Sylwia Siedlecka: Wodny motyl

Beniamin.
Mamy tylko jedno wspólne zdjęcie, przynajmniej ja tylko to jedno widziałem. Zrobiono je nam jeszcze kiedy byliśmy w brzuchu mamy. Mama leżała na łóżku, lekarz już widział to, co ona miała zobaczyć za chwilę, i wpatrywał się w zamglony ekran. Milczał, aż wreszcie powiedział:
- Motyl, wygląda jak motyl wodny.
Od tego czasu często myślę o lekarzu, którego w życiu nie widziałem, ale który tak ładnie nas nazwał. Już potem nikt tak o nas nie powiedział, a jeśli nawet, to nie o n a s, mimo że jesteśmy jednym i tym samym ciałem. Lekarz musiał mieć taki widok przed oczami po raz pierwszy, bo – jak mówiła potem mama – wpatrywał się w nas długo, całe minuty. W kształt, który rzeczywiście przypominał motyla, rzadki gatunek motyla wodnego z szeroko rozłożonymi skrzydłami, tylko że u nas zamiast czułków były ruchliwe rączki i nóżki, tyle że przez opór wody poruszające się trochę wolniej niż u motyla lądowego.
Podobno lekarz, kiedy tylko nas tak nazwał, uśmiechnął się sam do siebie: może dlatego, że mu się spodobało, że jest nas dwóch, a jednak jeden, a może po prostu spodobał mu się własny pomysł, że nazwał nas wodnym motylem. Nie wiem, co myślała mama, kiedy się dowiedziała, a co myślał tato. Ale lekarz się uśmiechnął. To było nasze pierwsze powitanie. Witajcie w świecie – powiedział ten uśmiech, choć już wtedy było wiadomo, że nie będzie nam łatwo tam na zewnątrz.
I nie było. Wyjęli nas z brzucha mamy, po kolei – najpierw mnie, potem Olego, a może było na odwrót, najpierw Olego, potem mnie. Nieważne. Byliśmy połączeni grubą nicią, zasupłanym kręgosłupem, jeden, a jednak dwóch, nierozłączni. Z miłej i ciepłej wody, przytulnej mydlanej bańki, dla nas ogromnej jak morze, zostaliśmy wyrzuceni na ląd. I w jednej sekundzie nasze płuca wypełniły tysiące ziarenek piasku, aż zaczęliśmy się krztusić. Wrzuceni w suchy i zimny świat odpowiedzieliśmy mu krzykiem. Zaczęliśmy wrzeszczeć. Oli wydzierał się dwa razy głośniej ode mnie. Nic dziwnego, był ode mnie prawie dwa razy większy. Ja wyglądałem jak kawałek Olego, który nie wiadomo skąd znalazł się na jego plecach, zupełnie jak jakiś upiorny garb z twarzą niemowlęcia. Ale i ja wówczas uznałem, że obwieszczę światu swoje przybycie i pokażę, że też potrafię całkiem głośno krzyczeć. Że mam ciało, może i słabe, które nie przetrwa jednej nocy, ale do tego czasu nie mam zamiaru rezygnować z prawa do wrzasku. Kto wie, może właśnie dlatego przeżyłem, że cały byłem tym krzykiem. Że wszystkie siły skupiłem wówczas na tym, żeby wydawać z siebie głos. Myśli przyszły długo później, dopiero potem zacząłem się zastanawiać, kto mnie wyjął ze środka i po co. Dlaczego wszystko potoczyło się właśnie tak.
A więc na początku moje ciało wcale nie chciało żyć, opierało się wszystkiemu, co inne ciała wykonują bezmyślnie, jak maszyny, które nie potrzebują, by ktoś nad nimi stał i wciskał guziki. Ja musiałem być czujny, dzień i noc. Łykanie, przepływ krwi, bicie serca – przez pierwsze miesiące, a nawet lata mojego życia nic nie było w tym ciele oczywiste i wiedziałem, że tylko siła mojej uwagi sprawia, że krew we mnie płynie, a powieki poruszają co kilka sekund, by śluzem zwilżyć oczy. I wiedziałem, że nie mogę o tym zapomnieć, muszę moje ciało nadzorować, bo kiedy coś zaniedbam, ono zapomni, że ma żyć. Oplatała mnie gęsta sieć rurek i przewodów, przez które coś płynęło, do dziś nie wiem co, może światło, a może po prostu woda. Nie wiem, co to było, ale płynęło tamtędy coś, co pomagało mojemu ciału. Z samą wolą życia pewnie bym sobie nie poradził. Jeszcze na początku mama podsuwała mi pierś, dławiłem się mlekiem, więc zrezygnowała i zostały tylko rurki, igły i przewody, które sączyły we mnie życie, a ja długo nie chciałem, nie chciałem tu być, jakbym przeczuwał coś złego. I czas płynął jednostajnie, obojętnym rytmem, aż do teraz, do tej nocy. I jakby wszystko, co było pomiędzy początkiem a tą chwilą, mną najdawniejszym a mną obecnie, leżącym nieruchomo w cichej szpitalnej sali, było przygotowaniem do tej chwili, do sekundy, w której właśnie jestem.

