Pierwsze wrażenia z…

Wstępnie przejrzałam „1001 książek, które musisz przeczytać” pod redakcją i w wyborze Petera Boxalla.  Figuruje na okładce, co mnie zawsze dziwi w takich wypadkach, jako autor książki, a tymczasem pracował nad nią sztab ludzi idący gdzieś w setkę, to oni sporządzali notki o przedstawionych pozycjach.

Podkreślam, to są jedynie wrażenia z pobieżnych oględzin, które sprowadziły się do skwapliwego liczenia, ile z wymienionych rzeczy już znam. Doszłam do jakichś 220, lecz ileż można wystawać pod własną klatką z wielką cegłą w dłoniach? I bawić (lub przerażać) sąsiadów. Zostało mi pewno ze sto stron, mniemam więc, że jeszcze coś dojdzie.

Kolega z pracy, ujrzawszy dzieło, zapytał ze sceptycyzmem o polskie dzieła. W indeksie znalazłam z miejsca „Quo vadis”, lecz na tym, o miła niespodzianko, nie koniec. Chyba z największym zaskoczeniem  przyjęłam „Początek” Szczypiorskiego. To, że do książki trafili Gombrowicz, Lem, Witkacy niespodzianką raczej nie jest.

Cegłę ową wydało w ubiegłym roku wydawnictwo Elipsa, kojarzące się raczej z literaturą dla,  dzieci, dlatego też jakoś mi wcześniej nie wpadła w ręce. Natomiast tym, co mi z miejsca podpadło, jest „musisz” w tytule. Nie ma „musisz”, bo jak to ładnie ujął Daniel Pennac (który zresztą nie znalazł był uznania w oczach autorów) „czytanie nie zna trybu rozkazującego”.  W moim przypadku przymus jest rzeczą naturalną, żyję z tego, że czytam, ale zastanawiam się, jak normalny człowiek reaguje na słowo „niezbędnik inteligenta”?

 

Motto

„Wykorzystanie cytatu z literatury klasycznej jest sposobem na przypodobanie się wieczności i zyskanie szacunku u osób, których się nie szanuje” – pisze Bodil Mamsteln w „Moim pierwszym życiu”. Zdanie to, wyrwane z kontekstu, brzmi dość prowokacyjnie, ale już dodaję, że pisarka tłumaczy się, dlaczego nie użyła cytatu ze św. Augustyna. Nie poważa więc najwyraźniej jego miłośników.

Lecz co z tym „sposobem na przypodobanie się wieczności” i skąd omottowywania (kojarzy mi się to z ometkowywaniem). Czy wieczność doceni to, że przeczytało się wcześniej parę książek, a czytelnik, po prostu, potraktuje rzecz jak wskazówkę do czytania czegoś przez coś? Czy motto jest kierunkowskazem, które prowadzi do źródła powstania dzieła? Zapewne w wielu przypadkach tak, ale chyba nie zawsze. Może to jednak wskazanie, że się jest w środku i włącza w dialog.

Mamsteln kontynuuje: „Jak gdyby książka sama w sobie nie była wystarczająca, dopóki nie udowodnisz, że to, co chcesz w niej powiedzieć, już zostało powiedziane”. Niezbyt to fortunnie sformułowane czy przełożone, lecz wiadomo, o co chodzi: o książkę jako argument sam w sobie.

Czekając na wiosnę

Czuję się już śmiertelnie znudzona pogodą. Nie aurą, która jest, jaka jest, i będzie niezależnie od utyskiwań czy zbiorowego zaklinania. Jestem zmęczona tym powszechnym narzekaniem, epidemią urojonej meteoropatii, ględzeniem o pogodzie w kółko, od rana do wieczora, przy okazji i bez. Pamięcią sięgam do opisów pogody, opisów bezinteresownych, a nie w jakiś sposób istotnych dla tego, o czym się pisze. Pewnie ich nie brak, ale podchodzę do nich jak do klasycznego symbolu szkolnej udręki – opisów przyrody u Orzeszkowej.

Jedynym autorem, który z pogodą kojarzy mi się miło z pogodą, jest Bruno Schulz. Za jego sprawką od lat nocą lipcową czuję „kaskady ozonu”, a do wiosny przyrosło opowiadanie, w którym przeczytamy m.in.: „(…) Tak nieobjęty jest horoskop wiosny. Kto  może jej wziąć za złe, że uczy się ona go czytać na sto sposobów, kombinować na oślep, sylabizować we wszystkich kierunkach, szczęśliwa, gdy jej się uda coś odcyfrować  wśród mylącego zgadywania ptaków. Czyta ona tekst w przód i na wspak, gubiąc sens i podejmując go nowo, we wszystkich wersjach, w tysiącznych alternatywach, trelach i świergotach. Bo tekst wiosny znaczony jest cały w domyślnikach, w niedomówieniach, w elipsach, wykropkowany bez liter w pustym błękicie, i w wolne luki między sylabami ptaki wstawiają kapryśnie swe domysły i swe odgadnienia…

Jeśli już musimy ględzić, to pamiętajmy chociaż o „tysiącznych alternatywach”. Albo zamiast ględzić, sięgnijmy znów po „Wiosnę”.

