Się kroi (2)

… i sama sobie narzucam obowiązek, by choć krótko skomentować obie selekcje, oczywiście jeśli chodzi o prozę.

1. W obu przypadkach pojawiają się “Bambino” Ingi Iwasiów i “Fabryka muchołapek” Andrzeja Barta, co wiele wróży, jesli chodzi o finałową siódemkę Nike i nagrody, które jeszcze przed nami (Angelus,Cogito)

2.  “Ścisła”  nominacja dla “Jedenaście” Świetlickiego to dość istotny znak czasów, niby to Świetlicki, ale jednak kryminał, gatunek niepoważny. Ciekawe, jak po teraz poradziłaby sobie trylogia Sapkowskiego?

3. Dlaczego przy “Balzakianach” Jacka Dehnela odnotowuje się, że to powieść? Lubię to książkę i się cieszę, że nie jestem w tym odosobniona, ale jednak nazwałabym ją zbiorem opowiadań. Nie pierwszy to podobny przypadek. Może autorzy powinni dawać jakieś podtytuły? A może im to na rękę, bo powieść to wyższa szkoła jazdy?

Reszta uwag byłaby z gatunku, eee, to nie powinno – w odniesieniu do niektórych wyborów jury Nike. Gdyńska czwórka natomiast mi się całkiem podoba. Btw, to, że tylko czwórka, także coś znaczy.

 

Literacki show za kasę

Właśnie dowiedziałam się z radia, że „ze względu na ograniczoną powierzchnię” spotkanie z Wojciechem Cejrowskim we wrocławskiej Mediatece będzie biletowane. Wstęp: 10 PLN dla mediatekowiczów i 25 PLN dla reszty wielbicieli. Gdzie jak gdzie, ale w bibliotece-stodole miejsca nie brak, za to jak każda biblioteka ma ona ograniczone środki na takie imprezy. Moja “pudelkowa” spekulacja na temat brzmi więc tak: pisarz-showman (albo na odwrót) zażyczył sobie większego honorarium, niż to się zwykle praktykuje, organizatorzy musieli się więc jakoś ratować. 

Wcale mnie to nie gorszy mnie to, bo w końcu za koncerty czy wystawy trzeba płacić, a za występy pisarzy (w Polsce) – nie. Ba, łatwiej sobie wyobrazić sytuację, w której organizatorzy honorują czytelników za przyjście. Frekwencja na spotkaniach autorskich  to odkąd pamiętam bolesny problem, choć zdarza się na tyle dużo wyjątków, żeby go nie demonizować. W dodatku, jak podkreśliłam  chodzi o zwyczaj przyjęty w naszym kraju – czytałam np., iż biletowano wieczory Charlesa Bukowskiego, właśnie ze względu na to, że nie sposób było pomieścić wszystkich wielbicieli.

Być może to kwestia przyzwyczajenia, być może coś, co jest za darmo, w odczuciu publiczności nie ma wielkiej wartości, być może w wypadku WC literatura jest najmniej istotnym z wabików. Trudno mi wyrokować na podstawie jednego precedensu.

Toteż i nie będę, zastanawiam się natomiast, dla kogo czy też dla kogo chętnie wysupłałabym kasę. Na pewno na dwie Noblistki: Elfriede Jelinek i Doris Lessing. Na Iana Rankina, Harukiego Murakami, Gabriela Garcię Marqueza. To tak bez namysłu. Rzecz jasna mogę stworzyć znacznie dłuższą listę, ale składałaby się ona z samych duchów.

Adam Zajączkowski: Zadanie

 Harcerzu Rzeczpospolitej, Piotrze Mateuszu Korwacie! Pałac Kultury zburzony! Zadanie wykonane! Umilkłem, i popatrzałem na ciebie z uśmiechem. Bo teraz będziesz musiał podejść, uścisnąć rękę. Choćby ze względu na innych, zebranych tutaj w tej sali. Kobieta obok ciebie wstaje, wstaje, powoli, jak na zwolnionym filmie. Boi się. Zresztą boicie się wszyscy. I wiesz, nie dziwię się wam.

Uśmiechnąłem się chytrze, bo na chytrości to się rozumiecie. Ponownie zerknąłem na na te plamy, te kropki na Pałacu. Pojawiają się i znikają. A wy nic. Widzę, że ktoś mnie uprzedził, choć jako minister rządu powinienem był o tym wiedzieć. Czerwone plamy, czerwone kropki, rozpadający się Pałac. Nic nie słyszę, dzieli nas półtora kilometra, ruch uliczny głośny, choć to sobota. Ładunki widocznie małe, malutkie: to ma sens. Ciekawe, czy maczałeś w tym palce, Korwacie. Nie wykluczam, bo zawsze byłeś sprytny i z cicha pęk. Małe ładunki, ciche eksplozje, krople, co drążą skałę. Uśmiecham się do zebranych. Jeszcze nie rozumieją. A przed godziną witali mnie gwizdami. I szyderstwem. Te twarze. Te garnitury. Te kostiumy. Bo od lat sześćdziesiątych przyjmowali do szkoły dziewczęta. Ktoś śmieje się nieprzyjemnie, ktoś tupie nogami. Częściej, mocniej, głośniej. To tak przyjmuje się w jego liceum ministra rządu? Przecież ja mogę wam wyrządzić krzywdę. A wy mnie nie. I może właśnie zrobię. Może tu po to jestem. Zarywałem noce, choć nie musiałem.

Z moim głosem mogłem prowadzić życie gwiazdy estrady. No, przynajmniej popularnego piosenkarza. I wiodłem je do czasu. Było przyjemnie i miło. Wszyscy mi zazdrościli. Bezpieka nasłała na mnie agentkę Rybkę. Taki pseudonim. Jej to już nie pamiętam, ale musiała być ładna, bo wtedy przebierałem jak maharadża. I ta Rybka w raporcie pisze, że klasy erotycznej jestem najwyższej z plusem, dawniej była to 5, dzisiaj chyba 6, muszę się spytać o przelicznik Ministra Edukacji. Rybka pytała szefa, czy ma kontynuować znajomość. „Ma” czy „może”, już nie pamiętam. Jej przełożony zadecydował, że nie. Że ich firma nic na tym nie zyska. W przeciwieństwie do niej. W Instytucie Pamięci Narodowej pokazali mi ten dokument. Chciałem, aby go opublikowali. Oni, że nie. Więc ja, ależ proszę bardzo. A oni w śmiech.

Dziewczyny lubiły mój głos, wtedy baryton liryczny, dzisiaj już nieco zdarty, choć i tak ciągle lepszy niż wasze. Na studiach nie dawały mi spokoju. Alek, przeczytaj to, albo to, a teraz to. I podsuwają mi przed nos kodeks karny, i czytam paragrafy o zabójstwach, poranieniach, gwałtach. A one: och! Po chwili: ach! I znowu: och! Nie poczytałbyś mi przed snem, mówi taka jedna z drugą, ciężko mi zasnąć, a jutro mam kolokwium z medycyny sądowej. I wtyka mi w rękę książkę o ranach kłutych i poparzeniach. Z fotografiami oczywiście. Ciężko zrozumieć serce kobiety. A więc czytałem. Dużo się naczytałem, nie narzekam.

Z Magdą to było tak. Różniłem się od kolegów już choćby tym, że byłem w harcerstwie. Wielu z was pamięta mnie w tej roli, wy zebrane w tej sali łże-elity. Jakeście wtedy za mną chodzili! Wynosili mnie pod niebiosa! Druhu drużynowy, czy było naprawdę tak? Czy mam rację myśląc, że? Ileż ja złudzeń odebrałem, a ile utwierdziłem marzeń! Później odwróciliście się ode mnie, pokazaliście mi plecy i waszą prawdziwą naturę. Czym tylko udowodniliście, że nie ma dla was ratunku. Z Magdą było inaczej. O mojej pracy w harcerstwie krążyły legendy. Te wędrówki po ulicy Wielkiej, Pańskiej… Tu stały domy, prawdziwe domy do mieszkania, mówiłem, tu był gwar żyjącego miasta. A dziś? Grobowa cisza Placu Defilad. I Pałac: monstrum ohydne, nienawistne. Dlatego nie zamykajcie oczu na świat dzisiejszy, ciągnąłem, nigdy o nim nie zapominajcie. Przeciwnie, oczy miejcie szeroko otwarte. Patrzcie na to, co jest, i nie zapominajcie o tym, co było. Dwie rzeczywistości w jednym spojrzeniu. Tak im to tłumaczyłem.

A ty, pytali pączkujący prawnicy, moi koledzy z Wydziału, jak ty się właściwie uchowałeś? Jak się na te nasze studia dostałeś? No bo Partia buduje nie tylko przyszłość, ale i przeszłość, a ty biegasz z drużyną po nieistniejących ulicach! A na ich miejscu stoi przecież Pałac Kultury, emblemat nowych czasów. Nic dziwnego, że koledzy ze studiów traktowali mnie z ostrożnością. Także z czołobitnością, przynależną opozycjoniście, choć oczywiście nie wiedzieli, czy opozycjonistą jestem rzeczywistym, czy koncesjonowanym.

Wracając do Magdy,i wzrok przenoszę na salę, na te garsonki, garnitury, szale, spinki od mankietów, i widzę tę kobietę wstającą i nie mogącą powstać, te usta otwarte i oczy wytrzeszczone. Ale się boją! Jak się boją! Jeszcze nie rozumieją, a już się boją. Strach bez przyczyny jest zresztą najgorszy. Spytajcie psychologa. Ale wam nie psychologa trzeba, wam trzeba kata. Jak Pałacowi, waszemu duchowemu bratu. Gdy w Sejmie kończę przemówienie słowami: Pałac Kultury musi zostać zburzony!, wy w śmiech. To o czymś świadczy, prawda?