Oli.
To Beniamin był tym małym. Na nim lekarze postawili krzyżyk. I nagle zaczął rosnąć, pączkować, nagle krew w jego żyłach zaczęła płynąć szybciej, zaróżowiając usta i policzki. Zaczął jeść, pochłaniał wszystko, czego przez minione lata nie spróbował – nie tylko mleko i odżywki dla chorych dzieci. Jadł owoce i mięso, desery i wszystko to, co mu dawano. I dopominał się o więcej. Jadł, rósł, powiększał się.
Rodzice byli zachwyceni. Beniamin dogania Olego! Dobija do Olego! Zaraz będą równi! Patrzcie, depcze mu po piętach, powiadali. Aż nadszedł moment, kiedy Beniamin pokazał, że odtąd on będzie prowadził, nie ja. To był jeden z tych dni, kiedy się pokłóciliśmy, zdarzało się to często, bo skazani byliśmy na siebie bezustannie, zmuszeni znosić swoją obecność, nawet kiedy nie mieliśmy na to ochoty. Zawsze kiedy o coś nam poszło, kiedyśmy się pokłócili, uderzałem swoją głową w tył głowy Beniamina. Połączeni kręgosłupem, w ten sposób najłatwiej mogliśmy wyładować na sobie złość. Mocno odchylałem szyję i z całej siły uderzałem w tył jego głowy. Wtedy zaczynał płakać. Nie mógł mi oddać, był mniejszy. I tego dnia Beniamin rozzłościł się na mnie, miał wtedy jakieś cztery lata. Poszło o to, że ja chciałem biegać za piłką, a on leżeć w łóżku. Zaczęliśmy się kłócić, krzyczeć, przedrzeźniać. I wtedy tak mocno uderzył w moją głowę, że zostawił na niej siniak, który momentalnie nadbiegł krwią. Przybiegła mama i zaczęła jak zawsze krzyczeć na mnie, nadal uchodziłem za tego silniejszego. Ale widząc moją głowę, a na niej krwawy ślad, zamilkła. Zobaczyła, że to Beniamin jest górą i że role, moja i Beniamina, właśnie się odwróciły.
Nie byłoby w tym nic złego, że Beniamin staje się duży i silny, gdybym w tym samym mniej więcej czasie ja nie zaczął słabnąć. Moja różowa dotąd skóra blakła i stawała się cienka, zupełnie jak papier. Kiedy świeciło słońce, widziałem pod nią siatkę błękitnych żyłek. Czy to możliwe, że ciągu paru miesięcy ze zdrowego krzepkiego malca stałem się chłopcem zupełnie przeźroczystym? Zapytałem mamy, dlaczego wszystko przeze mnie prześwituje, czemu się tak zmieniam, ale nie potrafiła mi odpowiedzieć. I nadal obierała nam na podwieczorek pomarańcze, sześć cząstek dla Beniamina, sześć dla Olego. Wkładała nam do ust, kawałek dla Beniamina, drugi dla Olego. Beniamin pochłaniał owoce, jak wszystko, co mu dawano, dopominał się o więcej, żółty sok kapał mu na ubranie. A ja musiałem coraz częściej zmuszać się do jedzenia, przełykałem z wysiłkiem. Kto wie, może dlatego, bo dostrzegłem, jak moje ciało zaczęło mnie zdradzać, buntować się przeciwko mnie i wszystko to, co jem i piję, skrycie przekazuje mojemu bratu, we krwi, w oddechu. Nawet włosom Benjamina oddaje to, co najlepsze, bo jego są takie gęste, mnie zaś brzydko rzedną. Beniamin stawał się zatem zdrowym i ładnym chłopcem, tak przynajmniej powiadali. Ja sam Beniamina nigdy nie widziałem, ani on mnie.

