Jacek Dehnel: Morze, morze – lato 1914

fotoplastikonPocztówka jak pocztówka – kupiłem ją dla tych żeliwnych kolumienek, sterczynek, wieżyczek, dla secesyjnych płotków na dachach i gazowych latarni, flag wydymanych przez bryzę i podziałów okien, których dziś już nikt tak nie dzieli, słowem dla całego tego tortu Art Nouveau zmiecionego pewnie do fundamentów przez jakiś sztorm albo deweloperskie tornado gdzieś między momentem, w którym fotograf pstryknął pstryczkiem a momentem, w którym wygrzebałem ją z tekturowego pudła z napisem FRANC, BELG; do Cabourga jest z Ostendy niezły kawałek, ale młody Marcel w canotier ze wstążką i letnim garniturze musiał się stołować w takim właśnie bombastycznym kurhausie, dziobiąc coś widelczykiem pod cieplarnianą palmą, pierwsze śniadanko: kawusia z pianką, przegryza grzanką i pędzi w cwał prosto na plażę, gdzie w słońca żarze błyszczą miraże chłopięcych ciał.
Dopiero kilka miesięcy później, segregując zdjęcia zauważyłem to, co wcześniej mi umknęło. Że niby wszystko jest takie, jakim być powinno: dom zdrojowy jak krzyżówka pałacyku nuworysza z luksusowym parowcem z Mississippi, białe parasolki, rodziny siedzące w grajdołach jak małe plemiona; kapelusze dowiązane do głowy białym tiulem, żeby nie porwał ich nadmorski wietrzyk, szpadelki, krzesełka, piastunki, nawet wysoki, sznurowany trzewik tego chłopca, który stoi po lewej stronie, trzymając się blisko sukni matki, ciotki czy guwernantki. Zgadzał się napis i zgadzały się stoliki ustawione wzdłuż odległej promenady, zgadzały się murowane schodki i pasiasty kostium innego chłopca, stojącego w głębi po prawej, niedaleko dziecka, które zakopało się w piachu po pas i kopie dalej.

A jednak: nikt z nich nie patrzy w kierunku morza.

Począwszy od dwóch ubranych na ciemno kobiet na pierwszym planie, ich kuzynek, sióstr, przyjaciółek czy kum, ich dzieci i mężów, zamieszkujących poczesny grajdół, przez kolejne postaci i grupki, widać jedynie tyły głów: ronda kapeluszy, czepki, upięte fryzury, ani jednej twarzy, bez wyjątku; może tylko ktoś na lewo od schodów, kto zajmuje się chyba wypożyczaniem wiaderek i szpadelków, ale on ma zamiast głowy czarną kropkę; może ktoś na schodach, ktoś przy stoliku pod samymi oknami domu zdrojowego? Ale to są plamki zbyt drobne, by z nich czytać. Wszyscy zaś ci, którzy siedzą, stoją i leżą bliżej, na plaży, odwracają wzrok od tego, do czego – jak się zdaje – przyjechali: wzburzonego lub spokojnego, ciepłego lub zimnego, intensywnie granatowego lub szarosiwego morza, bijącego falami o wybrzeże, rozkładającego na piasku pieniste wachlarze.

Jest jak problem, który ich przerósł, jak wstydliwa sprawa, do której nie chcą się przyznawać ani przed samymi sobą, ani przed sobą nawzajem, więc odwracają głowy – tak, jakby morze ich w ogóle nie dotyczyło. Udają, że wielce ich interesuje fałdka na brytyjskiej fladze i ilość tralek w balustradach wieży. Ale to, co szumi za ich plecami, szumi coraz głośniej; nadchodzi nowy wiek, który ich wszystkich poodwraca.

Warszawa, 10. III. 2008

Marta Dzido

Marta Dzidomarta dzido – 81, warszawa-rakowiec, spełniona matka, nieślubna żona, kiepska kucharka, zawodowa freelancerka, w wolnych chwilach pisarka, deziluzjonistka zawsze, uczy, bawi, wychowuje, poszukuje

Marta Dzido: Pierwsza czytanka

To jest Tomek. A tam tata Tomka. Tata Tomka jest trenerem. Tomek jest zwykłym chłopcem jakich wielu. Tomek i tata bawią się razem na podwórku. Tomek ma nowe rolki.
Rolki są za duże i Tomek nie umie na nich jeździć. Ale tata trener go nauczy. Tata to najważniejszy w życiu nauczyciel dla chłopaka. Przykład do naśladowania. Ktoś, o kim można powiedzieć – autorytet.
Tomek nie lubi rolek. Tomek woli książki. Autorytetem dla Tomka jest Harry Potter. Autorytetem dla taty jest Ojciec Święty nasz Polak papież, a na drugim miejscu Zbigniew Boniek – zwycięska bramka w osiemdziesiątym szóstym w mistrzostwach świata.
Tomek nie lubi uganiać się za piłką. Tomek wyobraża sobie, że jest czarodziejem i gdy nikt nie widzi, rysuje sobie długopisem na czole znamię. Takie jak ma Harry. Tata Tomka nie wierzy w czary. Kiedy nikt nie widzi, chodzi do kioskarki, która ma duże cyce i włosy farbowane na blond.
Nowe rolki Tomka to prezent od taty na pierwszą komunię. Tomek nie chciał rolek, ale i tak grzecznie podziękował. Na pierwszą komunię Tomek dostał też ciało chrystusa amen do połknięcia, którego nie połknął, bo przykleiło mu się do podniebienia i łańcuszek złoty ze złotym krzyżykiem.
Tata trener mówi do Tomka: nie bądź tchórz, jedź. Ale Tomek się boi, bo rolki są za duże, a on czuje się niepewnie. Tata Tomka gardzi tchórzami. Tata Tomka twierdzi, że prawdziwy mężczyzna nie boi się niczego. Tata Tomka to by wziął takiego tchórza i…
Tomek nie chce, a tata nalega. Tata trzyma w ręce aparat fotograficzny i chce Tomkowi zrobić zdjęcie. No jedź ofermo i przestań się krzywić – mówi do Tomka jego tata.
Tata ustawia aparat.
Tomek połyka łzy.
W złotym krzyżyku dyndającym na złotym łańcuszku odbija się słońce.
Psrtyk, pstryk. I już jest zdjęcie. Będzie można je oprawić w ramki i postawić na kredensie. Tomek boi się płakać. Kiedy Tomek płacze, wtedy tata się z niego śmieje i mówi, że Tomek jest babą. Bycie płacząca babą to najgorsze co może spotkać chłopaka.
Tomek zaciska wargi. Tomek mruga szybko powiekami. Tomkowi drży broda.
Tata Tomka popycha go, żeby jechał, ale Tomek nie jedzie.
Pstryk, pstryk. No uśmiechnij się mały fajtłapo – pokrzykuje tata.
Dłoń Tomka zaciska się w pięść. Tata popycha go mocniej.
A tam – to kto?
Tam pod drzewem siedzi mama Tomka. Mama Tomka jest żoną taty. Mama ma przed sobą wózek. W wózku jest mała siostrzyczka Tomka. Mama myślała, że wszystko będzie inaczej, ale nie jest. Zanim mama wyszła za mąż za trenera i urodziła dzieci, miała piękne włosy i jędrne piersi. Później włosy zrobiły sie cienkie i szare, a piersi obwisły. Mamie wydaje się, że te dziesięć lat jeszcze kiedyś odnajdzie. Ale gdzie? Tego mama nie wie.
A co teraz robi mama? Mama rozwiązuje krzyżówkę, a potem wyśle odpowiedzi na podany w gazetce adres i może wygra toster albo frytkownicę.
Mamo, mamo – chciałby krzyknąć Tomek. Zdjąć te rolki, pobiec do niej i przytulić się. Mamo, mamo- chciałby, ale połyka łzy i nie może wydobyć z siebie głosu.
Tata Tomka szarpie go za ramię.
Ała – szepcze Tomek tak cicho, żeby tata nie usłyszał.
Mama odwraca głowę, zasłania się krzyżówką i udaje, że nic nie widzi. Mamie dobrze wychodzi udawanie i milczenie.
Tata ma dość użerania się z tym głupim dzieciakiem, który nawet na rolkach nie chce jeździć. Tacie dobrze wychodzi tresowanie.
Tata podnosi w górę swą olbrzymia, owłosiona łapę.
Tomek próbuje wyszeptać zaklęcie, ale czary i magia działają tylko w książkach, a Tomek nie jest przecież w książce tylko w prawdziwym życiu. Łapa taty spada prosto na kark Tomka, a Tomek przewraca się na beton.
Beton jest ciepły, rozgrzany słońcem. Tomek chciałby móc się w niego wtopić, zasnąć na kołdrze we wzory z płyt chodnikowych. I obudzić sie jako czarodziej Tomek Harry Potter ekspektopatrolon. Zdjąłby z siebie rolki i wszedł w nocy do pokoju rodziców. Przywiązałby ich grubym sznurem do łóżka, oblał benzyną i puścił z dymem. A potem wyleciałby przez balkon na miotle prosto do księżyca.
Tata trener wie dobrze, jak powinno sie tresować dzieci na porządnych obywateli.
Mama Tomka i żona taty trenera wie dobrze, że mąż ma twardą rękę i zawsze rację.
Tomek wie dobrze, jak smakują łzy pomieszane z krwią cieknąca z nosa. W ciągu swojego ośmioletniego życia zdążył sie do tego smaku przyzwyczaić i go polubić.
W złotym krzyżyku dyndającym na złotym łańcuszku odbija się beton.
Tomek słyszy głos taty dobiegający z góry: Wstawaj i rób, co do ciebie należy.