Konkurs na opowiadanie

Regulamin konkursu
1. Centrum Kultury „Zamek” w ramach Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania ogłasza konkurs otwarty na opowiadanie. Hasłem przewodnim tej edycji konkursu jest – „mężczyzna”.
2. Nieprzekraczające dziesięciu stron maszynopisu (osiemnastu tysięcy znaków) teksty można przesyłać do 30 czerwca 2009 pod adresem milka@short-story.pl lub na adres pocztowy Centrum Kultury „Zamek”: pl. Świętojański 1, 54-076 Wrocław z dopiskiem „Konkurs na opowiadanie” (należy obowiązkowo dołączyć wersję elektroniczną).
3. Prace niespełniające wymagań formalnych nie będą brane pod uwagę.
4. Teksty należy podpisać imieniem i nazwiskiem oraz dołączyć informacje kontaktowe (adresy e-mail i pocztowy, numer telefonu kontaktowego).
5. Nadesłane teksty oceni profesjonalne jury.
6. Zgłoszenie pracy na konkurs jest równoznaczne z zaakceptowaniem przez jej autora regulaminu konkursu oraz z przekazaniem na rzecz Festiwalu Opowiadania autorskich praw majątkowych do tekstu i zgodą na jego publikację w drukach festiwalowych i na stronach www festiwalu.
7. Główną nagrodę w konkursie stanowi 2000 zł. Nagrodą dodatkową jest zaproszenie do udziału w tegorocznym finale Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania w dniach 8-11 października we Wrocławiu. Podatek dochodowy wynikający z przyznanej nagrody zwycięzca odprowadza do odpowiedniego US.
8. Jury przyzna także 10 wyróżnień, które będą uprawniały do bezpłatnego udziału w zajęciach creative writing odbywających się podczas festiwalu.
9. Ogłoszenie nazwiska laureata głównej nagrody i wręczenie nagród nastąpi podczas Festiwalu, w październiku 2009. Zwycięzcy zostaną powiadomieni telefonicznie, listownie lub pocztą elektroniczną.
10. Organizator nie zapewnia wyżywienia ani zakwaterowania w trakcie warsztatów.
11.Organizator rezerwuje sobie prawo do zmniejszenia lub zwiększenia puli wyróżnień konkursowych.

Aleksander Wenglasz

Ur. 1981 r. Publikacje: “Odra”, “FA-art.” Absolwent Podyplomowego Studium Wydawniczego na Uniwersytecie Wrocławskim. Współzałożyciel pierwszego ogólnopolskiego fanzina OnFire poświęconego twórczości Nicka Cave’a i Einstuerzende Neubauten. Współpracownik internetowego projektu Hoombug – Relatywnie. Zwycięzca konkursu na opowiadanie w ramach IV. Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania.

W serwisie opowiadanie.org debiutuje Piosenką dla Teresy Salgueiro.

Piosenka dla Teresy Salgueiro

To jest oryginalny rower, którym Teresa Salgueiro opuszcza Lizbonę. Bez patrzenia za siebie, w bluzce na ramiączkach; zjeżdżając ze wzgórza nie musi nawet pedałować. Płynie w dół – w stronę Tagu. A Tag błyszczy do niej jak biżuteria. Krople rosy na jej szyi wysusza wiatr; rzęsy jeszcze zielone po nocy spędzonej pośród traw. Pędzi ze wzgórza, które garbi się jak kot. Rower nabiera prędkości. Z lewego ramienia spada jej ramiączko. Tak zjeżdża.

Teresa Salgueiro wjechała wprost we mnie. W sam środek mojej kuchni, sypialni, łazienki. Nie hamowała, ale z cała swą prędkością światła rozcięła niewidzialną grawitację pomiędzy mną a ziemią. Nie mam się czego złapać – trzymam się już tylko Teresy Salgueiro. Trzymam się jej lewego ramiączka, na którym prowadzi mnie do kuchni, abym zjadł, do sypialni do spania, do łazienki na golenie. Ujmuje moją twarz i drapie zarostem wewnętrzną stronę swych dłoni. Uśmiecha się przy tym. Ja uśmiecham się do niej. Wydajemy zadowolone mruczenie i idziemy do łóżka. Kładzie głowę na moim torsie i śmieje się z moich stóp. Wyłączam światło, a po kilku miesiącach głodniejemy i idziemy jeść. Teresa Salgueiro potrafi pobudzić apetyt oliwkami, a ukoić go tiramisu. Nie puszczam lewego ramiączka. Nie wypuszczam powietrza – zachowuję zapach; zasłuchuję się w rytm i we wszystkie refreny, w dźwięk, którym rozluźnia mięśnie ramion.

