Rzeczy pierwsze, teksty drugie

Kto w 2003 roku słyszał o Hubercie Klimko-Dobrzanieckim?  Karol Maliszewski i ja. Tzn. Karol podesłał mi „Stację Bielawa Zachodnia”, żebym coś powiedziała. Nawet napisałam, w śp.  starej czytelni „Polityki”, ale ani jej już nie ma, ani w przepastnym archiwum nie mogłam tego znaleźć. Mniejsza już o to, co tam nasmarowałam, główna myśl była taka, że coś mi się to wszystko nie układa w jeden zbiór. Osiągnąwszy zasłużoną sławę, dzięki nie mnie oczywiście, a kapitalnemu „Domowi Róży” ( o czym wspominam, bo i Hubi nawiązuje do tej historii w swojej najnowszej książce), autor książkę wznowił, ale już nie w pierwotnej formie. Natomiast w rzeczonym zbiorze, który wyjdzie jesienią w Znaku, właściwie miejsce znalazło to, co jakoś wtedy kompozycyjnie nie pasowało. To jedno, może dwa lub trzy (w mojej wylewającej się z półek bibliotece szukać nawet nie próbuję) opowiadania pierwsze, które w zbiorze opowiadań o charakterze autobiograficznym grają tak, jak powinny.

A poza tym nówki, w tym ekscytująca opowieść o tym, jak Hubert Klimko-Dobrzaniecki został pisarzem. Zdradzę tylko, że aby dać zadość wróżbie pewnego Japończyka. W czym ów Hiroshi odkrył prawdziwe powołanie kolegi, tego nie zdradzę: „Rzeczy pierwsze” wyjdą jesienią.

A „Teksty drugie” to druga część książki Janusza Rudnickiego, jaką już zapowiadałam. Nie po raz pierwszy Rudnicki przepisuje po swojemu cudze życiorysy, komentując pewne zachowania i odruchy po swojemu (najczęściej klnąc bez litości). Trick taki zastosował już w zbiorze „Mój Wehrmacht”, a wcześniej w „Listach z Hamburga”, gdzie ścigał Schulza, Nałkowską i Dąbrowską (tym dwu paniom dobrał się do dzienników). Tym razem dokonuje wiwisekcji m.in. na Almie Mahler i na Andersenie.

Ale najbardziej smakowitym kąskiem jest kawałek finałowy, w którym to Rudnicki wyprawia cuda z rodziną Joyce’ów. I choćby dla niego warto poczytać jak pisarz czyta innych. Jak pisze, kiedy po prostu pisze, a nie przepisuje, tego już nie będę chwalić. 

 

 

To wy mi coś opowiedzcie

– tak Hanna Krall zwykła odpowiadać na spotkaniach autorskich, gdy publiczność prosi ją o opowiedzenie jakiejś historii. Wyczytałam o tym zapewne w jednym z wywiadów, bo na żadne autorskie spotkanie z pisarką nie miałam okazji się załapać. To w Polsce rzadka gratka. Chociaż gdynianom udało się ją namówić.

Tak czy inaczej, wybór „Różowe strusie pióra” (w jakie za poradą pewnej pani pisarka powinna się przystroić na wesele wnuka) składa się z fragmentów listów i wypowiedzi. Te pierwsze (oraz wszelkie cytaty) zaznaczone są kursywą, te drugie… Ano właśnie, czy to cytat oddany literalnie, czy też opowieści odtworzone z notatek, pamięci, wyobrażenia, jakie pozostało po rozmowie? Zastanawiam się, bo przecież brzmi jak zawsze: tak że nic dodać, nic ująć. I całość sygnowana jest przecież nazwiskiem autorki. Gdzie tu jest prawda, a gdzie opowieść o tym, jak Krall odbiera rzeczywistość? Co z niej łowi. Co utrwala jej się na zawsze, a co natychmiast wyrzuca z pamięci. Ale najważniejsze pytanie brzmi może – od czego zaczyna? Jaki element może stać się zalążkiem czegoś większego?

Choćby takie różowe strusie pióra.

Eliza Kiljanek

ur. 1978. Pisze, podróżuje, surfuje. Aktualnie pracuje nad debiutanckim zbiorem opowiadań. “Winda” wejdzie w skład tego zbioru.

 

Eliza Kiljanek: Winda

„Około dziesiątej w nocy granatowy jeep wjechał na parking Shady Diner. Na dachu samochodu przywiązane były dwie deski surfingowe. Najpierw wysiadł z niego chłopak. Chwilę się przeciągał, a potem podszedł do drzwi pasażera, aby obudzić dziewczynę. Następnie oboje ruszyli leniwie w kierunku wejścia. Moja druga zmiana dobiegała końca. Marzyłam tylko o tym, aby już znaleźć się w moim gracie, jechać do domu i wziąć gorącą kąpiel. Zamówili dwie czarne kawy, cheeseburgery z frytkami i usiedli przy stoliku. Prawie się do siebie nie odzywali. Wyglądali na dość wykończonych. Pewnie cały dzień spędzili surfując na jednej z pobliskich plaż. Podałam im kawę i zaczęłam rozliczać rachunki. To nie był dobry dzień, nie zarobiłam wiele z napiwków. Około południa zjawił się jakiś typ, co zamówił za pięciu. Nabiegałam się przy nim jak nie wiem, ale on tylko wytarł tłuszcz ze swojego potrójnego podbródka, zapłacił ile wyszło, nacisnął na głowę kapelusz i odjechał swoją ciężarówką. Tak jak już mówiłam, bar zamykaliśmy tuż przed północą. Oprócz mnie i ich dwojga był jeszcze kucharz Gruby Joe i jego dziewczyna, która czekała na niego przy barze, popijając piwo. Tuż po jedenastej usłyszeliśmy warkot parkowanego motocykla a potem do baru wszedł Wiosenna Góra. Zdjął kapelusz, zamówił herbatę z cynamonem i mlekiem i usiadł przy barze. Siedział tak dobre pół godziny i jak zwykle pisał coś w pamiętniku. Swoją drogą, jestem bardzo ciekawa, co on tam tak bazgrolił, nawet wtedy, kiedy rozmawiał ze mną. Zaraz po tym, jak przyniosłam ich zamówienie, on wstał i zapytał, czy może dosiąść się do surferów. Dziewczyna zaskoczona skinęła głową. W całej knajpie pełno było wolnych miejsc…”’

