Opętani (opowieścią)

„Opętani”, najnowsza powieść Chucka Palahniuka (wydana jak i wszystkie pozostałe przez Niebieską Studnię) to właściwie zbiór opowiadań i powiedzmy, poematów, stworzonych w szczególnych warunkach. Mianowicie na osobliwym kursie pisania. Kursie, na którym uczestnicy nie otrzymują żadnych wskazówek, lecz niezwykłe pomoce naukowe: odosobnienie, poczucie zagrożenia, konieczność skonfrontowania się z cudzymi oraz własnymi obsesjami i ułomnościami.  Inaczej mówiąc: dana jest im możliwość uwolnienia własnych demonów.

Owe demony zaklęte zostają w opowiadania właśnie. Opowiadania, w jakich Palahniuk zdaje się na wszystkie możliwe sposoby testować wytrzymałość czytelnika. Jego odporność na obrzydliwości i dewiacje i perwersje. Wytrzymałam? Jasne, w końcu krytyk niczego się nie lęka, w każdym razie niczego, co podane zostało w doskonałej artystycznie formie. Podejrzewam jednak, że inni także przez to przebrną, choć nie raz będą się krzywić z niesmakiem i gorszyć po cichu. Nie ta książką, ale tym, jacy jesteśmy. Opętani? Zaimpregnowani na tyle, żeby już nic nie było nas w stanie ruszyć? Ciekawi jedynie tego, co przekracza wszelkie normy? Podobni do bohaterów?

Wiem tylko, że zbliżająca się do literackiego „kresu nocy” powieść Palahniuka, bardzo mocno zbliża się też do odpowiedzi na pytanie, czy jest dziś sztuka, kim jest twórca i jej odbiorca.

PS. Przypis do “Straszydeł” – przypomniałam sobie, że straszydła z kreskówki założyły spółdzielnię USŁUGOWĄ, a nie zawodową jak napisałam.

Zawodowa Spółdzielnia “Starszydło”

…mi się przypomniała z dawnych czasów, kiedy czytałam „Straszydła na co dzień” Karela Michala. Pewnie z powodu rysunków zdobiących książkę, ale chyba też dlatego, że upiory oswojone przez czeskiego pisarza nie są zbyt przerażające, choć symbolizują zmory minionych czasów. Ile te nasze, polskie serialikowe straszydła mówiły o współczesnych demonach, już nie pamiętam, choć opis znaleziony na stronie www.filmpolski.pl co nieco sugeruje między wierszami.  Melodie przeszłości.

W obu wypadkach, bo książka Michala (naprawdę : Pavla Buksy) ukazała się w Czechosłowacji w roku 1961 i stała się bestsellerem. W Polsce wydano ją w roku ubiegłym, ale ja sama odsuwałam lekturę w nieskończoność, aż wpadałam na pomysł, żeby umilić nią sobie długą podróż pociągiem. Oczywiście nie wystarczyła, bo liczy sobie ledwie 160 stron, lecz podziałała jak duży kubek wybornej kawy. Swoją drogą sąsiad w przedziale czytał „Lubiewo”, wydane przecież już z lat temu trzy.

Tak czy siak michalowe (nie michaśkowe) „Straszydła” rozbawiły mnie do łez. A zarazem dały do myślenia, co można zrobić  z tak dziwnym tematem.  W sumie, jak by się postarać, można na nim zbudować np. „Mistrza i Małgorzatę”, która to powieść karmiła się podobnym rodzajem absurdu, zderzeniem programowego racjonalizmu z naturalną skłonnością do wiary w duchy, diabły i inne pozaziemskie moce. Dziś to spięcie – u Michala, nie u nieśmiertelnego Bułhakowa – nie jest tak czytelne, ale pomysły na oswojenie demonów pozostają żywe i zabawne. I mogą być inspiracją dla tych, których ciekawi zderzenie normalnego z paranormalnym tkwiącym gdzieś w podświadomości.

Nadchodzi Rudnicki

Ale nie na jesienny MFO, bo był w ubiegłym roku.  Czytał tam zresztą kawałek, od którego wziął się tytuł zbioru, jaki chciałabym zaanonsować. Kto jest ciekawy „Śmierci czeskiego psa”, może sobie zobaczyć zwiastun w marcowym numerze „Twórczości”.   Ów zwiastun to – bardzo na pozór „nierudnickie” opowiadanie „Głupi  August”.  Różni się ono choćby tym, że jego narratorem nie jest wszędobylski awanturnik –  podrasowane alter ego autora, lecz nauczyciel w średnim wieku, który postanawia  uczcić 30 rocznicę ślubu (nie bacząc na to, że ukochana żona dziesięć lat wcześniej zginęła w wypadku) wyprawą do Taorminy,  gdzie zawitał ongiś w czasie miodowego miesiąca.  Prywatną ceremonię  sentymentalno-żałobna zakłóca jednak  pewna  dwudziestolatka podobna do Salmy Hayek. A w bardzo -jednak! -  “rudnicki” styl narracji włączają się m.in. Iwaszkiewicz i Schulz. Może też w pewnym stopniu Mann Tomasz, ale w Taorminie nikt nie umiera.

Dwa inne  utwory z tomu ukażą się tuż przed premierą w gdyńskiej „Literze”, a książka – w czerwcu nakładem W.A.B.

Tomasz Nowak

Urodził się w 1981 roku i żyje (obecnie w Poznaniu). Wiele rzeczy robi dobrze, ale żadnej nie robi wybitnie. Regularnie pisuje felietony prasowe do periodyku „Polski Express” wydawanego w Irlandii, a nieregularnie – opowiadania. Swego czasu współuczestniczył w redakcji poznańskiego zina literackiego „Blitz”, pisując doń szereg mniej lub bardziej sensownych tekstów.

Lubi wspinaczkę skałkową, gdyż bywa pozbawiony instynktu samozachowawczego. Całe szczęście ma żonę, więc wzmiankowany instynkt nie jest mu do niczego potrzebny.

