Agnieszka Kłos

Agnieszka Kłos – vel Agniusza. Pomysłodawczyni i autorka multimedialnego projektu poświęconego tożsamości i transgresji Wrocławia „Breslau cv”. Dla “Gazety Wyborczej” przeszła kanałami powstańczymi w Warszawie i pojechała na pielgrzymkę do Lichenia. Dla więźniów rawickiego więzienia zorganizowała akcję „Książka za kraty”, dzięki której zebrała 600 nowości. Jej akty słuchaczki Radia Marii chciały wyrzucić z okna poznańskiej Galerii Zamek. Autorka pierwszych w Polsce blogów artystycznych i komercyjnych. Jej debiutancka książka „Całkowity koszt wszystkiego” została wydana przez Stowarzyszenie Artystyczne „Rita Baum” we Wrocławiu. Po sukcesie książki wydawnictwo szykuje dodruk.

Agnieszka Kłos: Król lew

Śniło mi się, że byłam królem lwem, ale nie takim jak z tej bajki dla dzieci. To znaczy może trochę takim, ale ja tej bajki nie widziałam, więc nie wiem. Wyrosłam w lesie, ale potem porwali mnie ludzie. Będę więc opowiadać od tego miejsca, żebyście zrozumieli dobrze koniec. Jestem w niewoli u ludzi, którzy zamknęli mnie w klatce. Mieszkam w parku, które otoczyli dla naszego i ich bezpieczeństwa płotem. Na szczeblach wiszą tabliczki, a obok mojej klatki srają ptaki. Ktoś pomylił króla lwa z małpą i zamiast dać mi kogoś miłego do towarzystwa, dali mi obsranego orła. Siedzimy naprzeciwko. Tarmoszę swój ogon, a kiedy nie zostaje z niego już nawet niteczka, zaczynam się kręcić w kółko. Nie tracę sił ani energii, ale młócę głową we wszystkie strony. To się nazywa choroba sieroca. Zamiast mięsa lądują tu puszki z lidla albo plusa, najtańsze mięso, od którego wypadają zęby. Nie marzę o niczym, bo mnie to unieszczęśliwia i powoduje, że miejsca w klatce jest coraz mniej. Ropieją mi oczy. Muchy srają na króla lwa. Ale pewnego dnia za sprawą snu przedostaję się tam, gdzie chcę. To znaczy do mojej krainy. Nie jestem tam od razu takim królem, ale sierść mam znowu piaskową, grzywę lekką, uczesaną i wielki silny ogon. Nie muszę szarpać łbem, żeby zrzucić muchy czy papierki po cukierkach, które wrzuciły tu dzieci, jestem królem tego kraju i ja tu rządzę. Uśmiejcie się. Wcale nie rządzę tym krajem ani nawet źdźbłem tej trawy. Kiedy tylko znalazłem się na polanie, rozłożyłem się szeroko i zasnąłem, żeby wygrzać się w słońcu. Spałem lekko i ten sen mnie posilił. Potem wstałem i oglądałem las, rzekę oraz wodospady, które płynęły spokojnie i bez pośpiechu. Wcale nie musiałem nigdzie gnać ani się śpieszyć. Nikt na mnie nie krzyczał, nie darł się nad moim uchem, żadne dziecko nie wrzucało mi na głowę patyków po cukrowej wacie. Siedziałem sobie tam, gdzie było mi miękko w tyłek i kręciłem w słońcu ogonem jak biczem. Miałem znowu silną klatkę piersiową i ciężkie łapy z pazurami. Nikt mi tu ich nie obciął. Byłem królem lwem, ale w myślach nazywałem się strażnikiem lasu. Fajna taka robota. Leżeć całymi dniami i gapić się na małe zwierzęta. Liczyć stada, porządkować i patrzeć, czy maluchom się nic nie dzieje. Nie byłem głodny, nie musiałem nigdzie wędrować, żeby coś zobaczyć. Było mi dobrze w pracy, którą podjąłem. Byłem filozofem. Patrzyłem na płynącą rzekę, na niebo i słońce. Miało kolor moich oczu. Było miodowe jak ja. Odpoczywałem i drzemałem cicho w wysokiej i chłodnej trawie. Miałem świetną pracę. Byłem strażnikiem lasu, żadnym tam królem lwem.

Darek Foks: Biblioteka Narodowa

(scenariusz gry dla polskich galerii)

Uczestnicy (ilość nieograniczona) mają za zadanie wypożyczyć albo ukraść egzemplarz książki Piotra Piotrowskiego „Awangarda w cieniu Jałty. Sztuka w Europie Środkowo-Wschodniej w latach 1945-1989” (Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2005). Może akurat egzemplarz będzie w bibliotece galerii, może w księgarni w tejże galerii, może w księgarni za rogiem, może znajomy posiada, może trzeba będzie wykorzystać znajomości w innej bibliotece etc. Po zdobyciu egzemplarza uczestnicy czytają na głos całość, zmieniając się np. co dziesięć stron (lektura przypisów, spisu ilustracji i indeksu nazwisk tylko na życzenie). Po przeczytaniu całości uczestnicy piszą streszczenia książki o objętości jednej strony maszynopisu (1800 znaków ze spacjami), korzystając z najbliższego komputera. Każdy ma na to kwadrans. Wszystkie teksty mają jeden tytuł: „Streszczenie książki Piotra Piotrowskiego «Awangarda w cieniu Jałty. Sztuka w Europie Środkowo-Wschodniej w latach 1945-1989»”, są napisane tą samą czcionką i generalnie na pierwszy rzut oka niczym się między sobą nie różnią. Wydrukowane teksty ocenia pierwszy kurator czy historyk sztuki, którego uda się uczestnikom sprowadzić i namówić do tej pracy. Nie musi on znać książki Piotrowskiego. Autorytet wybiera najlepszy i najgorszy tekst. Zwycięzca otrzymuje w nagrodę egzemplarz książki, na którym pracowali uczestnicy. Jeżeli książka została ukradziona, to koniec gry. Jeżeli wypożyczona, sprawę załatwia autor najgorszego streszczenia. Zwycięzca może mu w tym pomóc, ale nie musi. Streszczenia zostają w pamięci komputera.

Adam Poprawa

Ur. 1959. Historyk literatury, krytyk literacki i muzyczny, prozaik, kiedyś poeta. Wydał m.in. tomiki wierszy “Komentarz do Dantego” (1990), “Koncert na adwent” (1995), rozprawę “Kultura i egzystencja w poezji Jarosława Marka Rymkiewicza” (1999), zbiór szkiców “Formy i afirmacje” (2003). Najczęściej publikuje w “Jazz Forum”, “Odrze” i “Tygodniku Powszechnym”. Pracuje w Instytucie Filologii Polskiej UWr.