Widzę, no, widzę, widzę,to wstaje Magda Lipień, dzień dobry, przecież cię poznaję. Jak ty się trzymasz, Magdo, jak się trzymasz, Jakby czas stanął dla ciebie w miejscu. Ale co z tego? Ja jestem wzrostu niższego średniego, żaden ze mnie karzeł ani kurdupel, tylko mężczyzna regularny wzrostu trochę poniżej. Instruktor i przywódca harcerski. Wskazujący nowe horyzonty. I jak wieść się po Wydziale rozeszła, że biegam z harcerzami po nieistniejących ulicach, i w ramach ćwiczeń szukamy nieistniejących domów, ty, Magdo, nie zdradzę chyba tajemnicy, zainteresowałaś się mną. Inne dziewczyny prosiły, abym im coś poczytał, coś może z kodeksu karnego czy medycyny sądowej. Ale nie ty. Pewnego przedpołudnia siedzieliśmy w kawiarni, zajęcia się nie odbyły, te doktorki z Wydziału widocznie też ludzie, choć niekoniecznie. Mieliśmy maj czy czerwiec, kwiaty, wiosna w powietrzu. Wy upijacie się piwem, tobie też szło nieźle, no bo wysoka, rosła byłaś. I te usta szerokie, śmiejące się do wszystkiego, do wszystkich. Ja wodę sodową piję markotnie, jakbym towarzyski nietakt popełniał. A to ja mogłem czuć się urażony, nie wy. A to ze względu na dyskusję, jaką toczyliście, czy w naszym kraju abstynent może też być sędzią, czy tylko prokuratorem. W końcu przypomnieliście sobie o mnie, zrobiło wam się przykro, ale bez przesady. A ty, patrząc mi w oczy czy też w nasadę nosa (bo jako córka prawnika znasz wiele podobnych trików), zacytowałaś fragment wiersza Szymborskiej. Pamiętam z niego tylko jedną linijkę, za to kluczową: Po nie-ulicach chodzą nie-kochankowie. Oczywiście Szymborska tego nie napisała. Ale co tam. Zapadło milczenie, a ty w śmiech.

Tak oto staliśmy się parą. I, Magdo, bylibyśmy nią dłużej, gdyby nie twoje buty na podwyższonym obcasie. No bo jak to? Ja mężczyzna wzrostu z tych niższych, ty kobieta o pół głowy wyższa, i jeszcze te obcasy? Na co ci one? To nawet nie uchodzi. Aluzji udajesz, że nie chwytasz, więc mówię wprost. Czerwieniejesz, ale ciągle się trzymasz. Więc ja, że zwykłem chodzić na przodzie. Ty coraz bardziej czerwona, gdybyś mnie uderzyła, z łatwością mogłabyś powalić, bo ode mnie potężniejsza jesteś, z większą masą ciała. Sprytna z ciebie dziewczyna, wiedziałabyś, gdzie bić. Ojciec adwokat. Ale milczysz. Pewno przypomniałaś sobie powiedzonko, że prawnik sprowokowany jest jak zwykły śmiertelnik. Ale w końcu uśmiechnęłaś się i powiedziałaś, że owszem, podwyższone obcasy i tak wychodzą ci bokiem, i odtąd chodzić będziesz na płaskich. Ale tylko na próbę. Dobrze, mówię, na próbę, i aż poczerwieniałem z radości. Czas próby się przedłużał, myślałem, że mamy udany związek.

Lecz przyszedł 8 marca,i milicja pałuje na Uniwersytecie, i uciekamy w stronę skarpy. I proszę, Magdo, na twoich płaskich podeszwach nie przewróciłaś się ani razu, a ja na obcasach wyższych, w błoto raz po raz się waliłem! I to ty czekałaś na mnie na dole. Popychana, poszturchiwana przez uciekających. Ci w szoku, pobici, z brakującymi butami, guzikami, patrzą na ciebie wzrokiem niemiłym, grożącym. A ty uśmiechasz się, dziękujesz. Wiesz, mogłabyś chociaż nie dziękować. Ale jako prawniczka, córka prawnika, musiałaś to robić, co tylko pokazuje twoją prawdziwą twarz. Tak jak twój mąż, tylko on jeszcze bardziej. A więc dołączam do ciebie brudny, cały w błocie, i mówię, że na pewno jesteś mi wdzięczna. Za co?, chcesz wiedzieć. A no za to, powiadam, że dzięki mnie chodzisz na płaskich podeszwach i nie lecisz w błoto. Ty patrzysz na mnie jak na głupka, milczysz. I wtedy nadchodzi Dębski, spokojny, wyniosły, jak na przyszłego profesora uniwersytetu przystało, on to ma we krwi. Dostrzega mnie i brwi w górę unosi, niby żeby pokazać, że mnie widzi. Widzi i nie ignoruje, choć mógłby. Podszedł, jak tylko zobaczył, że jestem upaprany błotem. Tak, Magdo, twój przyszły podszedł do mnie, a nie do ciebie. I co ty na to? Podchodzi więc i mówi: Czuwaj druhu, jak tam dzisiaj podchody? Dowcip, sama przyznasz, ciężki i nie na miejscu. Ale on taki już jest. Na harcerza się nie nadawał.

Zaprosiliśmy go kiedyś na wędrówkę, bo wyszło, że w Czersku nie był, a chciałby. Bo ta wioska, mówił, stoi na średniowiecznym planie, zamek ówczesnych książąt góruje nad nią jak, nie przymierzając, Pałac Kultury nad Warszawą. Myśleliśmy, swój człowiek, i kiedy na wędrówkę wypadł Czersk, wzięliśmy go ze sobą. Zastanawiał się długo, czy z nami jechać, sądzę, że w jakimś przebłysku intuicji, z których rzekomo słynie, wiedział, że nam nie podoła. I rzeczywiście. Kiedy rankiem przed dziesiątą dojechaliśmy na miejsce, plebania była zamknięta, a tylko przez nią można się dostać na zamek. Historyk Dębski, Magdo, twój przyszły, łapie gdzieś milicjanta i pyta, co robić w tak trudnym położeniu. Ten w śmiech i mówi, ciężka sprawa, z księdzem proboszczem cosik przez ostatnie dni nie w porządku, bo zmienia gospodynię. A więc idźcie wzdłuż pól i miedz, droga tamtędy znośna, choć nieco dłuższa. Ale wy nie śpieszycie się nigdzie. Będziemy mieli spacer jak w Średniowieczu, cieszy się Dębski, tyle że wtedy, jak wszedłeś w cudze pole, to dostawałeś młóckę. Z nami był wtedy Tadziu, to on dowodził harcerzami, ja byłem za młody. Kim jest Tadziu, starsi spośród was wiedzą, młodsi znają jego nazwisko z gazet. Wtrącę więc tylko, że to wielki przegrany w niedawnych wyborach. I niech tak pozostanie. Tadziu nic nie powiedział, tylko głową skinął, więc idziemy tymi polami, miedzami. I kiedy po trzech kwadransach brudni, zakurzeni dochodzimy do zamku, tam przechadzają się turyści, czyści i schludni. Obrzucają nas spojrzeniami drwiącymi, a niekiedy wrogimi. Bo okazało się, że w niedziele ksiądz proboszcz otwiera o dziesiątej. Wystarczyło zaczekać kilka minut. Dębski nie nadawał się na harcerza, przynajmniej z drużyn Zana, bo prawdziwy Zanowiec prędzej wejdzie boso na Giewont, niż spyta o drogę milicjanta. Z początku pan profesor był trochę nie w sosie, ale mu szybko przeszło, a na następną zbiórkę nie przyszedł. Teraz za sprzymierzeńca ma Tadzia, przyjaciela od serca. Jeden przegrany i drugi, jeden z łże-elity, i drugi. I niech tak pozostanie.

A wtedy, 8 marca, Dębski podchodzi do mnie z kpiącym uśmiechem, staje i gapi się bez słowa. A więc poznaj moją narzeczoną, kwaśno przedstawiam ich sobie. O, zwraca się do niej Dębski, ty na pewno schodziłaś inną drogą? A wokół ruch, gwar, rozgardiasz. Magda wybuchnęła śmiechem, a ja już wiedziałem. Chciałem się z nim szybko pożegnać, ale powiedziałaś: Idziemy razem. No to poszliśmy. Ścieżki, skryte pod marcowymi śniegami, wiodły przez skarpę jedną, drugą, zagajnik jeden i drugi. Polanka: a na niej cisza, spokój, emeryci wyprowadzają pieski i gapią się we mnie. Nie w ciebie, nie w Dębskiego, a we mnie. Alkowi przydałaby się łazienka, szepce Magda i myśli, że jej nie słyszę. Idziemy do mojego kuzyna, odszeptuje Dębski, on w szkole, matka w pracy, klucze u mnie w kieszeni. Magda w śmiech i pyta, czy często przebywa u nich w godzinach rannych. Tak, mówi Dębski, często, po co ma mieszkanie stać puste. A kuzyn to Piotrek Korwat, twój narzeczony go zna. Tak, znam, potwierdzam głośno, Korwat to dobry harcerz, znakomity, wybitny.