Swe opowiadania publikuje w internecie. Na papierze nie publikuje. Wciąż ma nadzieję, że kiedyś mu się uda

Tomasz Nowak: Cisza

Sterowiec spółki Logos Ltd. płynął powoli nad miastem. Podbrzuszem nieomal muskał stare wieżyczki kamienic. Anatol miał wrażenie, że wystarczyłoby tylko mocniej wychylić się z okna, by dotknąć koniuszkami palców jego srebrzystej materii. Spojrzał na podwieszoną do brzucha bestii kabinę. Dostrzegł twarze ludzi żeglujących w nieznane, wymięte i zmęczone fizjonomie muskane litościwie pomarańczowym blaskiem zachodu. Dostrzegł sylwetkę pilota pochylonego nad lśniącymi splotami pokładowej hydrauliki. Mężczyzna potarł twarz i poprawił białą czapeczkę, spoglądając w roztargnieniu na zegarek, jakby czas miał tu jakiekolwiek znaczenie. Smukłe łopaty śmigieł nie baczyły na ruch wskazówek – młóciły powoli powietrze, a popychany ich pracą podniebny waleń odpływał z wolna w stronę śródmieścia.

Anatol lubił sterowce. Lubił ich smukłe jak cygara cielska, żeglujące między kamienicami z gracją nielicującą zupełnie z ich rozmiarem. Cenił ciszę, z jaką przepływały przez miasto. Czasami, zerkając w okno, stwierdzał z zaskoczeniem, że patrzy na lśniący kadłub, zupełnie jakby ten podglądał właśnie co on, Anatol, porabia w swym małym pokoiku na poddaszu wiekowej kamienicy. Czasami udawało mu się zaobserwować, jak kolos, zniżywszy lot, cichutko wysadza pasażerów wprost do okien ich mieszkań. Czasami natomiast nie dostrzegał nic, czuł tylko ruch ciepłego powietrza i uśmiechał się – wiedział bowiem, że to oddech olbrzyma.

Anatol nie lubił za to kotów. Przyczyna tej antypatii była prozaiczna i zupełnie nieusuwalna. Koty miauczały, co działało mężczyźnie na nerwy, choćby nie wiem jak stanowczo przykazywał sobie zachować spokój. Przeciągłe zawodzenia rozpoczynały się regularnie o zmierzchu i trwały co najmniej do północy, jeżeli nie dłużej. Nie sposób było się od nich odseparować. Zamykanie okna na cztery spusty nie pomagało. Utrapiony jazgot dobiegał sobie tylko znanym sposobem z najrozmaitszych miejsc, w których – Anatol sprawdził to wielokrotnie – bez wątpienia nie było żadnego kota. Dla przykładu z kapiącego kranu (kapanie swoją drogą również działało mu na nerwy), a także spod nocnego stolika, zza szafy ubraniowej, spod dywanu, zza fotografii nieznajomej i niezbyt urodziwej kobiety, z obtłuczonego kubka do kawy, z piekarnika, z maszyny do pisania Underwood No. 5., z czajnika, czasem nawet z bidetu… Słowem – zewsząd. Owo „zewsząd” doprowadzało Anatola do szewskiej pasji i sprawiało, że chodził spać najprędzej nad ranem, gdyż po ustaniu kociego koncertu jeszcze długo nie mógł uspokoić swego rozedrganego wnętrza.

Można rzec, że życie Anatola rozpięte było pomiędzy ciszą sterowców a jazgotem kotów. Byłaby to swoista dialektyka sterowcowo–kocia, owo przeciwstawianie widzialnego spokoju niewidzialnemu zgiełkowi, gdyby nie kompletna bezpłodność całego procesu, który nie prowadził do żadnej syntezy.

Pewnego feralnego dnia wieczorny jazgot zszedł jednak na drugi plan. Jego miejsce zajęły dobiegające z szybu wentylacyjnego jęki rozkoszy. To tu zaczyna się nasza historia.

 

*

 

Anatol właśnie zaparzył sobie kawę, gdy przeciągłe kobiece „Oooooch!” rozbrzmiało z wywietrznika, że aż podskoczył, oblał sobie dłoń wrzątkiem i stłukł kubek. Gdy polewał oparzenie zimną wodą, wywietrznik jęknął po raz kolejny. Anatol spojrzał nań z przerażeniem.

– Ach! Uch! – otwór wentylacyjny dyszał głosem nieznajomej sąsiadki to głośniej, to ciszej, jednak z regularnością mechanizmu tłokowego. Anatol poczuł, że płoną mu policzki. Przestał polewać oparzenie i delikatnie otarł rękę frotowym ręcznikiem.

Westchnienia przycichły trochę, wciąż jednak były słyszalne. Anatol spróbował nie zwracać na nie uwagi. Pogwizdując, zabrał się do zbierania potłuczonych kawałków kubka. Misternie układał je na szufelce, bacząc, by robić to jak najdłużej i jak najdokładniej. Miał nadzieję, że incydent dobiegnie końca nim skończy robotę.

Gdy uporał się z zadaniem, wyrzucił szkło do kosza, wziął szmatę z łazienki i wytarł kałużę cieczy. Nie przestając gwizdać, nastawił wodę na kolejną kawę i otworzył okno, by popatrzeć na miasto.

– Aaach! – krzyknął wywietrznik. Anatolowi serce podeszło do gardła, umysł zaś podsunął wizję orgii trwającej, kto wie, być może do wieczora!

Mężczyzna usiadł w fotelu, sięgnął po gazetę i spróbował czytać. Na próżno. Wyrazy nieodmiennie układały się w „Och!”, „O tak!”, „Uch!”, nagłówki traciły sens, treść artykułów rozpadała się pod naporem dobiegających z szybu wentylacyjnego jęków. Anatol porzucił lekturę i zatkał uszy, wciągając głowę głęboko w ramiona. W tej upokarzającej pozycji dotrwał do wieczora, rozprostowując się tylko raz, by wyłączyć gaz pod gwiżdżącym wściekle czajnikiem.

Był ścierpnięty i zmęczony, gdy symfonia rozkoszy dobiegła wreszcie końca. Natychmiast potem zapadł zmierzch i rozdarły się koty.