Adam Poprawa: Herbert, pierniki…

Herbert, pierniki toruńskie i szczygieł Magdy

Zaczęło się od wykolejenia gdzieś pod Mikołajowem; długo opóźniony wyjazd, stuk-stuk, stuuk-stuuk, postój, parędziesiąt metrów, postój; postój; rekonstrukcja pociągu? Cofanie, postój. Zza zajezdni na Słowiańskiej dzwonię do Izi.
– Ojej, to może chociaż wyjdę i ci pomacham?
Trzysta metrów od domu, a wstałem wcześnie po pisaniu i przez Główny. Następne stanie za składem węgla na Ołbińskiej. Po czym z wolna docofał się pociąg na Nadodrze, objazdy, jak osobowy na stacyjkach do Obornik, stamtąd już pojechał. Już, bo odczuwało się trochę w zawieszeniu.
A konferencja jak do przewidzenia. Stwórcze światła z twórczości. Źródła mądrości poezji i filozofii. Śladami gatunków modlitewnych. Liturgia i eschatologia. Preplatoński logos. Inspiracje filozoficzne rozwoju osobowości twórczej. Refleksja metafizyczna. Twórca i twórczość. Rozważania o źródłowych doświadczeniach twórczości i drodze twórcy. Nowe trwanie poza śmierć. Sztuka a metafizyka. O sztuce i religii.
No nie, wiedziałem, na co się zanosi. Ale chciałem spotkać się z Alkiem. A tu jeszcze Maciek piszący dla “Jazz Forum”, pogadaliśmy z przenucaniem kawałków na śniadaniach, obiadach i obradach. I Magda, z podwyższaniem kadencyjnych wybrzmień na sylabę, półtorej. Międzyludzko wartało jak najbardziej.
Ale konferencja.
– Ja wiem, że Herbert krytycznie pisał o Mallarmém, chciałabym jednak zobaczyć związki.
– Z tymi paralelami z modernizmem byłby jeszcze Miciński. Konstrukcja psychiczna obu pisarzy nie wytrzymała naporu wydarzeń historycznych, choć w sumie dobrych dla Polski.
– Ten palący się stos w Ofiarowaniu Ifigenii to jest mojżeszowy krzak gorejący. A zarzucił płaszcz na głowę, bo nie może oglądać Boga.
– Herbert daje odpór konieczności historycznej.
– Mnie samego to zaskoczyło, i jestem ciekaw, co państwo o tym pomyślą. Pan Cogito – greckie pan, wszystko, i łacińskie myślę.
– Herbert odnawia filozofię i odnawia zarazem poezję.
– Dlaczego pani każe Herbertowi interesować się sztuką współczesną? Ja też jej nie uznaję i uważam, że muzyka skończyła się na Bachu.
I tak rozmawiali sobie o sztuce, choć patron z restauracji nie dojechał.
A tu jeszcze dwie herbertowskie księgi, jedną “dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach Programu Operacyjnego »Herbert«”. W obu moneta z Herbertem, wygląda jak poprzedni papież, to lubią, może wystarczył grawerski retusz.
Sklep Toruńskie pierniki, witryny i ciemne drewno, dawne kupiectwo, ale w środku to, co i tu w samie. Widzę piernik mieszczkę i większy, dom z czymś.
– To nie do jedzenia, tylko do zawieszenia na ścianę.
Do Poznania jechaliśmy z Magdą. Chciała zamówić porządną reprodukcję Szczygła Fabritiusa, w Toruniu jest taki zakład, nie szło do końca przez internet, dzwoniła na miejscu, facet przywiózł rowerem. Ale staranne przeniesienie, wąskie prostokąty po pociągnięciach pędzla, z tego złożone skrzydła ptaka, siedzi na jakiejś skrzyneczce przy murze, mocno ciemna plama cienia, do intensywnej czerni, aż ciągnie trochę nicością.
Po Lesznie pytam konduktora, czy pociąg jeszcze objazdem.
– Jedzie przez Odrę, bynajmniej przez perony.
Niech go za bynajmniej. Nie dzwonię do Izi, bo raczej nie wiem, czy się zatrzyma. Chyba jednak tak. Zbieram się, wiadomość, że wychodzi po mnie na dworzec, czyli Główny. Dzwonię raz i razem szósty, nie słyszała w hałasie na peronie. A na Nadodrzu stoi i stoi. Wysiadam, taksówką na Główny, będzie szybciej. Dzwoni
– Gdzie ty jesteś?
Bo pociąg już przyjechał. Wróciliśmy wzajemnie, okrężnie.

V ‘08

Maciej Gierszewski

Ur. w 1975 roku. Poeta, były redaktor naczelny „Pro Arte”. Wiersze publikował m.in. w: „Kresach”, „Studium”, „Kwartalniku Artystycznym”, „Pograniczach”, „Toposie”, „Czasie Kultury”, „Kursywie”, „LiteRacjach”, „Lampie i Iskrze Bożej”. Opublikował arkusz poetycki pt.: „podrabiane przepaście” (Brzeg 2003), debiutował tomem wierszy pt.: „Profile” (Stowarzyszenie „Portret”, Olsztyn 2006). Prowadzi antologię oniryczną: www.outremer.blog.pl. Mieszka w Poznaniu.

Maciej Gierszewski: Pomocnik biurowy

O 11:25 wchodzę do firmy, a oni mówią, że odjechał. Mówią. Mówią. Mówią, że odjechał pomocnik biurowy. Odjechał definitywnie jak amen w pacierzu. Mówią, że bezapelacyjnie wrócił do rodzinnego miasteczka, ponieważ „odziedziczył” co nieco. I ta nasza fucha już go nie kręciła, skoro mógł iść na swoje. Skoro będzie mógł robić swoje. Wyjechał. Wrócił do swego prowincjonalnego miasteczka, w którym się wychował i wyrósł, w którym ganiał dziki na polanie pod lasem – tak nam opowiadał. Teraz wrócił do swego podmiejskiego domu. Wrócił do domu ten, którego uważałem za część swego domu. Skoro mówią, że odjechał pomocnik biurowy. Dziś odjechał. A wszystko co było nasze, stało się naszą przeszłością. Dziś odjechała część mnie. Już nie jestem taki sam, ponieważ pomocnik biurowy wyjechał na zawsze. Wszystko dzieje się w nas, wszystko dzieje się wewnątrz. I z ciężkim sercem zasiadłem do dalszej pracy. Inny już. Inny, bo pozbawiony części siebie. Starszy? (Czy to ta geriatryczna kokieteria, którą mi co rusz wypominał?) Zwykle nie mieliśmy tego samego zdania, często się spieraliśmy, często kuliliśmy ogony po sobie, często jeżyła nam się sierść. Ale teraz liczy się tylko to, że go nie ma, że pomocnik biurowy odjechał. Odjechał raz i na zawsze. Obiecał odwiedziny. Nie, niech nie odwiedza. Powrót do dawnego siebie, pewnie się nie uda. Zmienił numer telefonu. Nie wybiegłem za nim, zresztą nie wiedziałbym w jaką stronę biec (Tłumacz się, tłumacz, przed sobą, bo przed kim?). Tak, jutro czy kiedyś tam, i dla mnie się skończy. Zostanę powołany. Odesłany. Dostanę bilet w jedną stronę. Odjadę wtedy do rodzinnych stron? Wątpię. Dziś nie ma już pomocnika biurowego. A potem kogo z nas nie będzie? Można strzelać. Kto wygra, zgarnia pulę. Zostawił dla mnie kartkę: „Nie ufaj szefowi, który nie pali papierosów”. To wszystko. Mój Boże, on odjechał na amen. Pamięć go przechowa dla mnie. Tylko jak długo? Pamięć go pochowa.