Beniamin.
Dlaczego nikt nigdy nas sobie nie pokazał? Czyżbyśmy wyglądali aż tak źle? Nie wierzę w to, mówią, że jestem ładnym chłopcem, a Oli jest ponoć do mnie podobny, ma tylko trochę jaśniejsze włosy, w kolorze dojrzałej pszenicy – tak mówi mama, jej akurat wierzę. Na początku wydawało mi się dziwne, że nie wiesz jak wygląda ktoś, z kim spędziłeś każdą sekundę swojego życia. Wszystkie lustra w domu są gdzieś schowane, wszystkie fotografie poupychane w skrytkach, pod kluczem, tak byśmy nie mogli zobaczyć naszych twarzy. Mama mówi, że tak jest lepiej, ale wydaje mi się, że to był pomysł taty. On tak wymyślił i wszyscy przystali na tę grę, a potem ją podchwycili i włączyli się w zabawę. Oli i ja śmialiśmy się głośno z tego dziwnego pomysłu. „Chowaj Lusterko”, „Bez Zdjęć Proszę”, „Niewidzialny Brat” – tak pewnie nazywają tę grę za naszymi plecami, mówiłem do Olego. Plecy mamy jedne! – śmiał się Oli. Aż w końcu znudziło się nam myślenie o tej zabawie, a i sama sprawa naszych twarzy przestała nas po jakimś czasie zaprzątać.
Dzisiejszej nocy ta myśl powróciła, chciałbym zobaczyć twarz mojego brata. Ale nie jestem w stanie odwrócić się na tyle, by ją ujrzeć. Kiedy próbuję, zaczyna boleć mnie kark i daję za wygraną. Zresztą, myślę sobie, czy naprawdę muszę go widzieć? Przyzwyczaiłem się, że nie znam twarzy Olego, tłumacząc sobie, że mało który człowiek wie, jak wygląda z tyłu, a mimo to jest sobą też tam z tyłu. Nie musi się oglądać za siebie, by wiedzieć, że jest i tam. Gdyby ktoś zobaczył zdjęcie, na którym jest sfotografowany z tyłu, mógłby siebie w pierwszej chwili nie rozpoznać. Dopiero za moment stuknąłby się w czoło, mówiąc: ha, przecież to ja, ładna historia, nie poznałem siebie!
Ze mną i Olim jest chyba podobnie. Nie muszę wiedzieć, jaki jest Oli, wystarczy mi świadomość, że jest. Nie myślę o tym, gdzie kończę się ja, a gdzie on zaczyna. I czy jesteśmy jednym chłopcem, czy dwoma. Wiem jak pachnie i odróżniam, kiedy czuwa, a kiedy śpi – poznaję to po oddechu. Od kiedy Oli stracił mowę, jest trochę trudniej, ale nie tak źle, żebyśmy stracili ze sobą kontakt. Musieliśmy wymyślić nowy język, taki, który zastąpiłby słowa. Kiedy chcę coś Olemu przekazać, ściskam jego dłoń w swojej – jego jest mniejsza, ale równie ciepła jak moja. Odpowiada mi tym samym i zależnie od siły jego uścisku wiem, czy jest dobrze czy źle.
Ostatnio ten uścisk jest coraz słabszy. Oli zaczął chorować, kiedy ze mną było coraz lepiej. Pamiętam dzień, kiedy poczułem, że jestem silniejszy od Olego. Rozzłoszczony na coś chciałem dać mu kopniaka, zamachnąłem się nogą i przyłożyłem tak mocno, że Oli zemdlał. A wcale nie chciałem, skąd miałem wiedzieć, że uderzę tak mocno? Oli wtedy nawet nie zapłakał. Nie zaczął wrzeszczeć, jak to ja zwykle robiłem, albo co robił on, dostając kuksańca ode mnie. Teraz nawet nie zawołał mamy, choć wolałbym, żeby to właśnie zrobił. Oli zemdlał. I to był dzień, kiedy zaczęła wokół niego zapadać cisza, jakby coś lub ktoś przyszło i zaczęło Olego otulać watą, obsypywać śniegiem, tak że jego głos stawał się niewyraźny, a płacz coraz cichszy. Rodzice musieli pochylać się nad bladą buzią Olego, żeby usłyszeć, co mówi. I pewnego dnia Ole przestał mówić, zamilkł. Tego ranka zaczęła się zima. Wtedy poczułem, że to ja wygram.

