Ostaszewski: Koniec końców

1. Wersja wydawnicza

Piotrek zakochał się po raz pierwszy w trzeciej klasie liceum, zakochał się błyskawicznie i równie szybko wpadł. Martyna powiedziała mu, że jest problem. Tak, jest problem, odpowiedział, a pomyślał, że nawet dwa, bo przypomniał sobie o koledze, który zaliczył wpadkę rok wcześniej i osiwiał w ciągu dwóch dni po tym, jak dowiedział się, że będzie ojcem bliźniaków. Piotrek nie chciał świecić siwymi włosami w wieku niespełna osiemnastu lat.
Rozwiązanie głównego problemu było tylko jedno: ślub, tak zarządzili rodzice i Piotrka, i Martyny, gdy tylko afera wyszła na jaw, inna opcja nie wchodziła w grę, bo katolickie, porządne rodziny, niezbyt dyskretnie monitorowane przez równie katolickich, porządnych sąsiadów, nie mogły sobie pozwolić, żeby wytykano je palcami. Musisz zachować się jak mężczyzna, powiedział ojciec Piotrkowi. Ok, powiedział Piotrek, a pomyślał, dobra, ale ja nie jestem jeszcze mężczyzną.
Rozwiązanie drugiego problemu praktycznie nie istniało. Piotrek wiedział, że aby nie osiwieć, musiałby przestać się przejmować. Ale jak tu się nie przejmować?!
Wzięli cichy ślub, na który zaprosili jedynie tych, których zaprosić musieli, bo rodzice uznali, że nie należy pokazywać wszystkim brzuchatej panny młodej. Zamieszkali u rodziców Martyny, niedługo urodził się Darek. Piotrek nie osiwiał.
Udało im się zdać maturę, choć dyrektorka liceum wyraźnie krzywiła się, widząc Martynę; cóż to za przykład dla innych uczennic, grzmiała w pokoju nauczycielskim. Reszta grona zgadzała się, że żaden. Martyna zaczęła przebąkiwać coś o studiach, ale jej matka szybko wybiła jej to z głowy, powtarzając raz po raz, masz się zająć dzieckiem. Zajęła się, a Piotrek jak na odpowiedzialnego mężczyznę przystało poszedł do pracy, którą załatwił mu ojciec. Ale to ostatni raz, powiedział srogo rodziciel, nie będę cię niańczył przez całe życie. Nie ma sprawy, powiedział Piotrek, a pomyślał, i tak prędzej czy później zmięknie.
Powoli wszystko zaczęło się układać, wynieśli się od rodziców i zamieszkali w swoim, najpierw wynajmowanym, mieszkaniu, po dwóch latach urodziła im się Marta. Piotrek pracował coraz więcej, łudząc się, że kiedyś musi być lżej. Martyna czasami popłakiwała, zwykle wtedy, gdy nie mogła poradzić sobie z dziećmi, albo po spotkaniach z koleżankami, korzystającymi z życia ile wlezie. Starała się jednak, aby Piotrek nie widział jej zapłakanej.
I faktycznie, po kilku latach było już lżej, dzieci podrosły, Martyna poszła do pracy, dorobili się niezbyt wielkiego, ale własnego mieszkania, kupili samochód. Było dobrze, często to powtarzali, jakby chcieli upewnić siebie nawzajem. Czasami tylko Piotrek zastanawiał się, jak wyglądałoby jego życie, gdyby nie poznał Martyny, nie wpadł, nie musiał tak szybko stać się odpowiedzialnym mężczyzną, ale nie za bardzo umiał sobie wyobrazić innej wersji własnego życia; podejrzewał jedynie niejasno, że byłaby to wersja lepsza. Czasami tylko Martyna zastanawiała się, jak by to było, gdyby zamiast niańczyć dzieci, skończyła studia – na pewno nie pracowałaby w sklepie, może poznałaby faceta, który częściej niż Piotrek mówiłby, że ją kocha, na pewno miałaby dzieci, choć później, dużo później. Dzieci były dla niej ważne, Piotrek mniej.
Choć z latami było lżej, to jednak wcale nie tak znowu lekko, dzieci kończyły szkoły, szły na studia, na wszystko potrzebne były pieniądze, coraz więcej pieniędzy. Oboje, Piotrek i Martyna, dużo pracowali, tłumacząc sobie, że poświęcają się dla dzieci, żeby miały lżej niż oni, żeby mogły zrealizować marzenia, o których oni musieli zapomnieć. Piotrek osiwiał, ale nie przejął się tym. Córka powiedziała nawet, że wyprzystojniał na stare lata. To fajnie, powiedział, a pomyślał, stare lata, czy ja już faktycznie jestem stary? Martyna roztyła się, na początku próbowała z tym walczyć, katowała się dietami, ale w końcu dała sobie spokój. I dla kogo mam się tak męczyć, myślała, zamykała się w łazience i popłakiwała.
Dzieci skończyły studia, pożeniły się i zamieszkały w innych miastach, nie tak znowu odległych, żaden tam drugi koniec kraju, ale na tyle oddalonych, że odwiedzały Piotrka i Martynę rzadko, najczęściej w święta. Martyna odkryła przyjemność śledzenia niespiesznej akcji tasiemcowych telenowel. Piotrek coraz częściej zaczął bywać na działce, która po śmierci ojca popadła w ruinę.
Na Wigilię jednak dzieciaki przyjeżdżały zawsze, już ze swoimi dzieciakami. Piotrkowi nawet podobało się, gdy rozbrykane szkraby mówiły do niego, dziadku. Po jednej z takich Wigilii, pełnej jak zwykle radosnego zamieszania, poczuł się słabo. Dopadł go lęk, niespodziewany i niewytłumaczalny, serce kołatało, mokra od potu koszula przykleiła się do pleców. Powiedział, że musi chwilę odsapnąć, położył się w swoim pokoju i zanim zapadł w płytkę drzemkę, pomyślał, koniec końców dobre miałem życie.