Edward odłożył teczkę, w której miał spisany raport, zdjął okulary i przetarł oczy. Było już dobrze po siódmej rano, a on jeszcze pracował. Wlał w siebie hektolitry czarnej kawy z maszyny, która stała na korytarzu, tuż przy drzwiach gabinetu. Podejrzewał, że cała sprawa za kilka godzin rozniesie się i chciał mieć przygotowane jakieś logiczne wytłumaczenie, na to, co stało się na plaży. W przeciwnym razie, większość mieszkańców miasteczka zacznie podważać jego kompetencje, a dla reszty, był tego pewien, stanie się przedmiotem drwin i docinków. Zostanie zapamiętany jako szeryf, którego przerosło zadanie. Szeryf nieumiejący rozwiązać zagadki dwójki surferów i Indianina. Tak go ocenią. Snując te niewesołe rozważania, Edward rozsiadł się w swoim fotelu, zakładając ręce za głowę. Nie wiele udało mu się przez te kilka godzin rozszyfrować, mimo, że na jego biurku przepychały się skrupulatnie sporządzone raporty. Nagle zgłodniał i postanowił udać się na stację benzynową, żeby coś zjeść. Wsiadł do błękitnego Buicka, włączył radio i słuchając jakiejś rzewnej piosenki country, pokołysał się wzdłuż wschodzącego słońca w poszukiwaniu bajgla ze smażonym jajkiem i bekonem.

 - Jestem wykończony, ale było warto. Dawno nie miałem takiej frajdy. Kilka ostatnich zaliczonych fal tuż po zachodzie słońca przypomniało mi o naszym wypadzie na Północny Brzeg poprzedniego lata – powiedział Kai, przeczesując dłonią swoje kędzierzawe loki i z powrotem kładąc ją na kierownicy. – Dostaliśmy wtedy niezły wycisk, pamiętasz? Głupi Dana zaliczył głową rafę i nie mógł startować w zawodach. Mnie poszło całkiem nieźle, piąte miejsce w klasyfikacji…- zamyślił się, zamilkł, ale zaraz otrząsnął i spytał:

- Hej, Nina, chcesz zmienić płyty? Nie śpij mi teraz, dziewczyno, muszę z kimś gadać, bo zaraz sam tutaj padnę. – Nina ocknęła się i zaczęła grzebać w schowku.

- Może być Broken Social Scene? Czy wolisz Bena Harpera? Mów od razu, bo za chwilę znów będę musiała zmieniać.

- Puść, co chcesz – powiedział Kai i kątem oka spojrzał na Ninę. – Wszystko w porządku?

- Nie wiem. Utknęłam – powiedziała i wyciągnęła ustami papierosa z pogniecionej paczki Cameli.

- Jak to utknęłaś? Jeśli chodzi ci o ten wyjazd, to…

- Nie, nie o wyjazd. Wiesz, ja od jakiegoś czasu czuję się jakbym utknęła w windzie, która zatrzymała się pomiędzy piętrami i nie mogę się z niej wydostać ani zjechać w dół, ani jechać w górę, i nie mogę ruszyć się w żadnym kierunku. Naciskam wszystkie guziki, wołam o pomoc, uderzam w drzwi, ale nikt się nie zjawia. Zmęczona oczekiwaniem osuwam się na podłogę i nasłuchując kroków, zasypiam. A kiedy trochę odpocznę, znów zaczynam szukać wyjścia z tej cholernej windy. Guziki są już prawie wciśnięte na stałe, a drzwi wgniecione od uderzeń moich pięści. Ja muszę się z niej wydostać, rozumiesz? – głos miała naprawdę zmęczony. – To trwa już za długo. Myślisz, że mi się uda, zanim oszaleję? -  spytała nagle, wpatrując się w profil Kaia.

- Myślę, że tak – odparł Kai z ożywieniem. – Musisz tylko zdecydować, w którym kierunku ta winda ma jechać. Wtedy zjawi się ktoś, kto ją odblokuje i cię uwolni. Może nawet ten pan, w spodniach na szelki i mnóstwem francuskich kluczy, okaże się całkiem fajnym facetem – próbował żartować, ale Nina nawet się nie uśmiechnęła. W samochodzie zrobiło się cicho. Kai położył dłoń na kolanie Niny. A ona ostatnim pociągnięciem dokończyła papierosa, wychyliła głowę przez otwartą szybę i wyrzuciła niedopałek przez okno, przez chwilę patrząc za nim, jak upadał na rozpuszczony asfalt. Jeszcze iskrzący papieros odbił się lekko od ziemi i potoczył w ciemność, znikając. Pozostał za nią, w skrawku teraźniejszości, która z prędkością stu dziesięciu kilometrów na godzinę, stawała się już tylko przeszłością.

 - Napiłabym się kawy i zjadła coś – powiedziała po chwili. – Możemy się tu gdzieś zatrzymać?