[z Bernarda Soaresa]

Pogrzeb w Exin
Przyjechałem na twój pogrzeb trzy godziny za wcześnie. Nie żebym chciał, nie żebym tak to sobie zaplanował. Byłem bezsilny planując podróż, nie było innych połączeń z twym miastem. Najchętniej przyjechałbym tylko na sam moment złożenia do grobu, by potem od razu wyjść z cmentarza, wsiąść do samochodu i wrócić do swego miasta. Jednak nie mam samochodu, nie mam nawet prawa jazdy, dlatego musiałem przyjechać trzy godziny za wcześnie. I teraz nie wiem, co zrobić z darowanym czasem.
Wysiadłem na przystanku na przedmieściach, jako jedyny, na rynku pewnie nikt nie wysiadł. Chciałem się przespacerować. Dojść do centrum, dojść do siebie. Nie było daleko, droga zajęła mi maksymalnie pięć minut. Byłem zły na siebie, że w ogóle przyjechałem. Wiem, jak to zabrzmiało, przepraszam cię. Wybacz mi proszę, ale postaraj się mnie zrozumieć. Nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Byłem ubrany odświętnie, jak przystało na pogrzeb – czarny garnitur, czarna koszula, czarny krawat i czarne buty, skarpetki i majtki. Zresztą sama widziałaś. Kołnierzyk koszuli ocierał mi szyję, buty mnie uwierały, majtki wcinały mi się w dupę. Na dokładkę świeciło słońce, a ja skupiałem na sobie jego promienie. I do tego jeszcze wszyscy się na mnie gapili. Było mi gorąco od tych spojrzeń i żaru. Na rynku odwiedziłem dwa kościoły, nic ciekawego. Nie warto było wchodzić, ale nie potrafiłem się powstrzymać. Wiem, że nie byłaś w żadnym z nich ani razu, zresztą teraz również z żadnego nie będą cię wyprowadzać.
Spacerowałem po mieście, próbowałem sobie wyobrazić, jakie było dla ciebie, co w nim robiłaś, gdzie chodziłaś, z kim rozmawiałaś, gdzie robiłaś zakupy. Poszedłem pod twój stary dom, teraz mieszka tam młode małżeństwo z małym dzieckiem. Wiem, że nigdy nie lubiłaś dzieci, drażniły cię. Pamiętam, jak dostawałaś wnuki do przypilnowania, to zostawiałaś je same sobie. Co w jednym przypadku źle się skończyło, Marysia do dziś ma blizny na całym ciele. Po tym wypadku przestano ci podrzucać dzieci, z czego się bardzo cieszyłaś. Potem poszedłem pod dom, w którym spędziłaś ostatnie pięć miesięcy. Daleka rodzina twojej córki cię przygarnęła, gdy nie mogłaś już chodzić. W zamian zabierali ci całą emeryturę. Wyobrażam sobie jak musiało cię to denerwować. Zresztą napisałaś mi o tym w jedynym liście jaki od ciebie w życiu dostałem: „Chciałabym już w końcu umrzeć. Męczy mnie dalsze życie. Mógłbyś coś dla mnie zrobić?”. Nie wiedziałem co ci odpisać, dlatego udałem, że list do mnie nie trafił. Teraz mogę ci się do tego przyznać.
Nie chciałem wchodzić do domu dalekiej rodziny, nie lubię ich, wiesz o tym. Zresztą oni mnie też nie lubią. Wróciłem na rynek. W księgarni, raczej w sklepie papierniczym z książkami, kupiłem „Pierwszą miłość” Iwaszkiewicza i regionalny tygodnik. Tak przygotowany wszedłem do cukierni, kupiłem pączka i ciastko z czekoladą (pyszne!), zamówiłem czarną kawę z kapką koniaku (ja tak nie piję kawy, ale ty rano zawsze tak pijesz).
Siedziałem długo, prawie dwie godziny, czyli tyle ile zostało do czasu twego wyniesienia na cmentarz. Nie chciałem iść do domu pogrzebowego, bo przecież i tak byś się nie obudziła, nawet jeśli bardzo bym prosił.

Karol Maliszewski

Urodził się w 1960 r. w Nowej Rudzie, gdzie mieszka i pracuje w szkole podstawowej. Wykłada współczesną literaturę polską w Kolegium Karkonoskim w Jeleniej Górze. Poeta, prozaik, krytyk literacki. Opublikował osiem zbiorów wierszy – ostatnie to „Rok w drodze”, 2000, „Inwazja i inne wiersze”, 2004 i trzy książki prozatorskie – „Dziennik pozorny”, 1997, „Próby życia”, 1998, „Faramucha”, 2001. W roku 1999 ukazała się jego książka krytycznoliteracka pt. „Nasi klasycyści, nasi barbarzyńcy”, a w 2001 druga książka tego typu, zatytułowana „Zwierzę na J. Szkice o wierszach i ludziach”. Ostatnio wydał: „Nowa poezja polska 1989-1999. Rozważania i uwagi” (2005), „Rozproszone głosy. Notatki krytyka” (2006), „Po debiucie” (2008). W roku 2007 ukazał się wybór wierszy zatytułowany „Zdania na wypadek”.

Karol Maliszewski: Święto

Coś jest w gładkości tej anegdoty, że daje się obracać jak cukierek w wielu ustach wokół kawiarnianego stolika. Można rozkoszować się jej smakiem, obłymi kształtami dramatu, który przecież mógłby do krwi rozranić wargi plotkarzy.
Piotr Matywiecki

Tyle może się dziać wokół tak małego gospodarstwa. Tajemnicze dudnienie, odgłosy kopania (długopisem na skórze oznaczono miejsca ukąszeń, należało wyssać albo przyłożyć tam rozpalone żelazo), wrzaski dzieci i na dzieci, piski świń, zmieniające się kolory dymu buchającego z kominów domu i parnika. Obserwowaliśmy tę obcą planetę w milczeniu, z zaciśniętymi ustami, a lunetę przekazywano sobie z rąk do rąk. Posąg bociana na ogołoconym z liści i patyków kole zdawał się potwierdzać niejasny status tego wszystkiego, co rozpościerało się poza krawędzią okularu. Wydawało się, że otaczający nas blask dochodzi z porozpalanych wszędzie ognisk. Coś nad tymi ogniskami suszono czy wędzono, dym mieszał się z parą i ostrymi wyziewami. Pociąg drgnął, jak nieproszone zwierzę, i zaczął się wycofywać.

