Bohdan Sławiński: Miniatura. Ulica Targowa

Za oknem jaskółki, powietrze żyletami lotek tną, furkoczą. Jakby chrzęsty, szelesty z odzieranego do kości powietrza. A ja z zielnych, weselnych snów pradziada jeszcze… W zielonym gaju myśliweczek karbuje kolbę flinty, nóż mu przy tym jak fryga chodzi! A okienko, gdzie jego kochaneczka, mruga i wabi. O jaka przed domem kalina, korale jakie, łoże puchate, pójdź, o pójdź, oj dana. Już ptaszki w gaju świergocą, że ty przyjdziesz do mnie nocą, hej! I pójść muszę, i nóż mi z pleców wyjmą i zakopią. To i lepiej, że się budzę. A szybka wciąż dzwoni, i stukot ciągły, głosów zmętnienie, jakby roztarte na proch komendy, może kawaleria asfalt wygniata, haubicami drze?! Jadą wozy kolorowe? Wyglądam zza firanki, ponad pelargoniami, co to trują koty, ponad zielonymi szablami, a tam chagallewo rozszalałe! Końskie grzywy falują, lecą płaty piany, jak śnieg, jak manna, i rżenie, parskanie się niesie. Wozy płyną ulicą targową, w górę i w dół, konie spinane, powściągane. Na wozach baby w kraciastych chustach i woźnice, wieprze się w sieciach miotają, co i rusz skarżąc się niebu, że blisko do szynki, na obiad, nie tędy panie prowadź. A woźnice je batem, „cicho, ścierwa”, raz, dwa, jak z automatu palba, batem między oczy, tyle różowego kwiku się przelewa. Za wozami, na łańcuchach, krowy, łaciate, kraciaste, lezą pod górę, mląc mlecz. Sypie się na nie pierze z gęsi, gołębi, pieją dziko koguty, a one nic, jak pacierza korale, wpięte w łańcuch wozów. I ludzie za nimi, z mendlami jaj, z ziołami, których wonie chwalą niebo. Ach, te kopry strzeliste, pożółkłe, na ogórki z kamionki, wwikłane w chrzanu korzenie, te spiętrzone kobiałki truskawek, co byle deszczu nie dostały, kochaneczko, bo im grozi kot. A wyżej, na targowisku, już trzy karty chodzą, wirują trzy kubki, a na topoli, ponad światem, trzy diabły-kruki, komu potępienie, baczą. Szemrany kusy, w kraciastym kaszkieciku, sprzedaje panny, jak z obrazka, śmaćne i śłodkie. Kart z kieszeni dobywa, co to „pornografićne”, „pan patrzy, patrzy pan, jakie ma, o jakie ma, ni w poprzek, ani wśpak, miód-malina”. Na stoliku, w pyle, tańcuje odpustowa loteryjka, gliniane papieże, szkliste madonny, święte obrazki, półsfery z karetą z wyższych sfer. A jak odwrócić, jak potrząsnąć, z karety sypie się śnieg, jezu chry., bajka zimowa! I słychać skrzyp, szuranie sznurów, jakby od wielkiego dzwonu, a to karuzela, jak co niedziela. Trą o kosze gałązki, furczą panienek sukienki, co jak chmurki w groszki i paski, szusami, zakosami w niebo! Jak migi kołują, jak jaskółki! Lecą dzieci, lecą panny na szarych gęsiach, kaczkach czarodziejskich, a na konikach najbardziej. Chichoczą, trzymając się cugli, grzyw plastikowych, nawet lodów bambino. A niżej te ziemne konie, wiejskie perszerony, srokate, kare, gniade, z rakowymi naroślami, otarciami, pochylone, pod górę i z góry na łańcuchach się wloką, zagryzają pokornie wędzidła. Niosą włosie grzyw, ogonów na szczoteczki, na pędzle. Gdzież im tam do koni skrzydlatych, z tworzyw sztucznych, rozbrykanych na parnasie targowym? Nie dojrzą. A pośród wozów, woźniców, lamentów i kwiku, jedna wodząca bryczka, w której Fabich-Fabichowski, miejscowy bogacz, co na krwawicy ludu żeruje, żerował. Dyryguje batem, pokrzykuje: nazad, oste, wiśta, wio, ustępują mu z drogi, jak czynili to przez pokolenia, tak i dziś, na wieki wieków, amen. I ryczy w oddali ciapek, taczanka targowa, pancerna kawaleria targowa, jaki dysonans pośród wozów, bryk, kwiku prosiąt. Wiezie główki kapusty, o jedna spadła, w dół się toczy, między ogniska pastuszków, łęty ziemniaczane, roztrąca czarniejące w żarze ziemniaki, w popiół. To już jesień? I madonny lecą z kluczem gęsi, bo chłód, rojem porzucają karuzelę. I śnieg z karety przysypuje pola, szkli zimowy sen… Czekajcie! Póki wiosna, póki lato, weźcie mnie tam, bierzcie, na targową, wylecę, tłukąc szybkę na ulicę, potargam flagę, na kiju szczotki, wymknę się. I jako chłopiec pobiegnę na targowicę po ziemniaki, ogórki, po co matka wysłała, nieść, przynieść, to ja chętnie. Albo jako duch niepewny, zabłąkany, spinany bezcielesną ostrogą. Przymuszony, by iść targową. Bo dzień targowy.

Bohdan Sławiński

Ur. 1977 r., prozaik, poeta; wiersze: m.in. „Fraza”, „Lampa”, „Poezja”, „Topos”, „Twórczość”, „Tygiel kultury”; autor tomiku „Sztućce do glist” (Stow. Lit. im. K.K. Baczyńskiego), gdzie „strofy przebijając turpistyczną dosadność, oddają się niemal średniowiecznym tańcom śmierci”; oraz powieści „Królowa Tiramisu” (nominacja do Paszportu Polityki 2008), „kompilacji autentyzmu i autodemaskacji”, gdzie „wody płodowe wpływają na pejzaże fabuły”.