Mały wycinek teraz przewijał się to w przód to w tył niczym zepsuta taśma na szpulowym magnetofonie, a Nina i Kai płynęli przez rozgrzaną noc o kolorze indygo, dramatycznie rozdzierając ją na lewą i prawą cześć. Indiański łapacz snów zawieszony na lusterku pomiędzy nimi kołysał się w rytmie szamańskiego bębna, którego dźwięk dobiegał z jakiejś odległej, prawdopodobnie trzeciej strony świata, w której nie ma ani kawy, ani cheeseburgerów, ani surfingu.

Kiedy Edward wszedł do baru na stacji benzynowej w Kingrose, był pewien, że jej właściciel Rob, oraz wszyscy, którzy będą tam właśnie przebywać, porzucą swoje kanapki ze smażonym jajkiem i przybiegną do niego, zasypując go pytaniami. Myślał, że każdy z nich będzie podtykał mu pod nos pierwszą stronę lokalnej gazety i kręcił niedowierzająco głową. Bardzo się tego obawiał i całą drogę starał się przygotować odpowiedzi na niewygodne pytania, które mogłyby paść, kiedy on stałby dumnie oparty o barową ladę i miedzy kęsem bajgla a łykiem kawy, udzielał najbardziej niekonkretnych wyjaśnień. Jako szeryf wiedział, że wszystko skupi się na nim, że na pewno przyjedzie telewizja i prasa. Do baru przy stacji wszedł jednak niezauważony i niedowierzając wziął do ręki lokalną gazetę, w której nie znalazł nic na temat dwójki surferów i poszukiwanego Indiana. Stary Rob, właściciel baru nawet nie oderwał wzroku od książki, którą czytał. Obecna tam przypadkowa starsza kobieta fuknęła tylko, gdy ten potrącił jej laskę, przepychając się przez półki ze zdrową żywnością do dzbanka z kawą.

 

„Więc tak jak już mówiłam, Wiosenna Góra przysiadł się do nich, co było dość zaskakujące. Podałam cheeseburgery i jeszcze może dwa razy podeszłam do nich by dolać im kawy. Chłopak i dziewczyna prawie ze sobą nie rozmawiali, a Wiosenne Góra palił papierosa i pił herbatę. Później widziałam, jak rozmawiał z dziewczyną i coś zapisywał, potem wyszłam na zaplecze rozliczyć kasę. Kiedy wróciłam, zobaczyłam już tylko dziewczynę Joe’go, która sprzątała ich stolik. Była już prawie pierwsza, jak ledwo żywa przytelepałam się do chałupy, wzięłam kąpiel i szybko zasnęłam. I kiedy już mi się coś śniło, zadzwonił pan. No to jestem, razem z tą przedziwną przesyłką, którą znalazłam na wycieraczce. Czy nie uważa pan, że czas ją otworzyć?”

Kai i Nina weszli do baru i zajęli stolik pod oknem. Nina wyciągnęła paczkę papierosów z tylnej kieszeni jeansów, zapaliła jednego i zaczęła przyglądać się Indianinowi, który siedział przy barze i cały czas pisał coś w swoim notatniku. A może raczej wyglądało to tak, jakby to notes wpisywał się w niego. Indianin przez dłuższą chwilę w ogóle się nie poruszał, podniósł głowę dopiero, kiedy wypił już połowę swojej herbaty. Wtedy odwrócił się i przez moment przyglądał Ninie, pochylającej się nad menu. Indianin krótko, lecz intensywnie wpatrzył się w jej zaczytany profil, co wyglądało trochę, jakby chciał spojrzeć gdzieś przez nią, po czym z powrotem zabrał się do pisania w notesie.

Kiedy kelnerka przyniosła ich zamówienie i właśnie zabierali się do zjedzenia swoich cheeseburgerów, przy ich stoliku zjawił się Indianin i zapytał, czy może się (do nich) dosiąść.

-  Widzę, że nie jesteście stąd – Wiosenna Góra zwrócił się do Kaia, zapalając papierosa. – Widzę też, że jesteście surferami. Ciekawe, nigdy tego nie próbowałem – powiedział, opierając oba łokcie na stoliku.

- Zgadza się, jesteśmy – odezwał się Kai, wsypując cukier do kawy.

- I jak to jest, oko w oko z ogromną falą? – Wiosenna Góra zwrócił się z tym pytaniem do Niny. Patrzyła na nią para ciemnych, tajemniczych oczu, a cała reszta do nich przyklejona, też była fascynująca. Indianin podniósł dłoń, aby odgarnąć opadający na czoło ciemny kosmyk włosów i założył go za lewe ucho. Nina właśnie wtedy je dostrzegła i w tym momencie zdała sobie sprawę, czego od tak dawna szukała. Tej jednej, jedynej pary idealnych uszu, której mogłaby siebie opowiedzieć, której mogłaby oddać to, co już do niej od dawna należało i tak naprawdę nigdy nie było jej. Pary pięknych, kształtnych uszu, do których, gdyby tylko mogła, wlałaby te plątaninę niezrozumiałych dla niej myśli i pobałaganionych, zaszyfrowanych uczuć, które postanowiły chwilowo w niej zamieszkać.

Indianin milczał przez chwilę, oczekując odpowiedzi Niny. Tymczasem ona wpatrywała się w coś, czego nie było, a co bardzo chciałaby zobaczyć. Obracała w palcach zapalniczkę.