Oli.
Beniamin już śpi. Zawsze kiedy gaśnie światło, zrównuję mój oddech z jego, a wtedy czuję, że ta woda i krew, która przez nas przepływa, łączy się w jeden strumień, zaś rytm jego serca zrównuje się z moim, nawet ten pulsujący punkcik na szyi porusza się u niego w tych samych odstępach czasu, co u mnie. Wtedy jest mi tak dobrze, że zastygam na chwilę, chcę, żeby już tak zostało, ale to jest błąd, bo zaczyna mi brakować powietrza, a moje serce bije szybciej i szybciej, by nadrobić moment wstrzymanego oddechu i muszę szybko nabrać powietrza ustami. I wtedy wszystko się psuje, Beniamin znów jest Beniaminem, a ja mną.
O trzeciej w nocy jest bardzo ciemno, ale w ciepłe dni o czwartej bywa jasno, mgła za oknem naszego pokoju niesie zapach zbutwiałych liści jesienią, a latem – po prostu zapach nocy i ciemności. Czasem mam ochotę wstać i wyjrzeć przez okno, ale Beniamin zwykle śpi, a nie chcę go budzić. O siódmej przychodzi mama i wtedy zamykam oczy, żeby jej nie niepokoić, że nie spałem albo miałem złą noc. Ta noc nie była zła, tylko ciemna i nieruchoma, czyli taka, jak być powinna, chcę wytłumaczyć mamie, ale wiem, że by nie zrozumiała i w końcu nie mówię nic. Mama sprawia, że czuję się winny. A czuję się tak, bo ona czuje się winna. Jest mi źle – zatem i jej jest – że staję się coraz mniejszy i coraz bardziej przypominam pajacyka z papierowej wycinanki, a nie prawdziwego chłopca, jakim pragnie, bym był.

Beniamin.
Czerwone zygzaki na szpitalnych ekranach zapisują pracę naszego ciała, naszych ciał, z dokładnością co do kropli krwi. Monitory snują swoją opowieść, którą rozumie tylko garstka wtajemniczonych lekarzy. Oni znają nasz skład chemiczny, wiedzą, ile w każdym z nas jest żelaza, a ile siarki, ile zaś tego, czym nie warto sobie zaprzątać głowy. Na przykład nie interesują ich zupełnie nasze ręce. Najbardziej zajęci są krwią i kręgosłupem, te słowa ciągle się powtarzają w ich rozmowach. Z tajemnych szyfrów – skrótów, cyfr, linii krzywych i prostych lekarze próbują wyłuskać naszą przyszłość i powiedzieć: będzie tak i tak, innego wyjścia nie ma. Ale jeszcze się wahają, albo udają, że nie są pewni. Marszczą brwi, przygryzają usta, wpatrują się w białe kartki, a wszystko to ma pokazać, że bardzo dużo myślą o mnie i Olim, a właściwie nie o nas, lecz o naszym zasupłanym kręgosłupie, z którym trzeba coś zrobić, bo dalej już tak nie można.
Nie można? Widać nie. Jest nam z Olim coraz mniej wygodnie, jesteśmy zmęczeni swoim ciężarem, nasze ciała źle znoszą to wspólne życie. Najlepiej jest podczas kąpieli. Zawsze wymyślaliśmy jakiś pretekst, żeby napuścić wannę do pełna i zanurzyć się w niej, aż po czubki głów. Zakładaliśmy maski z rurką, żeby móc się długo nie wynurzać. I leżeliśmy w wannie, długie godziny, czasem tylko się wystawiając głowę, żeby odkręcić kurek z ciepłą wodą, bo zdążyłą ostygnąć. Bo najbardziej lubimy leżeć w ciepłej i czuć, jak woda unosi nas, tak że sami nie wiemy, czy jesteśmy w łazience czy już gdzieś na pełnym morzu, z dala od brzegu.
Po północy w sali szpitalnej gaszą światło. Robi się ciemno. Lekarze i pielęgniarki idą się zdrzemnąć, a w sali zostajemy tylko tylko my – motyl wodny. Leżymy na szerokim łóżku, zupełnie jak duży owad w czerwono-czarnej poświacie szpitalnych ekranów. Leżymy tak jak wtedy, kiedy byliśmy w brzuchu mamy – też było trochę czarno, a trochę czerwono, tylko tutaj jest chłodniej. Ale tak samo cicho. Czemu tu jest tak cicho?