A wszystko, aby dopiec Dębskiemu niedorajdzie, bo Korwata tak szczerze nie lubiłem. Chciałem go nawet wyrzucić od siebie z drużyny. Przepraszam, Piotrek, ale nie mówię nic nowego. Nie znalazłem pretekstu. Niestety. A Magda wstaje, wstaje, i wstać nie może, prawdziwa żona Lota. Czyżby dopiero teraz dostrzegła czerwone plamy na Pałacu? W przeciwieństwie do innych uczestników zjazdu. Ci jeszcze nic nie widzą. Wprost wierzyć się nie chce, co się w ich głowach dzieje. Zebrali się tu dzisiaj, w naszej dawnej sali gimnastycznej, na stulecie szkoły. Naszej szkoły, naszego Zana. Sam przyznaję, to jest wielka rocznica, inaczej by mnie z wami nie było. Jednak to żaden przełom, żadne historyczne wydarzenie. To dzieje się półtora kilometra stąd. Tam przyspieszyła historia.

W 1955 roku byłem ośmioletnim chłopcem, niedawno otworzyli Pałac Kultury. Ale ja znałem Pałac od dawna, bo z dziadkiem często przyglądaliśmy się budowie. Mieszkałem niedaleko, jak niektórzy z was pamiętają, kiedy jeszcze bywaliśmy u siebie. Dziadek patrzył i mówił: Oni zniszczą tę Warszawę do końca, co za szkaradzieństwo, co za ohyda! Ale jaka kryje się tu siła, jaka potęga! A ty, Alek, albo się do nich przyłączysz, albo oni rozgniotą ciebie jak pająka. I to pomimo twego militarnego imienia. A co, pytam, stanie się z domami, które już odbudowali? Bo sporo na Placu Defilad stało domów zdatnych do użytku. Zniszczą je, zgniotą wszystkie, odpowiada, a ludzi przepędzą. Bo weszli w drogę sile i potędze. Nagiej sile i złośliwej potędze One połamią ci kości i ręce, jeśli je nie dość entuzjastycznie oklaskujesz. I dziadek Brandt zapisał się do Partii. A właściwie chciał, ale go nie przyjęli, bo przed wojną działał w Chrześcijańskim Stowarzyszeniu Zawodowym Buchalterów i Księgowych. A ilu mieliście komunistów?, zapytał sekretarz Partii w biurze dziadka. Dziadek nie odpowiedział, bo co tu mówić? Ale sekretarz nie miał mu tego za złe, i kończąc rozmowę poradził, aby nigdy nie zapominał o oficjalnych świętach. I to nie tylko w sercu, ale w sposób widoczny. Idąc za jego radą, dziadek nosił transparenty na pierwszomajowych pochodach i świętował Boże Narodzenie pierwszego stycznia. Jego nazwisko brzmiało Brandt, a imię Jerzy Waldemar.

Dziadek zaczął się bać w czasie wojny, i bał do śmierci. Zresztą nie miał nic przeciwko strachowi, tyle że chciał, żeby to jego się bano, a nie odwrotnie. Bo mniejsza siła, mówił, nawet gdy bardzo znaczna, jest tylko słabością. Dziadek nigdy o tym nie zapominał. Na dziesięciolecie PRL dostał order „Na Dziesięciolecie PRL”, i chociaż go nigdy nie nosił, nie rozstawał się z książeczką orderową. Tak na wszelki wypadek. Strzeżonego, nie wątpił, Pan Bóg strzeże. A na spacery brał mnie na plac budowy. Co za ohyda, mówił patrząc na Pałac Kultury, ten budynek naprawdę mnie przeraża, ale co za siła się za nim kryje, co za potęga! Niechaj więc będzie dla ciebie pierwszym i ostatnim przykazaniem, że kto ma siłę, ten może innym narzucić swoją ohydę. Przeto dąż w życiu do potęgi, i niech ten Pałac na zawsze będzie dla ciebie przestrogą i przypomnieniem.

A więc odwracam głowę, i widzę te czerwone plamki, punkciki. Magdo, ciebie też widzę, wstajesz, wstajesz i jakoś wstać nie możesz. Moi rodzice cię lubili. Dziadek nie lubił ojca, uważał go za marzyciela, który nie zna świata. Bo ojciec nie dostrzegał siły. Kiedy w 1946 roku zjawił się po raz pierwszy w domu dziadka, nosił podarte portki i nimb powstańca warszawskiego. Nimb nie zastąpi wyprasowanego garnituru, mruknął tamten, i tak już zostało.

Ja urodziłem się, kiedy ojca już z nami nie było, już go aresztowali, właśnie za udział w powstaniu. Choć do końca to nie wiadomo, za co konkretnie. Na którymś z rzędu przesłuchaniu śledczy zarzucił mu, że nie walczył ramię w ramię z komunistami. Ale ich było tak niewielu, powiedział ojciec, jak się okazało, niepotrzebnie: tamten był czuły na punkcie liczb. Później, już w separatce, ojciec zrozumiał, że w oczach śledczego mógł rzeczywiście wyglądać podejrzanie. Ach tak, a więc się przyznajecie, skonstatował tamten z satysfakcją. Kiedy sobie coś przypomnicie, z miejsca proście o rozmowę, w ogóle się nie krępujcie, powiedział, i przestał się nim zajmować. Inni śledczy badali ojca, kiedy tylko pojawiało się większe śledztwo. No bo może coś wiedzieć, a nawet jeśli nic nie wie, może coś powiedzieć. Po kilku latach ojciec postanowił się przyznać. Do czegokolwiek w granicach 5-8 lat. Ale właśnie historia przyspieszyła, z więzienia zrobił się Hilton, trzy obfite posiłki dziennie, ciepło, sucho, długie spacery. Nowy garnitur i koszule z Cedetu. Wspomnę, że jest to ten sam Cedet, do którego później wysłałem Korwata. I tak sobie niekiedy myślałem, czy gdybym go wysłał wtedy do elegantszego sklepu, wasz stosunek do mnie nie byłby inny? Może ciupeńkę, odrobinę lepszy? Bo wasza stopa progu Cedetu nie przekroczy. Na koniec wspomnę jeszcze, po co tam ojca wzięli, bo patrząc na was to myślę, że nie wiecie. Przecież nie wzięli go po to, aby mu pokazywać wystawy i rozmawiać o ostatnich trendach w modzie. Nie, oni mu kupili ubranie, gdyż to, w którym go aresztowali, było w strzępach. Przez osiem lat aresztu na grzbiecie nie miał nic innego. Łże-prawnicy spośród was już się domyślili, widzę to po ich rozbawionych minach.

Ale zmieniła się sytuacja i go puścili, a dziadek, zamiast widzieć w nim bohatera, mówi: Nie okazałeś respektu przed siłą, to cię trzymali. Ty naprawdę jesteś niepoczytalny, twoje ciało jest też niepoczytalne, bo ciało to biologia, a ta reaguje na siłę sama przez się. Trzeba się było do winy przyznać i pokajać, dostałbyś pięć lat, wypuściliby cię po trzech za dobre sprawowanie. Bo czym jest dobre sprawowanie? Respektem okazywanym sile i potędze. A tak wcześniej niż syna zobaczyłeś Pałac Kultury. Czy nie dostrzegasz obelgi w twarz ci rzuconej? To tak, jak gdybyś z Pałacem został związany więzią rodzinną. Słysząc to, ojciec robił się czerwony na twarzy. Myślałem, że rzuci się z pięściami na dziadka, mimo że postury był nikłej i wzrostu niewpadającego w oczy, mam to po nim.

W ogóle dziadek oszukał mnie co do ojca. Z jego słów wynikało, że ojciec jest silny jak tur i wysoki jak dąb, jak to przystoi mężczyźnie. A kiedy ojciec po raz pierwszy wszedł do mojego pokoju, matka górowała nad nim o głowę, tak jak ty, Magdo, wzrostem górujesz nade mną, o masie ciała nie wspominając. Bo Bożena to mnie trzyma na reżymie, a ciebie, kto? Przecież nie twój mąż łże-profesor. Dlatego w miejscach publicznych nie lubiłem stać blisko ciebie. Ojciec przemyślał słowa dziadka, i postanowił twardo stąpać po ziemi. Kto wie, może stąd się wzięła jego fascynacja Pałacem? Może sądził, że stamtąd spłynie na niego siła? Tędy przed wojną biegła ulica Wielka, mówił przemierzając ze mną zabrukowaną pustkę Placu Defilad. Ani śladu z niej nie pozostało, to jedyna w tej okolicy ulica zniesiona w całości. Krótka ona była i wąska, ale dla nich za wielka, za potężna! Kazimierz Wielki też w końcu stanie się panem Kazikiem, a Wielkim będzie tylko Stalin, patron Pałacu. Takeśmy sobie rozmawiali często gęsto, po tym placu pustym wte i wewte chodzili, tu była ulica Śliska, tu Pańska, a tu Chmielna. A przedwojenne gimnazjum im. Zana stało gdzie?, pytał mnie ojciec. Na rogu Śliskiej i Wielkiej, odpowiadałem. A adres miało jaki? Śliska 1, mówiłem. Wejście to miało skąd? Z ulicy Siennej. Dlaczego było tak? Bo (cytuję) zamiast zawalić klasówkę, udawaj katar sienny i zostań w domu. Dobrze, całkiem dobrze, mówił ojciec, i kupował mi lody, jeśli akurat były.