Michał Olszewski

Michał OlszewskiMichał Olszewski (1977) – autor dwóch tomów prozy, nagrodzonego w konkursie Wydawnictwa Znak “Do Amsterdamu” (2003) i “Chwalcie Łąki umajone” (Czarne 2005). Dziennikarz “Tygodnika Powszechnego”. Kończy pracę nad swoją trzecią książką.

Michał Olszewski: Kilka minut samotności

Taki obraz, w drodze z W. do domu. Zima na katowickim dworcu, okolice drugiej. Śniło się znowu coś dziwnego, zardzewiała barka skuta czarnym, przejrzystym lodem. Potem dwa odległe miasta E. i K. zlały się w jeden gąszcz, pluli na mnie z balkonów i padał zimny deszcz. Wyszedłem z tego, wyciągając głowę z ramion jak żółw na chłód i pusty przedział. A za oknem zamrożony dworzec i zielonkawe światło katowickich lamp, najgorszy rodzaj jarzeniowości. Mróz, więc mniejszy dystans dzieli od świata i wszystko widać jak na dłoni. Dyktę, kioski z kolorowymi napojami, kolejowy brud, drewniane ławki i zalane asfaltem perony.
Z jakiegoś pociągu wyskakuje w ostatniej chwili zalany żołnierz. Odprowadza nieprzytomnym wzrokiem wagony, peron jest pusty, znikąd przyjacielskich zawołań, milczą okna uciekającego składu, nikt nie woła „Mirek, kurwa, pamiętaj, tylko Żagań, Mirek, kurwa, rezerwa, zadzwoń”.
Odrzuca torbę, klęka nieporadnie na zimny asfalt i zaczyna robić pomki, krzycząc ochryple: „Styczeń, luty, marzec, kwiecień…”.
Dalej.

Małgorzata Rejmer: Zetrzyj

Następnym razem rozegra to zupełnie inaczej. Nie pozwoli sobie tak. Nim pomiatać. Przecież dochodzi dwunasta, i ile można, być na każde skinienie, kiwać się, kłaniać, drżeć. Tak to się skończy, że pewnego dnia obudzi się jako karaluch.
W tym nowym zbyt wysokim mieście, zbyt rozległym, w mieszkaniu, z którego wychodził na wątłych nóżkach, by po całym dniu móc kornie i karnie do niego powrócić.
Zmarzł, przyspieszył kroku. I jeszcze do tego wszystkiego rozwiązały mu się sznurówki. Nie, do diabła, to już koniec. Pochylił się, by je zawiązać. Kiedy podniósł głowę, dostrzegł kilkanaście metrów dalej małą dziewczynkę, która siedziała po turecku pod latarnią. A przecież ulica była pusta, czy nie? Zrobiło mu się jeszcze zimnej. O tej porze, na ulicy dziecko, to jest ten świat, w którym musi żyć.
Stanął przed nią, ale dziewczynka wydawała się go nie zauważać. W końcu podniosła głowę. Zobaczył wpatrzone w siebie oczy, które lśniły jak szklane. Nie spuszczając z niego wzroku, lekko zagryzła usta. Chciał zapytać: „Co tutaj robisz, dziewczynko, w środku nocy?”, ale zamiast tego ciągle wpatrywał się w nią, aż w końcu zrobiło mu się nieswojo. Mała znosiła jego wzrok bez śladu zainteresowania. Wreszcie obojętnie spuściła oczy i wróciła do przerwanej zabawy – owijania czerwonej nitki wokół palców według sobie tylko znanej zasady. Mężczyzna patrzył na jej małe dłonie, próbując zgadnąć, który z palców zostanie owinięty jako następny, jednak za każdym razem się mylił. Dziewczynka podniosła wzrok. Zmrużyła oczy. Przypatrywała się jego ustom.
- Zetrzyj – powiedziała cicho, wskazując kącik swoich ust. – Tu.
„Tu” wydało mu się dudniąco głuche. Podniósł wolno dłoń i potarł róg warg.
Spojrzał na nią pytająco.
- Zetrzyj. Tu – powiedziała dziewczynka, przesuwając opuszkiem palca po swoich wargach.
Mężczyzna powtórzył ruch nie spuszczając z niej wzroku.
- Tu – powiedziała dziewczynka, biorąc spokojny, głęboki wydech, i obydwiema
rękami wolno potarła policzki.
Mężczyzna niepewnie dotknął palcami skóry.
- Tu – dziewczynka płynnym ruchem przejechała palcami po przymkniętych powiekach, zamknęła oczy i schowała twarz w dłoniach.
Mężczyzna patrzył na nią niepewnie, stojąc bez ruchu. Poczuł niezrozumiały niepokój. W końcu tak jak ona schował twarz w dłoniach. Kiedy je odjął, dziewczynka nadal siedziała w tej samej pozycji. Na zakrytą dłońmi twarz opadały ciemne włosy.
- A teraz znikaj stąd – usłyszał głuchy, zdławiony syk. Zawahał się. W jednej chwili ogarnął go strach. Odwrócił się natychmiast i zaczął biec.
Ale w świetle latarni na pustej, wąskiej ulicy nie widać było ani jego, ani dziewczynki, jedynie przesuwający się szybko, porzucony cień.