W jednym z refrenów Teresa Salgueiro odczuła jednak lęk. Lęk przed ostateczną wizją, przed zrywającą się z łańcucha realnością; przed całym ludzkim rodzajem. We zwrotce było już lepiej. Zapewniała, że wyczekuje aby znów ze mną się spotkać, że nie może się doczekać, że to odczuwanie, że taka wrażliwość. Ale refren powracał jak katar. Teresa Salgueiro roniła łzy, ja wycierałem jej nos. Chciałem o tym mówić, napisać, powiadomić na przykład Kościół, ale ona chwytała mnie za rękaw. Przyciągała do siebie. Było to jedyne przyciąganie, jakie znałem.

W ostatecznej wizji widziała horoskopy w kształcie psów, a rasa ludzka przemieniała się we wściekłe dobermany. Nie potrafiłem uspokoić Teresy Salgueiro. Mówiłem, że przecież we zwrotkach jest już lepiej, ale lęk wzbierał. I wtedy gdy lęk wzbierał, wzbierać zaczęła mi skóra pod paznokciami. Po kilku miesiącach skóra napęczniała, tak że odeszły paznokcie. Pozostałem bez możliwości drapania. Bez półksiężyców. Starałem ukrywać się w półcieniu. A w światło wchodzić tylko wtedy, gdy głodniałem. Nie mając paznokci ani u stóp, ani u rąk stałem się bardziej wrażliwy na dotyk. Nerwy były nagie, odkryte, na wierzchu. Nie mogłem wytrzymać. Powiedziałem Teresie Salgueiro, żeby opuściła Lizbonę, że tak byłoby lepiej. Rower stał w przedpokoju. Puściłem ramiączko. Teresa Salgueiro wyszła wieczorem. Wróciła rano. Wzięła rower.

To jest oryginalny rower, którym Teresa Salgueiro opuszcza Lizbonę. Bez patrzenia za siebie, w bluzce na ramiączkach; zjeżdżając ze wzgórza nie musi nawet pedałować. Płynie w dół – w stronę Tagu. A Tag błyszczy do niej jak biżuteria. Krople rosy na jej szyi wysusza wiatr; rzęsy jeszcze zielone po nocy spędzonej pośród traw. Pędzi ze wzgórza, które garbi się jak kot. Rower nabiera prędkości. Z lewego ramienia spada jej ramiączko. Tak zjeżdża.

Teresa Salgueiro rozbiła się o brzeg mojego małżeńskiego łóżka. Zatrzymała się po stronie mojej żony. Chcąc widzieć Teresę Salgueiro, muszę mijać żonę. Przeczołgiwać się nad nią. Patrzeć jej w oczy i wierzyć, że ona nie rozumie. Żonę wyjada od środka rak duszy i według lekarzy znajduje się już w stanie terminalnym. Bezpowrotnie utraciła świadomość istnienia, świadomość istnienia bezpowrotnie utraciło wolę życia. Przechodząc nad nią zdaje się, że mnie rozpoznaje albo to jedynie moje poczucie winy. Jednakże droga do Teresy Salgueiro prowadzi zawsze przez żonę.

Teresę Salgueiro okrywam kocem i kupuję jej drogą biżuterię. Wierzę, że zapomni albo na przykład zdradzi kim on był. Nie mija jej ból, a ja czuję się zdradzany. Mówię dużo, ale moje mówienie, mówienie, mówienie nie pozwala się skupić na sopranie, który mieszka jej w gardle. Sopran zamieszkują słowa, słowa składają się na refreny.

W jednym z refrenów Teresa Salgueiro utraciła poczucie przemieszczania się. W zwrotce była beze mnie. W zwrotce rozpaczliwie przedzierała się w stronę morza, w stronę zapachów. Do mnie. Poczucie przemieszczania traciła jednak w refrenie. Mówiła, że to labirynt, takie powracanie, że to fatalne, bo wie, iż znów utraci ten zmysł.

Przeczołgiwałem się nad żoną nie mając pomysłu, co zaradzić. Wyciągałem rękę do Teresy Salgueiro i wyławiałem na pokład łóżka. Swoją głowę kładła mi na torsie i śmiała się z moich stóp. Żona zdawała się nie reagować albo to właśnie widziałem. Leżała nieruchomo. Teresa Salgueiro wsłuchiwała się w jej oddech. Mówiła, że ona wcale się nie porusza, ja mówiłem, że jest już w stanie terminalnym, Teresa Salgueiro zaczynała płakać, a ja wycierałem jej nos.