Zawsze zasypiamy razem, Oli i ja. Lubię, jak zrównują się nasze oddechy, zasypiamy dokładnie w tym samym momencie, po czym każdy z nas idzie w swoją stronę, w stronę swojego snu. Nie znam snów Olego, nie ma mi ich jak opowiedzieć, ale myślę, że są inne niż moje. Choćby dlatego, że Oli ogląda świat z innej strony. Od kiedy to ja zacząłem rosnąć, rodzice zaczęli układać mnie w łóżku po stronie okna, żebym miał twarz zwróconą do światła, jak roślina, która potrzebuje słońca, aby rosły jej nowe liście. Więc twarz Olego była coraz częściej – ale chyba nie robili tego specjalnie, tak po prostu wyszło – zwrócona do ściany. Oli przez całe dni patrzył na ścianę. Nie wiem, co takiego na niej widział, nie opowiadał o tym, no i wkrótce potem przestał mówić.
Widzę, że nawet tutaj, w szpitalu, rodzice przechodzą rzadziej na stronę łóżka Olego. Mama, nawet jeśli tam idzie, już za chwilę znajduje powód, żeby przejść na moją stronę. Obiera pomarańczę, pół daje mi, po czym idzie na stronę Olego, by dać mu drugą połówkę. Za chwilę wraca znów na moją stronę łóżka, bez pomarańczy. Czyli Oli zjadł swoją połówkę. Mama się uśmiecha. Przychodzi tato i przeczesuje dłonią moje gęste włosy. Dzielny chłopak, mówi tato, i nadal trzyma dłoń na mojej głowie. A ja wiem, że to nie jest zwykły gest, jaki w tym samym momencie tysiące rodziców na ziemi robi swoim dzieciom. On tą dłonią bada twardość mojej czaszki, opuszki palców prześlizgują się po kości, by jeszcze raz potwierdzić, że to była słuszna decyzja, że inaczej postąpić nie można. Mój dzielny chłopak – mówi tato i czuję, że waży w dłoni moją głowę, by przekonać się, że tak, jest twarda jak kamyk. Twarda główka zdrowego chłopca.
Do Olego tato nie podchodzi zbyt często, choć wszyscy wiemy, że to jemu zawdzięczam to, jaki teraz jestem. Nie wiadomo kiedy dokładnie stał się tym, który mnie karmi, tym, którego ciało dniem i nocą pracuje na moje ciało. Ta pomarańcza, którą mama podała Olemu, jest tak naprawdę dla mnie, do mnie powędruje, podobnie jak kroplówka, która sprawiedliwie przekazuje wodę, połowę mnie, a połowę Olemu, ale użyźnia ciało moje, nie Olego. Bo ciało Olego postanowiło, że już nie będzie walczyć o swoje. A może chce walczyć o mnie, żeby choć cząstka z nas została na potem, na dłużej. Kawałek kalkomanii z niewyraźnym zarysem dziwnego owada, która, jeśli się jej uważnie przyjrzeć, przypomina rzadki gatunek motyla.
Czy Oli już wie?

Oli.
Mama podaje mi pomarańczę. Przełykam ją, chociaż zatrzymuje mi się w gardle. Wtedy trzeba spróbować przełknąć jeszcze raz, żeby owoc przesunął się dalej. A to niełatwe, bo czuję, że tam we mnie, w środku, osadza się żwir, warstwa na warstwie i powstaje twarda, sucha skamielina. I chociaż przez rurki do mojego ciała napływają litry wody, ta woda gdzieś znika, wsiąka, paruje, ciągle jest jej zbyt mało. Myślę, że właśnie dlatego przestałem mówić – bo nie mam wody. Czy lekarze potrafią wyjaśnić, czemu straciłem mowę? Nie, nikt nie zna odpowiedzi. Wielka medyczna zagadka! Ale ja sam na to wpadłem. Jak kamień może mówić? Czy ktoś widział kiedy mówiącą muszelkę albo rozgwiazdę? Nikt. Nawet w noc wigilijną mówią tylko te duże, kosmate zwierzęta. Nikt nie słyszał, żeby mówiły mrówki, pająki albo muchy, a co dopiero jakieś kamienne stworki. A ja staję się kamiennym chłopcem. Pomarańcza jest dla Beniamina, mama to wie i dlatego mnie karmi. Za chwilę do niego trafi najlepsze z tego, co zjadłem.