Małgorzata Rejmer

Małgorzata RejmewMałgorzata Rejmer, 1985, mieszka w Warszawie. Fanka Mostu Poniatowskiego i świeżego powietrza. Studiuje psychologię i kulturoznawstwo, pracuje też. W wolnych chwilach się dziwi.
W serwisie ‘opowiadanie’ debiutowała publikacją ‘Zetrzyj’.

Wczesne opowiadania Lessing w PIW-ie

W serii BIBLIOTEKA BABEL Państwowego Instytutu Wydawniczego ukazuje się właśnie tom opowiadań noblistki: Doris Lessing MĘŻCZYZNA I DWIE KOBIETY (A Man and Two Women). Przełożyli z angielskiego Marian Leon Kalinowski, Wacław Niepokólczycki, Alicja Skarbińska-Zielińska, Jan Zieliński.

Nota od wydawcy:
Miara talentu Doris Lessing leży w różnorodności gatunków, które autorka umiejętnie łączy, w zróżnicowaniu podejmowanych tematów. Wydaje się, że rdzeń jej opowieści o człowieku – bo w istocie cała twórczość noblistki jest wielką opowieścią o człowieku – nie może pomieścić się w obrębie języka, wykracza poza wszelkie granice gatunkowe. Dlatego też Lessing nie przywiązuje się do formy: osiąga wyżyny pisarstwa zarówno na kartach opasłych powieści, jak i miniatur prozatorskich; prawdę o nas potrafi odnajdywać z epickim rozmachem i w kilku ruchach piórem.
Prezentujemy wczesny tom opowiadań pisarki, kilkanaście zajmujących historii, przewrotnych i błyskotliwych, głębokich i poruszających. Doris Lessing da się Państwu poznać jako autorka przenikliwych opowiadań o miłości i związkach międzyludzkich.
Lessing patrzy na swoich bohaterów chłodnym okiem, wycofana, zdystansowana; nie można się jednak oprzeć wrażeniu, że żyje ich życiem, rozumie targające nimi sprzeczności. Jej proza jest szczera do bólu.

/fragmenty/

ZALICZONA

Gdy przed paru laty po raz pierwszy ujrzał Barbarę Coles, zwrócił na nią uwagę tylko dlatego, że ktoś powiedział: „To nowa dziewczyna Johnsona”. Z całą pewnością nie użył wtedy wobec niej formułki prywatnego kodu erotycznego: TAK – TA. Zastanawiał się nawet, co ten Johnson w niej widzi. Pamięta, że kiedy patrzył na przystojnego, choć z twarzą zaczerwienioną od alkoholu, Johnsona, który flirtował z obcą dziewczyną, podczas gdy Barbara przyglądała się temu, stojąc pod ścianą z ponurą miną, pomyślał: „Długo nie będą razem”.
Miała jasną cerę, nie była szczupła, przeciwnie, szczodrze przez naturę wyposażona, o figurze, którą można by uznać za dobrą. Proste blond włosy czesała z jednej strony przedziałkiem, który miał w sobie coś niestosownego. Nie zauważył, jak była ubrana. Pamiętał jednak, że oczy miała całkiem niezłe: duże, intensywnie zielone, wskutek dziwnego napięcia skóry w kącikach wręcz romboidalne. Szmaragdowe oczy uczennicy lub młodej nauczycielki, która patrzy na flirtującego kochanka i już planuje ciche dni.
Jej nazwisko pojawiało się niekiedy w prasie. Była scenografką czy projektantką, kimś takim.
A potem gazeta niedzielna ogłosiła konkurs na najlepszą scenografię i ona wygrała. Barbara Coles zdobyła uznanie w kręgach teatralnych, widywało się jej fotografie. Zawsze w poważnym kontekście. Pamiętał, że sprawiała na nim wrażenie ponurej.
Pewnego wieczoru ujrzał ją z daleka na jakimś przyjęciu. Rozmawiała ze znanym aktorem. Włosy nadal czesała na bok z przedziałkiem, ale teraz wyglądało to oryginalnie. Na prawej dłoni miała pierścionek ze szmaragdem, jakby zachęcała do porównywania go ze swoimi oczyma. Podszedł i powiedział: „My się już kiedyś poznaliśmy, jestem Graham Spencer”. Poniewczasie spostrzegł, ku swemu niezadowoleniu, że to, co powiedział, jest wewnętrznie sprzeczne. „Przepraszam, nie pamiętam – odparła z uśmiechem. – Ale bardzo mi przyjemnie”. I powróciła do przerwanej rozmowy.
Kręcił się w pobliżu, ale niebawem wyszła z grupą ludzi, których zaprosiła do domu na kielicha. Jego pominęła. Miała dużo pewności siebie i arogancję, którą odebrał jako symptom sukcesu. To wtedy, patrząc, jak roześmiana wychodzi w otoczeniu przyjaciół, użył formułki TAK – TA. I wrócił do domu, do żony, z miłą perspektywą randki, tak jakby właśnie umówił się z Barbarą Coles.
Jego małżeństwu stuknęła dwudziestka. Z początku było burzliwe, bolesne, tragiczne – seria rozstań, zdrad i czułych powrotów. Musiała upłynąć co najmniej dekada, nim Graham zdał sobie sprawę, że związek, w którym żył w ciągłym zadziwieniu, zarówno umysłu, jak i zmysłów, nie wyróżnia się niczym szczególnym. Przeciwnie, inne znane mu małżeństwa – bez względu na to, czy chodziło o pierwsze, drugie, czy trzecie podejście – były identyczne. Jego wytrzymało nawet poważny romans z młodą dziewczyną, dla której był niemal gotów rozwieść się z żoną, ale w ostatniej chwili rzucił tamtą, przez co ma ją wciąż na sumieniu (nie bez cienia satysfakcji). Z niejaką pokorą pojął, że ów dramat nie był tak wyjątkowy, jak mu się z początku zdawało. Ot, nic więcej ponad to, czego doświadczają inne pary w jego kręgu. A przypuszczalnie i w innych kręgach, nieprawdaż?
W każdym razie gdzieś w okolicach dziesiątego roku małżeństwa wiele rzeczy ujrzał jaśniej, jego życie stało się uboższe o pewien rodzaj uczuciowych przygód, a samo małżeństwo uległo przemianie.
Jego żona wyszła niegdyś za ubogiego chłopaka, który miał przed sobą wielką przyszłość jako pisarz. Z powodu takiej wizji przyszłości zdobywali się, a głównie ona, na pewne wyrzeczenia. On widział to i nie był niewdzięczny, przeciwnie, miał z tego powodu nieustanne wyrzuty sumienia. W końcu wydał książkę, która cieszyła się (umiarkowanym, ale jednak) powodzeniem, potem kolejną, o której dziś, dzięki Bogu, nikt nie pamięta. Podryfował w stronę radia, telewizji, pisania recenzji. (…)
Formułka TAK – TA przestała dotyczyć nieodłącznego dotychczas aspektu seksualności. W dojrzalszej postaci przestała być czymś wstydliwym. Przeciwnie – wyrażała żartobliwy szacunek wobec niego, wobec jego prawdziwych talentów i niezwykłego wyczucia – nie tyle w kwestiach artystycznych, ile, jak się okazało, w kwestiach życia uczuciowego i ciężko okupionego zdobytego w tych sprawach doświadczenia. Świadczyła zarazem o pewnej ironicznej godności, udowadniając jemu samemu nie tylko, że potrafi być wobec siebie uczciwy, lecz także, że i na t y m polu zasługuje, jeśli tylko zechce, na to, co najlepsze.
Rozglądał się, szukając kobiet, które wyróżniały się w sztuce lub w polityce, przyglądał się zdjęciom, przysłuchiwał strzępom plotek. Starał się im przyglądać, jak grają, tańczą, przemawiają. Wyrabiał sobie zdanie, niepozbawione złośliwości. Albo spokojnie pociągał za sznurki, by doprowadzić do spotkania, albo wolał czekać – i tak działo się częściej, ponieważ zwiększało to przyjemność, jaką hazardzista czerpie z oczekiwania – aż naturalną koleją rzeczy dojdzie do tego, co i tak prędzej czy później musiało nastąpić. Wówczas kilkakrotnie pokazywał się z taką kobietą publicznie, co było w porządku, jako że spotkania ze znanymi ludźmi, płci obojga, leżały w charakterze jego pracy. Żona zawsze wiedziała, sam jej mówił. Mógł z taką kobietą romansować, najczęściej wszakże rzecz miała tylko pozór romansu. Owszem, czerpał przyjemność z tego, że inni mu zazdroszczą – dbał na przykład o to, żeby prowadzić taką kobietę do pubów, w których przesiadują jego koledzy. Ale prawdziwa przyjemność płynęła z zaskakiwania jej tym, że on ją tak dobrze rozumie. Rozkoszował się atmosferą, jaką umiał wytworzyć w czasie spotkania z kobietą inteligentną, czymś w rodzaju żartobliwego paktu, zawarłszy który, nie trzeba było mówić o pewnych rzeczach, a seks stawał się zbędny.
Na liście kobiet, z którymi zamierzał zawiązać tego rodzaju znajomość, znalazła się Barbara Coles. Ale bez pośpiechu. Za tydzień, za miesiąc, za rok spotkają się na jakimś przyjęciu. Świat znanych ludzi w Londynie jest całkiem niewielki. Duże i małe ryby krążą wokół siebie, dotykają się nosami, prowokują płetwami, po czym szybko odpływają. Kiedy się natknie na Barbarę Coles, będzie musiał podjąć decyzję, czy się z nią przespać, czy też nie.
(…)