- Widzisz – zaczął Indianin, jednocześnie coś zapisując. – To nie jest tak, że ja chcę, abyś ty mi powiedziała, ale to się musi stać. A jeśli coś musi się stać, to niech się stanie. Wybrałaś mnie, a może raczej to ja ciebie, bo mam parę dobrych uszu. Ale nie jesteś jedyna. Jesteś może tysięczna, albo nawet milionowa. Każdy, kto wchodzi do tego baru, jest zagubiony, nie wie, co ma ze sobą zrobić, nie może sobie znaleźć miejsca. Niezdarnie rozgląda się, a za chwilę już siedzimy razem przy stoliku, a ja słucham jego historii. Palimy, pijemy, czasem jemy, a ja tylko słucham. Czasem są to historie dość ciekawe, mięsiste i nadziewane, czasem są nudne i płynne, a te najgorsze są przezroczyste, z kiepskimi zakończeniami, lub bez. Niektóre pamiętam latami, inne pragnę zapomnieć, ale wszystkie starannie spisuję, jedna po drugiej, cytując dokładnie, jeśli czegoś nie zrozumiałem lub nie usłyszałem. Z żadnej historii nie uroniłem ani jednego słowa. Te najważniejsze podkreślam albo piszę wytłuszczonym drukiem. Wszystkie historie dzielę ze względu na temat, kraj pochodzenia i język, w jakim zostały opowiedziane. To pozwala mi je klasyfikować. Na koniec, na marginesie zawsze zamieszczam kilka informacji o tym, od kogo usłyszałem historię, na przykład kolor oczu, jakieś specyficzne dla niej odruchy, gesty. Notuję, czy dużo pali, co wypiła podczas spotkania i jakie miała na sobie buty – buty i czapki definiują człowieka, wiesz o tym? Kiedy tu wszedłem dziś i zobaczyłem was, pomyślałem, że nadszedł dzień mojego wyzwolenia, że może wreszcie zjawił się ktoś, komu mógłbym opowiedzieć to, co noszę w sobie już od dawna i coś, czego nie powinienem mówić. Coś, co musi ulec dekompozycji, ekstrakcji, coś, co i tak będzie boleć. Ale jak już powiedziałem, jeśli coś musi się zdarzyć, to niech się zdarzy. Bo jeśli się nie zdarzy, to zdarzy się coś innego. Ja mówię teraz do ciebie i nawet nie wiem, czy ty udajesz, że słuchasz. Czy ty jeszcze w ogóle coś udajesz? Jesteś bezwzględna i okrutna. Myślisz tylko o sobie i o tej swojej historii, która nie różni się niczym od żadnej innej, którą już słyszałem. Zrozum to wreszcie.

Indianin przestał mówić i pisać, zamknął notes i zwrócił się do nich: – Jedźcie za mną, pokażę wam coś.

Zebrali swoje rzeczy, zostawili pieniądze na stoliku i wyszli. Indianin wsiadł na swój motocykl i pokazał, aby jechać za nim.

Plaża, do której dotarli po jakichś dwudziestu minutach nie wyglądała inaczej niż każda inna plaża, na której Nina i Kai surfowali. Oboje widzieli już wiele takich miejsc. Tej nocy był przypływ, ocean ryczał, księżyc ukrył twarz w chmurnym dymie, a Nina, Kai i Indianin rozpalili ogień z gałęzi, które uzbierali na wydmach.

– Musicie mnie teraz uważnie posłuchać – powiedział Indianin. Być może po tym, co zaraz się stanie, nigdy już nie będziecie tym, czym jesteście teraz. Musicie mieć tego świadomość. Za chwilę dotknę najgłębszych warstw waszej zesztywniałej, pierwotnej konstrukcji i wyrwę wszystkie zgniłe komórki przeszłości, która nieraz was zawiodła. Dotrę do przepalonych systemów przykrych skutków i zwodniczych konsekwencji i wymienię je wszystkie na nowe, komórka po komórce, warstwa po warstwie – powiedział, po czym odwiązał od motoru swój tam-tam, przyniósł go i usiadł. Wyjął z kieszeni skórzanej kurtki flaszeczkę whiskey, poczęstował Ninę, potem Kaia, a na końcu sam wziął duży łyk, po czym zaczął wybijać na nim transowy rytm. Wszyscy w ciszy patrzyli na ogień, a Nina czuła, jak staje się coraz bardziej i bardziej lekka, rozdziela się na warstwy jak ciasto bakławy, a potem na drobne kawałeczki, aż w końcu poczuła, że sama ze sobą nie tworzy już żadnej całości.

 

Tuż przed piątą rano tego samego dnia, niejaki pan Yun, rybak z pobliskiej wioski zgłosił przedziwne odkrycie pod numerem 112. Na wskazaną przez niego plażę natychmiast przybył szeryf Edward, a wraz z nim jeszcze jeden patrol policji, który po stwierdzeniu, że nie ma żadnych ofiar, odjechał. Zaraz potem wezwano kelnerkę i kucharza Grubego Joe z Shady Diner, bo ktoś widział motocykl Indianina i jeepa surferów pod ich barem jeszcze kilka godzin temu, a teraz oba pojazdy stały porzucone na parkingu dla plażowiczów. To, co wszyscy zastali na miejscu, przeszło ich najśmielsze oczekiwania. Ognisko nadal płonęło, mimo, że nad ranem zaczęło padać, a wokół niego, ponad ziemią, na całej szerokości plaży unosiły się w powietrzu miliony drobnych kawałeczków czegoś, co zdaniem wezwanego lekarza było niczym innym jak ludzkim naskórkiem różnych rozmiarów i kolorów: niebieskim, różowym, żółtym, czarnym, brązowym, pomarańczowym i jeszcze innymi. Szeryf, kelnerka, kucharz i rybak stali nieruchomo w tym deszczu komórek i drobin, niczego nie rozumiejąc. Kolorowe płatki kręciły się wokół własnej osi jak sylwestrowe confetti i upadały miękko na piasek i na powierzchnię oceanu, by zaraz zniknąć.