Wkrótce okazało się, że to ja mam lepszą orientację niż on. Starczyło, abym raz spostrzegł, że np. w miejscu dawnego wejścia do Zana wznosi się dzisiaj lekkie wybrzuszenie, to z zamkniętymi oczyma trafiałem tam i miesiąc później. Albo, że na rogu dawnej Zielnej i Złotej stoi dzisiaj ławka. Kiedyś siadł na niej starszy pan, i wpatrywał się w coś, zamyślony. Zirytował tym sprzedawcę wody sodowej. Gdy powiedziałem o tym ojcu, rzekł z radością w głosie: Dobrze, jesteś chodzącym dowodem na to, że siła nie jest wszystkim, że bardziej liczy się bystrość i mądrość. Na mądrość jesteś za młody, ale na orientację, to nie! I dajesz sobie radę. Wkrótce wiedziałem, gdzie był Dworzec Główny, boiska i sklepy kolonialne. Gdzie winno się przebić dziurę w Pałacu, aby przejść z jednego krańca Chmielnej na drugi. A co z ulicą Bagno?, pytał podejrzliwie ojciec, ale ja naprawdę wiedziałem, nic nie musiałem zgadywać, rozeznanie w kierunkach świata mam chyba wpisane w geny. To po twoich przodkach Sarmatach, chwalił mnie dziadek Brandt, co to przemierzyli stepy, aby po długiej i pełnej przygód wędrówce osiedlić się na najpiękniejszej ziemi, na ziemi polskiej. Kiedy dziadek tak mówił, ojciec robił się czerwony na twarzy.

Ale Pałac to ohyda, prawdziwa ohyda, tu zgadzam się całkowicie z twoim dziadkiem. Ohyda tym bardziej niebezpieczna, że polska z wierzchu. No bo te ozdoby, te fryzy, to polskie, bardzo polskie. Tak, Pałac to ohyda, wtórował dziadek, ale czai się w nim siła, potęga Wschodu. Biada tym, co na nią podniosą rękę! No nie, mówił ojciec, biada tym, co nie podniosą ręki. Gdy przyjdzie czas, gdy zawieje wiatr historii, biada tym, co pozostaną obojętni!

Na razie naszym głównym zadaniem jest przetrwanie. Ojciec urządził się nieźle. Skończył studia chemiczne i został kierownikiem biura analiz. Stanowisko było tak podrzędne, że objąć mógł je każdy, Partia się nie wtrącała. I pewno w ramach zadośćuczynienia był dyrektorem do samej emerytury. A kiedy wracał do domu, brał mnie na spacer po Placu Defilad. Niby chciał wyrwać mnie spod wpływu dziadka, a robił dokładnie to samo. Stąd wiem, że np. przed wojną w miejscu „Lalki” była szkolna biblioteka u Zana. Za kilka lat, mówił, też będziesz tam się uczył, chociaż jest to już inna szkoła i w innym położona miejscu. Ale i tak blisko domu. A kiedy powiedziałem wam przed chwilą, że „Lalka” ukradła nam bibliotekę, wybuchnęliście śmiechem tak gromkim, że czerwono mi się zrobiło przed oczyma. Ale pamiętaj, łże-elito, biada temu, kto nie podniesie ręki!

Ja podnoszę moją,i przez palce widzę, jak Magda wstaje, wstaje, a obok niej siedzi jej kuzyn Korwat. Właściwie nie kuzyn, a powinowaty. Zagraniczny biznesmen, a więc nie człowiek elit, choć może tak, bo skoro one nie, to on tak. Zresztą co za różnica, i tak go nie lubię. Piotrek, wiem, wiem, przepraszam, ale twój uśmiech wredny, osobny, działa mi na nerwy. Jak gdybyś ty coś wiedział, a ja nie. A nawet jeśli wiem, to ty mi i tak nie uwierzysz na słowo. Bo musicie wiedzieć, że Korwat jest młodszy ode mnie o dwa-trzy lata, dzisiaj to nie ma znaczenia, ale jak on miał lat 14, a ja 17? Wtedy też mi nie wierzył. I tego mu nie wybaczę. Ja byłem jego drużynowym, tajemnice Placu Defilad przed nim odkrywałem, a on nic. W końcu chciałem, żeby sobie poszedł z drużyny, on mnie naprawdę dołował, ale wygonić go nie mogłem, bo jak? Wyższy ode mnie o głowę, ale szczupły, włosy kasztanowe w fale naturalne ułożone. Ile bym dała za takie włosy, mówiły druhna jedna z drugą, i szły z nim do łóżka. Ale włosów kasztanowych im przez to nie przybywało. Dłonie miał także wykwintne, palce długie wysmukłe, jak u pianisty. Ile bym dała za takie dłonie, mówiły druhny i szły z nim do łóżka. Ale palce jakoś im się nie wydłużały. Korwat naprawdę działał mi na nerwy, więc wyrzutów sumienia nie mam żadnych, ty łże-elito. Chociaż ustami waszych przywódców twierdziliście, że powinienem. I mnie od siebie przegnaliście. A teraz to mnie słuchacie, i nawet nie tupiecie nogami. Coś cię zmieniło? Moja żona Bożena twierdzi, że z wyrzutami sumienia nie należy przesadzać. Z nimi jest jak z niedzielną mszą: chodzi się, chodzi, ale czy się chodzi? No właśnie.

A Korwat to nie tylko ten wredny uśmiech. Był chyba w dziesiątej klasie, dzisiejszej drugiej licealnej, Bożena nie chce mieć dzieci, więc uciekają mi te sprawy, muszę spytać ministra od edukacji o przelicznik. A więc byliśmy na wędrówce, zostałem sam z Korwatem, i zaczęliśmy rozmawiać. Korwat jest kuzynem Dębskiego, ich matki są rodzonymi siostrami, mam mówić więcej? I on mi opowiada, jak podczas rodzinnego obiadu rozmowa zeszła kiedyś na świeżo wydaną biografię Mariana Brandysa o pani Walewskiej. Czy ówczesny rząd polski rzeczywiście ją błagał, aby się przespała z Napoleonem? Jej mąż w każdym razie był za. Jasne, wtrąca się Dębski, wtedy student pierwszego roku historii, jasne, że był za, co miał być przeciw, przecież jednemu nieślubnemu dziecku już patronował. A więc mógł równie dobrze i drugiemu. Przynieś mi kapcie, ty łapserdaku, przynieś mi gazetę! Czysta radość, każdy zrozumie, pogonić dziecko cesarza. Lecz Brandys pozostawia sprawę otwartą, ktoś wtrąca ze śmiechem, twierdzi, że nie można ustalić, kto był ojcem pierwszego dziecka. Czy nie świadczy to tylko o tym, odpowiada Dębski, że Brandys nie jest prawdziwym historykiem? Toż to czysta amatorszczyzna, co on wyprawia, on robi błędy, jakich student drugiego roku by się powstydził. Nie chciałbym się wymądrzać, rzekł z udaną skromnością, ale ten tutaj nazywa się Argumentum ad Ignorantiam. Jak tylko Dębski to powiedział, wszyscy jak jeden mąż poparli Brandysa. Rozumiem, przerywam Korwatowi, rozumiem, i jestem z wami. Nie szarga się świętości. Druhu drużynowy, on na to, oni wzięli stronę Brandysa tylko po to, aby dopiec Dębskiemu. Ach tak, mówię, i myślę w duchu, że jakoś mnie to nie dziwi. Chociaż ja, ciągnie Korwat, uważam, że są rzeczy ważniejsze niż prawda historyków. I wtedy zrozumiałem, że źle go oceniałem, że on mi wierzy, tyle że nie na słowo. Z drugiej strony, co to za wiara?

Polubiłem go trochę,\ale jemu nie zależało, czy go lubię, czy nie. Taki dumny. Taki osobny. A życie nie lubi osobnych, wy łże-elity, wy jeszcze zobaczycie, zrozumiecie. I uśmiechnąłem się do nich chytrze. Szczególnie do łże-historyków, niech się boją. Rodzice Korwata byli lekarzami, obydwoje wykładali na Akademii Medycznej, a więc elita. Może dobra elita? No nie, coś takiego nie istnieje. To wbrew naturze. Korwat odrzucił ich w końcu, tak jak wy odrzuciliście mnie.

Był sierpień 1968 roku, siedziałem pod pomnikiem Szopena w Łazienkach, na klombach rosły czerwone róże. A może tylko pelargonie. Siedziałem na ławce i myślałem, ja naprawdę się dziwię, no bo jak to, innych aresztowali, a mnie nie? To nawet obraźliwe. Smuciłem się. I nagle zrozumiałem. To jasne! Oni mnie nie biorą ze strachu. Ponieważ wszystko, co robię, jest przeciwko nim. Jak pokazuję harcerzom przedwojenne ulice, wiadomo: jestem przeciw. Ja nawet kiedy patrzę na Pałac, jestem przeciw. Jest coś takiego w moim wzroku. Dziadek Brandt zapytał mnie kiedyś, co z Magdą. Opowiedziałem mu pokrótce, jak uciekaliśmy przed pałowaniem, jak na tyłkach zjeżdżaliśmy po skarpie, w błocie, śniegu, włosy zlepione. Mądrze, przerywa dziadek, mądrze, pokazaliście respekt sile, trzymaj się Magdy, nie oddaj jej nikomu. Bo dziadek Brandt, musicie wiedzieć, lubił postawne blondynki. To trochę nie tak, ja na to, ona zjechała na dół, brudna, wściekła, z makijażem rozpuszczonym w marcowym śniegu. Pod skarpą spotkała kolegę, taki czysty wymuskany typek, i ten powiada: Krew walki ma w sobie więcej piękna niż błoto ucieczki. A ona, słysząc to, zostawiła mnie i poszła z nim. A więc niech sobie idzie, przerywa dziadek, jak ją spotkasz, nie mów jej dzień dobry, lub raczej powiedz, i przejdź na drugą stronę! Jak ona właściwie się nazywa, Licheń, Lipień? Czort ich wie, w dzisiejszych czasach ufać nie można nikomu. Okupacji by nie przeżyła, w Powstaniu Warszawskim by padła, jak, nie przymierzając, twój ojciec niemal. A ty ciesz się, że ciebie nie wzięli, cała sztuka to robić swoje, a nie dać się aresztować.