DIALOG
(…)

Znowu zamknął oczy. Ona zaś uwolniła się od kakofonii, którą wytworzyły razem muzyka, wiatr, chmury, krople deszczu, żłobiące trawę i ziemię, i spróbowała zobaczyć: najpierw pokój, tę niepewną platformę na wysokościach, trwającą mimo burz i rozkołysania fundamentów; następnie pewną niespójność materii widzianej przez niego; wreszcie siebie samą, taką, jaką widział on – od razu poczuła duchowe znużenie, jakby dostrzegła chłodne, sarkastyczne mrugnięcie trzeciego oka, widzącego ich oboje, tych dwoje ludzi, jego i ją, tak jak ona widziała wcześniej sprzedawcę warzyw, wyrostków, kobietę z mężem cierpiącym na reumatyzm. Przypatrywała się im obojgu bezlitośnie, im, którzy siedzieli w milczeniu po dwóch stronach tego wysokiego pokoju, i jej oko zdawało się coraz większe, aż w końcu wypełniło wszechświat niedowierzaniem i negacją.
Teraz dopuściła ona do siebie słowa zakazane: „miłość”, „zazdrość” (i tak dalej), i pozwoliła, by ją ogrzały, bo nie potrafiła wytrzymać w pozbawionym ich świecie, a ponadto były jej potrzebne, aby mogła wyzbyć się złości, którą on wywoływał: Tak, tak, jest bardzo dobrze, ale jak miałby się dalej toczyć ten spektakl, jak byłoby to możliwe, gdyby nie było ludzi podobnych do mnie? Tworzymy was, żebyście nas wykorzystywali, konsumowali, na co my przymkniemy oko, ale nie należy gardzić…
Powiedział, nie zaskakując jej, bo przecież tak często miewali jednakowe myśli:
- Czy wiesz, że jesteś bardziej rozdarta niż ja?
Pomyślała: Gdybym nie była rozdarta, gdyby jedna moja połowa (jeśli taki podział nastąpił) nie musiała poruszać się w twoim świecie, choćby krótko, nie siedziałabym tutaj, nie chciałbyś mnie.
Powiedział:
- Nie krytykuję cię. Bynajmniej. Masz przecież kontakt. Czego jeszcze chcesz?
- Kontakt – powtórzyła wpatrzona w to zimne słowo.
- Tak. Cóż, to jest najważniejsze.
- Jak możesz tak siedzieć, obstając przy tym, do czego przywiązujesz wagę, i twierdzić, że to najważniejsze?
- Jeśli ty jesteś najważniejsza, to niech tak będzie.
- Albo jedno, albo drugie?
- Tak.
- Dlaczego? Moje myśli przeczą co prawda moim uczuciom, ale…
- Ale?
- Zgoda, wszystko to jest bez znaczenia, tak podpowiada mi rozum, to przypadek, dziwactwo, a jednak wszystko to sprawia mi wciąż przyjemność, dlaczego miałaby tu się kryć sprzeczność, dlaczego?
- Nie widzisz tu sprzeczności?
- Nie.
- Żywisz się strawą przodków, strawą ich przekonań, i to wszystko.
- Możliwe, ale dlaczego miałabym się tym przejmować?
- Mucha bzycząca w słońcu – powiedział.
Jego uśmiech był najpierw czuły, choć wymuszony, a po chwili pełen niechęci i krytycyzmu. Owa krytyka, jej chłód, zabolały tę kobietę i była już bliska płaczu. Dzisiaj nie mogła więc długo tu przebywać, bo łzy były na miejscu, stanowiły część innej kłótni czy walki, osobistej, odegranej już (albo już stoczonej).
Teraz mrugała oczami, by wyschły, ale ich nie dotykała, bo nie powinien był widzieć tego, że zebrało jej się na płacz; zapytał:
- A gdybym ja był twoją przyszłością?
Zapadła dłuższa cisza i ona pomyślała: To możliwe, całkiem możliwe.
- Chyba jestem. Załóżmy, że świat zaludnią coraz liczniej tacy jak ja, a wtedy…
- Muszki będą musiały głośniej bzykać.
On wybuchnął krótkim, ale szczerym śmiechem. Ona pomyślała: Cokolwiek powiesz, ten śmiech znaczy najwięcej. Po raz tysięczny siedziała oto w milczeniu, pragnąc, by znaczył więcej, czując się kimś w samym centrum życia, skupiskiem ciepła, którym chciała napełnić ten pokój.
Siedział tam z uśmiechem na twarzy, bezwolnie jednak, ociężale, jego kończyny nawet jej, , która siedziała w drugim końcu pokoju, wydawały się zimne i niepewne siebie. Podeszła do niego, uklękła obok jego krzesła, zdjęła jego rękę z czarnego skórzanego oparcia i wyczuła jej ociężałość oraz chłód. Uścisnął jej dłoń raczej uprzejmie niż serdecznie, po czym ona mocno ujęła jego rękę i zapragnęła, by z jej ramienia spłynęło do tej dłoni życiodajne ciepło.
(…)

 

Magdalena Bielska

Magdalena BielskaMagdalena Bielska ur. 1980, wydała tom wierszy “Brzydkie zwierzęta” wyd.a5, 2006; nagroda za debiut poetycki im. Kazimiery Iłłakowiczówny, 2006; mieszka w Krakowie.