Kelnerka przyniosła paczkę, którą znalazła rano pod drzwiami. Podejrzewała, że może mieć ona coś wspólnego ze sprawą, więc wzięła ją ze sobą i postanowiła otworzyć w obecności szeryfa. Z dużej, miękkiej koperty wyjęła kilka zapisanych grubych notesów, kilka długopisów i jeszcze coś. W mniejszej kopercie znalazła coś miękkiego, małego, owiniętego kilka razy plastykową folią. Wszyscy wstrzymali oddech, kiedy zobaczyli jak kelnerka wyjmuje z niej parę ludzkich, idealnie kształtnych uszu. Drżącym głosem odczytała kartkę dołączoną do przesyłki: Mówią, że istnieją historie, które powinny zostać nieopowiedziane. A ja wam mówię, że każda jedna historia musi zostać opowiedziana, aby zrobić miejsce nowej, każda historia musi zostać spisana, by starczyło atramentu dla kolejnej, a każda pusta stronica musi zostać zapełniona tak, aby nigdy nie zabrakło papieru.

Przysługi i posługi (niedźwiedzie)

Za nami  rozdanie gdyńskie. Obstawiałam, w prozie oczywiście, kogoś innego, ale szacun dla jury za Świetlickiego. Ciekawe, czy w tym układzie dotrzyma słowa, że kończy swoją przygodę z Mistrzem?

 Ale gremia jurorskie swoje, czyli rzeczy z 2008), a ja swoje, czyli tzw. bieżączka. A wśród niej „Kawa po południu” Łukasza Szopy. Zbiór opowiadań, których akcja toczy się w Bośni, co z miejsca kazało mi pomyśleć, o tym, jak można by usytuować Szopę w „Zaraz wracam”. Ani turysta, ani gastarbeiter, ani pielgrzym. Emigrant , no może bardzo specyficzny, bo niosący poranionym wojną ex-Jugosłowianom pomoc duchową. W postaci pisma literackiego, które ma być dla jego współpracowników swoistą terapią przez sztukę; sztukę, która służyć ma zapomnieniu o tym, co przeszli i przypomnieniu, że są młodzi, energiczni, pełni pomysłów. Czy to się im udaje? Nie za bardzo może, ale książka będąca powrotem do powojennych lat, czasów oglądanych okiem bezstronnego obserwatora, szczerze mnie zaintrygowała.

I nowy-stary (z 1975 roku), słusznie przypomniany zbiór opowiadań cudownego Iana McEwana – „Pierwsza miłość, ostatnie posługi”. Zbiór, który przyprawił mnie nie o zdumienie nie z powodu zawartości (nic tylko czytać i uczyć się od mistrza), ale z powodu opisu na okładce. Otóż, według wydawcy, chodzi tu o łamanie tabu i rejestr perwersji. Jakich, i owszem, w książce nie brakuje, lecz ten kto liczy na pławienie się w pieprzu, raczej się zawiedzie. Za to ten styl, te pomysły  i to zrozumienie dla ludzkich słabości… Klasa sama dla siebie. Dlaczego taką wielkość tak dziwnie się wspiera? Albowiem „opowiadania się nie sprzedają”.

Marcin Królik

Urodzony w Mińsku Mazowieckim w roku 1979. Studiowałem polonistykę na WSH w Pułtusku, a następnie na Uniwersytecie Warszawskim. Obecnie pracuję jako dziennikarz w mińskim tygodniku “Co słychać?” Mój literacki dorobek – na razie skromny – opiewa na kilka opowiadań drukowanych m. in w antologii opowieści autorów ziemi mińskiej “Srebrne źródła” (Mińsk Maz. 2005), czasopiśmie Towarzystwa Opieki Nad
Ociemniałymi “Laski” oraz w Internecie – głównie portal www.pkpzin.com. Do tego felietony w rodzącym się właśnie w naszym małym środowisku twórczym czasopiśmie “Można Inaczej”. Jestem też – kiepskim, bo
kiepskim, ale ciągle obiecuję sobie poprawę – blogerem: www.marcinkrolik.redakcja.pl.

Marcin Królik: Sikoreczka

Po zapaści prababka Leokadia już trzeci miesiąc nie wstawała z łóżka. Wszyscy w kółko powtarzali, że niknie w oczach, ale jakoś wciąż nie może umrzeć. Wyglądała okropnie – wychudzona, z pożółkłą skórą zwisającą z ciała zwiędłymi płatami, zapadniętymi policzkami, sinymi palcami i tym dudniącym, studziennym głosem wydobywającym się z krtani, kiedy coś mówiła. Na szczęście przez większość czasu jej świadomość dryfowała gdzieś pomiędzy jawą i oleistym półsnem, coraz częściej – nawet, kiedy z najwyższym trudem otwierała powieki – zdarzało się jej nie poznawać otaczającej łóżko rodziny.

Pewnego mroźnego, styczniowego popołudnia przyszliśmy jak zwykle ją odwiedzić. Leżała w rozłożystym, staroświeckim łożu z rzeźbionymi zagłówkami, które nabierało jeszcze większej toporności w pokoiku pełnym tacek z piramidami lekarstw. Dziadek staruszek czuwał przy umierającej dzień i noc. Był skonany, wyglądał jak strzęp dawnego siebie – tego, który uczył mnie grać w tysiąca i toczył zajadłe dysputy polityczne ze swoim synem podczas oglądania Dziennika. Nikomu się nie zwierzał ze swoich zgryzot, ale miał nadzieję, że męka jego żony wreszcie się skończy. 

– Od wczoraj wieczora się nie przebudziła – oznajmił, kiedy stłoczyliśmy się w dusznym pokoiku.

Mama pochyliła się nad nieobecną twarzą prababki.

– To już będzie koniec – stwierdziła tonem znawczyni meandrów życia.

– Pewnie tak – westchnęła ciężko babcia.

