza się pomiędzy światami, żeby zrozumieć, iż nie tyle żyje w niewłaściwym świecie, co ma obok siebie niewłaściwą partnerkę.  Ot , taka prosta historia, wzbogacona podróżami w czasie, które decydują o uroku filmu.  I dodają inne przesłanie do tego o rozbieżności poglądów na życie: że każdy ma swoją złotą epokę umiejscowioną gdzieś w odległym czasie, w przeszłości, nigdy w teraźniejszości. Pomysł przedni, rekonstrukcje też, w sumie jeden z najbardziej pogodnych filmów Allena, oddech po defetystycznym „Poznasz przystojnego bruneta”.

W żadnym innym reżyser nie złożył takiego hołdu klasykom, z którymi czuje pokrewieństwo, ale przypomniał mi się tutaj bohater „Wszystko gra” czytający na zmianę „Zbrodnię i karę” oraz przewodnik po Dostojewskim. Scenka była komiczna, jednak Jacek Gutorow objaśnił gdzieś, że owo dzieło pomocnicze to nie byle bryk, ale bardzo poważna i uznana monografia, co może nie tyle zmienia postać rzeczy, ile dobrze świadczy o Allenie.

I jeszcze dodałabym, że to któraś już w dorobku twórcy „Manhattanu” opowieść o niespełnionym/początkującym/pogrążonym w kryzysie twórczym pisarzu. To bohater często wykorzystywany, ale nikt chyba nie ograł go na tyle sposobów, co Allen.

Po ogórkach

Jesień idzie, nie ma na to rady, ale po spóźnionym ataku lata w minionym tygodniu (34 stopnie we Wrocławiu), myśl o ochłodzeniu nie jest taka przykra. Zwłaszcza jeśli zmniejszenie temperatury na zewnątrz zrekompensowane zostanie przez jej zwiększenie w księgarniach. Za sprawą gorących nowości, z których kilka miałam już okazję poznać i chętnie je wskażę „po nazwiskach”, choćby po to, żeby się zrehabilitować za ostatnie komentarze do przypadków niekoniecznie arystycznych.

Do rzeczy zatem: już za chwileczkę nowa Alice Munro i jej przedostatnia, jak dotychczas, książka „Widok z Castle Rock” (Wydawnictwo Literackie), zbiór opowieści rodzinnych i autobiograficznych,  w których prawda ściga się ze zmyśleniem. Nie wiem, czy nie za wcześnie na taką akurat rzecz, bo choć „Zbyt wiele szczęścia” przyjęte zostało entuzjastycznie, to przydałoby się, żeby pozycja pisarki u nas bardziej się ugruntowała. Z drugiej jednak strony, Munro to Munro, w każdej odsłonie na wysokim poziomie, więc moja wątpliwość dotyczy tylko tego, że tego rodzaju pozycje zwykle pozostają w cieniu dokonań arcymistrzowskich, przychodzą raczej jako ich uzupełnienie, wyproszona przez czytelników odpowiedź na pytania o prywatne życie pisarza, o jego pochodzenie i to, jak pisarzem został.

Za jeszcze szybszą chwilę wspaniała biografia Zofii Nałkowskiej spisana „sangwiną” przez Hannę Kirchner, która sugestywnie pokazuje, że miejsce tej pisarki w naszej literaturze powinno być takie, jak Virginii Woolf w brytyjskiej. Ale i ona, jak w swoim czasie autorka „Pani Dalloway”, została wsadzona na półkę z „błonkami i koronkami”.  Bardzo mnie Kirchner zachęciła do tego, by popatrzeć na twórczość Nałkowskiej raz jeszcze. „Nałkowska albo życie pisane” wydane zostanie przez W.A.B., w serii „Fortuna i Fatum”.

I dalej panie: nowa, choć chronologicznie wczesna, książka Elizabeth Gilbert, niemająca nic wspólnego z jej największym bestsellerem (który zresztą szczerze lubię). I mówiąc o tym  braku zbieżności nie odkrywam Ameryki, o czym wie ten, kto sięgnął po jej wspaniałe opowiadania zawarte w zbiorze „Imiona dziewcząt i kwiatów”. „Ostatniego takiego Amerykanina” wydał już Rebis i jest to biografia. Napisana jak zwykle stylem wybornym. Można się nie ekscytować prywatnymi perypetiami Liz, ale jej talent pisarski nie ulega wątpliwości. Tak jak i talent Norweżki Anne Ragde, której „Ziemia kłamstw” mnie rozwaliła, a to pierwsza część trylogii, której kontynuację trzymam już w ręku. Nosi tytuł „Raki pustelniki”, wydawcą jest Smak Słowa.

Z ciekawych panów: nowy Coetzee (eseje o cenzurze, wydaje jak zwykle Znak), po raz pierwszy w Polsce jeden z czołowych pisarzy amerykańskich, kontynuator wielkiej literatury realistycznej Jonathan Franzen z „Wolnością” (Sonia Draga), „Mapa i terytorium” nowa powieść Michela Houellebecqa, który podobnie jak Laurent Binet zgarnął w ubiegłym roku Nagrodę Goncourtów, tylko ten drugi w kategorii debiut, za „HHhH”. Oczywiście zaraz sobie to będziemy mogli poczytać. Pierwszego wydaje W.A.B., drugiego WL.

A z ciekawych nowinek polskich wyliczę trzy powieści ze zbrodnią w centrum lub w tle:  językowo odjechane „Bogactwo” (W.A.B.), druga powieść Marty Syrwid, „Drwal” (Świat Książki) debiutującego w tej konwencji Michała Witkowskiego oraz oczekiwana aż cztery lata powieść Zygmunta Miłoszewskiego, oczywiście kontynuacja losów Teodora Szackiego. Dzięki „Ziarnu prawdy” (też W.A.B.) już mi zapomniałam o  rozczarowaniu filmowym „Uwikłaniem” . Świetna literatura bez ingerencji poprawiaczy to jest jednak to.

W takim układzie może sobie lać i wiać, prawda?

Next Page →