Zresztą kogo oni dzisiaj aresztują? Samych swoich biorą, czyż nie? Przyznaję, plan to mądry i dalekosiężny, co za cel ma stworzenie opozycji niby prawdziwej, a jednak oficjalnej. Bo wmówić ludziom da się wszystko. Więc taki jeden koncesjonowany z drugim, co to się niby po więzieniach tuła, nie tuła, on przecież siedzi tam dla przyjemności i zysku. W celi specjalnej, jasnej, w foteliki wyposażonej. Dzwoni raz: obsługa bliny parujące przynosi. Dzwoni dwa razy: wnoszą bliny parujące i wódeczkę z mgiełką zmrożoną. Dzwoni trzy razy, i dostaje bliny parujące, wódeczkę z mgiełką zmrożoną i dziewczynkę w pończoszkach siatkowych czarnych, czarnej bieliźnie, spódniczce i rękawiczkach czarnych za łokcie. I ona dla niego te rękawiczki zdejmuje, roluje, i pończoszki zdejmuje, roluje. Więc już wiesz, czemu oni się tak do więzienia pchają. Przyznam, Dziadek odkrył przede mną stronę, jakiej dotychczas nie znałem, punkt widzenia ciekawy, zastanowienia godny. Tak, tak, patrzę na ciebie, Tadziu, ciebie też w Marcu wzięli, też siedziałeś, ile: półtora roku, dwa lata? Pamiętam, ależ pamiętam… I widzę strach w twoich oczach, usta otwarte jak do krzyku… Już wiesz, że będziesz z tego musiał się wytłumaczyć. I ty też, Włodku Patzu, ty też. Bo naród wam nie uwierzy.

Tak więc siedzę sobie w Łazienkach pośród tych róż, pelargonii, i myślę, ja mam plan prosty, genialny, plany proste są, zawsze były, najlepsze. Plan mam, ale nie wykonawców. Wokół mnie wycieczka ze Związku Radzieckiego, najazd ich wojsk na czeską Pragę jakoś ich nie zachwyca, bo oczy mają rozbiegane, niespokojne. Nie wyglądają na zdobywców świata. Chwalą się zakupami, Polska to dla nich Zachód, dobrze, że przynajmniej oni nas doceniają. I kiedy tak sobie siedzę w zachodzącym słoneczku, o planie moim prostym, genialnym myślę, a wokół czerwone róże, pelargonie, rosyjskie słowa, zapach alkoholu,czuję nagle na twarzy mrok cienia, oczy otwieram powoli, z udanym lenistwem, bo tak naprawdę czujny jestem, sprężony, gotów do walki. Otwieram oczy i widzę ciebie, P iotrze Mateuszu Korwacie. Cześć, cześć. Dostałeś się na medycynę, mówię, gratuluję, a on nic: twarz ma poważną, zastygłą. Nawet się nie uśmiechnie, dziękując. O co mu idzie?, myślę, bo jako instruktor harcerski wyczulony jestem na nastroje młodzieży. Korwat o swoim przyszłym zawodzie zawsze z entuzjazmem wyrażał się, a tu nos na kwintę, usta w ciup, czoło zmarszczone. Zakochałeś się nieszczęśliwie, pytam na próbę, a on głową przecząco kręci. Wygląda jak młody Szopen z pomnika, tyle że bez gruźlicy. W ogóle jest w nim coś z romantycznego artysty, co to siły, potęgi nie czuje. I wtedy przyszło mi na myśl, że Piotrek może nam pewnego dnia taki numer wykręcić, że szczęki się nam rozewrą, a oczy na wierzch skoczą. Piotrze, patrzę teraz na ciebie, siedzisz nieporuszony, bez wyrazu, czy ty naprawdę nic nie wiesz o tych ogniach, eksplozjach w Pałacu? Tak jakoś nie zdziwiłbym się, gdybyś wiedział. Jak rodzice, spytałem, dumni z syna? Dumni, ty na to, nie wiem, czy to właściwe słowo, przyjęli fakt mojej admisji jako rzecz naturalną, fakt przyrody niemalże. Byłbym czwartym pokoleniem lekarzy ze strony matki, a trzecim ojca. Zwróciłem naturalnie uwagę na to „byłbym”. Bowiem „byłbym” nie znaczy „będę”. Daleko do tego.

Wiesz,mówię cicho, cichutko, ja także mam kłopoty, czy słyszysz ten rosyjski dookoła? Skinął głową milcząco, poważnie, a ja, że będę walczył, aby go tutaj nie było. Czy nie jesteś zdziwiony, ciągnę, że siedzę sobie na tej ławeczce, w promieniach zachodzącego słońca, a nie na zawszonej pryczy w więziennej celi? Pomyślał chwilę i odrzekł: Może tak przez twojego ojca? Jego latami po więzieniach trzymali, może tobie z jego powodu odpuszczają? Rzeczywiście, mówię, ten nurt myślenia nie przyszedł mi do głowy, może jest coś na rzeczy. I milczę. Mam plan, dodaję po chwili. I milczę. Jestem dobry w milczeniu.

Po chwili słyszę chichot, wiedziałem, chichoce Korwat, że druh drużynowy ma jakiś plan. Eh, co to za plan, zbyłem go niby, planów można obmyślić dziesiątki, setki… Idzie o cel. A ten jest prosty, genialny, prościutki. Trzeba ich zmusić, ciągnę, żeby mnie aresztowali i osądzili. A potem rzecz nagłośnić. To bardzo ważne. Przed tym będą się bronić rękami i nogami. Z obawy, że stanę się niezależny. To ich koszmar. Opozycjonista od nich niezależny. A ja i plan mam, i cel… ale to wszystko. Nie chcę się narzucać. Korwat zaciekawiony, zirytowany milczeniem, w jakie znowu zapadłem, pyta w końcu: Więc jaki jest ten plan druha drużynowego? Prosty, nieprawdopodobnie prosty, mówię, tylko proste plany są dobre, inne noszą w sobie zarodki samozniszczenia. Streszczę ci go tutaj w kilku zasadniczych punktach, jak metodyka pracy z harcerzami zaleca.

Posłuchaj… i kilka chwil później Korwat śmieje się głośno jak szalony, jakby miał na powrót dziesięć lat. Tak, śmiałeś się Harcerzu Rzeczpospolitej Piotrze Mateuszu Korwacie, głośniej i głośniej. To stało się nawet krępujące. Podpici Rosjanie patrzą na nas porozumiewawczo, któryś z nich wyciąga w naszym kierunku papierosy. Nawet tego nie zauważyłeś. Dopiero później zrozumiałem, że śmiałeś się tak dla własnych powodów. Nie z podziwu dla mojego planu, czy choćby z sympatii do mnie. Może powinienem czuć się dotknięty. Choć to chyba lepiej. Bo w równym stopniu staliśmy się dla siebie narzędziami. Dlatego ja nie mam dzieci, Korwacie, Bożena wytłumaczyła mi powody, ujęła to lepiej niż ja. A wy możecie się domyślić. Jesteście chytrzy, bezwzględni, i tylko tak możecie reprodukować tę waszą łże-elitę. Ja pokazałem Korwatowi drogę ucieczki, i za to mnie odegnaliście, potępiliście. Bo ja czyniłem dobro, a wy zło. Dobra czynić nie potraficie. Genetycznie nie jesteście do tego zdolni. A więc Korwat śmiał się przez długą chwilę, to było naprawdę krępujące, na szczęście przestał i powiedział: Tak, zrobię to, druhu drużynowy, i śmiał się dalej.

Kilka dni potem, mieliśmy ostatnią sobotę sierpnia i wakacji, przed Cedetem, tanim, popularnym domem towarowym, wrzask, rwetes, tłum rodziców i dzieci, płacz, zdenerwowanie, potrącanie się i ciągnięcie za ręce, za rękawy, za skraj spódnic. Korwat przyszedł na czas, w samo południe. Udał, że mnie nie widzi, ale jak tylko rozejrzał się wokół, dostrzegłem w jego oczach błysk paniki. Tyle roboty na marne, pewno myślał, kto mnie w takim tłumie dostrzeże, wyłowi i aresztuje? Kto w ogóle mną się tutaj zainteresuje? Przygryzł wargi i wcisnął się do środka, a ja za nim. Tam pięściami, łokciami rozpycha się i młóci, i już jest na schodach. Dokąd się pan tak spieszysz?, ryknęła nagle kobieta, a dzieciak w ryk. Uważaj pan, tutaj są dzieci, pogroził mu stary mężczyzna. Korwacie, z premedytacją przycisnąłeś bachora kolanem, chwała ci za to, jako Harcerzowi Rzeczpospolitej podwójna. Wrzask dzieciaka ściągnął na ciebie uwagę. Nie wiedziałem, że jesteś w tym tak dobry. Na pierwszym piętrze, jak tylko skierowałeś się w stronę balustrady, już cię mieli. Już ciebie namierzyli. Gdyż to tę balustradę ukochali nasi kartkowicze, z jakiegoś powodu lepiej im się stąd niż skądinąd rzucało ich ulotki. I robili to bez porozumienia ze sobą. Nie wiem, o czym to świadczy, ale na pewno o czymś, i z tego też trzeba się będzie tłumaczyć. Kiedy zacząłeś przepychać się w kierunku balustrady, ni stąd, ni zowąd podeszło do ciebie dwóch byczków w cywilu i poprosiło, abyś udał się z nimi cicho i grzecznie.