Z łóżka wstawaliśmy tylko wtedy gdy głód stawał się głośniejszy niż ulica za oknem. Powoli zaczęły zanikać nam mięśnie pleców, a kręgi kręgosłupa stawały się wyraźniejsze. Nasze ciała odklejały się zmysłów, a ja coraz częściej zacząłem mówić, że trzeba coś zrobić. Stopniowe powracanie do pionu mogłoby pomóc, ale czułem, że potrzeba nam wiatru, że Teresie Salgueiro potrzeba powietrza. To wszystko było przez nią. Ja tylko chciałem współczuć, być blisko niej i żony. Powiedziałem Teresie Salgueiro, żeby opuściła Lizbonę, że tak byłoby lepiej, że rower stoi w przedpokoju, że na zewnątrz króluje zieleń. Wyszła.

To jest oryginalny rower, którym Teresa Salgueiro opuszcza Lizbonę. Bez patrzenia za siebie, w bluzce na ramiączkach; zjeżdżając ze wzgórza nie musi nawet pedałować. Płynie w dół – w stronę Tagu. A Tag błyszczy do niej jak biżuteria. Krople rosy na jej szyi wysusza wiatr; rzęsy jeszcze zielone po nocy spędzonej pośród traw. Pędzi ze wzgórza, które garbi się jak kot. Rower nabiera prędkości. Z lewego ramienia spada jej ramiączko. Tak zjeżdża.

I prosto na most:

A tam odnajduje chłodną poręcz.

I opiera się o nią.

I myśli o tym co nie miało miejsca.

A tafla Tagu przypomina lodowisko.

Przegląda się w rzece.

Z tej wysokości jej kontury to ciemna plama.

Ale zaczyna wiać.

Ale ona pozostaje.

I poza tą fotografią nie zmienia się nic.

Fotografię roweru ujrzałem w gazecie. Pod fotografią widniał napis: to jest oryginalny rower, którym opuszczano Lizbonę. Zdjęcie jest czarno białe, a bicykl jest miejską damką, z koszykiem na zakupu u kierownicy. Służby mundurowe odnalazły go nad brzegiem Tagu. Uznano, że rower został porzucony.

To samo zdjęcie odnalazłem w swoim albumie. Ta sama damka i koszyk na zakupy. Z takim samym podpisem pod fotografią, ale odręcznym. Moim piórem. Atrament pozostawił ślad u dołu zdjęcia. Ślad przypomina kształtem pieczonego kasztana. A smak pieczonego kasztana jest niezapomniany.

Zgłosiłem się po odbiór roweru. Ubrałem najlepszą marynarkę. We włosach odnalazłem przedziałek. Stanąłem przed służbistą mundurowym, a ten zmarszczył czoło. Zmarszczek było trzy. Z kieszeni wyjąłem fotografię, a urzędnik powiedział, że ślad atramentu w rogu przypomina pieczonego kasztana. Wsiadłem na oryginalny rower, którym opuszcza się Lizbonę.

Aleksander Wenglasz

Opowiadania nad opowiadaniami

Od pewnego czasu myślę o sporządzeniu listy moich ulubionych opowiadań. Oto ona.  Zaznaczam, że tylko numer jeden jest numerem jeden i nie będę tego uzasadniać. Niektórych innych wyborów też nie, ale całą listę na pewno mogłabym wydłużyć.

1.      Yasunari Kawabata – Śpiące piękności

2.       Raymond Carver – Może zatańczycie? (ze zbioru „O czym mówimy, kiedy mówimy o miłości”) Pewien mężczyzna pozbywa się wyposażenia domu. Młoda para kupuje sprzęty, tańcem okazując radość, że tak tanio. Jedno życie się kończy, drugie zaczyna, a o tym wszystkim czytamy jedynie pomiędzy wierszami. Taniec Erosa z Tanatosem na zaledwie sześciu stronach.

3.       Guy de Maupassant – Naszyjnik Krótka historia o tym, jak drobna pomyłka może zrujnować życie. Znam ten kawałek niemal na pamięć, ale jego puenta wciąż mnie zaskakuje.

4.       Elisabeth Gilbert – Imiona dziewcząt i kwiatów (z tomu pod tym tytułem, jedno z nowszych odkryć). Epizodyczne spotkanie dwojga ludzi wzbogaca dla odmiany życie jednego z nich. Prowokująca  późniejszą rewolucję dziewczyna pewnie nie zostanie zapamiętana nawet z imienia. Swoją drogą, bardzo lubię „Jedz, módl się i kochaj”, ale w opowiadaniach dobra  Gilbert jest jeszcze lepsza.

5.      Kornel Filipowicz – Dziewczyna z lalką, czyli o potrzebie smutku i radości (ze zbioru “Modlitwa dla odjeżdżających) Jezioro, rybki, wiosła, sitowie, a potem epifania. Jakże ładnie wprowadzona.

6.      Georgi Gospodinow  – O Henry! Opowieść bożonarodzeniowa („Literatura na Świecie” 3-4/2006) Zamiast komentarza: „Wiem, że to niedopuszczalne, by myśliwy się rozklejał, bo opowieść tylko czeka, żeby śmignąć jak sarna w krzaki i przepaść na zawsze. Wtedy jednak zapomniałem, że jestem myśliwym, a opowieść zrobiła coś, co się bardzo rzadko zdarza – podeszła i delikatnie polizała mnie w ucho”(tłum. Hanna Karpińska).