 

*

 

Ku nieopisanej zgrozie Anatola, nazajutrz sytuacja powtórzyła się. Podobnie stało się następnego dnia, a potem kolejnego. Mężczyzna uświadomił sobie, że perwersyjna tortura, którą zaserwowała mu nieznana sąsiadka, nie była incydentem, lecz zwiastunem nowego, trwałego stanu. Doszedłszy do tej konkluzji, zapadł w stan bliski katalepsji, z którego wytrącił go dopiero pierwszy, spazmatyczny jęk.

W ciągu następnych tygodni Anatol stopniowo przyzwyczajał się do tej niechcianej inwazji na swą prywatną przestrzeń akustyczną. Nauczył się nie reagować histerycznie na codzienne koncerty wentylacyjne, do pewnego stopnia opanował sztukę koncentracji w niesprzyjających warunkach, zgłębił tajniki czytania krótkich artykułów prasowych do akompaniamentu wielokrotnych orgazmów, od czasu do czasu udawało mu się nawet pomyśleć o filozofii, polityce zagranicznej i tym podobnych sprawach. Ponadto był coraz bardziej zmęczony i otępiały, gdyż zgiełk dzienny w połączeniu ze zgiełkiem nocnym doprowadzał jego cykl dobowy do głębokiego rozstroju.

Z biegiem czasu Anatol zaczął zauważać, że staje się znawcą akustycznej oprawy seksu nieznajomej. Wywietrznikowe okrzyki przestawały być dlań nic nieznaczącymi sapnięciami, zaczęły zaś mieć swoistą dramaturgię. Po spontanicznych jękach inicjujących następowała seria cichych, regularnych westchnień, których częstotliwość i siła wahały się w zależności od dnia, nigdy jednak nie przekraczały pewnego pułapu. Była to faza budowania napięcia i Anatol szybko nauczył się prorokować na jej podstawie scenariusz akustyczny etapów późniejszych. Jeżeli była stosunkowo głośna i energiczna, wówczas przechodziła – dość szybko na szczęście – w symfonię iście żubrzych ryków, których jedyna zaleta polegała na tym, że prędko się kończyły. Cicha i rozwlekła faza druga miała tendencję do zupełnego zaniku, po którym jednak cały proces rozpoczynał się od nowa. Rzadkie, ale coraz głębsze sapnięcia przechodziły natomiast w subtelną sonatę jęków i szlochów, westchnień i okrzyków, narastających i cichnących w rytm fal przypływu i odpływu niewątpliwej rozkoszy, która leżała u ich źródła. Sonata ta trwała z reguły aż do kocich śpiewów, a czasami dłużej, stąd też początkowo – mimo pewnych przesłanek natury estetycznej – Anatol nie bardzo za nią przepadał.

Im dłużej trwała ta przymusowa akustyczna koegzystencja, tym więcej znaczeń nabierały dla Anatola wywietrznikowe okrzyki. Oto – dumał – kobieta złotego środka, której rozkosz kroczy krętą, wąską ścieżką pomiędzy skrajnościami, której rozkosz ma swoisty i sobie właściwy rytm. Podążając tą właśnie ścieżyną i w tymże rytmie dotrzesz – o zdobywco! – do akustyczno-orgazmicznego Eldorado, które nie będzie dane twym zbyt rączym lub ślamazarnym następcom. Oto – dedukował innego dnia – kobieta, która ponad chwilową uciechę komediowej perypetii przedkłada źródłowe doświadczenie tragicznego katharsis. Biada dramaturgowi, który nie zdoła z żelazną konsekwencją zaplanować spektaklu! Oto – konstatował – kobieta o wielu maskach, ale tylko jednej twarzy, szkicowanej codziennie ekstatyczną kreską miłosnych okrzyków.

 

*

 

Im dłużej trwało współżycie Anatola i jego akustycznej sąsiadki, im bardziej się do niej przywiązywał, tym bardziej zaczynało mu brakować jej cielesnej manifestacji. „To prawda”, tłumaczył sobie, „że jest–tu tak bardzo, że w zasadzie nie ma potrzeby, aby bardziej–była”… Cóż jednak z tego? Jej nieobecność stawała się coraz bardziej dotkliwa, a Anatol coraz gorzej sobie z nią radził.

Ciało mężczyzny również przyzwyczajało się do nowej sublokatorki. Jej popołudniowe wizyty napełniały je przyjemnym znużeniem. Dzięki nim Anatol nauczył się zasypiać przy kocich śpiewach. Najpierw zauważył, że drażnią go nieco mniej niż zwykle, potem nabrał zdolności wsłuchiwania się w nie bez nerwów, aż wreszcie udało mu się zmrużyć oczy przy ich akompaniamencie. Wplatały się teraz w jego sny jak wstążki w dziewczęce warkocze. Anatol śnił o republice kociej ukrytej wśród kamienicznych dachów, republice smutnej wolności i nieokreślonej tęsknoty, w której koty pędzą swój świadomy, lecz jakże gorzki żywot…

Coraz rzadziej spędzał też czas na obserwowaniu sterowców. Pojął, że w jakiś tajemny sposób ich bezgłośna obecność kłóci się z akustyczną nieobecnością jego nowej sublokatorki. Nie chcąc jej spłoszyć lub obrazić, zaczął zachowywać rozsądny dystans względem sterowców, które od czasu do czasu zaglądały jeszcze do jego małego pokoiku, potem jednak przestały, najwyraźniej nie wypatrzywszy niczego ciekawego. Anatol miał wrażenie, że miały mu nieco za złe tą nagłą i niewytłumaczalną z ich punktu widzenia zmianę nastrojów.

 

*

 

Pewnego dnia zdał sobie sprawę, że tak dalej być nie może. Stało się to w rezultacie zdominowanego panorgazmicznym scherzo popołudnia. Siła oddziaływania nieznajomej była tak wielka, że jasno pojął, iż koniecznie musi dotrzeć do jej cielesnej awatary, w przeciwnym razie poczucie braku pochłonie go wraz z pokojem, szafą, dywanem, czajnikiem, bidetem i czym tam jeszcze… Przyobiecał sobie, że wytrwa w tym postanowieniu bez względu na okoliczności.