Nie można było odnaleźć jubilata. Kapelmistrz błądził po opłotkach, a z nim barwna hałastra, podająca sobie z rąk do rąk instrumenty. Prawdopodobnie podano zły adres, a zmięta karteczka nie była w stanie dostarczyć wiążących informacji. Na niektórych wyblakły i podarły się mundury i spod spodu przeświecały różnokolorowe koszule. Nie była to już orkiestra górnicza z prawdziwego zdarzenia, a raczej z łapanki. Dziw, że niektórzy mieli jeszcze instrumenty; bardzo wyraźna presja małżonek dotyczyła pozostawienia ich w lombardzie. Kopalnię zamknięto już dawno, a ci nieszczęśliwcy spotykali się ukradkiem i grali. Byłem świadkiem kolejnej próby zarobkowania. Mieli grać komuś na urodziny, a tylko błąkali się bez celu, łamiąc gałęzie w ogródkach, wywołując ludzkie oburzenie i psi gniew.
Z pół dzielnicy tętniło i trzęsło się po ich przejściu. I nie wiadomo było dokładnie, o co szło w tym smutnym przemarszu. Ci, którzy chcieli wyspać się, korzystając z wolnego dnia, chodzili poirytowani aż do wieczora. Jakieś prymitywne tam-tamy nie z tej epoki poderwały ich na nogi tak wcześnie. Wprawdzie wszyscy przyzwyczaili się do gwałtownych uderzeń w bębny, do histerycznych szarpań się perkusji z powodu pewnego nastolatka ćwiczącego w garażu, ale prawdą jest, że chłopiec ten nigdy nie zaczynał ćwiczeń o świcie. Orkiestra zignorowała tę niepisaną umowę i poszukiwanie solenizanta rozpoczęła o brzasku. Spekulowano potem w barze „Pod hałdą”, czy nie był to podarunek Urzędu Miasta, chcącego w ten sposób uczcić święto państwowe. Inna teoria głosiła, że wyszukiwano weteranów walk czy innych wydarzeń i to im przygrywała pod okienkiem wysłana orkiestra, budząc za pieniądze podatników pół dzielnicy. W każdym razie było to jakieś wydarzenie.
Inne zbliżało się powoli, jechało z Krakowa meganką wiozącą dwóch młodych dziennikarzy z „Przeglądu Południowego”. Po drodze zatrzymali się w paru miejscach, zbierając materiał do reportażu. Do nas dotarli późnym wieczorem i nie mogli znaleźć przewodnika. Umówieni byli na rozmowę i dyskretne oprowadzanie z nauczycielem gimnazjum, Dionizym Sikorskim, który wyjechał dwa dni wcześniej na wieś i tam spadł z drzewa. Mąż kuzynki był członkiem ochotniczej straży pożarnej, jednak zaniemógł, więc profesor zastąpił go w akcji zdejmowania z wysokiej topoli roju szerszeni.
Nasi reporterzy kręcili się w kółko. Nie dość, że przewodnik zawiódł, to jeszcze miasto wyglądało na wymarłe. Błądzili po księżycowym krajobrazie wykopów, nie mogąc znaleźć hotelu z romansem czy romantycznością w nazwie. Dojazd do niego przestał istnieć. GPS wyprowadził ich w pole. Zawierał program jeszcze sprzed unijnych dotacji, nie uwzględniający tego, co działo się teraz w wielu miastach i wsiach. Mieli nawet pomysł, żeby spać w namiocie. Z latarkami w rękach skakali wokół bagażnika. Tak ich w ciemności zastałem, widząc z daleka dwa migające światełka. Jeden z nich przypomniał sobie warsztaty poetyckie w Rzeszowie. Coś tym młodym ludziom wtedy mówiłem. Skojarzył mnie z miasteczkiem. Dodzwonili się do kogoś, kto mnie znał.
Poradziłem im, żeby wyjechali z rozkopanego centrum i wznieśli się serpentynami ponad miasto. Spędzili noc w przytulnym pensjonacie na szczycie góry zamykającej dolinę od południa. Wjeżdżając nań, podobno dali się uwieść roziskrzonemu kobiercowi opadającemu w dół i jego lustrzanemu odbiciu ponad górami. To zachwyciło ich do tego stopnia, że zapomnieli na moment o tezie, z jaką przyjechali. Tezie o wyludniających się miasteczkach w Sudetach, o powolnym konaniu. Młodzi uciekają do łatwego życia, do Wrocławia i dalej do Glasgow, a starzy w zapomnieniu i pustce czekają na śmierć, żywiąc z górniczej emerytury rzesze pociotków na bezrobociu. Prawda, ale po co zaraz w ten sposób, panowie… Czyż nie jesteście od tego, żeby taką prawdę podsycać czymś niepokojącym i dwuznacznym?