7.       Janusz Rudnicki, dyptyk o Uschi: Trzecia w prawo i druga w lewo od księżyca oraz Uschi nie żyje (przedruk, w wersji poprawionej w „Zaraz wracam”)

8.       Franz Kafka, Kolonia karna i

9.       Marek S. Huberath, Kara większa Po obu nie mogłam  spać, z tych samych powodów.

10.   Antoni Czechow – Córa Albionu.  Zderzenie Rosji i Anglii, a może Wschodu i Zachodu, nadal w dużym stopniu aktualne.

Baby w zbiorach

W serwisie opowiadaniowym pora wreszcie na skomentowanie jakichś opowiadań. Dużo ich ostatnio wśród moich lektur. Opowiadania czeskie, francuskie, koreańskie. O tych ostatnich może kiedy indziej (wypadałoby, bo mało jej u nas), na razie pozostanę przy opowiadaniach Claire Castillon i antologii „O kobietach”.

Czesi skupiają się głównie na sferze erotycznej, przedstawiając kobiety w różnych miłosnych konfiguracjach i przyprawiając ich perypetie sporą dawką humoru. Ale ten zbiorowy portret romantycznych i nierozważnych jest podszyty melancholią. Najbardziej uderza to w opowiadaniu Haliny Pawlowskiej, którego bohaterka, szukając miłości swojego życia oczywiście, uszczęśliwia wszystkich, co przed nią nie uciekają, aż pewnego dnia patrzy w lustro i stwierdza, bez kokieterii, że jest staruszką i że już nie ma czym uszczęśliwiać, a w inny sposób nie potrafi. Niby banał, ale ładnie tu autorka skontrastowała radosne rozpasanie z bolesnym wyhamowaniem. Erotyczne przygody w tej antologii przeważają, tylko dwoje autorów uzupełniło ten obraz o jakieś inne rysy.

Dlatego też, paradoksalnie, ta czeska książka wydaje się bardziej monotonna od „Insekta” Castillon, która swój zbiór ogranicza do opisania relacji matek i córek. W zbiorze znalazło się 19 opowiadań, ale właściwie mogłoby być ich nawet dwa razy więcej, tak niewyczerpane to źródło sytuacji i inspiracji zarazem. Nie muszę mówić, ile powieści poświęcono temu właśnie układowi (z niedawno wydanych warto by sięgnąć np. po „Drogę do nieba” Eriki Fischer” ), chcę jedynie wyrazić swój podziw dla autorki, która tak sugestywnie i na kilku ledwie stronach – to bardzo krótkie formy – wnika w temat. Lecz  też nie udałoby jej się to zapewne, gdyby opowiadania utrzymała w odmiennych tonacjach, dając pierwszeństwo stylistycznym popisom. Nie:  Castillon jest konsekwentnie ostra, brutalnie i bezpardonowo sięga do tego, co skrzętnie ukrywane, przerysowuje te sytuacje do granic karykatury czy patologii prawie, rzecz jednak w tym, że tylko w kilku przypadkach można mówić o zachowaniach patologicznych. Doskonałe jest każde jedno z opowiadań, lecz to dopiero koncepcja i realizacja całego zbioru świadczy o mistrzostwie Francuzki.

Ile książek może przeczytać człowiek?

Dziś w Onecie pojawił się przedruk  rozmowy z „Der Spiegel” pod takim właśnie wiele obiecującym tytułem. Chciałam sobie porównać, czy zgadza się to z moimi rachubami, że przy maksymalistyczno-idealistycznym założeniu, iż czytamy książkę dziennie i żyjemy sto lat, jesteśmy w stanie dojść do ok. 36 500 tytułów. Wywiad okazała się jednak naukowymi dywagacjami, w jakim tempie człowiek jest w stanie przeczytać  jedno słowo i ile z rozumieć z pochłanianego tekstu. Indagowany na ten temat to jakiś biolog.

Dobra: ile może, jeśli już musi. A ile chce?

Piotr Tomza

Ur. 1980; jestem dosyć spokojnym chłopakiem, bardzo lubię czytać i pisać; mam wielką przyjemność z jeżdżenia na rowerze, który dostałem od Ukochanej, i z przemieszczania się w ogóle; dwa razy byłem w Afryce (najpierw w Zachodniej, potem w Sudanie) i obie te podróże mają dla mnie spore znaczenie; poza tym prawie codziennie zamieszczam coś na stronie www.nudzi-mi-sie.pl byłem też współzałożycielem i z-cą redaktora naczelnego miesięcznika podróżniczego “Globtroter”; mieszkam w Krakowie.