– Dobrze, że przyjęła wiatek – dorzuciła ciocia, która kilka dni wcześniej zatroszczyła się o zbawienie duszy przyszłej nieboszczki.

Siedliśmy na krzesłach, wpatrując się w nią z wyczekiwaniem. W sino-miedzianym poblasku zapadającego zmroku jej stara, wyschnięta na wiór twarz przypominała skórkę zleżałej cytryny.  Odnosiło się nieprzyjemne wrażenie, że puchata pierzyna i ogromna poduszka w haftowanej poszwie wysysają z niej to coś, czymkolwiek jest wypełniony człowiek. Nie mam tu na myśli wyłącznie krwi czy wnętrzności, ani nawet duszy, tylko jakąś pierwotną energię, siłę witalną, emanującą ze wszystkiego, co żyje. Prababka dosłownie malała z każdą sekundą, wydawało się, że już niedługo nie będziemy mogli jej zobaczyć, że zapadnie się w pościel jak Calineczka w kielich kwiatu. Ale jednak ona wciąż była z nami. Wciąż uparcie i kurczowo zaciskała palce na rąbku istnienia, jakby panicznie bała się utonąć w odmętach wiecznej pustki.

Nagle jej zwiotczałe, sklejone ropą powieki rozchyliły się, a mętne oczy zaczęły intensywnie błądzić po suficie jakby usilnie czegoś tam szukała.

– Idzie od nóg – wyjęczała ledwie zrozumiale.

Dziadek staruszek zbliżył się do wezgłowia łóżka.

– Co idzie? – bąknął zmęczonym głosem.

– Śmierć – powiedziała prababka Leokadia jakby to było najoczywistszą rzeczą na świecie.

– Dlaczego ona tak patrzy w sufit? – dziwił się wujek.

– Kostucha ją zwodzi – mruknął ponuro dziadek staruszek. – Pewnikiem wypisuje pacierze, żeby ją zająć.

Byliśmy pewni że tym razem już musi nastąpić koniec. Jej umieranie trwało jeszcze pół godziny, w czasie której prababka Leokadia wybąkała kilka niezrozumiałych słów jakby wykłócała się z kimś dla nas niewidzialnym. Wreszcie ze świstem wciągnęła powietrze i wydała długi wydech – ostatni wysiłek, na jaki zdobyły się jej zmęczone, stare, sfatygowane płuca. Potem znieruchomiała jak wyłączona zabawka. Mama bez słowa wstała ze swojego krzesła i zamknęła jej oczy. W pokoju zapadła cisza i bezruch. Spoglądaliśmy po sobie, pytając milcząco, co należy teraz zrobić. 

Nagle wujek przechylił głowę, nastawiając uszu.

– Co tak stuka? – zapytał podejrzliwie.

 – Nic nie słyszę – wyraziła powątpiewanie babcia.

 – Coś jakby tykanie zegara – upierał się przy swoim wujek.

Wstrzymaliśmy oddech i natężyliśmy słuch. Rzeczywiście, po kilku napiętych jak postronki sekundach wyłowiliśmy słabe, stłumione, ale miarowe uderzenia dobiegające od strony łóżka. Mama zerwała się i przycisnęła ucho do zapadniętej piersi nieboszczki.

– Serce jej bije – oznajmiła ze zdziwieniem. – Chryste, jak wali! – dodała, ponownie przyłożywszy ucho do klatki piersiowej zmarłej.

– No to może wcale nie umarła, tylko zemdlała – poddał dziadek Karol.

– Zaraz się sprawdzi – westchnął dziadek staruszek.

 Wyszedł do kuchni, a po chwili wrócił z małym lusterkiem, którego używał do golenia. Przystawił je do znieruchomiałych, martwych warg i czekał na pojawienie się mgiełki oddechu, ale okrągła tafla pozostała nieskalana.

 – Nie żyje – powiedział z naciskiem.  Głos jednak miał zdarty i bełkotliwy.

 – To co teraz robimy? – zaczął się zastanawiać wujek.

 Po krótkiej naradzie dorośli zdecydowali, że należy wezwać księdza. Niech sam rozezna się w sytuacji i powie, co dalej robić. Mama zatelefonowała na plebanię. Proboszcz, który odebrał telefon, obiecał, że będzie za dziesięć minut. Tak więc zostało nam tylko czekanie, chociaż czuliśmy się nieswojo w towarzystwie zwłok – tym bardziej, że wciąż kołatało się w nich bijące serce.

 Proboszcz zjawił się punktualnie. Dół jego sutanny przykrywającej buty był oblepiony śniegiem, który topniał zostawiając na dywanie brzydkie mokre ślady. Miał na sobie czarną kurtkę pachnącą mrozem, a na jego głowie tkwiła księżowska czapka ze śmieszną antenką. Był wysokim, otyłym mężczyzną o czerwonej, błyszczącej, nalanej twarzy. Wujek powiedział kiedyś, że ma taką gębę od wódy, którą bez ogródek chla na bazarze z ruskimi kurwami. Proboszcz wtoczył się do pokoju. Kołyszącym krokiem zbliżył się do łóżka, pochylił nad zmarłą, posłuchał, cmoknął i podsumował:

 – Dopóki serce bije, nie da rady pochować.  Musicie czekać aż się zatrzyma.

 – Ale jak to? – obruszyła się babcia. – Mamy ją tu trzymać Bóg raczy wiedzieć jak długo?

 – Nic nie poradzę – wzruszył bezradnie ramionami proboszcz. – Przygotujcie ją do pochówku.  Umyjcie, ubierzcie, zamówcie trumnę…

– Ale czemu to serce nie chce się zatrzymać, dobrodzieju? – zapytał dziadek staruszek.