W serwisie ‘opowiadanie’ debiutowała Rottweilerem Józefem.

Magdalena Bielska: Rottweiler Józef

Pewnego popołudnia rottweiler Józef jak zwykle wyszedł przed dom zapalić fajkę. Rottweiler Józef mieszkał w małym drewnianym domu, z drewnianą podłogą i wiecznie zadymioną kuchnią z małym piecem, w którym palił papierem, gazetami, banknotami i czasem, rzadko, pseudochomikami*. Ponad wszystko bowiem nie cierpiał ścinania drzew i nigdy nie palił w piecu drewnem. Nigdy nie znajdywał też porzuconych, opadłych z drzew gałęzi, których nie musiałby ścinać. Podejrzewał, że ktoś ubiega go w zbieraniu gałęzi i dlatego nigdy ich nie znajduje. Rottweiler Józef mieszkał sam w drewnianym domku, otoczonym pięknym sadem. Rzadko spotykał innych ludzi. Rzadko spotykał też inne psy. Tak naprawdę rottweiler Józef nie był do końca człowiekiem. Nie był też psem. Był odmieńcem. Jednak niebawem wszystko miało się zmienić.
Sad, który otaczał dom rottweilera Józefa, był nadzwyczaj piękny. Rosły w nim głównie jabłonie, ale było ich tak dużo i były tak wielu przeróżnych odmian, że razem tworzyły niezwykły widok. Były tam stare, niskie, pokręcone ze starości jabłonki i strzeliste, tęczowe drzewa, dające późną jesienią owoce o posmaku mułu. Wiele z tych odmian Józef sam wyhodował i nigdzie poza jego sadem nie można było ich spotkać. Oprócz jabłoni rosły tam też krzaki dzikich jeżyn, jeżyn niebłych** i malin. Ani człowiek, ani pies nie może jednak żywić się tylko owocami, więc rottweiler Józef udawał się czasem w głąb lasu po zapas grzanek z cukrem. Myślicie pewnie, że rottweiler Józef był stary i brzydki? Otóż nie. Był to piękny człowiek o pięknej, nieco psiej twarzy. Miał też zupełnie białe włosy. Był również utalentowany, grywał na małej gitarze piosenki. Piosenek nauczył go ojciec, kiedy mieszkali razem. Rottweilerowi Józefowi nie przeszkadzało, że od lat śpiewa wciąż te same piosenki i nie miał ochoty uczyć się nowych. Zresztą nie znał za wiele innych istot. Czasem widział w jakiejś odległości mieszkańców lasu, którzy szli dokądś, albo skądś wracali. Jedynym bliższym znajomym Józefa była stara mysz Antygołębiow. Przychodziła czasem w odwiedziny i siadała przed domem, pykając fajkę i wypuszczając w kierunku jabłoni kłęby dymu.
– Dziwne, dziwne – mówiła, patrząc na Józefa, który czuł się wtedy nieswojo. ─ Niby człowiek, niby pies. Jesteś jakiś dziwny, Józefie. Nie jesteś przypadkiem kaznodzieją? Przydałby się nam w lesie kaznodzieja z prawdziwego zdarzenia ─ często powtarzała mysz.
─ Myślałem, że to ty jesteś kaznodzieją ─ odpowiadał wtedy niezmiennie rottweiler Józef.
─ Nie, ja jestem mędrcem – odpowiadała zawsze Antygołębiow.
Tę rozmowę powtarzali często, prawie zawsze, kiedy mysz odwiedzała rottweilera Józefa.
W sumie nie mieli wiele nowego sobie do powiedzenia. W życiu rottweilera Józefa nie było wielu zmian. Czasem udawało mu się stworzyć nową odmianę jabłoni. Czasem znajdywał jakieś nowe pseudochomiki, które potem wrzucał do pieca.
Ojciec rottweilera Józefa umarł dawno temu, kiedy rottweiler Józef był bardzo młody. Był to surowy i twardy człowiek. Nigdy nie przytulił rottweilera Józefa, ponieważ ponad wszystko nie znosił ckliwości. Matka rottweilera Józefa umarła bardzo, bardzo dawno. – Umarła tak dawno, że w tamtym czasie nie było nawet wielkiego lasu ─ mówił rottweilerowi ojciec. W rezultacie rottweiler Józef był bardzo samotny i nie miał prawdziwego przyjaciela.
Tego popołudnia wyszedł przed dom, zapalił fajkę, a ponieważ dzień był taki, jak najbardziej lubił, pochmurny, chłodny i bardzo zielony, postanowił pójść do lasu uzbierać trochę chrustu.
Długo chodził po lesie. W końcu pod wielkim bukiem znalazł wytartego, spłowiałego pseudochomika. Był to szmaciany chłopiec, w granatowym ubraniu, z włosami zupełnie białymi jak włosy rottweilera Jozefa. Rottweiler Józef widział go już parę dni wcześniej, ale wtedy zostawił go pod drzewem. Nigdy nie zabierał nowo znalezionego chrustu od razu do domu. Zawsze czekał parę dni, w nadziei, że jakieś dziecko wróci po zagubioną zabawkę. Czasem pseudochomiki znikały, zabrane przez właścicieli, czasem jednak nikt po nie nie wracał i Józef ładował je wtedy do granatowego fartucha, a w domu wrzucał do pieca. Niejedno dziecko byłoby pewnie zgorszone, słysząc, co rottweiler robi z jego zabawkami. Jednak ojciec rottweilera Józefa nigdy nie pozwalał mu bawić się zabawkami. Uważał zabawki za za bardzo ckliwe. Pozwalał mu natomiast śpiewać piosenki i ciągle uczył go nowych. Może też powodem było to, że rottweiler nigdy nie był dzieckiem. Kiedyś był po prostu bardzo młody, ale i tak dorosły. Nigdy więc nie był przywiązany do żadnej zabawki i uważał za normalną rzecz palenie nimi w piecu. Oburzało go tylko palenie drewnem. Wielokrotnie słyszał rozmawiające ze sobą drzewa, kłócące się topole i śmiejące się baobaby. Ścinanie drzew uważał za największe okrucieństwo. Wprawdzie nikt z mieszkańców lasu nigdy nie ściął żadnego drzewa, Józef jednak wiedział, że tak czasem się dzieje. Wyczytywał o tym w gazetach. Natomiast nigdy żaden pseudochomik nie odezwał się do niego ani słowem***.
Rottweiler Józef zabrał więc szmacianego chłopca do domu i wrzucił go do pieca. Potem zaczęło się ściemniać, więc siedział jeszcze jakiś czas i przyglądał się jabłoniom. Nowo zasadzona odmiana pod wieczór fosforyzowała zielonym światłem.
Gdzieś daleko rośliny są w przeważającej mierze zielone – przypomniało mu się zdanie wyczytane w niedzielnej gazecie i pomyślał, że musi to być naprawdę bardzo piękne. Siedział, paląc i myśląc, a ponieważ zrobiło się niemal zupełnie ciemno, poszedł spać.
Następnego dnia pracował jak zwykle w ogrodzie, z przerwą na zupę i herbatę. Koło piątej po popołudniu skończył pracę i poszedł do domu napalić w piecu. Dzień był wprawdzie ciepły, ale Józef wiedział, że noce pod koniec lata w wielkim lesie bywają bardzo chłodne. Napalił w piecu, a ponieważ w domku zrobiło się bardzo gorąco, wyszedł na zewnątrz, ubrawszy ulubiony, brzydki, wypłowiały kubrak. Chodził między jabłonkami i popijał herbatę. Potem odłożył kubek na ławeczkę pod wyjątkowo mulistą odmianą i położył się na trawie. Patrzył w górę na niebo i obserwował wydobywający się z komina jego domku dym. Było go bardzo dużo, co było dziwne, ponieważ miał ostatnio mało chrustu, trochę banknotów, trochę wiórów i jednego pseudochomika, szmacianego chłopca.
Tymczasem dym skłębił się w jedną wielką dymną chmurę unoszącą się nad sadem. Chmura nie przemieszczała się, stała w miejscu; nie wtopiła się w inne chmury. Rottweiler Józef przyglądał jej się, leżąc na trawie i w końcu zobaczył że przybiera ona kształt i kolory szmacianego chłopca, którego wczoraj wrzucił do pieca. Wyraźnie widział głowę, oczy, białe włosy i drelichowy granatowy kombinezon. Chłopiec w ręku trzymał różową kulkę, którą podrzucał i ściskał. Józef pomyślał że szmaciany chłopiec przypomina jego samego, trochę, choć twarz miał niepodobną. Jednak i granatowy kubrak, i białe włosy bardzo przypominały mu jego samego. Rottweiler Józef leżał w trawie, słychać było bzyczenie owadów, nad jego głową przebiegały szare chmury, a i chmura w kształcie chłopca powoli zaczęła falować i trochę się rozpływać. Trwało to bardzo powoli i rottweiler Józef wyraźnie widział, jak usta chłopca układają się w wyrazy. Nie słyszał ich oczywiście, ale miał wrażenie że bezbłędnie odgaduje ich znaczenie. Potem chyba w końcu zasnął. Kiedy się obudził, był bardzo zmęczony**** i rozbity. Poszedł od razu spać, nie myśląc zupełnie o niczym.
Rano, kiedy wyszedł pracować w sadzie i przypomniał sobie o chmurze w kształcie chłopca wyglądającego jak on sam, zrobiło mu się niewypowiedzianie żal. Zajrzał do pieca, ale nie było tam nawet okruszka popiołu. Wyszedł do sadu i piękne jabłonki wydawały mu się zupełnie bezsensowne. Cała praca włożona od lat w uprawę sadu wydała mu się zupełną porażką. Czuł się przeraźliwie samotny. Usiadł na ławce przed domem i zaczął wpatrywać się w niebo, jednak chmury, które pędziły nisko i szybko nad sadem, były bardzo ciemne i nieprzypominające żadnych znajomych kształtów.
Następnego dnia domek rottweilera Józefa był pusty. Nie pożegnał się z nikim, a kiedy mysz Antygołębiow przyszła go odwiedzić, pomyślała, że wreszcie wyruszył (gdzie? To wiedziała mysz całkiem dobrze).