Czarny poddał się fali świątecznego dnia. W uszczuplonym składzie wizytowali wioski, wlokąc się za wysokim autokarem. Starowinki Niemki z trudem wysiadały przy kolejnym cmentarzu. Czarny ściskał ten swój fagot i zastanawiał się, kto za to zapłaci. Potem pili w jakiejś gospodzie i znów grali. Pod wieczór we trzech znaleźli się na festynie ludowym i przypadkiem stali się jego ozdobą. Wszystkim chciało się tańczyć, lecz muzyki nie było. Po tylu godzinach grania nie czuł ust i oddychał z trudem. Był jednak szczęśliwy i nawet nie wiedział, skąd bierze się to uczucie. To słowo jest uroczyste i dostojne, a tak naprawdę chodzi o pewien rodzaj słodkiego bólu w środku, podchodzącej do gardła substancji, ułudy; skojarzyć to można ze światłem. Czarny czuł się wewnątrz jakby oświetlony. Z uśmiechem na twarzy grał swoje. Grać swoje w orkiestrze świata, w kołowrocie zapachów, błysków i doznań nie jest źle. Szczególnie gdy na co dzień człowiek nie wie, co ze sobą zrobić, przechadza się po pustych pokojach i czeka na telefon od dzieci z Wrocławia. Szczęście Czarnego było zwyczajne. Czuł tego dnia zachłanność na doznania, otwartość na wszystko, co się działo, pogodzenie z następującymi po sobie zdarzeniami. Objawami szczęścia było drżenie idące z głębi ku koniuszkom palców. Tak odczuwał nadzieję, że jeszcze wszystko może się zdarzyć i zabrać go w miejsca i stany, o których nie miał pojęcia. I ci tańczący wokół też żyli taką nadzieją, to w niej zanurzone było dostojne szczęście tej chwili.
Przyszedł jednak moment, kiedy fala zaczęła lizać mieliznę i trzeba było zmierzyć się ze spokojem przygodnej przystani. Czarny przysnął gdzieś z boku, by obudzić się potem w ramionach nieznanej kobiety. Jakby szczęście tego dnia nie miało końca. I tej nocy. Grał swoje w spoconej pościeli, robił światu dobrze i jak zawsze dziwił się tym rozbłyskom w czaszce, gdzieś na wysokości oczu, rozkoszował się zapachem wnętrza człowieka. Mężczyzna nie ma do niego dostępu. Nieraz tylko jakaś zakochana czy pijana kobieta przypuści go do tajemnicy, otworzy się przy nim i drżenie znane ze środka brzucha nagle staje się dosłowne, namacalne. Nieraz palce są zimne, sztywne, gmerając bezradnie w rozłożonej bruździe, zamierają i cichną. Innym razem zdarza się cud. Trafiają od razu w sam rdzeń, włókno wilgoci. Igrają bezwiednie, doprowadzając do spazmu. I wtedy kobieta pozwala Czarnemu wsunąć się do środka. Głaszcze go po głowie. Kołysze w ramionach. Czeka cierpliwie, aż dojdzie i zamrze jej tam na chwilę, zaśnie jak kamień. Straszne to są sekundy, myśli Czarny, nie ma mnie wtedy wcale. Cały jestem w rękach tej kobiety. Tylko ona słyszy, jak wraca mi oddech i serce znowu zaczyna bić. Nie każdej można tak zaufać. Są takie, co wykorzystają te chwile słabości w dalszej rozgrywce, w machinalnie prowadzonej walce płci. Wtedy Czarny zabiera fagot i odchodzi. – Zabieram fagot i odchodzę. W żaden sposób nie dam się wciągnąć w pyskówki, w bezwstyd wypominania czegoś intymnego i wywlekania na zimne światło dnia czułości nocy. I tak dalej.
Potem jest zbiórka. Kapelmistrz puszcza sygnał. Ściągają z okolic, schodzą się ze słomą we włosach, zarośnięci, potargani, niejeden z pokancerowaną twarzą. Znowu są drużyną. Ćwiczą nowe walce i zastanawiają się, gdzie i komu zagrają podczas długiego zaduszkowego weekendu, kto ich będzie potrzebował. W przerwie wspominają. Śmiechom nie ma końca. Gdzie kto był i co widział. Zdarzenia. Przeżycia. Doznania. Do czego byli użyci. Jak zagrali. Na kogo wyszli. Komu pomogli. Co na siebie wzięli. Znali na wylot ten świat, przygraniczne życie nie miało dla nich tajemnic. Bójki i pogodzenia. Intrygi snute z pokolenia na pokolenie. Zejście się małżonków. Spektakularny tryumf kochanki. Zemsta na mężu z wykorzystaniem skrzypka. Waltornista z zapłakanym dzieckiem na ręku. Gdzież jego rodzice? Starzec zamknięty w kurniku. Zawalenie się ściany świetlicy. Wstydliwa sprawa w pewnym chlewiku. Przygrywanie podczas przecięcia wstęgi na placu zabaw. Tor łuczniczy. Wesele w niezalanym skrzydle zamku. Plotki szeptane w przerwach. Niestworzone rzeczy. Ocieranie się o pleśń cmentarnego muru.
Czarny wiruje w otchłani własnego świata i myśli, że tyle on własny, co właściwie cudzy, wspólny. Nie byłoby mnie, gdyby nie to wszystko. To wszystko jest mną. Już nie mogę nigdzie wyjechać, bo nie umiałbym tam żyć. Życie jest za krótkie na to, żeby od nowa dobrze nauczyć się miejsca i ludzi. Tylko tutaj jestem sobą, bo to miejsce jest mną. – Eee tam, umrę i nawet nikt nie zauważy. Niczego tak naprawdę temu miejscu nie ubędzie. Jak w tym wierszu Malinowskiego, nie, Małaszyńskiego, w każdym razie faceta stąd, uciekający z pogrzebu natrafiają na te same ślady, i potem pisze, że właściwie można by już zostać tam za murem, poczekać na swoją kolej, bo uciekający znajdą ślad, czy jakoś tak. I trumna na deszczu. Do tego można dorobić muzykę. Solo na fagocie. I w tej tęsknej melodii byłoby wszystko. Bezradność, trumna, deszcz.