2. Wersja autorska

Piotrek zakochał się po raz pierwszy w trzeciej klasie liceum, zakochał się błyskawicznie i równie szybko wpadł. Martyna powiedziała mu, że jest problem. Tak, jest problem, odpowiedział, a pomyślał, że nawet dwa, bo przypomniał sobie o koledze, który zaliczył wpadkę rok wcześniej i osiwiał w ciągu dwóch dni po tym, jak dowiedział się, że będzie ojcem bliźniaków. Piotrek nie chciał świecić siwymi włosami w wieku niespełna osiemnastu lat.
Rozwiązanie głównego problemu było tylko jedno: ślub, tak zarządzili rodzice i Piotrka, i Martyny, gdy tylko afera wyszła na jaw, inna opcja nie wchodziła w grę, bo katolickie, porządne rodziny, niezbyt dyskretnie monitorowane przez równie katolickich, porządnych sąsiadów, nie mogły sobie pozwolić, żeby wytykano je palcami. Musisz zachować się jak mężczyzna, powiedział ojciec Piotrkowi. Ok, powiedział Piotrek, a pomyślał, dobra, ale ja nie jestem jeszcze mężczyzną.
Rozwiązanie drugiego problemu praktycznie nie istniało. Piotrek wiedział, że aby nie osiwieć, musiałby przestać się przejmować. Ale jak tu się nie przejmować?!
Wzięli cichy ślub, na który zaprosili jedynie tych, których zaprosić musieli, bo rodzice uznali, że nie należy pokazywać wszystkim brzuchatej panny młodej. Zamieszkali u rodziców Martyny, niedługo urodził się Darek. Piotrek nie osiwiał.
Udało im się zdać maturę, choć dyrektorka liceum wyraźnie krzywiła się, widząc Martynę; cóż to za przykład dla innych uczennic, grzmiała w pokoju nauczycielskim. Reszta grona zgadzała się, że żaden. Martyna zaczęła przebąkiwać coś o studiach, ale jej matka szybko wybiła jej to z głowy, powtarzając raz po raz, masz się zająć dzieckiem. Zajęła się, a Piotrek jak na odpowiedzialnego mężczyznę przystało poszedł do pracy, którą załatwił mu ojciec. Ale to ostatni raz, powiedział srogo rodziciel, nie będę cię niańczył przez całe życie. Nie ma sprawy, powiedział Piotrek, a pomyślał, i tak prędzej czy później zmięknie.
Powoli wszystko zaczęło się układać, wynieśli się od rodziców i zamieszkali w swoim, najpierw wynajmowanym, mieszkaniu, po dwóch latach urodziła im się Marta. Piotrek pracował coraz więcej, łudząc się, że kiedyś musi być lżej. Martyna czasami popłakiwała, zwykle wtedy, gdy nie mogła poradzić sobie z dziećmi, albo po spotkaniach z koleżankami, korzystającymi z życia ile wlezie. Starała się jednak, aby Piotrek nie widział jej zapłakanej.