*Nie, pseudochomiki to nie zwierzęta. W każdym razie nie żywe. Były to zabawki porzucone przez dzieci w wielkim lesie.
**Takich, których nie widać i nie czuć ich smaku. A podobno jest on wyjątkowy.
***Ciekawe, dlaczego.
****Ktoś powiedziałby: sterany życiem.

Mikołaj Łoziński

Mikołaj ŁozińskiMikołaj Łoziński (ur. 1980) – polski pisarz i fotografik.

W serwisie ‘opowiadanie’ zadebiutował Nicolasem.  

Mikołaj Łoziński ukończył socjologię w Paryżu. Był tłumaczem telewizji francusko-niemieckiej, robił zdjęcia dla “Przekroju” i “Rzeczpospolitej”. Publikował krótkie opowiadania, miał kilka wystaw fotograficznych. Zarabiał jako malarz pokojowy i asystent niewidomej psychoterapeutki.

Mikołaj Łoziński jest zdobywcą II nagrody literackiej w Konkursie Młodych Twórców Warszawskiej Fundacji Kultury (2006). Jego debiutancka powieść była wystawiana na 51. Międzynarodowych Targach Książki w Warszawie i na Targach Książki w Lipsku. Uhonorowany Nagrodą Kościelskich w roku 2007 za powieść Reisefieber.

Stypendysta programu Instytutu Książki i Stowarzyszenia Willa Decjusza dla pisarzy i tłumaczy Homines Urbani (jesień 2007).

Mikołaj Łoziński: Nicolas

I

Heinrich wrócił do domu koło szóstej. Jechał prawie godzinę. Siedział w swojej furgonetce, przeklinał korki uliczne i myślał, jak minął mu dzień. Telefon dzwonił od rana. Obudził go przed ósmą. Ale Julia nie z nim tak naprawdę chciała rozmawiać. Wrócił do łóżka, nie mógł zasnąć. Potem dzwonili już po niego.
Dwa razy odmówił przyjazdu – za daleko. Zaczął od domku jednorodzinnego na przedmieściach. Starsze małżeństwo. Zmienił im kran, uszczelki i przepchał pion. Poczęstowali go kawą, starszy pan opowiadał o ubezpieczeniach – w poprzednim życiu, przed emeryturą, miał firmę ubezpieczeniową. Był wyższy od Heinricha prawie o głowę, łysy, z siwymi włosami na rękach. Niskim głosem doradzał, gdzie najlepiej ubezpieczyć się na życie. Heinrich słuchał z grzeczności, pił kawę i wpatrywał się w dwie długie zmarszczki – przechodziły pionowo przez czoło starszego pana. Nigdy wcześniej takich nie widział.
Kiedy wychodził, starsza pani spytała go o nazwisko.
- Jest pan krewnym?
- Nie – powiedział i przypomniał sobie o liście, który wczoraj napisał.
- Gdzie tu jest najbliższa poczta? – zapytał.
W okienku kupił dwie białe koperty i dwa znaczki. Na wszelki wypadek. Adresował powoli, drukowanymi – wyszło trochę krzywo, drżała mu ręka. HEINRICH NICOLAS BÖLL. Musiał napisać swoje drugie imię. Inaczej to wszystko nie miałoby sensu.
- Może się pan przesunąć? Dopiero teraz zauważył kobietę z pocztówką (choinka, czerwone bombki, SZCZĘŚLIWYCH ŚWIĄT) w ręku.
- Opiera się pan o skrzynkę. Odsunął się. Wrzucił list i ruszył do wyjścia. Poczuł się niepewnie. Wydawało mu się, że wszyscy na niego patrzą. Zrobiło mu się ciepło i zaczął szybciej iść.
- To przez to, że się nie wyspałem – powiedział cicho do siebie.

II

Siedział w ciężarówce i próbował ułożyć po kolei w głowie wszystko, co później robił. Zdał sobie sprawę, że pamięta, ale trudno mu złożyć z tego całość. „Tak jak trudno jest idealnie skleić rozbite naczynie“ – pomyślał – „Zbiera się z podłogi wszystkie większe kawałki, a mniejsze, tak małe, że prawie ich nie widać, gdzieś giną.“ No, więc miał parę drobnych napraw. Wymienił spłuczkę w łazience w centrum, przepchał kibel i założył nową baterię w nowoczesnym bloku. Był dobrym hydraulikiem i wiedział o tym. Pracował po cichu, szybko i dokładnie. Miał sporo stałych klientów. Ludzie łatwo zapamiętywali jego nazwisko. Można powiedzieć, że zapracował sobie na nie, ale nie byłaby to do końca prawda.