I kiedy zobaczyłem, jak wymaszerowujesz z tłumu otoczony gromadką podobnie ubranych mężczyzn, wiedziałem, że pierwszy punkt planu zrealizowałeś pomyślnie, za co ci chwała, Korwacie, mimo że lak do zapieczętowania paczki wziąłeś od Magdy. Bo dobry prawnik zawsze ma lak pod ręką, to wiedzą wszyscy, chociaż czy istnieje coś takiego jak dobry prawnik jest punktem spornym. To tylko retoryczny wtręt dla żartu, Magdo, nie obrażaj się na mnie. A tobie, Piotrze, tobie nadałem najwyższy harcerski stopień. Tak, to ja z ciebie uczyniłem Harcerza Rzeczpospolitej. Nikomu o tym dotychczas nie wspomniałem, bo i po co? Nie chciałem, żeby zrobili ci krzywdę, tak jak ją mnie zrobili. Jak mnie z harcerstwa usunęli. Ciebie niby bronili, niby właśnie przede mną. To tacy ludzie. Mam nadzieję, że doceniasz mój gest, Korwacie. I dobrą wolę. Niech ci ta godność służy i będzie gwiazdą przewodnią w dalszym życiu. A przy okazji załatwiłeś rodzinne porachunki. No sam widzisz, jak rzeczy ładnie się ułożyły. Jak ze zła dobro się wykluło.

 O godz. 16, jak było umówione, stawiam się przed wejściem do Pałacu Mostowskich, staję przed bramą i wpatruję się w wartownika bezczelnym wzrokiem. Spieprzaj gówniarzu, on na to, pedale i maminsynku. Już cię nie ma. Ja nie ruszam się z miejsca. Uśmiecham się porozumiewawczo, jak ci Rosjanie w Łazienkach. On patrzy na mnie wzrokiem wściekłym, tępym. Nagle mu kark czerwienieje i rzuca się na mnie. Nawet się nie spostrzegłem, jak leżę na ziemi i wrzeszczę wniebogłosy. Rękę to mi wykręcił fachowo, gdybym się ruszył bodaj o milimetr, coś w środku by pękło. Doigrałeś się, gówniarzu, on do mnie. Ja bez ruchu, spokojnie, wrzeszczę tylko, bo nie chcę prowokować go dalej. Na szczęście krzyki sprowadziły oficera. Obywatelu kapitanie, ten gnój puścił do mnie oko, kłamie wartownik. To weź go na wartownię, mówi kapitan. Żołnierz postawił mnie na nogi i wprowadził do budynku. Tam mnie zrewidowali, w dowodzie znaleźli ulotkę, między sobą na jej i mój temat szeptać zaczęli. Słyszałem poszczególne słowa, dzwonki telefonu, tupot pospiesznych kroków. To prowokacja, powtarzał kapitan głosem złym, sepleniącym, z tej chyba przyczyny, że przednie dwie jedynki miał ze złota. Po trzech, czterech kwadransach biorą mnie pod ręce i prowadzą na górę, na przesłuchanie.

 Tam w gabinecie jasnym, obszernym, za biurkiem wielgachnym siedzi czterdziestolatek, a więc mówię: Dzień dobry, panie majorze. On patrzy na mnie zdziwiony, dzisiaj myślę, że tylko udawał, że tym sposobem chciał mnie z równowagi wytrącić. Nie grajcie głupa, mówi, ta ulotka pasuje jak ulał, to jedna z tych, co je dzisiaj do analizy daliśmy. Nasz tajny współpracownik Zorro dostarczył nam rankiem całą paczkę takich ulotek. Zalakowaną, a jakże. Na słowa te przybrałem wyraz twarzy „Ja nic o tym nie wiem, przysięgam”. Nie spodobało się to oficerowi. Popatrzał na mnie wzrokiem złym, ostrym, i rzekł: My wiemy o was wszystko, Rolecki, przyznajcie się po dobroci, wyraźcie skruchę, okażcie gotowość zadośćuczynienia, i do domu. Ja właśnie po to przyszedłem, panie majorze, mówię, żeby się do wszystkiego przyznać, całą winę wziąć na swoje barki. W tym miejscu major przerywa i mówi: Wy mnie, Rolecki, pod włos nie bierzcie, wy nawet tego nie próbujcie, ja dla was jestem obywatelem majorem. Panem to ja jestem dla Zorra. Zorro sam z siebie przyszedł?, pytam cicho, potulnie. A co myślicie, chichoce major, jasne, że sam z siebie. Wy naprawdę nie wiecie, na jakim świecie żyjecie, wy jeszcze myśli ułożyć nie zdążycie, a my już ją znamy. Nie bez kozery przychodzą do nas najlepsi. Więc „Zorro” jest taki dobry?, pytam cichutko, wpatrzony w niego jak w obrazek. A co, myślicie, że jest inaczej? Czy nie zdobył waszego zaufania? I patrzy na mnie szyderczo, i w twarz się śmieje. Major Łędź (dowiedziałem się później, że takie nosił nazwisko), był wysuszonym, siwiejącym czterdziestolatkiem o rysach ostrych, oczach wypukłych jak u ryby, przykrytych grubymi soczewkami. Na ulicy wziąłbym go za dziennikarza lub naukowca, a więc za jednego z was, łże-elito! A więc wstydźcie się, płaczcie, zawodźcie za brata waszego utajnionego. Bo on jest wami, a wy jesteście nim.

 Unoszę dłoń i patrzę, a dłoń jest mała, mała, malutka. Więc opuszczam ją szybko. Czerwone plamki na Pałacu mają wokół niebieskie otoczki. Korwat siedzi w dole mały, malutki. Obok niego wstaje, wstaje, i wstać nie może, Magda. Magdo, spójrz na Bożenę! I ty, Dębski, także! Prawda, jej tutaj nie ma. Zapomniałem. Harcerzu Rzeczpospolitej Piotrze! Miałeś wtedy osiemnaście lat. Byłeś za młody. Major Łędź wychwalał cię jako agenta. Wiedziałem, że łże jak najęty. Ale co mogłem zrobić? Liczy się sprawa, nie ludzie. Sam przyznasz.

 Nie dziwię się, ciągnę, że Zorro na mnie doniósł, on po prostu nie może inaczej, taki z niego słabeusz, nieudacznik. Na obywatela majora też doniesie. Ostatnią rzeczą, jakiej chciałem, było wciągnięcie go w tę robotę. Ale on mnie błagał, nalegał, więc pomyślałem: dobrze, dam mu tę szansę. I mówię: Jako instruktor harcerski odpowiedzialny jestem za twój duchowy rozwój, a więc weź, proszę, i przechowaj tę paczkę. W środku są strony sportowe „Trybuny Ludu”, co je wysyłam znajomemu. Paczka, jak widzisz, zalakowana, bo strony te ludzie, na konto przyszłego komunizmu, już sobie bez zapłaty za darmo biorą. Zgłoszę się do ciebie za kilka godzin. Zresztą nie, zadzwonię jutro z rana, bo teraz idę na zakupy, trzeciej ręki mi braknie, jak nie czwartej. Ja oczywiście nie wierzę, że Zorro jest agentem obywatela majora. Na to jest on po prostu za słaby. Brak mu tego czegoś, co sprawia, że my, chociaż po przeciwnych stronach, szanujemy siebie jako ludzi walki. A Zorro mdleje, słabnie, jego wola w wosk się przemienia, czy może, jak sobie obywatel major życzy, w lak. Zresztą cała rodzina tam taka, kuzyni, dziewczyny kuzynów. Pan z nich pożytku mieć nie będzie, ani ja.

 Widzę, że major słucha mnie z pełną uwagą, i beztroski uśmiech znika mu z ust. Jestem na dobrej drodze, pomyślałem. Przybrałem wyraz twarzy ponury i zarazem uroczysty, i rzekłem: Biorę na siebie pełną odpowiedzialność za czyn Zorra. To ja napisałem te ulotki, ja złożyłem je w paczkę i zalakowałem. I oszukałem druha Piotra Korwata, zwanego przez obywatela majora Zorrem, mojego wychowanka z harcerstwa. Spotkałem go w sobotę przed Cedetem, niepotrzebnie uległem jego prośbom, skąd mogłem wiedzieć, że go od razu zgarniecie, gratuluję. A teraz domagam się aresztowania, procesu, zeznań świadków, artykułów w prasie, kroniki filmowej i kajdanek przy wyjściu. Jestem przywódcą opozycji. Za mną stoją tysiące. Aresztujcie mnie. Żądam tego.

 O, ty gnojku!, zaryczał naraz major, a czerwień kark mu niby szalikiem spowiła, ty gnojku, ty mną manipulujesz, ty? Podpisuj zaraz, że tę rozmowę, tę konsultację, utrzymasz w tajemnicy. Że nic o niej nikomu nie wspomnisz, nigdy. I pióro mi w rękę wciska, papierki przed oczy podsuwa, a ja podpisuję. Przyznaję: w osłupieniu. Przyznaję: utraciłem kontrolę nad tym, co robię. Ja podpisuję, on krzyczy. Procesu ci się zachciało, gnojku!, słyszę. Na proces trzeba sobie zasłużyć, zapracować! Ja nawet nie wiem, i mnie to nie obchodzi, który z was wpadł na ten pomysł! Co, wy nas ośmieszyć chcecie? Na to się porywacie? Ja grożę Korwatowi jak komu dobremu, krzyczy major, a on śmieje się zadowolony, rozbawiony, jakbym mu przysługę jaką czynił. Więc dowiedz się pan wreszcie, że my od robienia przysług nie jesteśmy! My jesteśmy od całkiem innych rzeczy! Jeśli o mnie idzie, wysłałbym was do czubków jeszcze tego wieczora, ale szef się obawia, że moglibyście odwalić kitę. I co wtedy? Wolna Europa nie dałaby nam spokoju! Wypierdalaj!