Piotr Tomza: Powódź

 W radiu mówią, że zaczęło się od tego, jak w dwutysięcznym oszukali Ala Gore’a i przez to nie został prezydentem Florydy. „Pomyślcie państwo tylko, jak dziś wyglądałby świat, gdyby osiem lat temu u sterów supermocarstwa stanął najbardziej zielony kandydat w historii Ameryki, zaangażowany ekologicznie pacyfista!” – wyczuwalne podniecenie w głosie, który tylko pozornie zachęca do myślenia. Ale ich wyobraźnia tego nie obejmuje, a na pewno już nie tych obszarów poza kołem podbiegunowym. Po prostu mają puszczone radio, niezbyt głośno, jak to w biurze, wiadomości co godzinę. Nieświadomość jest błogosławieństwem – w obliczu globalnego ocieplenia tandetne brzmienie sentencji schodzi na dalszy plan, liczy się potencjalna skuteczność trafnego oddania stanu rzeczy.

Ale tutaj co innego jest najważniejsze. Muszą szybko znaleźć kogoś do prowadzenia szkoleń z BHP (nikt wtedy nie zapytał, co z ppoż., gdy przyszło to nowe rozporządzenie), bo facet, który miał się tym zajmować, dostał wylew. „Całe szczęście, że nie podpisaliśmy z nim umowy z góry” – tak sobie z tego żartują. Ale beka! Chociaż rzeczywiście – byłby kłopot. Tymczasem rolę „wesołka” w dobrze dobranym zespole ludzkim naprawdę trudno przecenić: „No to zakwitła roślina. Dobrze, że jej nie będą podlewać na nasz koszt”.

W luźnej atmosferze pracuje się bardziej efektywnie. Ktoś sobie przypomniał, że ma znajomego, który prowadzi taką firmę. Starszy facet, ale w ogóle po nim nie widać. Świetnie sobie radzi, lepiej niż niejeden młody. Kto by powiedział, że ma dorosłe prawnuki? Cena też przystępna. No, to problem z głowy.

Przysłał wykładowcę, który był mu znany jeszcze ze szkoły. Ale wtedy tylko z widzenia, bo z uczniami ze starszych klas nie miał najlepszego kontaktu. Taki pan Hubert. W poniedziałek poprowadził pierwsze zajęcia. Nikt nie widział, jak wchodził. Wszyscy powtarzali tylko, że jakiś obcy facet stoi na schodach, chociaż nie mogli się zgodzić, na którym stopniu, bo każdy go zapamiętał na innym. Trochę to trwało. Ale słuchacze go polubili. Znał sporo anegdot z różnych czasów i mówił, że gdyby był Amerykaninem, to jego wnuk walczyłby w Wietnamie. Pani siedzącej w środkowym rzędzie przypomniał się ten fragment o Florydzie i zapytała, po której stronie. Odpowiedni klimat na takich – co by nie mówić – obowiązkowych i nieco nudnych wykładach, to kluczowa sprawa. Ważne, żeby to wszystko szło w miarę płynnie.

Następne zajęcia miały być w środę, ale pan Hubert już na nie nie przyszedł, bo we wtorek miał wylew.

„Jak tak dalej pójdzie, to nas tu wszystkich krew zaleje” albo „powódź jak ta w 1997”. Ale żarty żartami. Tylko teraz to już mniej pewne. Bardziej oswajanie strachu. Po cichu każdy sprawdza, czy mu czasem z własnej głowy coś wolniutko nie cieknie. Chociaż wiedzą, że to bez sensu, nawet samo o tym myślenie. Ale przecież może się zdarzyć, czemu nie? Wciągająca moc powtórzeń i słabość do seriali. Pokazują w nich czasem takie historie, ale rzadko kiedy w konwencji promowania florystyki jako stylu życia. No więc niechętnie, niechętnie. Lepiej bluszcz czy nawet geranium w doniczce, byle nie dziadek czy babka. Innych możliwości się nawet nie rozważa. Chociaż sprawdzać każdy sprawdza. No no, na szczęście suchutko.

 

Ale kłopot zostaje. Bogu dzięki, że ten znajomy rzeczywiście obrotny, potrafi się dostosować, błyskawiczne reakcje, zarządzanie sytuacją kryzysową. Przysłał w zastępstwie koleżankę. Poznana w takich samych okolicznościach, ale drugie piętro nie stanowi dla niej wyzwania. Tyle, że chyba nie zdążył jej wcześniej przekazać, co dokładnie miałaby robić. Nie znała szczegółów i jak się dowiedziała, że na wykładach ma być po 30 słuchaczy, to zbladła i nawet nie zdążyła powiedzieć, że to dla niej za dużo, że się nie czuje na siłach, bo to już nie te lata i w związku z tym rezygnuje. Wyszła bez słowa, a ktoś nawet potem mówił, że wybiegła. Faktycznie – można powiedzieć, że uciekła.