III

O liście myślał od dwóch tygodni, ale dopiero wczoraj wieczorem poczuł, że jest gotowy. Z początku chciał wysłać pustą kopertę.
- Przecież i tak do mnie wróci – myślał.
Patrzył przez okno na śnieg zasypujący ulicę. Na człowieka, który szedł, zostawiając ślady, których po chwili nie było już widać. Na nieruchomo pochylone latarnie oświetlające płatki śniegu. I chyba wtedy zrozumiał, że nie wyśle pustej koperty.
Otworzył lodówkę. Zrobił sobie dwie kanapki, nalał piwo do szklanki. Usiadł przy stole w kuchni. Odbiło mu się, uśmiechnął się do siebie i spojrzał na zegarek. Dochodziła jedenasta. „Drogi Panie Böll”- napisał i od razu skreślił. „Mój imienniku” – nie, tak też nie – pomyślał. Sięgnął po szklankę z piwem. Zamyślił się. W mieszkaniu było zupełnie cicho. Co pewien czas (dokładnie co 15-16 sekund – obliczył to już dawno) słyszał pojedynczą kroplę wody wypuszczaną przez kran w łazience. Wystarczyłoby zmienić uszczelkę, trzy minuty roboty, ale przyzwyczaił się już do tego kapania. Do tego kranu, który czeka na jego pomoc. „Panie Böll”- zaczął i tak już zostawił.

IV

„Właściwie oprócz jednej drobnej rzeczy nic pana ze mną nie łączy. Wie pan, o czym mówię. Pan jest pisarzem, znanym człowiekiem. Pan wiedziałby jak napisać ten list. Ja nie wiem nawet, jak zacząć. Mieszkamy w jednym mieście, sześć ulic od siebie. Znamy się od dwóch lat – od kiedy dostał pan tę wielką nagrodę. To wtedy żona dała mi książkę o klaunie. Uważała, że to zabawne.

– Nie znałam cię od tej strony – powiedziała, śmiejąc się.
Wtedy też zaczęły się pierwsze listy i telefony. Nie znalazłem pana w książce telefonicznej. Skontaktowałem się z wydawnictwem, dostałem pana telefon i ustaliliśmy, że co piątek będę odwoził panu korespondencję. Kiedy pana nie było, zostawiałem przesyłki żonie. Kiedy pan był, rozmawialiśmy przez chwilę w progu. Prawie zawsze tak samo.
- Witam, Panie Böll.
- Dzień dobry, Panie Böll. Bardzo dziękuję.
- Ale ja jestem Heinrich Nicolas – mówiłem i obaj śmialiśmy się.
Zresztą nie o tym chcę pisać.
Z żoną byliśmy normalną parą. Rano wychodziliśmy do pracy, wieczorem jedliśmy razem kolację. Maria lubiła chodzić ze mną do kina. Żyliśmy spokojnym, może pan pomyśleć, że nudnym życiem. O tym, że nie możemy mieć dzieci, przypominaliśmy sobie rzadko – tylko w kłótniach. Pracowałem jak dawniej. Jak dawniej jedliśmy razem kolacje. Teraz przerywane przez telefony. W nocy też dzwonili – Amerykanie albo Japończycy (raz odwiedziła nas nawet grupa z kamerą z Tokio). W półśnie tłumaczyłem, że ja to nie ja. Nie wierzyli, nalegali, żebym mimo wszystko napisał dla nich opowiadanie, powiedział, co myślę o jakiejś wojnie, przyleciał na bal charytatywny. Maria zrobiła się drażliwa. Myślałem, że z zazdrości. Kupiłem parę pana książek, spodobały mi się. Po kolacji siadałem przy biurku, żeby czytać.
- Kran w łazience znowu cieknie – mówiła mi żona.
Lubiłem patrzeć na moje nazwisko wydrukowane na okładkach. Maria zostawała w kuchni, słuchała radia i robiła na drutach. Kilka razy dawałem jej jakąś pana książkę. Zachęcałem. Ale czytała tylko parę stron i bez słowa odkładała na biurko. Było mi przykro.
Przy kolacji zaczęliśmy milczeć. Wie pan – taka cicha wojna. Wtedy dzwoniło najwięcej telefonów. Po pewnym czasie zauważyłem, że na nie czekam. Patrzyłem na nią i powoli wstawałem od stołu. Żona przestała odbierać.
- Halo. Pan Böll?
- Tak. Słucham.
- Chciałem panu pogratulować ostatniej książki. Jestem zwykłym czytelnikiem, ale postanowiłem zadzwonić, bo to najlepsza rzecz, jaką czytałem od dawna.
- Dziękuję, ale chyba trochę pan przesadza.
- Ależ skąd. Naprawdę. Przepraszam, że panu przeszkadzam, ale mam jeszcze pytanie. Czy pracuje pan teraz nad czymś nowym?
- Halo. Pan Böll?
- Przy telefonie.
- W imieniu Studenckiego Koła Przyjaciół Literatury Uniwersytetu w Bonn chciałem powiedzieć, że nasze towarzystwo wybrało pana jednogłośnie na najlepszego pisarza tego roku.
- To dla mnie zaszczyt. Jestem wzruszony. Nic tak nie cieszy jak poparcie młodych. To do was należy przyszłość.
- Czy zgodziłby się pan na przesłanie panu paru prac napisanych przez członków naszego koła?
- Tak, naturalnie. Już podaję adres (oczywiście pana adres).
- Heinrich Böll?
- Tak. To ja.
- Czy mógłby pan przyjechać jutro. Chodzi o piec gazowy. Co chwilę gaśnie i nie wiem już, co robić. Mieszkam przy Plittersdorfstrasse.
- Naturalnie. O dziewiątej panu odpowiada?
- Czy to pan Heinrich Böll?
- Tak. We własnej osobie.
- Ty gnido! Dzwonię ze Związku Kombatantów. Wstyd przynosisz całemu narodowi niemieckiemu. Jesteś najgorszym z tych, których podłoga w kościele parzy w stopy. Nędzna czerwona wesz!
- Heinrich?
- Tak.
- Mówi Marta. Co u was? Dawno się nie widzieliśmy. Nie przychodzicie już na brydża. Myślałam, ze coś się stało.
- Wszystko w porządku. Chcesz rozmawiać z Marią?
- Tak.
- Maria! Marta do ciebie.
W tym czasie pierwszy raz uderzyłem Marię. Podeszła do mojego biurka. Zebrała puste szklanki po piwie. Powiedziała, że nie sprzątam po sobie w domu. Że jestem dziwny. Mówiłem, że nic nie rozumie, że jest tylko zwykłą sprzedawczynią w sklepie.
- A ty zwykłym wariatem. Opowiem ci coś.
Opowiedziała historię operatora filmowego, który chodził do psychologa. Mówił o tym w radiu jakiś słynny reżyser (nie pamiętam nazwiska). Ten operator narzekał na swój zawód – mało płacą, nie szanują, reżyser cały czas się wtrąca. Żyć się nie chce. Słynny reżyser chodził do tego samego lekarza. Raz przyszedł wcześniej i w drzwiach spotkał operatora.
- Znacie się, panowie? – zapytał psycholog.
- Jasne – reżyser klepnął operatora po plecach – Peter od lat nosi sprzęt przy moich filmach.
- No i co z tego? – zapytałem.
- Nic. Zastanów się, kim ty w ogóle jesteś – krzyknęła Maria.
Uderzyłem ją w twarz. Szklanki wypadły jej z rąk i rozbiły w drobne kawałki na podłodze w pokoju.
- Nie będę tego sprzątać – powiedziała.