Zlokalizowanie akustycznej sublokatorki wydawało się początkowo niemożliwe. Nikt nie zna obłąkańczych zamysłów architekta kamienicy na tyle, by wiedzieć, którędy biegną szyby wentylacyjne. Przyjmowanie naiwnego założenia o ich pionowej organizacji było – zaiste – śmieszne. Anatol jednak należał do mężczyzn bystrych, czytał gazety ze zrozumieniem i znał podstawy metodologii. Z zapałem zabrał się więc do dzieła.

„Załóżmy”, wnioskował, „że kobieta pali po stosunku. Jest to wielce prawdopodobne, o ile wierzyć sondażom… Jeżeli tak, to, biorąc pod uwagę lokalny koloryt, zapewne wietrzy pokój krótko później. Kto wie, może nawet pali w oknie? To znacznie ułatwiałoby sprawę…”. Wychodząc od tych przesłanek, Anatol sporządził szkic taktyczny, opracował harmonogram działania, po czym podjął śmiałą próbę zlokalizowania właściwego okna na drodze żmudnych obserwacji.

Plan okazał się skuteczny. W niedługim czasie mężczyzna wypatrzył nieodległe okno, nieco poniżej i w lewo od jego poddasza. W oknie tym codziennie po ustaniu rozkosznych rapsodii pojawiała się para rąk z papierosem. Jedna ręka była smukła i blada – serce Anatola biło mocniej na jej widok, gdyż ponad wszelką wątpliwość była to ręka jego akustycznej sublokatorki. Druga ręka zmieniała się w zależności od dnia. Czasem była chuda i kudłata, innym razem tłusta i bezwłosa, jeszcze innym –  żylasta, pokryta rudawym zarostem… Anatol szybko nauczył się przypisywać daną rękę do konkretnego scenariusza akustycznego, w rezultacie czego jego rozbawienie budzić zaczęły ręce kudłate i rude – ich zabiegi owocowały koncertem bądź to lichym, bądź wybitnie krótkotrwałym… Ukłucie zazdrości odczuwał natomiast na widok ręki tłustej i bezwłosej, ona bowiem współtworzyła owe chwytające za serce etiudy jęków i szlochów. Kto wie, może nawet grała w nich pierwsze skrzypce? Anatol wzdrygał się na tę myśl, gardził nonszalancją, z jaką ręka trzymała papierosa, czasami nawet musiał powstrzymywać się przed siarczystym splunięciem w jej kierunku. Nie da się jednak ukryć, że to ta właśnie ręka stała się dlań bodźcem do podjęcia kolejnego kroku.

 

*

 

Gdy następnego dnia wywietrznik wyemitował pierwsze jęki, Anatol wdział prochowiec, chwycił – na wszelki wypadek – parasol i wyszedł z mieszkania. Stanął w długim, mrocznym korytarzu, zakurzonym i starym, tu i tam rozwidlającym się zupełnie bez planu i wbrew logice. Anatol nie pamiętał, kiedy ostatnio opuszczał swój mały pokój. Miał wrażenie, że nie robił tego nigdy, choć myśl ta wydała mu się, co tu dużo mówić, lekko absurdalna. Nie mniej korytarz, w którym się znalazł, kompletnie go zaskoczył. Mimo wszystko mężczyzna ruszył ostrożnie przed siebie, zdecydowany odnaleźć mieszkanie akustycznej sublokatorki i zakołatać do jej drzwi.

W jakiś niepojęty sposób wciąż słyszał dobiegające nie wiadomo skąd sapnięcia. Przyjął je za dobrą monetę. Ich towarzystwo podczas wędrówki przez labirynt korytarzy i klatek schodowych było dla niego rękojmią, że zmierza we właściwym kierunku.

Nie trwało jednak długo nim zorientował się, że jego misja będzie trudniejsza niż początkowo przypuszczał. Korytarze, którymi podążał, w głębokiej pogardzie miały kąty proste i zasady geometrii. Były przy tym bliźniaczo podobne do siebie, wszystkie szare bądź ciemnozielone, wymalowane farbą odchodzącą od ścian wielkimi płatami. Klatki schodowe były wąskie i kręte. Poręcze wiły się jak macki, pięły się ślamazarnie w górę, bądź zagłębiały złowrogo w dół, schody zaś trzeszczały podejrzanie.

Dobiegające znikąd jęki wiodły go przez tą plątaninę tak długo, jak długo jego wiara w odnalezienie tajemniczej nieznajomej była żywa i niezachwiana. Po kilku godzinach błąkania się Anatol zaczął jednak odczuwać znużenie i zwątpienie. Przeszedł dystans tak duży, że było zupełnym nieprawdopodobieństwem, aby wciąż znajdował się w tej samej kamienicy, a mimo to jakimś sposobem labirynt korytarzy nie chciał się skończyć. Czy to możliwe, aby architekt tego wiekowego gmachu do tego stopnia opanował sztukę iluzji? Być może – niepokoił się Anatol – wciąż drepcę w miejscu? A może zapuściłem się tak daleko, że nie dam rady wrócić?

Gdy tylko te myśli pojawiły się w jego umyśle, wiodące go dźwięki ustały. Zaległa gęsta, wilgotna, uciążliwa cisza, cisza o zapachu kurzu i spróchniałego drewna, cisza stara i nieprzyjazna. Anatol zawrócił i ruszył w drogę powrotną, szybko jednak zorientował się, że nie ma pojęcia, które korytarze przywiodły go do obecnej lokacji. Zaczął biec przed siebie, losowo wybierając odgałęzienia i klatki schodowe, a narastająca panika dodawała mu sił.

Wtem, skręciwszy w kolejną odnogę, zatrzymał się gwałtownie. Tuż przed nim siedział oparty o ścianę mężczyzna. Był brodaty, odziany w jasną, zabrudzoną marynarkę. W złożonych na brzuchu dłoniach trzymał zmiętą czapkę. Nogi wyrzucił daleko przed siebie. Drzemał.