I faktycznie, po kilku latach było już lżej, dzieci podrosły, Martyna poszła do pracy, dorobili się niezbyt wielkiego, ale własnego mieszkania, kupili samochód. Było dobrze, często to powtarzali, jakby chcieli upewnić siebie nawzajem. Czasami tylko Piotrek zastanawiał się, jak wyglądałoby jego życie, gdyby nie poznał Martyny, nie wpadł, nie musiał tak szybko stać się odpowiedzialnym mężczyzną, ale nie za bardzo umiał sobie wyobrazić innej wersji własnego życia; podejrzewał jedynie niejasno, że byłaby to wersja lepsza. Czasami tylko Martyna zastanawiała się, jak by to było, gdyby zamiast niańczyć dzieci, skończyła studia – na pewno nie pracowałaby w sklepie, może poznałaby faceta, który częściej niż Piotrek mówiłby, że ją kocha, na pewno miałaby dzieci, choć później, dużo później. Dzieci były dla niej ważne, Piotrek mniej.
Choć z latami było lżej, to jednak wcale nie tak znowu lekko, dzieci kończyły szkoły, szły na studia, na wszystko potrzebne były pieniądze, coraz więcej pieniędzy. Oboje, Piotrek i Martyna, dużo pracowali, tłumacząc sobie, że poświęcają się dla dzieci, żeby miały lżej niż oni, żeby mogły zrealizować marzenia, o których oni musieli zapomnieć. Piotrek osiwiał, ale nie przejął się tym. Córka powiedziała nawet, że wyprzystojniał na stare lata. To fajnie, powiedział, a pomyślał, stare lata, czy ja już faktycznie jestem stary? Martyna roztyła się, na początku próbowała z tym walczyć, katowała się dietami, ale w końcu dała sobie spokój. I dla kogo mam się tak męczyć, myślała, zamykała się w łazience i popłakiwała.
Dzieci skończyły studia, pożeniły się i zamieszkały w innych miastach, nie tak znowu odległych, żaden tam drugi koniec kraju, ale na tyle oddalonych, że odwiedzały Piotrka i Martynę rzadko, najczęściej w święta. Martyna odkryła przyjemność śledzenia niespiesznej akcji tasiemcowych telenowel. Piotrek coraz częściej zaczął bywać na działce, która po śmierci ojca popadła w ruinę.
Na Wigilię jednak dzieciaki przyjeżdżały zawsze, już ze swoimi dzieciakami. Piotrkowi nawet podobało się, gdy rozbrykane szkraby mówiły do niego, dziadku. Po jednej z takich Wigilii, pełnej jak zwykle radosnego zamieszania, poczuł się słabo. Dopadł go lęk, niespodziewany i niewytłumaczalny, serce kołatało, mokra od potu koszula przykleiła się do pleców. Powiedział, że musi chwilę odsapnąć, położył się w swoim pokoju i zanim zapadł w płytkę drzemkę, pomyślał, koniec końców bez sensu to moje życie.

Robert Ostaszewski

Robert Ostaszewski

robert ostaszewskiRobert Ostaszewski – ur. w 1972 r., prozaik, felietonista, krytyk literacki, redaktor naczelny “Portalu Kryminalnego”, współredaguje też „FA-art” i „Dekadę Literacką”. Wydał zbiór felietonów “Odwieczna, acz nieoficjalna” (2002), prozę “Troję pomścimy” (2002) oraz zbiór opowiadań “Dola idola i inne bajki z raju konsumenta” (2005). Mieszka w Krakowie.