Znaleźli ją na tych samych schodach. Może i jeden czy druga po cichu liczyli na to, że się tylko potknęła, ale tak naprawdę to przecież wszyscy wyraźnie przeczuwali, co się stało. Wiedzieli. Wylew, a tu wszystkich zmroziło. Festiwal stanów skupienia. No ale ile można stać na mrozie w tym najwyższym? Bo właśnie – na zewnątrz zimno, więc może przesadzają z tym ociepleniem.

O pełnej godzinie Eskimosi skarżą ponadnarodowe koncerny (na liście nie ma firm farmaceutycznych). W relacji jest mowa o tym, że 390 mieszkańców leżącej na Alasce Kivaliny stwierdziło, że jeśli klimat wciąż będzie się ocieplał, to stracą wszelkie szanse zarobku. Dotychczas zarabiali bowiem krocie na połowie łososi i polowaniach na foki czy morsy. Ale jeśli stopnieją lodowce, które chronią ich przed sztormami, a zimą woda przestanie zamarzać, to będą musieli uciekać z zamieszkiwanych od stuleci terenów. „Futrzane dupy mają, to nie dziwota, że im się w nich poprzewracało”. Atmosfera od razu się poprawia. Znowu jest bezpiecznie.

 

A później to już chyba całkiem zrezygnowali z tych szkoleń.

O poezji

 Dopiero  miesiąc temu obejrzałam bardzo dobrą „Sprawę Dantona” we wrocławskim Teatrze Polskim i jak wszyscy zachwyciłam się Bartoszem Porczykiem w roli Camille Desmoulins. W wersji Przybyszewskiej ten ultraradykalny publicysta, pierwsze pióro rewolucji francuskiej, jest też poetą.  Mniejsza o spektakl: głowy lecą, rewolucja pożera własne dzieci, a Desmoulins komentuje jedno ze spontanicznie wymyślonych przez siebie haseł czy jakąś ripostę: „O, ładne”.

Głowa leci, wewnątrz superczułego organizmu przebiega jakaś rewolucja, dochodzi do epifanii, przetrawia się jakieś cierpienie czy upokorzenie, a gdzieś za tym wszystkim metafora, przerzutnia albo inny trop. Słowem: ładność.  Ładność równa się forma plus narcyzm. Niby nic w tym złego, ale mnie ta ładność przeszkadza w poważnym traktowaniu poezji.

Miałam mówić przed kamerą o pewnym poecie. Nie powiem, bo całe już lata nie chce mi się o niej mówić.  Nie chce mi się słyszeć samej siebie dobierającej metafory do metafor, ładne narzędzia do ładności. Chciałabym sobie o niej pomilczeć, żeby mieć w zapasie choć trochę literatury, z którą niczego nie muszę robić.

Ale kusiło mnie przez moment, bo wydaje mi się, że ten akurat poeta objawia pewne zażenowanie wobec  czegoś, o czym myślę jako o ładności. Wobec tego, że ktoś mógłby potraktować jego słowne zderzenia ze  światem ze śmiertelną powagą. I choć pewno nawet nie pamięta, że kiedyś poznaliśmy, to w tym sensie jest moim przyjacielem.

Przyłapać na radości (pisania)

Trudno mi  przywołać z pamięci jakąkolwiek wypowiedź pisarza na temat radości, jaką daje pisanie. Tak, wiem, jest oczywiście klasyczny wiersz Szymborskiej (pod tytułem, acz niekoniecznie o urokach kreacji), są pewno jakieś zapiski intymne, w których sobie można pozwolić na bezwstydne zwierzenie albo wyraz samozadowolenia.  Przypominam sobie także spotkanie z Olgą Tokarczuk, w którym wyznała, jak lubi moment, kiedy z mgły pomysłu zaczynają się wyłaniać postaci.

Właśnie o tego rodzaju radość mi chodzi. Zabawę i przyjemność, a  nie dobrze wpisującą się w image skromnego twórcy, mękę, depresję, zasuwanie na akord itp. Nie lekceważę ani tortur psychicznych, ani tego, że pisze się dupą, ale czasem czytając coś tam mam wrażenie, że wymyślając jakąś sytuację albo dowcip autor miał ubaw po pachy, czuł miłą ekscytację albo zdawał sobie sprawę, że coś mu się właśnie pięknie ułożyło.  Już nie wspominając o poczuciu robienia rewolucji czy tworzenia arcydzieła. Nie czarujmy się – niska samoocena to nie jest choroba, na którą cierpi cała pisarska społeczność. Niekiedy więc wychwytuję radość i ubaw, mam jednak opory przed napisaniem, że udziela mi się dobry nastrój pisarza, choć nikt nie zabrania czytelnikowi, także zawodowemu, wyrażania emocji. Mam opory, bo radość nie przystoi wielkim artystom, więc mogliby to odebrać jako ukrytą insynuację: oto ktoś nie zmęczył się, jak powinien.