Następnego dnia znowu zadzwonili. Zjechali z góry, czekali w rynku. Bar mleczny ich zaskoczył. Za parę złotych najeść się do syta, no, no. Jeden z nich już z daleka machał czerwoną książeczką. Koniecznie chciał odbyć spacer po mieście marszrutą z wierszy. Tłumaczyłem, że nie ma takich miejsc, a wiersz jest zbitką wyobrażeń, nie stąpa po ziemi. Poszliśmy tak, jak chciał. „Powędrowałem dzisiaj wzdłuż hałd, by odkryć kolonię półzapadłych domów. To stad przychodzą dzieci, owiane kwaśnym wiatrem, ze stęchlizną w płaszczach.” Usiłowali dostać się do mojej głowy, by stamtąd wydobyć prawdę tego obrazu i żywcem wkleić do swej opowieści. Takiej melancholii potrzebowali.
Ścieżka wiła się pod mostem samobójców. Informacja o malejącej liczbie samobójstw zbiła ich z tropu, ale dało się to szybko wytłumaczyć masowymi wyjazdami za granicę. Widocznie teraz tam skaczą. Jeden z ostatnich przypadków dotyczył wysokiego chłopaka z okolic targowiska. Pomagał matce, kręcił się przy rodzinnym stoisku. Każdy go znał. Odnosił ludziom zakupy do domu. Dlaczego skoczył? Pamiętam poprzednie ciało. Przykryta płachtą miazga. Bure ślady na śniegu. Jestem głupi, mam pierdolca. Taką odpowiedź można było wyczytać z plecaka. Nabazgrane flamastrem. Pamiętam wiele ciał. I tę chwilę, gdy któregoś dnia stanąłem na wiadukcie i zaraz usłyszałem śmiechy, szepty, niczyj oddech na wysokości, ruch w przestworzach. Coś tam było. Ktoś tam był. A może to tylko zawodził wiatr, gałęzie tarły o przewody wysokiego napięcia, wibrował oderwany skądś kawałek blachy. Nogi zaczęły drżeć. Ręce szukać oparcia. Jak łatwo o taki skok. Pamiętam podziw dla złomiarzy. Tak się wspiąć. Barierki, cięte ręczną piłką, poznikały w ich przepastnych worach. Przez szachownice podkładów prześwituje nicość. I leci z piskiem w dół. Z piskiem jastrzębi. Kołują wokół. Ostatni pociąg przejechał tędy dwa lata temu. Niekiedy jeszcze towarówka. Linia umiera. W tunelach rośnie pająk olbrzym. Samotna lokomotywa wpadnie tam kiedyś, już się nie wyrwie z pajęczyny. Murszeją nogi słoniowatych wiaduktów. Na ten samobójczy mówią „czarny”. Czarny most. „Pójdę na czarny, się zabiję.” Nieraz ktoś żartem. Albo nie. Robert tak straszył, z czwartej a. Szukaliśmy go kilka godzin. Zaszył się w lesie. Patrzcie, tam.
Kiwają głowami. Ma więc przygody nauczyciel. Codziennie tędy. Wydeptał ścieżkę wzdłuż starych hałd. Hałda zarosła. Brzozy jak zawsze w awangardzie. Jagody z hałdy jakie są? Jak wam powiedzieć, no cóż, dziwny smak. Zapiszcie chłopcy, że tu jest niebo najlepsze w świecie. Tu się wciąż pisze ten sam wiersz. Wiem, wiem. Reportaż ma być raczej społeczny. Społeczeństwa niewiele tu zostało. Reszta kryje się w bramach, piją z gwinta. Ale wystarczy wyjść z tej studni, słońce jest wyżej, łąka, las. Takiej zieleni nie znajdziecie. Tam się budują. O, tam też. Bieleją ściany, jaki ładny płot. Tam będzie hotel. Nie jest źle. Ścieżkę wytyczą. Rowerową. Na koniach można, zbocze jest. Tu się urywa!
Zaraz aparaty wyjęli. Po długim cyklu wyrw i dziur, prętów stalowych, popiołu, ruin, rdzy – taniec koparek. Niech pan stanie. Zdjęcie na tle. Że cos się robi. Skała drży. Tu trzeba wykuć, trzeba drogę wbić. Nie tak jak u was, na równinach. Ciekawe, co naczelny powie? No, ten optymizm, jazgot pił. Znów chmura dymu, pomruk, wstrząs. I znów ciężarówka. Tam nie dojdziemy. Tam, gdzie ten wiersz. Stara ścieżka urwana w połowie. Głęboko w dole obwodnica. Już leją asfalt. Gdzie pójdziemy?

Zastąpić kolegę , który umarł. Myślałem o tym podczas marszu. W przerwach między zrywami gadatliwości. Nie pamiętam, komu ten pomysł wpadł do głowy. Wszystkim związanym z jego oddechem, marszczeniem brwi, setką ironicznych min, nieskończoną rewią powiedzonek nie chciało pomieścić się w głowach, że to przestało istnieć. I ciągnęliśmy to w jego imieniu dalej. Do niektórych osób zalogowanych na stronie „nieprzysiadalni.pl” w ogóle nie doszło, że Andrzej umarł. Tajemnica prędzej czy później wyjdzie na jaw, ale na razie należało być nim sumiennie i z oddaniem. Gdy przemierzałem sąsiednie miasteczko, zbierając wieści o nim, dorzucając coś do wspólnej pamięci, zrozumiałem, że nie ma większej dziury jak po człowieku. I niczego tak łatwo jak tej dziury nie da się zadeptać. Zarasta błyskawicznie i trudno mówić o bliźnie. Smutni panowie przy piwie mówili o nim, że się przygotowywał. Kupił marynarkę i buty. W piątek przyszedł i zasnął przy stoliku, ale zdążył jeszcze powiedzieć, że jest tu ostatni raz, bo wyjeżdża. Na pytanie dokąd, odpowiedział „chuj wie, jak tam jest”. Grając dzień wcześniej w bilard, krzyknął „Boże, daj wreszcie trafić staremu komuniście”. Ktoś podobno słyszał „Boże, przyjmij starego komunistę”.
Tak wyglądały przygotowania do mojego tygodnia. Każdy z nas dyżurował przez tydzień. Dołączyła nawet Olga Tokarczuk. Ona i ten cały Malinowski robią tu za naczelnych literatów. A tu prawie każdy coś pisze. Ale mniejsza z tym. Przygotowałem sobie dwa wiersze. Myślę, że nie powstydziłby się ich. Pamiętałem o jego ulubionych asonansach. Miałem w zapasie cztery komentarze i kawałek dziennika. Komentarze koniecznie ironiczne i ostre, jednak nie złośliwe. Kartka z dziennika melancholijna. Tak jak lubił. Obserwacje padającego na węgiel śniegu. Szurgot szufli w ciasnych podwórkach. Jakże puste to miasteczko bez niego. Ale my nie damy mu tak szybko rozpłynąć się powietrzu,. Będziemy składać się na jego dalsze istnienie. Widzowie serialu nawet nie zauważą braku. Nieraz w nocy staję z nim twarzą w twarz i za ścianą z łez nie ma niczego. Pustka. I nie wiem, która twarz bardziej martwa.

Obeszliśmy wyrwę w zboczu i pojawił się przesmyk w węglu rozbieranym przez podjeżdżające nyski i żuki. Cierpliwie czekał na swoją kolej facet z furmanką. Zapytali go o ten węgiel i dowiedzieli się, że według przepisów powinien trafić na wysypisko śmieci, ale kierownik budowy zlitował się i pozwolił go wywieźć. Tu po sąsiedzku wszyscy zaopatrzyli się na zimę. „Bo tu, panie, węgiel płytko jest. Ale o żadnych biedaszybach to ja nie słyszał.” Poczęstowali go piwem, potem papierosem i bardzo szybko okazało się, że jednak słyszał. I że podobno więcej ich niż w Wałbrzychu. Zaczęli się zastanawiać, czy to uwzględnić w reportażu, czy da się to jakoś wkomponować w pejzaż mentalny opowieści. I tym przesmykiem przedostaliśmy się na drugą stronę. To są te domy skąd przychodzą dzieci, powiedziałem. Ze stęchlizną w płaszczach. Siedząc w wysokich trawach, zaczęliśmy się przyglądać schowanej w dołku zgrzybiałej siedzibie. Ucichły odgłosy wielkiej budowy, rzuciło nas na pobocze. Patrzyliśmy, żując źdźbła traw.
Dziwiliśmy się, że tyle może się dziać wokół małego gospodarstwa. Tajemnicze dudnienie, odgłosy kopania, wrzaski dzieci i na dzieci, piski świń, zmieniające się kolory dymu buchającego z kominów domu i parnika. Obserwowaliśmy tę obcą planetę w milczeniu, z zaciśniętymi ustami, lornetkę przekazując sobie z rąk do rąk. Posąg bociana na ogołoconym z liści i patyków kole zdawał się potwierdzać niejasny status tego wszystkiego, co rozpościerało się poza krawędzią okularu. Wydawało się, że otaczający nas blask dochodzi z porozpalanych wszędzie ognisk. Coś nad tymi ogniskami suszono czy wędzono, dym mieszał się z parą i ostrymi wyziewami. Wypełniony złomem pociąg drgnął i zaczął się wycofywać.