Przychodzi tato, ale kiedy natrafia oczami na moje, odwraca wzrok. Mówi coś szybko (chyba „dzielny Oli”, ale nie jestem pewien) i idzie do Beniamina. Zanurza dłoń w jego włosy i zaraz sobie uświadamia, że powinien to samo zrobić z moją czupryną. Każdemu po równo. Wraca do mnie i przeczesuje moje włosy. Ma taką ciężką dłoń, cięższą niż cała moja głowa, chcę, żeby już ją zabrał, bo ta dłoń mnie przygniata.
Na łóżku, które dzielę z Beniaminem, leżę od strony ściany. Przez pierwsze dni to była zwyczajna biała ściana, ale potem zacząłem zauważać inne rzeczy. Różne odcienie bieli, od białej oślepiającej po białożółtą, kiedy zbliża się zachód słońca. Czasem ściana faluje, zwłaszcza kiedy dostaję środek nasenny. Beniamin też dostaje, ale zawsze wypluwa tabletki i potajemnie chowa do poszewki kołdry. Czasem wygrzebuję z pościeli upchnięty gdzieś przez niego biały proszek i łykam. Wtedy ściana się zmienia. Biel staje się bardziej biała albo pojawiają się na niej kręgi, jak na wodzie. W nocy biel staje się granatowa i na to też lubię patrzeć. Nie boję się ciemności, właściwie to chyba wolę ją niż dzień i cieszę się na chwilę, kiedy zapadnie zmrok, a na ścianie zaczną pojawiać się cienie, z których mogę układać różne historie.

Beniamin.
Tato nie lubi, kiedy mama mu przypomina, że kiedyś ktoś nas nazwał wodnym motylem. Uważa, że to głupie. Motyle, powiedział tato, są na lądzie, nie ma wodnych. Ale wiedział, że nam z Olim podobają się motyle i ciągle o nich mówimy. I pewnego razu zrobił nam niespodziankę, to było dwa lata temu. Schwytał w parku pięknego motyla i przyniósł go do domu. Każdy z nas, najpierw Oli, potem ja, mógł potrzymać motyla w dłoni i obejrzeć z bliska. Był piękny, gładziliśmy jego miękkie skrzydła, które trzepocząc nam w dłoni trochę łaskotały. I głaskaliśmy go zupełnie jak Kaja, naszego psa, owczarka niemieckiego, aż mama powiedziała, że motyl to nie pies, a to, co lubi pies, musi boleć motyla, który jest mały i delikatny. Motylom najlepiej się jest przyglądać i ich nie dotykać, ot co. I wypuściłem motyla z dłoni, zaczął fruwać po całym pokoju, obijać o meble, książki, zabawki, jakby rzeczywiście tych oczu nie miał. Na szczęście nic mu się nie stało. W końcu przysiadł na krawędzi okna. Siedział sobie i patrzył na nas, a może przez okno, co kilka sekund lekko poruszając skrzydłami, jakby chciał z nich strząsnąć ślady dłoni, któryśmy go głaskali. Patrzyliśmy na niego w ciszy, nawet Kaj przestał się wygłupiać, znieruchomiał i patrzył, jakby widział motyla po raz pierwszy w swoim psim życiu. Ciszę przerwał tato, który powiedział, że motyle nie mogą mieszkać w domach, bo w zamkniętej przestrzeni umierają. Dlatego ludzie nie hodują motyli w domach. Ale, powiedział tato, mam pewien pomysł – i po tym, jak zaświeciły mu oczy rozpoznałem, że to naprawdę nowy pomysł. Schwycił motyla w dłonie, wyjął skądś długą szpilkę i wbił ją w sam środek ciała owada. Następnego dnia motyl wisiał już w naszym pokoju, w szklanej gablotce, nad której zrobieniem tato trudził się całą noc, żeby nam sprawić przyjemność. Przekłuty szpilką motyl spoglądał na nas zza szyby, był nieruchomy, ale tak samo piękny jak dzień wcześniej, kiedy jeszcze żył. Rano na biurku czekało na nas coś jeszcze. Owinięty w czerwony pergamin atlas motyli, prezent od taty.

Oli.