Bianka Rolando

bianka rolandoBianka Rolando, ur. 1979 w Warszawie.
Pracuje w Instytucie Mediów ASP w Warszawie jako asystent.
Jest pół Włoszką, pół Polką.
W swojej twórczości eksponuje problemy dotyczące niemożliwości werbalizacji, auto cenzury, ale też wątki sztuki społecznie zaangażowanej. Środkami jej wypowiedzi są: instalacja, rysunek, grafika, video, fotografia i proza.
Publikowała w „Odrze”, „Twórczości”. Swoje prace wystawiała w Polsce i zagranicą. W maju 2007 r. nakładem wydawnictwa „Sic!” zostaną opublikowane jej opowiadania „Rozmówki włoskie”, będące literacką i zaskakującą refleksją nad dziełami włoskich mistrzów malarstwa. Mieszka i pracuje w Poznaniu i Warszawie. W 2007 roku była uczestniczką Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania we Wrocławiu.

Bianka Rolando: Tiramisu

W Rzymie jest kilka basenów. Są takie, których czystość zostawia wiele do życzenia, ale bywają też sterylnie. Czasami piszczą z czystości. Panie w białych fartuchach tropią ze szmatami każdy ruch drobnoustrojów. Każde ich drżenie. Jasne dzieci farmerów przyjeżdżają do miasta, kupując sobie fajne drobiazgi. Do jednego z basenów pokrytych sklepieniem wchodził właśnie student czwartego roku mechatroniki (mechanika precyzyjnego niemiłowania). Spokojnie założył ochraniacze na swoje wylizane buty. Był czysty, wyprasowany, młody i zdolny. Wyjął z torby białe kąpielówki i równo poukładał wszystkie części garderoby.
Torba podróżna, mała kosmetyczka i torebka. Ten zestaw jest niezastąpiony podczas wyjść, np. na basen. W torebce możesz schować wszystkie przybory kosmetyczne, torbę możesz przewiesić przez ramię (pasek do odpinania). 100% poliestru.
Wysterylizuj mnie trochę. Czysta biel, bez dodatków. Usta ma zaciśnięte, ze względu na biel jego skóry. W dowodzie osobistym ma wpisane: znaki szczególne – albinos. Czerwone oczka. I dlatego żadna dziewczyna nie chce się z nim spotykać, choć on chodzi do pubów i ślini się nastrojowo do każdej z nich. No czemu ja się jej w ogóle nie podobam? Coś niepokojącego jest w nim. To przez te prawie czerwone powieki. Hipnotyzer z cyrku. Tylko nie patrz mu w oczy.
Rozebrał się do naga, wszedł pod prysznic. Tu są wysokie prysznice. Dlatego nigdy nie musiał się schylać do wody ani do nikogo. Nie stał przycupnięty jak znak zapytania pod natryskiem.
W basenie pływało tylko parę osób. Białe, waniliowe kafelki. Wanilia zawsze pachnie mi trochę nazizmem. Zanurzył się powoli w wodzie. Odepchnął się od krawędzi. Płynął spokojnie. Chlor szczypał jego czerwone oczy. Chciał je wybielić. Papiery fotograficzne o powierzchni lustrzanej i błyszczącej dają obrazy o największej pojemności tonalnej, od śnieżnej bieli do smolistych czerni.
Nagle spod tafli wody wyłoniła się czarna jak heban Murzynka. Początkowo przeraził się tego czarnego delfina. Dziewczyna jednak uśmiechnęła się do niego sympatycznie, prowokując rozmowę. Podpłynął do niej blisko. Przedstawił się i próbował zagadnąć nieznajomą. Ona zaś chichotała irytująco. Przeprowadził z nią błyskawiczny interview. Zeszyty, 100 pytań. Twój ulubiony aktor, aktorka, twoje ulubione danie kuchni włoskiej?
Naświetlony papier fotograficzny czuły na wszelkie cyniczne komentarze z maskownicy wkładamy do kuwety z wywoływaczem, emulsją do dołu. Dodatkowo dociskamy papier szczypcami, aby równomiernie się zanurzył.