– Dzień dobry – wydyszał Anatol. Mężczyzna ani drgnął. Anatol odczekał, aż jego oddech wróci do właściwego rytmu. Poprawił prochowiec.

– Szukam pewnej pani… – rzekł po chwili. Wyznanie to nie spotkało się z żadną reakcją. Anatol westchnął.

– Proszę pana? Halo? – szturchnął śpiącego koniuszkiem parasola. Bezskutecznie. Wzruszył ramionami i zamierzał odejść, gdy jego uwagę przykuł haft na pagonach marynarki.

– Logos Ltd… – przeczytał na głos. Śpiący przebudził się jak za dotknięciem magicznej różdżki. Anatol cofnął się, wystraszony. Brodacz potoczył dookoła półprzytomnym wzrokiem, ziewnął i wsunął na głowę czapkę. Spojrzał na Anatola.

– Ach, to pan… – rzekł ze zrozumieniem.

– Tak, to ja. Szukam pewnej pani…

– Nazywa się Lena.

– Skąd pan wie? – zdumiał się Anatol. Brodacz wzruszył ramionami.

– Jestem kapitanem sterowca – wyjaśnił. Anatol kiwnął głową. To mogło być jakieś wytłumaczenie.

– Jak mogę ją znaleźć? – spytał. Kapitan zaśmiał się cicho.

– Za dużo pan ode mnie wymaga.

– Przecież jest pan kapitanem…

Mężczyzna pokręcił dobrotliwie głową.

– Nikt nie wie wszystkiego – odrzekł.

– Może mi pan chociaż powiedzieć, jak wrócić na moje poddasze?

Kapitan machnął ręką i ziewnął.

– Niech pan idzie przed siebie. Koniec końców, wszystkie drogi prowadzą tam, skąd wyszły.

– Pan nie idzie? – zagadnął Anatol.

– Nie. Chyba zdrzemnę się jeszcze… – odparł kapitan, po czym zasnął. Kapitańska czapka zsunęła mu się z głowy i spadła wprost w złożone na brzuchu dłonie.

Anatol pół nocy błąkał się wśród korytarzy nim dotarł do swego pokoiku. Wycieńczony padł na łóżko w butach i prochowcu. Kocie melodie ukołysały go do snu, w którym po raz pierwszy zagościła Lena.

 

*

 

Każdej nocy była inna, mimo że ciało pozostawało to samo. Te same smukłe, blade dłonie, te same pełne biodra i nieco zbyt tłuste, choć kształtne piersi, zwieńczone jędrniejącymi zdrowo sutkami. W ten sam sposób dosiadała onirycznego wcielenia Anatola, pewnie i ciasno oplatając udami jego wątłe biodra. W ten sam sposób nabierała wigoru, odchylając ciało lekko do tyłu i wspierając się rękoma o jego kościste piszczele. Wydawała przy tym te same westchnienia, jęki i okrzyki, które dotychczas znał jedynie z wentylacyjnego przekazu, przy czym zauważył z dumą, że ich sekwencja przebiegała wedle najznakomitszego spośród znanych mu akustycznych scenariuszy. Fakt ten napawał go niemałą satysfakcją. „Jest tak dobrze”, tłumaczyło Lenie oniryczne wcielenie Anatola, „bo znam twoją duszę. Wyśpiewała mi mimochodem swe najskrytsze tajemnice!”.

Tym, co się zmieniało, były jej włosy, jednego razu spływające rudymi kaskadami pomiędzy dumne krągłości piersi, innego splecione w kasztanowe kędziory, jeszcze innego sterczące na wszystkie strony zadziornymi kosmykami w kolorze blond. Zawsze jednak – przedziwnym sposobem – skrywały twarz Leny tak skutecznie, że po dziesiątkach nocy nadal nie wiedział, jak wygląda.

Od czasu pierwszej sennej wizyty Anatol budził się odprężony i wypoczęty, jednak z kompromitującą plamą na spodniach od piżamy, które każdego ranka zaczął wskutek tego prać. Po kilku pierwszych onirycznych stosunkach odszukał na dnie szafy ubraniowej karton starych, zwietrzałych cygar, które zaczął kurzyć codziennie przed śniadaniem. Stawał wówczas w oknie, wystawiał na zewnątrz dłoń i trzymał cygaro pomiędzy palcami najbardziej nonszalanckim spośród znanych mu gestów. Co prawda okno Leny było wówczas zamknięte, jednak Anatolowi do towarzystwa wystarczało samo wspomnienie kochanki, której leniwą obecność odczuwał wciąż w lędźwiach. Mimo to widok obmierzłej, bezwłosej kończyny, okupującej jej parapet po powszednich orgazmicznych symfoniach, nadal napełniał jego myśli zjadliwą zazdrością.

Anatol zaczął popełniać wiele drobnych omyłek, które początkowo napełniały go niemałą konfuzją. Zaparzał dla przykładu dwie kawy zamiast jednej, szykował bez celu dodatkową porcję obiadu, wykładał na półkę łazienkową damskie kosmetyki zamiast własnej pianki do golenia i wody kolońskiej, opuszczał klapę od muszli klozetowej z obawy przed… czym?, rechotał z dowcipów, które sam sobie opowiedział i głowił się nad szaradami, które sam sobie zadał. Wkrótce jednak zaczął traktować te drobne dziwactwa z przymrużeniem oka. Cieszyły go. Dzięki nim jego życie z Leną było pełniejsze. O tak – pełniejsze!

Jej nocne wizyty zaczynały być coraz bardziej zmysłowe (w organoleptycznym znaczeniu tego słowa). Anatol czuł zapach potu Leny zmieszany z cierpkim aromatem perfum, gładził przyjemną, ciepłą, lekko porowatą fakturę jej skóry i delektował się malinowym smakiem jej języka. Kąsał nabiegłe krwią sutki, drapał wygięte w łuk plecy, miażdżył podskakujące na jego męskości pośladki.

Każdej nocy zatracał się w Lenie bez reszty. Każdego dnia tęsknie oczekiwał na noc.