 Sami widzicie, że jak najszybciej moją znajomość z Łędziem zerwać postanowiłem. Wstaję blady, z błyskiem zdecydowania w oku, a on: Dokąd to?, ryczy. A więc siadam, może mnie jednak aresztuje, myślę, a on: A przepustkę to wam podpisałem, czy jak? Nic oczywiście nie rzekłem, lecz on i tak podpisał. Obawiałem się trochę, że wychodząc natknę się na Korwata, ale miałem szczęście. Za to wartownik naprawdę mnie zdenerwował. Na mój widok przybrał postawę zasadniczą i zasalutował. Nie będę wam tu mówił, co czułem, bo i tak nie pojmiecie. W domu matka zrobiła mi awanturę, że znikam na pół dnia bez uprzedzenia: zaczerwieniłem się i przeprosiłem. Przerwała w pół słowa i popatrzyła na mnie z niepokojem. Bo ciągle byłem w szoku. Dopiero kiedy zostałem sam w swoim pokoju, dotarły do mnie słowa majora. O tym, że na proces trzeba sobie zasłużyć. Za kogo on mnie bierze?, pomyślałem, ja ci jeszcze pokażę, majorku, ja cię jeszcze dorwę, sukinsynie.

 Wkrótce dostałem wiadomość, że Korwat leży z depresją w szpitalu psychiatrycznym. Rzekomo po przeczytaniu mojego zeznania. Wkrótce wyrzuciliście mnie z harcerstwa. Jak złodzieja, za czyn niehonorowy. Przestaliście poznawać mnie na ulicy. Chodziłem ze wzrokiem wbitym w ziemię, mimo że to ja wyleciałem ze studiów, a nie wy. To ja się nadstawiałem, gdy wy kryliście się po kątach. Pewnie myśleliście, że im bardziej wdepczecie mnie w błoto, tym bardziej elitą się staniecie? Wasze niedoczekanie! Stało się odwrotnie! Czy chociaż zastanawialiście się kiedyś, dlaczego powiedziałem te wszystkie kłamstwa o Korwacie? Oczywiście, że nie! A więc wam teraz powiem. I tobie także, Piotrze. Zrobiłem to, aby cię wysłać na drogę do wielkości. Tak, do wielkości! Nie chciałem, abyś osiadł w roli zwyciężonego bohatera, odrywał kupony od klęski. Tak można przeżyć życie. Stać cię na więcej!

 I chociaż odrzuciliście mnie, potępiliście, to ja miałem rację, a nie wy! Dla mnie zwycięstwo, dla was klęska! To wasi wysłannicy przyszli do mnie do Ministerstwa i ukorzyli się. Z kwiatami, rumieńcami, drżącymi rękoma. A kiedy powiedziałem, po wysłuchaniu ich prośby, a była dziesiąta rano: W takim razie wypijmy na zgodę!, wypiliście bez zmrużenia oka. Wy, pedagodzy, wy, wychowawcy, po sto gram ciepłej luksusowej! Z samego rana! A ja tylko usta w wódce zamoczyłem, kieliszek pełen na środek stołu odstawiłem. Tak, żeby każdy widział. Bo wy do mnie przybyliście z chciwości, judaszowych srebrników pożądając.

 Więc czemu, pytam, chwilę przedtem śmieliście się, rechotaliście, dowcipy o kondonach w kształcie Pałacu opowiadaliście? Kiedy Pałacu nie będzie, to i kondonów w jego kształcie również! A na jego miejscu odbudujemy domy, teatry, dworce, i naszą dawną szkołę imienia Tomasza Zana. Czy wiecie, że gdzieś pośród tamtych budynków stał dworek? Z ogrodem wielkim, sadem niemal? W sercu miasta, tam, gdzie dzisiaj straszy pustka Placu Defilad. Dworek odbudujemy. Drzewa posadzimy. Przylecą ptaki, odrodzi się przyroda, nastanie nowe życie. Nieistniejące ulice zaistnieją. Śliska 1 znów będzie adresem Zana. Do nowych domów przyjdą ludzie z MDM. Później zburzymy MDM, i przeniesiemy tam mieszkańców Muranowa. I tak krok po kroku, w każdym mieście, miasteczku, wsi. Zbudujemy nową Polskę! Zbudujemy Polskę tradycyjną! Bo prawdziwa nowość to tradycja.

 Ale wy nie będziecie już przywódcami, wasz czas dobiega końca. Rozsypiecie się tak jak Pałac. I nie pomogą jęki, błagania, picie wódki o dziesiątej rano. Spójrzcie w okno! Spójrzcie tam wszyscy! Popatrz i ty, Korwacie! Ile ty mi zawdzięczasz! Twoja depresja długo nie potrwała, ze studiów cię wyrzucili, jak tego chciałeś! Wyemigrowałeś, zrobiłeś majątek! Inwestuj w Polsce! Wybuduj Korwat Tower! Jedną, drugą! Trzydziesto-, pięćdziesięciopiętrową! A ty, Magdo, czy nie urodziłaś trzech synów? Trzech młodych Dębskich, moich dziedzicznych wrogów, ale trzech synów! A wszystko dzięki mnie.

 Pytacie się, czy się boję? Ja, potężny? Patrzcie, podnoszę rękę, bo mój ojciec powiedział: Biada tym, co nie podniosą ręki, kiedy nadejdzie czas! Ten czas właśnie nadchodzi! Spójrzcie na Pałac: błysk jest już niemal niebieski. Oznaka bliskiego końca. Zaraz się on zawali, na części rozpadnie. Pozostanie zwieść gruzy, i do roboty. Do odbudowy, budowy! Ale wy ręki nie podnieśliście, i dlatego znikniecie, odejdziecie. Wasz czas się skończył. Już nie istniejecie.

 Popatrzcie na mnie, zaciskam prawą dłoń, i prawa część Pałacu się osuwa. Zaciskam lewą, i lewa spada w nicość. Czujecie wiatr? To wiatr historii, wiatr zniszczenia. Historię robią silni, nie słabi! Ja robię historię, a wy nie.

 Widzę, że w końcu zrozumieliście. Magdo, nie krzycz, nie biegnij, jest już za późno. Przed wiatrem historii nie ma ucieczki. Lekarze też nie pomogą, ci łże-medycy, co biegną nie wiadomo dokąd i po co. I dziennikarze. Was zresztą lubię bardziej. Wy wiecie, że sumienie jest tam, gdzie jest siła. A tej nie macie.

 Moja siła, podnoszę prawą rękę, i prawa część Pałacu się wali, podnoszę lewą, i lewa strona upada. Ja jestem wszechpotężny! Czujecie powiew historii? Drżą ściany, już nie ma oparcia, błyski fleszów to flesze śmierci. Niebieskie flesze cyfrówek, niebieskie eksplozje Pałacu. Dziękuję. Zwyciężyłem.

Ingo Schulze we Wrocławiu – 26 maja

Pierwsze zdanie, jakie mi przychodzi do glowy, to: “Mówisz – masz”. Otóż 4 kwietnia wzmiankując o premierze nowego zbioru opowiadań Ingo Schulzego pomarzyłam sobie, że miło by było posłuchać tego autora podczas MFO we Wrocławiu. A tu proszę: Schulze będzie u nas 26 maja. Jeszcze nie wiem, gdzie i o której oraz czy to na 100 %  ja będę miała (dziką!) przyjemność poprowadzić spotkanie, ale jak się tylko dowiem, to doinformuję. Serdecznie zapraszam już dziś,

Przy okazji muszę złożyć samokrytykę – pierwszy zbiór opowiadań Schulzego, który mnie zauroczył, nosi tytuł ” 33 mgnienia szczęścia” a nie, mea culpa, wiosny, jak napisałam w tamtej notce.

*

Potwierdzam:  26 maja, Biblioteka Niemiecka przy Bibliotece Wojewódzkiej w Rynku. Godzina 16. 30.

Matki

Dzisiejszy wpis sponsoruje nie tyle zbliżający się dzień matki, co bieżące lektury.  W tym urzekające „Rozświetlone pokoje” Brytyjczyka Richarda Masona, 30 –latka, który ma już na koncie trzy świetnie przyjęte powieści i zadziwił mnie dojrzałością. W takich wypadkach zawsze sobie myślę, że w tym wieku naprawdę powinno się już przestać ganiać za własnym ogonem i kontemplować kryzys twórczy, tylko zająć innymi. Jak się właśnie Mason zajmuje starą matką i jej córką, wcale nie ograniczając się do rozbudowanych portretów psychologicznych. Portrety też, ale poza tym mnóstwo się w tej powieści dzieje i nie jest to związane z pościgiem za sektą czy  innymi takimi, co się nam kojarzą z „akcją”.