– Bo ja wiem? – proboszcz skwitował pytanie zakłopotanym uśmiechem. – Może duszyczka ma jaki niepokój.  Zmówcie modlitwę.  Pomóżcie jej w ostatniej drodze.

Wstaliśmy, a on odmówił krótką modlitwę za wieczysty spokój zmarłych. Mimo to serce w piersi nieboszczki nadal biło żwawo jak nakręcone. Tylko stygnięcie, sztywnienie członków i uciekanie resztki koloru z twarzy świadczyły, że prababka Leokadia naprawdę nie żyje. Proboszcz, widząc, że już nic więcej nie wskóra, pożegnał się.

Nad ranem, kiedy ustąpiło stężenie pośmiertne, mama, ciocia i babcia rozebrały nieboszczkę, dokładnie wymyły gąbką i przebrały w czarną powłóczystą suknię, którą prababka przed kilku laty kupiła sobie specjalnie do grobu. Potem poszły do zakładu pogrzebowego obstalować trumnę. Dwóch pracowników przywiozło ją godzinę później i ustawiło pod jednym z okien. Była to prosta, sosnowa trumna z koronkowym wyścieleniem, na którym mężczyźni delikatnie złożyli zwłoki. Wieko z metalowym krucyfiksem oparli o drzwi, gdzie miało czekać aż będzie można przykryć nim zmarłą. Po ich odjeździe, babcia zwinęła pościel w zgrabny tobołek i wyniosła do spalenia. Kiedy wróciła, zaczęło się czuwanie.

W rogach trumny zapalono cztery wysokie, masywne gromnice, a wszędzie wkoło spoczęły wiązanki przepasane szarfami, które utworzyły górskie pasmo pachnące tak obłędnie, że brało na torsje. Zaczęli schodzić się ubrani na ciemno ludzie z różańcami dyndającymi na przegubach i książeczkami do nabożeństwa obciągniętymi w czarną skórę z wytłoczonymi złotymi literami. Nieprzerwanie, dzień i noc zanosili żałobne śpiewy i mamrotali pacierze zgodnym mrukliwym chórem. Powietrze w pokoju zrobiło się gęste od dymu, gorącego zapachu topniejącej stearyny i narkotycznej woni kwiatów, których ciągle przybywało, aż w końcu trumna prawie całkiem się w nich pogrążyła. Skwierczały dopalające się knoty, wosk długimi zaciekami spływał do niecek lichtarzy, a żałobnicy trwali nieporuszeni na swoich stanowiskach. Dwa razy dziennie pokój trzeba było wietrzyć, żeby spowolnić psucie się zwłok. Po trzech dniach sfatygowane gardła żałobników, które dotąd wydawały się niezniszczalne, zaczęły chrypieć. Wszystko psu na budę – serce zamknięte w martwym ciele biło równo jak metronom i najwyraźniej nie miało zamiaru się uspokoić.

Niektórzy ze stłoczonych wokół trumny żałobników przebąkiwali, że najpewniej coś przeszkadza nieboszczce przejść na drugą stronę i dlatego serce tłucze się jak oszalałe. Przydusili więc pedał modlitwy, żeby poszerzyć mistyczną bramkę do światłości i ugłaskać znarowionego ducha. Co jakiś czas ktoś podnosił się i sprawdzał, czy w piersi zmarłej wreszcie zapanowała cisza. Serce jednak biło nadal, a goście żałobni zaczynali się niecierpliwić. Wreszcie ktoś – pewnie bardziej oczytany od reszty – poddał pomysł, że stara babka być może wcale nie umarła, tylko zapadła w głęboki letarg przypominający w objawach śmierć. 

 – Takie rzeczy się zdarzają – skwitował tonem człowieka obytego w świecie, który sporo już widział. – Takie objawy, paraliż systemu nerwowego i mięśni, może powodować ugryzienie niektórych tropikalnych owadów.

Pozostali sceptycznie pokręcili głowami.

 – Przecież próba z lusterkiem jest nieomylna – powiedział dziadek staruszek.

–A zresztą gdzie pan tu znajdzie tropikalne owady? – dorzuciła tęga kobieta, wywołując krótki śmiech zgromadzonych.

 Ale znawca meandrów natury – starszy człowiek w eleganckim, trzyrzędowym jedwabnym garniturze i profesorskich okularach – upierał się przy swoim.

 –Są takie rodzaje letargów – tłumaczył niezłomnie – przy których brak oddechu bywa mylący.

 Nutka tajemniczości w jego głosie roznieciła uwagę żałobników, ich oczy rozbłysły ciekawością. Ale starzec nie kwapił się do dalszego rozwijania tego wątku. Oznajmił tylko, że kiedyś praktykował jako lekarz i mógłby zrobić dokładne oględziny. Dziadek staruszek wzruszył ramionami dając w ten sposób do zrozumienia, że się zgadza. Chciał wreszcie położyć na trumnie nagrobną płytę i odpocząć. 

 Elegancki starzec odłożył swój modlitewnik, zbliżył się do trumny i pochylił nad nieruchomą, woskową twarzą nieboszczki. Długo ją studiował, po czym leciutko odchylił kołnierz jej czarnej sukni i patrzył w zadumie na pomarszczoną szyję. Po chwili wyprostował się.

 –Wyprowadźcie stąd chłopca – polecił, wskazując na mnie.

  Mama bez słowa wzięła mnie za rękę i wyprowadziła z mieszkania. Nie miałem nic przeciwko temu. Ciekawość wprawdzie zżerała mnie do cna, ale przeważył lęk przed niepojętością wszystkiego, co dotąd się działo i tego, co zamierzał zrobić stary lekarz. Nie wiedzieć było mimo wszystko wygodniej, bezpieczniej.