V

Pan jest wielkim człowiekiem, ma żonę i dzieci. A ja parę tygodni pózniej zostałem sam. Żyłem tak przez prawie rok. Brałem więcej zleceń i późno wracałem do domu.
Ale miesiąc temu zadzwonił telefon. Dziewczyna napisała o mnie (to znaczy o panu) pracę doktorską. Chciała mi ją przesłać. Miała w głosie coś, co kazało mi pierwszy raz podać mój adres, a nie pana. Przysłała pracę z listem i swoim zdjęciem. Ciemna blondynka, z dużymi oczami i małymi dołeczkami. Takie kobiety zawsze najbardziej mi się podobały.
- Julia, piękne imię – powtarzałem sobie. Zajęła moje myśli, nie dawała mi spokoju. Postanowiłem zadzwonić. Odważyłem się po dwóch tygodniach. Powiedziałem, że praca bardzo mi się podobała, ale ‘z niektórymi jej aspektami trudno mi się zgodzić’. Sama zaproponowała spotkanie. Umówiliśmy się w kawiarni. Przyszedłem pół godziny wcześniej – wpół do dwunastej. Zauważyłem ją zaraz, kiedy wszedłem. Pewnie też już nie mogła się doczekać spotkania. Ubrana w czarny golf i czarną spódnicę. Miała spięte włosy i co pewien czas przeglądała się dyskretnie w lustrze nad stołem. Poczułem się niepewnie, bo zrozumiałem, że od zawsze marzyłem, żeby z taką kobietą pójść do łóżka. Usiadłem przy stoliku na przeciwko niej. Zamówiłem piwo. Zauważyłem, że przyniosła ze sobą jedno z ulubionych moich (pana) opowiadań „Kiedy wojna wybuchła. Kiedy wojna się skończyła”. W myślach ułożyłem dedykację.
Zamówiła sok i wyciągnęła papierosa. Sięgnęła do torebki po pudełko zapałek. Potrząsnęła nim, zgniotła i wrzuciła do popielniczki. Wstałem, żeby podać jej ogień. Patrzyłem jej w oczy – były zielone, najbardziej zielone jak to chyba możliwe. Poczułem, że pocę się na czole. Uśmiechnęła się.
- Dziękuję – powiedziała.
- Pani tak tu sama? – zapytałem.
- Jestem umówiona – przestała się uśmiechać. Wróciłem na swoje miejsce, zamówiłem drugie piwo, potem trzecie. Julia coraz częściej zerkała na zegarek. Nie mogłem przestać na nią patrzeć. Musiało ją to zirytować, poprosiła kelnera o zapalniczkę i następne papierosy zapalała już sama.
Zresztą może wstydziła się, że mężczyzna, który siedzi na przeciwko wie, że ona na kogoś czeka. Na kogoś, kto nie przychodzi. Wyszła dopiero po dwóch godzinach. Poczekałem dziesięć minut. Myślałem, że może wróci po książkę, którą zostawiła na stole. I że będę mógł jeszcze przez chwilę na nią patrzeć. Wyrzuciłem wszystkie pana książki. Nie spałem w nocy. Myślałem o Julii i o Marii. Zastanawiałem się, co dalej. Co dalej z moim życiem. Postanowiłem, że wyślę list. Na pana adres, ale list do MNIE – z moim drugim imieniem na kopercie. Żeby to pana pomylono, żeby zobaczył pan, jak to jest być kimś, kim się nie jest. Nie wiem, czy przeczyta pan ten list, czy po prostu mi go odda. To chyba wszystko. Chciałem jeszcze napisać, że pana nienawidzę.
Heinrich N. Böll” Skończył pisać list koło trzeciej nad ranem. Zasnął prawie natychmiast. VI Heinrich zamknął drzwi furgonetki i wbiegł do domu. Musiał się teraz spieszyć przez te korki. Piętnaście po szóstej miał być w domu pisarza. Nie zdjął nawet kurtki.
Jak w każdy piątek wrzucił do kartonu najpierw paczki, a potem listy. Wszedł do łazienki, wysikał się, spuścił wodę i umył ręce. Oparł karton na zgiętym kolanie i wyjął z kieszeni klucze. Miał już wychodzić, ale zatrzymał się. Coś nie dawało mu spokoju. Powoli opuścił karton na ziemię i zamknął drzwi. Stał tak dłuższą chwilę uderzając kluczem w klucz.
- To przez to, że się nie wyspałem – powiedział cicho do siebie.
Starannie powiesił kurtkę na wieszaku. Sięgnął po skrzynkę z narzędziami, wszedł do łazienki i zaczął naprawiać kran.

Fatos Lubonja przyjedzie do Wrocławia

Fatos Lubonja (ur. 1951 r. w Tiranie), albański pisarz, dziennikarz, wydawca, działacz praw człowieka. Syn Liri i Todiego Lubonji, który w początkach lat siedemdziesiątych XX w. kierował albańskim radiem i telewizją. W 1973 r. ukończył studia fizyczne na Uniwersytecie w Tiranie. W następnym roku stanął przed sądem oskarżony o uprawianie propagandy kontrrewolucyjnej. Dowodem w sprawie był jego prywatny dziennik, znaleziony w czasie rewizji. Skazany na 17 lat więzienia. Pierwszą część kary odbywał w więzieniu w Tiranie, w kolejnych latach przebywał w obozach pracy: w Spaçu, Ballsh, Qafë Bar, ponownie w Spaçu, Burrel i na koniec w obozie Kosovë e Madhe.

Wyszedł na wolność dopiero w 1991 r. W latach 90. XX w. działacz Forum Praw Człowieka, wydawca czasopisma Perpjekja (Wysiłek). Sławę międzynarodową zyskał jako autor tekstów, sytuujących się na pograniczu antropologii i filozofii polityki, analizujących współczesną tożsamość Albańczyków i przemiany świadomości, specyficzne dla okresu transformacji. Osobne miejsce w jego twórczości zajmują wspomnienia więzienne, w których autor z niezwykłą przenikliwością analizuje postawy ludzi zamkniętych w obozie pracy. W 2002 r. uzyskał Nagrodę Moravii, rok później Nagrodę Herdera. Występując przeciwko poparciu udzielanemu przez Albanię dla wojny w Iraku stracił stałą rubrykę w Shekulli – jednym z najbardziej poczytnych pism w Albanii. W jednym z artykułów polemicznych Lubonja zarzucił właścicielowi pisma – Koço Kokedhimie stosowanie cenzury i powiązania z rządzącą w Albanii ekipą. W 2003 r. stanął przed sądem, oskarżony o oszczerstwo przez K. Kokedhimę, ale został oczyszczony z zarzutów.

Teksty Fatosa Lubonji stały się dostępne także dla polskiego czytelnika dzięki tłumaczeniom Doroty Horodyskiej. Zbiór tekstów ukazał się także w formie książki Albania: wolność zagrożona, wydanej przez Pogranicze w 2005 r., z przedmową Konstantego Geberta. W latach 2002-2006 r. Lubonja trzykrotnie odwiedził Polskę. Uczestniczył w dwóch projektach, realizowanych przez Wydawnictwo Czarne: Nostalgia – o tęsknocie za komunizmem i Znikająca Europa. W Polsce publikował eseje m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Krasnogrudzie”.