Tato dał nam kiedyś atlas motyli, książka miała jakieś pięćset stron, mnóstwo rysunków, ale nie dowiedziałem się z niej o motylach nic ciekawego. Rzuciliśmy ją z Beniaminem gdzieś w kąt, a kiedy rodzice wychodzili z pokoju, podchodziliśmy do gabloty z martwym motylem, zawieszonej na ścianie. Zdejmowaliśmy ją, by potem długie godziny przyglądać się owadowi z bliska. Milimetr po milimetrze śledziliśmy przez szkło powiększające cętki, wgłębienia, żyłki na aksamitnych skrzydłach. Najpierw oglądałem ja, po czym podawałem Beniaminowi, i tak na zmianę. Odkrywaliśmy w tym małym ciałku coraz to nowe, nieznane nam dotąd szczegóły. Pewnego dnia Beniamin wpadł na pomysł, żeby rozbić gablotę z motylem, byśmy mogli jeszcze raz go dotknąć. Przecież miał takie miłe skrzydła, Oli, pamiętasz!? – namawiał mnie. Raz niemal mu uległem, bo rzeczywiście tęskniłem, by znów pogładzić miękkie skrzydła. Ale powstrzymałem się w końcu, bo – wiem, że to głupie – wydawało mi się, że motyl tam w gablocie żyje, a pierwsze co zrobi, jak wydostanie się ze szklanego więzienia, to da nam popalić za te wszystkie szpilki i za to, żeśmy go tyle razy oglądali przez szkło powiększające. I nie pozwoliłem Beniaminowi. Motyl nadal jest w gablotce w naszym pokoju i lepiej niech tak zostanie.
Nie zobaczę już tego motyla, bo nie wrócę do naszego pokoju. Jedynym śladem po mnie będzie czerwony ścieg na plecach mojego brata, prosty i równy jak zamek błyskawiczny, bo tu podobno pracują najlepsi lekarze, tacy, co po operacji nie zostawiają na pacjentach brzydkiego czy krzywego śladu. Beniamin będzie rósł, jadł lepkie cukierki z najwyższej półki w kuchni, a potem pewnie się zakocha. A mnie nie będzie. Nie będę miał na plecach czerwonego ściegu, prostego i równego jak zamek błyskawiczny. Nie będę rósł. Nie będę jadł lepkich cukierków z najwyższej półki w kuchni. Na pewno się nie zakocham.
Nikt nic nie mówi, ale widzę – po uniesionych brwiach lekarzy, po minach pielęgniarek, po zaaferowaniu rodziców, którzy nie patrzą w moje oczy – że wypadło na mnie. I od tego czasu nie widzę ludzkich twarzy, jakby ktoś uznał, że już trzeba powoli odzwyczajać mnie od widoku ludzi. Przed oczami widzę białą ścianę, czasem przecinaną kolorowymi migawkami – opalone nogi pielęgniarki zmieniającej mi kroplówkę, szyja mamy, która poprawia mi poduszkę, dłoń ojca klepiąca mnie po ramieniu jak dorosłego mężczyznę. Oli – mówi głos taty – jak spałeś? Przychodzi mama i daje mi pomarańczę. Jedz, Oli – mówi mama, a ja przełykam, choć chciałbym napić się wody, pomarańcza jest kwaśna i drapie mnie w gardło.
Ale dziś nikt mnie nie pytał jak spałem. Dziś jest cicho i jakoś uroczyście, chyba przez tę ciszę wokół. Dziś nie muszę się tłumaczyć, że źle spałem, albo że nie chcę jeść . Mógłbym nawet wyrwać z przegubów całą garść igieł i kabli, które łączą mnie z aparatami obok łóżka. Mógłbym to zrobić i nikt by nic nie powiedział. Mogę zasnąć, a mogę nie. Beniamin chyba właśnie zasnął.

Beniamin.