Radość pisania ściśle związana jest z radością publikowania. Ale jeśli już przechodzi się do tego szczęśliwego etapu, ma się już za sobą grę wstępną z wydawcami za to przed sobą kontrakt zobowiązujący do napisania kolejnego dzieła, co wtedy? Kiedy przychodzi sukces u publiczności, rozpoznawalność, nagrody, uznanie(nie powiem – pieniądze, bo radość zarabiania na pisaniu to osobna bajka). Kiedy, jadąc dalej, można już bez zażenowania powiedzieć o sobie, że jest się pisarzem z zawodu.  Jak często pojawia się ten przyjemny dreszcz, który towarzyszy piszącemu w czasie, gdy niczego nie musi?

Przesadzam za takim pytaniem, zważywszy, że nie odrobiłam lekcji i nie poszukałam choćby jednego cytatu, który by mówił o radości nie wprost. Za to przypominam sobie wywiad z Leszkiem Możdżerem, gdzie pianista tłumaczył się rozmówcy ze swojego komentarza do pracy nad płytą „Time”. Stwierdził otóż bez stosownego zażenowania, że to będzie piękna płyta. I co, nie jest piękna?

 

Radością krytyka bywa czasem to, że zanim przeczyta gotową książkę, miewa okazję pogadać z pisarzem, posłuchać, jak coś kiełkuje albo już powstaje. Wtedy jeszcze nie ma mowy o strachu przed oceną albo przed brakiem ocen, gdzieś tam ukradkiem przemyka się zabawa i poczucie mocy. Padają te nieznośne słowa: „piękne”, „dobre”, „udało mi się”.

O prasowaniu

Mój redakcyjny kolega, Mariusz Urbanek, denerwuje mnie ostatnio kpinami, jakobym miesięcznie czytała 60 książek. Dawałoby to oczywiście po dwie książki dziennie, co nawet byłoby możliwe, gdyby chodziło o wchłonięte bezrefleksyjnie tomiki poetyckie. Mogłabym ich czytać po dziesięć, czemu nie? Ale tylko w takim wypadku, gdybym chciała pobić jakiś rekord, który i tak nigdy nie zbliżyłby się do 1 procenta tego, co  napisano i wydano od początku dziejów.

Tak naprawdę czytam średnio dwadzieścia książek na miesiąc, by o minimum dziesięciu z nich coś napisać, co oczywiście zajmuje czas, jaki mogłabym poświęcić na lekturę kolejnych pięć książek. Oprócz tego zajmuję się pracą redakcyjną oraz nużącą logistyką, o której jednak nie zamierzam tu pisać. I życiem nieliterackim też.

Chciałam się wytłumaczyć z tego „czegoś”, bo akurat chłonę liczącą pewnie z 900 stron epopeję Wasilija Grossmana „Życie i los”. Nie potrafię dokładnie określić, ile stron książka będzie sobie liczyła po wydrukowaniu, lecz szacuję, że jedna strona posiadanego przeze mnie roboczego wydruku złoży się na przyszłe dwie strony.  Wydruk z komputera jest mikroskopijny, od ślęczenia nad nim boli mnie już głowa (zaczęłam wczoraj), ale na szczęście nie boli od „przybytku”. Jak wyczytałam, nieprawomyślne politycznie, dlatego też zatrzymane przez radziecką cenzurę i opublikowane dopiero w 1988 roku dzieło, porównywane jest do „Wojny i pokoju” Tołstoja. Nie musiałam właściwie wyczytywać, bo dość szybko wpadłam na to porównanie – w końcu szukanie tego rodzaju analogii to część mojego zawodu – ale to fakt, Grossman wie, co to epicki rozmach i doskonale nad swoim zamierzeniem panuje, świetnie łączy rozliczne wątki, umożliwiając czytelnikowi wychwycenie więzów pomiędzy postaciami rozrzuconymi od Niemiec po Syberię. Mamy tu, z jednej strony, sporo literackiego „mięsa”, tj. cudownie uchwyconych drobiazgów obyczajowo-psychologicznych oraz ciekawie sportretowanych postaci,  a z drugiej, namysł historiozoficzny, a także owe nieprawomyślne debaty , w których analizuje się zbrodniczą istotę stalinizmu czy totalitaryzmu. Zatem artyzm języka łączy się z refleksją publicystyczną i nic nie zgrzyta.

Którą będę musiała skomentować w 1000 znaków. To mniej trzy razy mniej niż w tym momencie liczy sobie ten wpis.  Zawierający jedynie naskórkowe uwagi, jakie mi się nasuwają po około 1/3 lektury. Czytam, czytam, myślę w biegu, czasem wymienię się wstępnym zachwytem lub wrażeniami po, a potem prasuję, pakuję, sprowadzam do kilku zdań.  Przebijam się z krótkim sygnałem, że jakaś książka jest. Mając poczucie, że zdradzam. Powieść, autora, siebie.

A „Życie i los” ukaże się pod koniec kwietnia.