 

*

 

Zniknięcie Leny było katastrofą, której w pierwszym odruchu w ogóle nie dopuścił do świadomości. Gdy nadeszła pora rozkosznej symfonii, szyb wentylacyjny pozostał cichy, a umysł Anatola z najgłębszym zdumieniem odnotował ten brak. Natychmiast zaczął też opracowywać rozmaite wytłumaczenia uporczywej ciszy. Może jest chora? A może wyszła? A może zwyczajnie nie ma ochoty? Przecież ileż można kopulować, na jawie czy we śnie? Jednak żadne z usprawiedliwień nie stłumiło niepokoju, który wykiełkował na dnie duszy mężczyzny. Popołudnie minęło, słońce rzuciło światu pociągłe, purpurowe „dobranoc”, po czym zapadł zmierzch. Anatol zasnął, ukołysany kocim murmurandem, jednak tym razem nie odwiedziła go Lena, lecz sterowce. Śnił o sunących nad jego poddaszem srebrzystych kolosach spółki Logos Ltd. Mściwe kadłuby nadpływały zewsząd w niezmąconej ciszy i zawisały ponuro nad jego pokojem niczym przypomnienie dawnego życia.

Anatol obudził się nad ranem zlany zimnym potem i nie zmrużył oka nim słońce nie wzeszło wysoko na niebo. Wówczas oddał się krótkiej, nerwowej drzemce, dzięki której nabrał sił koniecznych do przetrwania tego ponurego dnia. Gdy nadeszła stosowna pora, zamarł w oczekiwaniu, pełen nadziei, że wczorajsza cisza była tylko nieporozumieniem… Jednak nie. Leny nie było. Nie pojawiła się za dnia, nie pojawiła się w nocy. Odeszła.

Anatol żył siłą rozpędu. Nie miał ochoty jeść, nie miał ochoty pić. Pozwolił bujnej szczecinie zarostu pokryć swą wychudłą twarz. Pozwolił włosom splątać się w tłuste kędziory. Nie obchodziło go nic. Tym bardziej sterowce, które z nagłą ciekawością, z jakąś podejrzaną, sadystyczną lubością zaczęły podglądać go przez okno.

Jedyną pociechę czerpał z kocich koncertów. Wieczorne serenady stały się antidotum na ranę w jego umęczonej duszy. Wyobrażał sobie republikę kocią, o której zwykł śnić tuż przed rozpoczęciem onirycznych schadzek z Leną. Wsłuchiwał się w melancholię wplecioną w kocie pieśni i ronił łzy, słuchając ich rzewnych opowieści.

 

*

 

– Chodź, koniec końców wszyscy wracają tam, skąd przyszli – usłyszał pewnego wieczora wołanie. Poderwał głowę i podbiegł do okna. Smętna i blada twarz księżyca wisiała daleko na bezchmurnym niebie, wśród dachów snuła się zaś kocia pieśń. Anatol pojął nagle, że to ją – a nie słowa – usłyszał, że to ona go wzywa. Że wzywała zawsze, od początku, że wzywa teraz i będzie wzywać.

Wszedł na parapet i złapał się rynny. Niezdarnie wlazł na podstawę spadzistego dachu, a następnie, powoli i ostrożnie, wdrapał się na jego szczyt. Stare dachówki chrzęściły i kruszały pod jego stopami. Zignorował to i spojrzał przed siebie.

Dziesiątki, setki kocich oczu patrzyły w jego stronę. Tuziny kocich gardeł śpiewały specjalnie dla niego. Anatol pojął, że oto wkroczył do republiki kociej i być może po raz pierwszy od niepamiętnych czasów jest wśród swoich.

– Prowadźcie! – zawołał, a koty powiodły go wśród anten i kominów, strzelistych wieżyczek i przepastnych szybów. Szli krętymi, zapomnianymi przez świat ścieżynami. Przemykali kładkami, przerzuconymi śmiało nad czarną otchłanią. Przedzierali się przez gąszcz przegniłych, wiekowych sznurów na pranie. Jak po linie pobiegli wreszcie sklepieniem spadzistego dachu, by dotrzeć do kresu drogi, na gzyms, za którym nie było już nic.

Anatol spojrzał w dół. Gdzieś w oddali majaczył przesłonięty rzadką mgiełką bruk, natomiast nieopodal, ledwie kilka metrów pod jego stopami, było okno.

Czy to możliwe, że to właśnie tu? Anatol rozejrzał się. Nie dostrzegł nigdzie swojego poddasza. Miał wrażenie, że to w ogóle nie ta kamienica. Odwrócił się i napotkał wzrok kotów. Patrzyły nań z niezachwianym przekonaniem. Ich źrenice lśniły od smutku, tęsknoty i czegoś jeszcze. Anatol kiwnął głową.

– Lena!!! – wrzasnął, a jego krzyk poniósł się echem wśród okolicznych kamienic. – Lenaaaaa!!!

Tu i tam zapaliły się światła. Ludzie zaczęli podchodzić do okien, wyglądać przez nie, spoglądać w stronę Anatola. Ktoś popukał się w głowę, ktoś inny zaczął coś krzyczeć. Jakaś kobieta w różowym szlafroku i papilotach przesłoniła usta dłonią. Jakieś dzieci klaskały radośnie, odsłaniając w uśmiechu rzędy drobnych, białych zębów.

– Lena! – zawołał i w oknie poniżej zapaliło się światło.

Anatol poczuł wzbierającą w piersi euforię. Nabrał powietrza, by krzyknąć raz jeszcze. Wówczas coś wielkiego i ciężkiego uderzyło go w plecy. Zachwiał się i runął w dół. Pomknął na spotkanie bruku, a srebrne cielsko przelatującego sterowca przesłoniło chwilę jego upadku.