Jesteśmy na otwartym morzu, które ma kolor grafitu. Jest zupełnie cicho. Nie widać brzegu. Płyniemy w łódce – Oli i ja. Widzę tylko plecy Olego, bo jest do mnie odwrócony tyłem. Oli wiosłuje. Raz, dwa, raz, dwa, odgarnia wodę wiosłami, ale woda nie wydaje przy tym żadnego dźwięku. Drobne ramiona Olego przesuwają się do tyłu i przodu, w równych odstępach czasu. Jest mi dobrze, i chcę to powiedzieć Olemu, ale wiem, że nie muszę. Patrzę na wodę i na plecy Olego, na jego, nasz wspólny, niebieski sweter, który dostaliśmy na gwiazdkę od rodziców. Nie widzę jego twarzy, tylko tył głowy, rzeczywiście, mama mówiła prawdę, Oli ma włosy w kolorze dojrzałej pszenicy. Wkładam dłoń do wody, tak jak myślałem – jest ciepła, dokładnie tak ciepła jak ludzkie ciało. Chcę o tym powiedzieć Olemu, ale znów zatrzymuję wzrok na jego plecach, które rytmicznie poruszają wiosłami, w tył i w przód. Dopiero wtedy sobie uświadamiam, że Oli nie jest ze mną połączony, że jeśli zechcę, mógłbym wreszcie zobaczyć jego twarz, ale zaraz przychodzi myśl, że przecież mogę to zrobić za chwilę. Moje ciało jest dziwnie bezwładne. A Oli wiosłuje, płyniemy, brzegu nie widać, i wiem, że Oli też się cieszy, podobnie jak ja, że jesteśmy daleko od brzegu. I wiosłuje dalej, aż przychodzi mi do głowy, że może jest mu ciężko, i mówię – Oli, nie ciężko ci? Wiesz, przecież Kaj mógłby ci pomóc wiosłować, to duże, silne psisko. Oli? Ale niebieski sweterek wiosłuje dalej, a ja widzę, że nie odpowie, ale widzę też, że Oli lubi wiosłować, że sprawia mu to przyjemność, nie przestaje, a ja kołyszę się lekko w tym śnie i zapadam się jeszcze głębiej, gdzie jest jeszcze bardziej ciepło i miło…

Oli.
Czasem biała ściana staje się żółta. Jakiś biały punkt zasysa do środka biel i ściana zmienia kolor. I pojawia się na niej czarny pies, a właściwie cień dużego czarnego psa. Ojej, przecież to Kaj! Czarny psi kształt biegnie i wpada do ogrodu. To nasz ogród! W czarnych konturach rozpoznaję kwiaty mamy. Zawsze, kiedy Kajowi udawało się wpaść do ogrodu, biegał uszczęśliwiony, tratując mamie wszystkie kwiaty. Kaj łamie cienkie łodygi, jedna po drugiej, ogonem strąca z kielichów czarne płatki i nic a nic sobie z tego nie robi. Biegnijmy za nim! – mówię do Beniamina. Wpadamy między kwiaty i próbujemy dogonić Kaja. Niebo jest żółte, a pod nim my, trzy czarne figurki: ja, Kaj i Beniamin. Za chwilę się zatrzymujemy, bo wśród kwiatów, pod nogami widzę piłkę. Pamiętasz? – mówię do Beniamina – nasza stara piłka, zgubiliśmy ją kiedyś. Chwytam piłkę w dłonie, jest cała mokra, otrzepuję ją z rosy, przybiega Kaj i trąca piłkę nosem, chce się bawić. Wyrzucam piłkę daleko, żeby po nią pobiegł. Ale Beniamin mówi, że musimy uciekać, bo rodzice przyjdą, a Kaj wygada, że zgubiliśmy piłkę. Jak to zgubiliśmy – uśmiecham się do czarnej figurki Beniamina, a czarny Kaj tarmosi piłkę – przecież właśnie ją znaleźliśmy, i znowu się uśmiecham. Ale Beniamin już nie słyszy, jest daleko, biegnę za nim, śmiejąc się, a Kaj szczeka wesoło. Nie trzeba się bać, wołam za zmniejszającą się czarną figurką Beniamina. I nagle robi się jasno, jakby słońce przybliżyło się do mnie, nic nie widzę, zasłaniam oczy dłonią, tak jasno nagle…

* * *

Beniamin.
Minęło tyle lat, a ja nadal się dziwię, że mój cień jest taki drobny, taki pojedyńczy. Kiedy wieczorem idę ulicą, czasem oglądam się nagle za siebie, ot tak, dla zabawy, czy aby nie zobaczę za plecami Olego. Po nim została mi różowa blizna, długi równy ścieg, ale nie jest tak bardzo widoczny, bo operację robili najlepsi lekarze. Czasem blizna trochę swędzi, jakby Ole, dla żartu, chcąc o sobie przypomnieć postanowił mnie połaskotać albo zadrapać paznokciem. Kiedy ktoś mnie pyta, co to za ślad, nie mówię prawdy. Odpowiadam, że miałem wypadek. I tak by nie zrozumieli. W dolnej szufladzie biurka jest biała koperta, a w niej fotografia. Czeka na mnie. Jeszcze jej nie widziałem. Ale kiedyś to zrobię, Oli, kiedyś to zrobię.