Karol Maliszewski

Cezary K. Kęder: Świetnie się rozumiemy

Zaglądam do skrzynki, coś do mnie nie piszesz. Niby źle, ale z drugiej strony dobrze. Już ci mówiłem, że mam pod górkę z czytaniem twoich tekstów. Nie tylko dlatego, że się w końcu zobaczyliśmy, więc każde twoje słowo dopasowuję teraz do realnego wyrazu twarzy. Jest jeszcze coś więcej – świetnie się rozumiemy, prawda? Uświadomiłem to sobie przeglądając wczoraj w restauracji wyłożony dla gości „Duży Format”. Marek Niedźwiedzki wspominał tam swoje stare programy. W nocnych audycjach czytałem wiersze Poświatowskiej i dobierałem do tego muzykę: Genesis, Pink Floyd, Depeche Mode. Pisała do mnie pani Zenobia: „Zrozumiałam, przyjeżdżam do ciebie, czekaj na mnie na dworcu 23.15. Wysyłam do ciebie paczkę, tam jest trochę bielizny, żebym miała na zmianę. Czekolada i kawa jest dla ciebie, łasuchu, i okulary żebyś mi naprawił, bo nie mogę sobie z nimi dać rady”. Pełne szaleństwo.
Świetnie cię zrozumiałem, ale byłem na dworcu kwadrans wcześniej, o 23.00. Wracałem z Katowic, ostatnim ekspresem, po ciężkich jak na życie biurowe przeżycia dnia poprzedniego, nocy i dnia bieżącego, z coraz bardziej zapychającym się nosem i rosnącą temperaturą. Niespecjalnie więc przejąłem się tym, że w moim przedziale siedzieli już Ona i On, po jednej stronie, chociaż nie obok siebie. Siedzą – dobrze, ja miałem jeszcze wolne cztery miejsca i tylko jeden plan – zasnąć.
Nadmiernie ambitny jak się okazało, choć rozsiadłem się wygodnie i zamknąłem oczy. Pierwszy odezwał się On i po drugim zdaniu, ewidentnie będącym nawiązaniem rozmowy, którą im przerwałem tym zjawieniem swoim, i które pozornie nie niosło żadnych konkretnych treści, wiedziałem, że poznali się w tym pociągu i od paru godzin rozmawiali „o życiu”. Ona była podłamana, a on ją pocieszał.
Przysłuchałem się – on ją oczywiście uwodził tym pocieszaniem. Przysłuchałem się uważniej – jej się to chyba podobało, to znaczy może on jej się podobał, bo tylko w takim wypadku kobiety są w stanie brać z pewną powagą pod uwagę mówiącego podejrzanie pełnymi zdaniami faceta. Dla mnie jego elokwencja była nieznośna, za bardzo przypominała mi własne dokonania, ale postanowiłem się nie denerwować, tylko jednak spać. Oboje mówili dobrze ustawionymi, dosyć niskimi głosami. Dolby stereo – ją miałem w lewym gorączkowym kanale, jego w prawym.
To że ona nie popiskiwała sopranikiem było dla moich uszu zbawienne, choć może trochę dziwne, ale podobieństwo głosów szybko wytłumaczyłem sobie z deczko niesprawiedliwym podziałem męskich hormonów między nimi. Co chwilę potem okazało się tylko częściową prawdą. Bo było już za późno – nie tylko włączyłem mózg i zepsułem sobie drzemkę, trochę też zepsułem im tę randkę i jako nagle objawiona publiczność zmusiłem ich do zdystansowania się do siebie samych i siebie nawzajem.
Najpierw Ona, informując obecnych, jakiej nie może posłuchać muzyki (z filmu Kar Wai Wonga), bo się baterie właśnie wyczerpały, odpytała go czy zna takiego reżysera. Nie znał, ale miał na laptopie Dead Can Dance. To nie było to.
Potem okazało się, że ona współpracuje z Teatrem Polonia (a więc stąd ten dobrze ułożony głos – przyszła aktorka!). Nie kojarzył.
Na koniec zarządziła czytanie książki. Sto lat samotności. Nie zapaliła mu się jednak żadna lampka.
Przyjęła te widome oznaki wyobcowania ze świata kultury ze zrozumieniem i bez kpin, ale on był bystrzak, zorientował się, że musi zrobić COŚ, bo zaczyna przegrywać na punkty.
Wyciągnął pracę doktorską.
Jeszcze nie obronioną, ale już za moment będzie po. Z piorunów. To znaczy z wysokich napięć (a zatem musiał prowadzić zajęcia ze studentami; rzeczywiście, miał głos przećwiczonego asystenta).
Szeleściła kartkami z pewnym nabożeństwem, podziwiając zdjęcia wyładowań i niezrozumiałe kolumny wzorów. Tłumaczył szczegóły, których zrozumieć w tej sytuacji nie miała prawa.
Włączyłem niechcący wizję i akurat wtedy wypadła ze skoroszytu luźna kartka, wprost po moje nogi. Podałem jej zgubę, przy dziękowaniu przez chwilę patrzyliśmy sobie w oczy. Lekko się uśmiechnąłem, a potem skupiłem przez kilka chwil uwagę na zdjęciach w skoroszycie, które do góry nogami wyglądały równie zajmująco, i uśmiechnąłem się do niego. Wróciłem do śledzenia fonii. Wyraźnie się wyluzowali, bo zapadła cisza. Zasnąłem.
Musiałem chrapać – obudziło mnie jego głośne, nazbyt już ostentacyjne chrząknięcie. Teraz rozmawiali z większą otwartością. Z nasłuchu w lewym kanale dowiedziałem się, że Ona rozstała się w Sylwestra ze swoim wieloletnim chłopakiem. Ach, więc to dlatego On dostał w ogóle szansę, a ona na pierwszy rzut oka wyglądała na trochę zagubioną. Z prawego, że On nie ma problemu z nawiązywaniem znajomości, choćby przez Internet, ale po pierwsze to nie to, co kontakt z żywą osobą, a po drugie poziom listów, które dostaje – jeśli w ogóle któraś odpowiada – przyprawia go o białą gorączkę.
Rozumiałem go świetnie, moja także była już niezgorsza.

Paweł Lekszycki

Paweł Lekszycki, ur. 1976. Autor zbiorów wierszy: „Ten i Tamten” (wraz z Pawłem Sarną, 2000), „wiersze przygodowe i dokumentalne” (2001) oraz „Pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie” (2005), a także książki krytyczno-literackiej „Grupa Na Dziko. Socjologia i poetyka zjawiska” (2001). Redaktor internetowego magazynu kulturalnego „artPapier”.