Zachar Prilepin jesienią we Wrocławiu

Zachar Prilepin (Rosja) będzie jednym z zagranicznych gości piątej edycji Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania, który odbędzie się na początku października we Wrocławiu. Jego prawdziwe nazwisko: Jewgienij Nikołajewicz Ławliński, urodził się w 1975 roku w okolicach Riazania. Z wykształcenia filolog, absolwent wydziału filologicznego uniwersytetu stanowego w Niżnym Nowogrodzie, z zawodu dziennikarz i pisarz, pracuje obecnie jako redaktor Novaya Gazeta. Mieszka w Niżnym Nowogrodzie z żoną i trójką dzieci. Opublikował trzy powieści: „Patologie” (2005), „Sańkja” (2006) i „Grzech” (2007, „powieść w opowiadaniach z fragmentami poetyckimi”), opowiadania i wiersze. Jest laureatem wielu prestiżowych nagród, w tym Rosyjskiej Nagrody Literackiej “Bestseller Narodowy 2008″ za powieść “Grzech”. Za „Sańkję” otrzymał nagrodę Jasnej Polany oraz tytuł najlepszej powieści obcojęzycznej w Chinach. Była ona także nominowana do nagrody “Rosyjskiego Bookera” i nagrody “Evrika” w 2006 roku. Mieszka w Niżnym Nowogrodzie.

Zakhar Prilepin: Born in 1975 under his real name of Yevgeniy Nikolayevich Lavlinsky, Zakhar Prilepin grew up in a small village, Ilinka Skaponskovo, in Ryazan Province. After finishing at the Philology Department of Nizhni Novgorod State University he worked as a security guard and a journalist. Fragments from Prilepin’s debut work, ‘Патологии’ (‘Pathology’) were first published in 2003. He was two time finalist for the National Bestseller Award (2005 and 2006) and finalist for the Russian Booker Prize in 2006. His second novel, ‘Санькя’ (‘Cankya’) received the all-China International Literature Prize for “Best Foreign Novel of the Year”. Though his most recent work ‘Грех’ (‘Sin’) describes itself as a novel in short stories, the work also includes sections of poetry. In 2008, ‘Грех’ won the Russian National Bestseller Award. He lives in Nizhni Novgorod with his wife and three children where he edits the Nizhni Novgorod edition of Novaya Gazeta. Although there are French, Latvian, Czech and Chinese editions of his works, he has never been translated into English.

W starym stylu?

Jako że idą święta i ja oddaję się temu, czego nie znoszę najbardziej w świecie, czyli sprzątaniu.  Na szczęście wydatnie przeszkadzają mi w tym książki, a właściwie ich namiastki, które zapowiadają piękny lekturowo kwiecień i maj.

I tak zastanawiając się, czy umyć okno czy jednak nie, sięgnęłam nieopacznie po „Mały leksykon Magdy i Andrzeja Dudzińskich” (z oferty WL, wyjdzie pod koniec kwietnia), po czym wsiąkłam, a dylemat poszedł sobie znaleźć innego nosiciela. Ta książka mała jest tylko w tytule. By zasię wzmianka pasowała do idei posta, dodam, że imponują mi ludzie, którzy się nie wstydzą własnej inteligencji i nie czują się w obowiązku z niej tłumaczyć. Przy tym dla mnie miarą inteligencji jest również zdrowy dystans do siebie.

A potem po raz kolejny spotkałam się z Ingo Schulze. Przed kilku laty zauroczyły mnie już „33 mgnienia wiosny”, jedna z najbardziej udanych prób imitacji literatury i mentalności rosyjskiej, przełożona na opowiadania.  W „Komórce” (maj chyba, a na pewno W.A.B.) niemiecki pisarz, z małymi wyjątkami, eksploruje głównie własny teren, ale mój zachwyt tylko się powiększył. No i tak się zastanawiam, o co mu właściwie chodzi w podtytule książki – „opowieści w starym stylu”. Co to znaczy stary styl w opowiadaniu i czy da się wyróżnić jakiś zdecydowanie nowy. Stary czy nie –  nie mogłam się oderwać. I chętnie bym posłuchała pisarza na MFO.

Wizyta Felicitas

Na październikowy finał Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania przyjeżdza jedna z najciekawszych niemieckich prozaiczek współczesnych – Felicitas Hoppe, autorka między innymi wydanego w tym roku przez Czarne zbioru opowiadań “Piknik fryzjerów”. Więcej o autorce na http://opowiadanie.com.pl/?cat=5.

O nadmiarze literatury w literaturze

Agnieszka Drotkiewicz w marcowej „Lampie” o  powstawaniu „Teraz”: Na początku pisania miałam jeszcze sporo tych kryptocytatów i wtedy dostałam świetną radę – nie od wydawnictwa, tylko telefon od przyjaciela, właściwie od przyjaciółki: „Wywal cytaty”. „Jakże to?”–  pomyślałam, ale wyrzuciłam, i ku mojemu zdumieniu okazało się, że to działa bez tych esów-floresów. To było bardzo miłe uczucie. Jakby zaczerpnąć świeżego powietrza. A inna sprawa jest taka, że miałam dobrą redaktorkę, i ona jeszcze dodała mi odwagi do strzepywania nadmiaru brokatu z sukienki.

 

I fragment ze zbioru „Paryż śladami pisarza” Jeana-Paula Caracalli (ukaże się w maju nakładem Noir sur Blanc). Rozdział dotyczy Georgesa Simenona, który pewnego razu zostaje wezwany do redakcji „Le Matin”, gdzie przyjmuje go Colette:

Za dużo literatury w pana tekstach, niech pan wyrzuci tę całą literaturę” – oznajmia. Po wielu dość nieudanych próbach (ciągle ta niepotrzebna literatura – słyszy niczym natrętny refren) „Le Matin” publikuje wreszcie opowiadanie „La Petite Idole” podpisane Georges Sim, które staje się początkiem jego długiej współpracy z gazetą. Simenon do końca życia nie zapomni rady, której udzieliła mu Colette. Odtąd już zawsze będzie pamiętał, że jeśli chce się przywołać obraz deszczu, wystarczy napisać; „pada deszcz”.

 

Niewiele dodam na temat uwalniania się od kulturowego szumu, natomiast w kwestii nadmiaru ozdobników (które zresztą niekoniecznie musi prowadzić do pisania a la Mniszkówna) dodam, iż aby się przekonać, jak to działa, warto sięgnąć np. do zbioru opowiadań „Dziewczyna z ganku” Kazimierza Orłosia. U niego właśnie niezwykle oszczędnie ‘”las szumi”, „deszcz pada”, „krzak rośnie”, ale Mazury jak najbardziej są.