Ale nie wspomniałabym o Masonie, gdyby nie powieść Mariny Mayoral, Prawie doskonała. Książki o matce szczególnego typu, bo matce -pisarce, z pewnych szczególnych względów rozliczającej się z życiem (nie  chodzi mi o fundowanie suspensu, tylko nie napisałam jeszcze zamówionej już recenzji i nie chcę się wyprztykać), zwłaszcza z tego, jaką była matką.  Książka to też właściwie „dziecko”, zaplanowane i ułożone, bezwzględnie posłuszne, choć czasem wymykające się spod kontroli, mówiące o autorze coś, co niekoniecznie chciał zwerbalizować.  Tymczasem naturalny, syn albo córka, to byt, nad którym nie daje się zapanować, choćby się było znakomitym psychologiem i miało w małym palcu wszystkie scenariusze życiowe, dzięki czemu łatwiej przewidzieć rozwój wydarzeń. Łatwiej? Otóż właśnie wcale nie i wcale nie chodzi o to, że dziecko bohaterki schodzi na złą drogę. Po prostu nie jest książką. W „Prawie doskonałej” mówi się o zbrodni, ale właściwie cały czas myślałam o tej matce, której się wydaje, że wszystko ma pod kontrolą, potrafi zinterpretować każdy gest, zachować się mądrze, a mimo wszystko przegrywa.

Się kroi

 Tym razem nie będzie mowy  o przeczytanych właśnie książkach. Np. o 700  stronicowym, świeżutkim Stiegu Larssonie, którego pochłaniałam od minionego niedzielnego świtu do wieczora i polecam oczywiście miłośnikom kryminału (choć tego rodzaju sporty raczej odradzam – trzeba szanować oczy).

Tym razem ogłaszam po prostu nadejście sezonu nominacji i rozpoczęcie wyścigu o nagrody. Za nami już Silesius, daleko przed nami Angelus, a przedstawiona póki co długa lista kompletnie niczego jeszcze nie przesądza. Już znane są typy do nowej nagrody ukonstytuowanej w Gdańsku, ale to poezja, więc niech się inni martwią. Mnie ciekawią natomiast dwa werdykty, które ogłoszone zostaną 21 maja, być może tego samego dnia – już sprawdzam, nie, o Nike ani słowa ( i w ogóle na oficjalnej stronie nic się nie dzieje), ale utarł się już zwyczaj ogłaszania wyselekcjonowanej dwudziestki pierwszego dnia targów. Drugie, pewne już i ścisłe nominacje, po 5 w kategorii : poezja, proza, esej, to oczywiście Nominacje do Nagrody Literackiej Gdynia. Pożyjemy, zobaczymy, skomentujemy

I jeszcze jaskółka z innej beczki, takiej bardziej „kumplowatej”, choć nie mam przyjemności: potwierdzony został wreszcie termin oficjalnej premiery powieści Magdaleny Miecznickiej,  Informacja na dziś  brzmi tak, że„Cudowna kariera Magdy M.”ma się ukazać 3 czerwca. Ciekawe, czy news ten będzie aktualny również jutro, bo zapowiedzi było już co niemiara. Tak długi okres szlifowania może zowocować jedynie arcydziełem. Pożyjemy, poczytamy, skomentujemy. W każdym razie w kuluarach

Suche i wilgotne

Odpowiednio: trupy niemieckie i trupy rosyjskie, opisywane przez Leona Degrelle’a, którego opisowi przygląda się z kolei Jonathan Littell w eseju pod tymże tytułem. Na fali wielkiej popularności Łaskawych Francuzi zmontowali z jego sporego szkicu aż książkę, niedostatek tekstu nadrabiając fotkami, ale co tam – rzecz jest naprawdę ciekawa. Jako bardzo oryginalna próbka pracy warsztatowej nad językiem i symboliką, zaczerpniętymi  z autentyków, takich jak poddawana tu wiwisekcji „Kampania rosyjska”, a następnie przełożonymi na fikcję.

Nad „Łaskawymi” autor pracował pięć lat (krótko, zważywszy na rozmach i objętość książki, blisko 1500 stron przypomnę), a wprawiał się  m.in. tak, jak to widać w „Suchych i wilgotnych”. Rzecz przygotowuje się na majowe targi w Warszawie, lecz polecam ją już, nie tylko jako pomoc naukową dla adeptów pióra. I nie chodzi o to, czy się Littella lubi, czy nie, oraz jaką miarą mierzy się jego cegłę ( w sensie: jak daleko czy blisko jej do arcydzieła) – szanować go jednak wypada.

Przyjemność tekstu

Nie mogłabym nie zacząć od zacytowania fragmentu książki Rolanda Barthesa, zatytułowanej właśnie „Przyjemność tekstu” (wyd. polskie 1997, w przekładzie Ariadny Lewańskiej). Oto cytat: „Jeśli godzę się sądzić tekst według przyjemności, nie mogę pozwolić sobie na stwierdzenie: ten jest dobry, a tamten zły. Żadnych odtąd wieńców laurowych, żadnej krytyki, bo ona zawsze zakłada jakieś zamierzenie taktyczne, użyteczność społeczną, najczęściej zaś przykrywkę wyobraźni. Tekstu nie mogę rozważać po aptekarsku i wyobrażać sobie, że da się go doskonalić, że podejmie on grę normatywnych predykatywów: tego za wiele, a tamtego za mało; tekst (tak samo bywa z głosem, gdy śpiewa) wyzwala we mnie jedyną ocenę, zawsze bez przymiotników: to jest to! Więcej nawet: to jest dla mnie! Owo „dla mnie” nie jest ani subiektywne, ani egzystencjalne, lecz nietzscheańskie…”

Nie będę się wdawać w rozważania, co takiego jest nietzscheańskie, ani co – w odróżnieniu od francuskiego semiologa – muszę, a nie mogę robić z tekstem. Natomiast dwoma rękoma podpisuję się pod  to jest to. Dla mnie. Dobre, ważne, warte swojej ceny.

A piszę o tym, bo dość często proszona jestem przez krewnych i znajomych o polecenie czegoś „przyjemnego do czytania”. Pomijając już, że czuję się wtedy jak sklep całodobowy,  to zazwyczaj głupieję w takim momencie, bo zwyczajnie nie wiem, co dla kogoś będzie na 100 procent przyjemne.  Jedynym wyjątkiem jest moja mama, którą znam najlepiej ze wszystkich znanych mi ludzi.

Co to znaczy przyjemność? Czy chodzi o wprawienie się w stan bezmyślnej błogości czy może o łyk adrenaliny, jaki się łapie po przepłynięciu 7 km kajakiem z piorunami na karku. O przyjemność podziwiania słownej żonglerki czy o poczucie, że z książki wyniosło się jakąś cenną wiedzę o sobie samym albo o rzeczywistości. Własnej czy kompletnie egzotycznej? Etc, etc.  I co mi zostaje? Bawienie się w profilera czy też uczyć się moich znajomych pod kątem tego, co by tu, teraz,  w pociągu czy w poczekalni u dentysty, w chorobie, dołku lub ekstazie chcieliby sobie przeczytać?

Niby można się ograniczyć do wciskania ludziom rzeczy z gatunku „to jest to”, ale odczuwam szczerą rozpacz, kiedy „to jest to” okazuje się nie „dla nich” i niestety się o tym dowiaduję. Tego się nie robi krytykowi, po prostu.  Bo jak się robi często i w oczy, to naprawdę traci chęci do bezinteresownego dzielenia się skarbami z kimś, z kim chce się dzielić przede wszystkim. Natomiast jeśli można to na tym zarobić, to jak głosi wers mojego ulubionego songu Homara – „No!”

Sława to bezzębna starucha

Taki cytat, z Verlaine’a bodaj, znalazłam przed laty w monografii Renoira – malarza, który długo musiał czekać na uznanie. Nie wiem, jak to w przypadku artystów plastyków wygląda dziś, jeśli zaś chodzi o pisarzy to dobrym przykładem na potwierdzenie prawdziwości tezy jest fakt, ze Nobel nie trafia się przed pięćdziesiątką, a i tacy „młodziacy” jak Pamuk (rocznik 1952, Nobel w 2006) trafiają się rzadko. Tak, ja też się zastanawiam, czy kasa i sława nie przychodzi trochę za późno i co właściwie z nią robią? Może to przede wszystkim rekompensata dla rodziny za trud życia z artystą-potworem?

„Sława = starucha” przypomniała mi się przy okazji lektury „Pośmiertnej sławy Hectora Kiplinga” wysmażonej zgrabnie przez Dawida Thewlisa, który, jak się to ładnie nieraz splata, w „Całkowitym zaćmieniu” Agnieszki Holland wcielił się w postać Verlaine’a właśnie.  Ostatnimi czasy dorabia sobie jako jakiś tam czarodziej z kolejnych części „Harry’ego Pottera” (sorry, droga młodzieży, ale to nie moja bajka), a w antraktach reżyseruje, gra na gitarze, pisze wiersze i powieści, w każdym razie jedną już wydał w roku 2007.

Pozwoliłam sobie na użycie słowa „wysmażona” i inne drobne złośliwości, lecz bez przesady. Dawno nie czytałam tak zabawnej książki o artystach. Książki, w której autor nie rozczula się nad losem przeklętym, ale śmieje się w kułak z kabotyństwa, zawiści,  kryzysów twórczych, niemoralności, małostkowości itd. Nie ukrywam, że do stworzonego przez Thewlisa szablonu poprzykładałam sobie kilka znanych mi z „realu” postaci i nie powiem, żeby odczuła jakąś satysfakcję, lecz zwyczajną ulgę, że komuś zechciało się stworzyć nieco inny portret i spojrzeć na sztukę z dystansem.  Pewno że pisarze nie raz to już robili, lecz czy w swoich opowieściach zawarli choć garść prawdy o sobie samych? No cóż, dobrze, że jest jeszcze taka instytucja jak biografowie.