Paweł Lekszycki: Bardzo zgodne małżeństwo

W tych dniach sierpniowych, gorzkich jak piołun, śladem wielkich belfrów, takich, co to gruszek w popiele nie zasypiają, przysiadłem do biurka, aby z listą lektur znajomość odświeżyć nim w szkołach ruszy kampania wrześniowa. Znalazłem na liście tej książki i bliskie sercu, i miłe oku, ale treści jednej, poza fragmentami i ogólną wymową, nijak przypomnieć sobie nie potrafiłem. Musi być – czytałem ją dawno, a że sposobność i warunki przychylne panują w pracowni mej od jakiegoś czasu, i książkę w zbiorach posiadam (wszedłem w jej posiadanie podczas szabru kontrolowanego w bibliotece prywatnej Błażeja Dzikowskiego – pierwsze wydanie powojenne, z roku 1946) od razu przeczytać ją postanowiłem.
Ach, jakże pięknie się zaczyna ta książka, w słoneczne dni, w Warszawie, w środowisku harcerskim. Grupa nastolatków kończy renomowane gimnazjum i snuje plany na przyszłość. Dla tych młodych chłopców nie ma rzeczy niemożliwych. Ale błękitne niebo i klarowne perspektywy zasnuwa gradowa chmura wojny. Jak sobie poradzą: Alek, Rudy i Zośka – bohaterowie „Kamieni na szaniec”? Jakich przemian dokona w nich krwawy, hitlerowski terror? Czy pogodzą się z losem i biernie wyczekiwać będą przebiegu wypadków? Gdyby tak było – nie napisałby Aleksander Kamiński tej książki o mocy przyjaźni i charakterów!
A jakaż to była przyjaźń! Jakaż nić wiązała te męskie, gorące serca hartowane w akcjach mrożących krew w żyłach! Aksamitna – rzekłbym.
Alek był dryblasem, wysokim i szczupłym o niebieskich oczach, ciągle się uśmiechał i przy byle okazji popadał w zachwyt. Jednak pracował nad sobą i odnosił sukcesy, nie tylko na tym polu. Lubili go koledzy, miał dziewczynę Basię. Rudy był rudy i był intelektualistą. W Zośce ześrodkowały się natomiast wszelkie cnoty przywódcy, a ksywkę zawdzięczał swej urodzie niewieściej. Wielu chłopców chciało być takimi jak oni, dla wielu byli wzorem cnót.
Tamtego spokojnego wieczora, 22 marca 1943 roku, Rudy odprowadzał Zośkę, zbliżała się bowiem godzina policyjna, przyjaciele musieli się rozstać. Rozmawiali o wychowaniu poprzez wzajemne oddziaływanie. W ostatnich miesiącach czuli się ze sobą wyjątkowo dobrze, zgadzali się w poglądach na świat, wypadki i ludzi. Pasjonowały ich te same rzeczy, w tym samym kierunku patrzyli. Przed snem Zośka zadzwonił do Rudego, żeby powiedzieć mu dobranoc. Rudy leżał już w łóżku i na bosaka przybiegł do telefonu. Dobranoc – odpowiedział przyjacielowi.
23 marca o 4.30 Rudego w jego domu aresztowało gestapo.
Pamiętacie, jak zareagował na to wydarzenie Zośka? On i jego kompani doznali najpierw uczucia beznadziei i pustki, które, pod wpływem decyzji Zośki: „Odbijemy! Odbijemy jeszcze dziś!”, zmieniło się nagle w uczucie nadziei. Dlaczego odbijano Rudego, skoro nie odbijano wielkich przywódców Polski Podziemnej? Dlaczego odbijano Rudego, a nie spieszono z odsieczą największym polskim politykom, wojskowym, uczonym..? „To prawda, że tych wszystkich wielkich i ważnych nie odbijano, ale Rudego musimy odbić” – ripostował Zośka.
W walce pod Arsenałem raniony w brzuch został Alek. Kiedy zobaczyła go Basia, łzy napłynęły jej do oczu. Pielęgnowała ukochanego do śmierci. Rudemu, makabrycznie zmaltretowanemu przez gestapo, w ostatnich dniach żywota towarzyszył Zośka.
Koło północy Rudy obudził się i przywołał Zośkę. Kazał usiąść koło siebie i uścisnąć serdecznie. Potem opowiadali sobie wzajemnie o przeżyciach ostatnich dni. Wzajemna ich bliskość była dla nich prawdziwą rozkoszą. Rano znów gawędzili z Zośką:
- Jak szczęśliwi będziemy, gdy zamieszkamy razem, gdy pojedziemy stąd na wieś, na moje wyzdrowienie.
Gdy zostawali sami z Zośką, sprawiało mu przyjemność trzymanie ręki w dłoni przyjaciela. Rozmowa była wtedy otwarta i szczera i żaden nie starał się ukryć tak dawniej nieśmiało ukrywanych uczuć przyjaźni. Gdy przychodzili inni – rozmowa stawała się iskrząca, pełna przekomarzań i dowcipów, wyśmiewania się i udawanego cynizmu. Nigdy dotąd to przyjacielskie grono nie było ze sobą tak związane.

Rudy i Alek zmarli tego samego dnia. Ale to Rudy stał się symbolem niezawinionego cierpienia. Alek, który ratując przyjaciela, poniósł ranę śmiertelną, odszedł jako żołnierz. Śmierć Alka była – w rozumieniu towarzyszy broni – śmiercią normalną. Dlatego to z myślą o Rudym Zośka począł pracować nad książką? Palce zacisnęły mi się w pięść w niezgodzie na taki obrót sprawy, bo uznałem go za niesprawiedliwy dla Alka. Gdybym tylko nie zaciskał ich tak mocno, może napisałbym dla niego wiersz.
Kiedy pod Sieczychami umierał Zośka, to właśnie duch Rudego przyszedł po jego duszę, by bezpiecznie przeprowadzić ją przez pole minowe czyśćca, przed przeczyste oblicze Najwyższego Dowódcy – Boga.
Kiedy zapytałem Agnieszkę, jak wspomina lekturę „Kamieni…”, udzieliła mi entuzjastycznej i wyczerpującej odpowiedzi, w której przedstawiła wszystkie zalety fabuły i losów bohaterów.
- W mojej klasie wszystkie dziewczyny kochały się w Zośce lub w Rudym.
- A Ty? – zapytałem zaniepokojony.
- Ja zawsze i wbrew wszystkim kochałam się w Alku – szczerze odrzekła moja żona.
Dzięki temu doświadczeniu lekturowemu wiem, dlaczego z Agnieszką jesteśmy tak zgodnym małżeństwem.