Tak dla “Miasta ślepców”

Bardzo ciekawa sprawa z tym filmem: ci, którzy czytali wcześniej powieść Jose Saramago (jej pierwsze wydanie ukazało się w Polsce w 1999 roku) mówią, że to dobry film, ci, którzy najwyraźniej nie poznali pierwowzoru klną na czym świat stoi: „nudny, beznadziejny, nielogiczny” czy – ten argument wzruszył mnie najbardziej  –„bez morału”. Przeglądałam jedynie głosy internautów, opiniami fachowców się nie sugerowałam, bo ledwie usłyszałam o ekranizacji, wiedziałam, że się wybiorę do kina.

 Czytałam oczywiście, już dziesięć lat temu, i bardzo przeżyłam tę lekturę.  Z pamięci umknęło mi tylko parę epizodów, które wraz z obrazem wróciły. Mogę się tylko zgodzić z internautką opowiadającą się za, że wróciły tamte emocje.

Głównym grzechem filmu Meirellesa (biorąc pod uwagę, w jakich czasach żyjemy), jest to, że nie próbuje on „dekonstruować” filmu, czyli rozpieprzać zamysłu pisarza, bo tak praktycy pojmują dekonstrukcję, na którą się ochoczo powołują. „Miasto ślepców” Meirellesa to wierna adaptacja „Miasta ślepców” Saramago. Trudno mi sobie wyobrazić inną w przypadku dzieła tak metaforycznego, zaprzeczającego temu, do czego jesteśmy przyzwyczajeni (jako widzący i jako czytelnicy zarazem), a zarazem tak wizjonerskiego. To, o czym pisał Noblista trzeba było zobaczyć oczyma duszy, reżyser natomiast  zmaterializował literacki koncept, dając dowód na to, że jest czytelnikiem godnym mistrza. Jest, jest, jakikolwiek naddatek do wizji mistrza, tylko by zaszkodził. Odjęcie od niego brutalności, np. scenie  rozegranej w ciemności i tylko przy pomocy  dźwięku scena gwałcenia ochotniczek, które w ten sposób zapracowują na jedzenie, przekonuje. Przekonuje, że brazylijski twórca nie jest ofiarą epoki, w której wszystko jest na sprzedaż  i nie wolno (nie wolno?) ukrywać.

To dzięki filmowi dotarło do mnie, kim właściwie jest bezimienna kobieta, główna bohaterka, jedyna, która widzi. Uzmysłowiła mi to scena z psami pożerającymi trupa i pojawiającym się przy nim psem, który nie przyłącza się do sfory i do jatki, tylko biegnie do ludzi (Saramago nadaje mu imię – Pies Pocieszyciel).  To epizod kluczowy, więcej nie dodam, bo sarkających na nudę i tak nie przekonam. Ale zdradzę jednak, że Meirelles i Don McKellar  trochę zmienili końcówkę i to wcale nie w stylu hollywoodzkim, wszystko łopatologicznie wyjaśniając, lecz budując kolejne piętro do przypowieści.

Chciałabym, aby wszyscy adaptatorzy tak umieli czytać. Tak wsłuchać się w kogoś, kto, choć stworzył dzieło otwarte, to jednak konceptualnie skończone.

Dina Rubina na OPO.5

Jednym z gości październikowego finału piątej edycji Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania będzie Dina Rubina.

Urodzona w Taszkencie w 1953 roku, zadebiutowała w wieku 16 lat w młodzieżowym czasopiśmie literackim “Juność”, a mając 25 lat, została członkiem Związku Pisarzy. Prawdziwą sławę pisarka uzyskała jednak w latach dziewięćdziesiątych, już na emigracji w Izraelu, gdzie obecnie mieszka. Jest w tej chwili jedną z najbardziej znanych autorek piszących po rosyjsku i laureatką kilku izraelskich nagród literackich. Jej książki przetłumaczono na 20 języków, a sama pisarka doczekała się monografii autorstwa Joanny Mianowskiej „Dina Rubina – wczoraj i dziś” (Wydawnictwo Adam Marszałek). Na ekranach Moskwy gości właśnie film „Lubka” na podstawie powieści Diny Rubinej (powstały jeszcze dwie ekranizacje – „Podwójne nazwisko” i „Na Górnej Masłowce”), a „Syndykat”, który autorka promowała w zeszłym roku w USA, został nominowany do rosyjskiego odpowiednika Nagrody Bookera. „Syndykat”, tak jak wcześniej „Oto idzie Mesjasz!”, też nominowana do tej nagrody, został uznany za zbyt skandalizującą i kontrowersyjną, a nawet obrazoburczą powieść. „Oto idzie Mesjasz!”, stała się głośna dzięki jej szerokiemu społecznemu wydźwiękowi i wadze poruszanych problemów, których przedstawianie budziło powszechną krytykę i ostry sprzeciw. Kiedy emocje po jej wydaniu już opadły, porównywano ją z „Mistrzem i Małgorzatą” i prozą Isaaka Babla, aż trafiła do encyklopedii literackich. Helena Goscilo w „Dictionary of Russian Women Writers” („Słowniku rosyjskich pisarek”) tak charakteryzuje prozę autorki: „Dina Rubina w swoich powieściach odtwarza świat przesiąknięty ludzką tolerancją, sympatią, okazywaną w obliczu popełniania błędów, odkrywania ludzkich słabości i sytuacji konfliktowych”. Ostatnie powieści Diny Rubinej: „Po słonecznej stronie ulicy” (na jej podstawie kręcony jest właśnie serial) – 2006, „Cyganka” – 2007, „Pismo Leonarda” -2008r., „Boli tylko, kiedy się śmieję”. Nagrody – “Wielka książka” w 2007 roku, „Nagroda Olega Tabakowa” – 2007, Nagroda Ministerstwa Kultury Izraela – 2009 rok.

 Zobacz też:
http://wyborcza.pl/1,75480,6436694,Wszystkich_was__gady__opisze_.html