Wynurzył się z wody i usiadł na krawędzi basenu. Ona dalej stała i się uśmiechała. Według 100 pytań do czarnej pijawki wynikało, że jest ona jego całkowitym zaprzeczeniem. Uwielbia mocne przyprawy, szybkie samochody i głośnych kochanków. Jej pełne usta wypowiadały coraz więcej głupich i złośliwych uwag w kierunku jego światopoglądu. Zbijali się, komentując własne opinie i pasje. Jej gwałtowny i burzliwy charakter gestykulacji wzbudził jego zainteresowanie. Czarne ramiona falowały, odnajdując zagubione lądy.
Przy wywoływaniu zdjęcia staraj się poruszać odbitką, lub kuwetą przez cały czas wywoływania. Zwracaj uwagę, by cała była zanurzona w wywoływaczu. Podczas tego procesu emulsja może zetknąć się z powietrzem, tworząc błędy. Obejrzymy więc zdjęcie dopiero przy zakończeniu procesu wywoływania.
Nienawidził jej, ale chwilowo go podniecała. Nic ich nie łączyło. Przedzieleni, wydzieleni. W końcu zaczęła go poważnie irytować. Wkurzające przeciwieństwo wszystkiego. Tylko się kłócić i bić o ramy ich przypadkowo wspólnego łóżka. Afrykańskie szepty w sterylnej probówce. Tajemne zaklęcia. Wycinane części ciała. Czarne breloczki do kluczyków w samochodzie.
Jej uda pod wodą połyskiwały i mąciły biel. Kropka czerni wszystko zmienia.
Nie miał jednak siły, by wziąć ją siłą. Wskoczył do basenu, ale ona znikła. Zanurkowała głęboko i znikła.
Albinos stał jak wryty w wodzie do pasa (wysokość wody dyskretnie maskowała jego zainteresowanie rozmówczynią). Odpłynęła bez wizytówki, którą chciał jej dać na spotkaniu, na jakie chciał ją zaprosić w hoteliku. Figa z czarnym makiem w ustach, wchodzi pomiędzy zęby i śmiesznie przeszkadza.
Samotnie tkwił i przyglądał się swojej egzystencji w połowie zanurzonej i rozmiękłej, przez za długie przebywanie w wodzie. Jak herbatnik w zimnym mleku. Właśnie połowa odpadła. Bezpowrotnie. Łyżeczką wyłów resztki z dna.
Zamyślony mechatronik poszedł w kierunku szatni. Wziął prysznic, który opłukał go z resztek złudzeń. Myjnia ręczna. Znów połyskujesz i odbija się w tobie słońce w celu podkreślenia twojej rasowej czystości, durniu.
Był już wysuszony i zakładał na siebie ubranie. Koszulkę z poliestru i białe majteczki. Wszystko w bieli, bo tylko tak widać brud. Wybielanie do bólu. Ręce z podrażnieniami od płukania w chlorze. Czerwone plamy, wysuszone dłonie. Pęknięcia na skórze. Bolesne pęknięcia w tkaninie w przykrych miejscach.
Starszy, gruby ratownik opowiadał drugiemu, wskazując albinosa, że to ten, który dziś na basenie kłócił się ze swoim odbiciem w wodzie. Nic już mnie nie uratuje.
Ostatecznej oceny uzyskanego obrazu fotograficznego dokonujemy dopiero po ukończeniu suszenia. Najgłębsze cienie powinny być idealnymi czerniami, a biele idealnymi bielami. Ostre kontrasty są niezwykle piękne, gdy chcemy podkreślić „podwójne” natury każdego przedmiotu.
Oprawiona i odpowiednio wyeksponowana odbitka zyskuje wiele na swoim wyglądzie.

Konkurs na opowiadanie

Międzynarodowy Festiwal Opowiadania ogłasza konkurs otwarty na opowiadanie na temat “0 700″. Nieprzekraczające dziesięciu stron maszynopisu teksty odpowiadające powyższemu hasłu badź oparte na jego motywach można przesyłać do 5 września pod adresem redakcja@opowiadanie.org.pl lub na adres pocztowy Centrum Kultury ZAMEK, pl. Świętojański 1, 54-076 Wrocław. Prosimy nie dołączać godła, ale wyraźnie się podpisać. Nadesłane teksty oceni profesjonalne jury.
Główna nagrodę w konkursie stanowi 2000 zł i zaproszenie do udziału w tegorocznym finale Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania w dniach 9-12 października we Wrocławiu. Jury przyzna także 12 wyróżnień, które będą uprawniały do bezpłatnego udziału w kursie creative writing odbywającym się podczas festiwalu. Więcej o warsztatach można przeczytać np. na stronie shortstory.pl 

Zapraszamy!