Kiedy znalazłem się w naszym mieszkaniu na Błoniach – z dala od klaustrofobiczności pokoju z trumną – odetchnąłem. Cieszyłem się, że już nie muszę tam tkwić. Byłem gotów uznać ostatnie dni za długi, zły sen, z którego właśnie się przebudziłem. Zgłodniałem, więc poprosiłem mamę o kubek herbaty i kanapki z szynką. Usiadłem przy kuchennym stole, a mama zakrzątnęła się przy kolacji. 

Zapatrzyłem się w okno, za którym dogorywał zimowy dzień, kładąc na zbitej skorupie śniegu rozmyte płaty bladożółtego światła i wydobywając głębokie półcienie w znaczących ją śladach wielu stóp. Moją uwagę przykuła żółtobrzucha sikorka, która przycupnęła na brzeżku parapetu.

 

Kiedy ścinały siarczyste mrozy, babcia wysypywała do ciągnącego się wzdłuż parapetu ryniennego koryta okruszki chleba, żeby zziębnięte ptaki mogły się pożywić. Sikorka, nastroszywszy piórka, jakby chciała odstraszyć skrzydlatą konkurencję, zaczęła wychwytywać co obfitsze kąski. Połykała je łapczywie, kłapiąc dziobkiem i przekrzywiając łepek. Jej ruchy były gwałtowne i nerwowe – jak na starym, niemym filmie. Nie mogłem oderwać od niej wzroku. Zastanawiałem się, czy ona wie, że ją obserwuję, ale była tak zajęta jedzeniem, że nie przerwałaby nawet, gdyby wyczuła na grzbiecie natarczywe mrowienie mojego spojrzenia. Ale niespodziewanie zwróciła swoje małe, paciorkowate oczki na mnie i nasze spojrzenia spotkały się przez szybę. Sfrunęła z parapetu tak pospiesznie, że nie zdążyłem zarejestrować ruchu skrzydeł. Zatoczyła szeroki łuk i wylądowała na śniegu przy jednej z ogołoconych topól. Na tle gasnącej bieli wyglądała jak maleńki, neurotyczny kleks. 

Poderwałem się z taboretu.

–Muszę na chwilę wyjść! – rzuciłem do mamy już z przedpokoju.

 –Ale twoje kanapki! – odkrzyknęła.

  –Zjem, jak wrócę.

  –Herbata ci wystygnie!

  –Nie wystygnie!  Będę z powrotem za parę minut.

 Podskakując na jednej nodze wzułem kozaki, naciągnąłem kurtkę i wybiegłem z mieszkania.

 –Co za szalone dziecko – zdążyłem jeszcze dosłyszeć westchnienie mamy.

  Na dworze lodowaty podmuch na ułamek sekundy zatkał mi dech i chłosnął policzki, ale nie przejmowałem się. Nie mogłem podejść za blisko, żeby nie spłoszyć sikorki, więc zatrzymałem się przy drzwiach klatki schodowej. Wytężyłem wzrok. Ptaszyna orała niezłomnym dzióbkiem w twardych, zbitych zwałach, w nadziei, że wygrzebie coś zdatnego do posilenia się. Było mi przykro, że przeze mnie musiała zostawić ucztę, którą przyszykowała babcia. Nie sądziłem jednak, żeby dała się namówić na powrót. Odleci, kiedy tylko wyczuje, że jestem blisko.

 Uderzył mnie kontrast pomiędzy uporem sikorki w walce o każdy skrawek życia a obojętną martwotą pejzażu zniewolonego przez zimę, która – z biegiem lat nabieram w tej materii coraz większej pewności – jest nie tak znowu daleką krewniaczką śmierci. Pomyślałem o bocianach, które odleciały do ciepłych krajów. Szkoda, że sikorki i wróble są za słabe na taką zamorską podróż. Nagle szkliste powietrze przeszyło złowrogie krakanie wron – tych nieodrodnych, czarnych dzieci zimy, które dopiero pod jej skrzydłami stają się odważne. Chwilę później pięć tłustych wron ukazało się w plątaninie łysych konarów, a następnie z wojennym okrzykiem spikowało w dół i otoczyło zesztywniałą ze strachu sikorkę, która najwyraźniej zapomniała, jak się lata. Ponure ptaszyska zacieśniały krąg, podczłapując do niej na swoich niezgrabnych, płetwopodobnych łapach. Ich zakrzywione dzioby wyglądające jak zrobione z czarnej tektury marzyły tylko o zakłuciu sikorki, a potem o rozdarciu padliny na strzępy – w końcu panował martwy sezon, a wrony też musiały coś jeść.

Nie mogłem do tego dopuścić.

 –Zostawcie ją w spokoju! – wrzasnąłem rozkazująco.

 Podbiegłem do nich, wymachując rękami. Oprawcy zawahali się, łypnęli na mnie smolistymi ślepiami, ale nie odlecieli. Zasłonili swoją zdobycz bojowym szpalerem i zakrakali ostrzegawczo. Jednak ja też nie miałem zamiaru ustąpić. Schyliłem się, zgarnąłem gołą ręką pokaźną grudę śniegu, uformowałem niezgułowatą pigułę i cisnąłem w ich stronę, wywracając dwa ptaki. Pozostałe poderwały się i zaszarżowały na mnie. Cofnąłem się spłoszony. Jeden z nich niebezpiecznie zbliżył się do mojej twarzy. Trzepnąłem ręką na oślep. Pięść trafiła go w podbrzusze. Pacnął w śnieg jak rażony pociskiem. Pozostałe wrony dały za wygraną. Odleciały i zaszyły się w koronie topoli. Oddychałem ciężko, a po moim czole – mimo zimna – spływał gorący pot.

Znów zobaczyłem sikorkę. Przekrzywiła filuternie swój żwawy łepek, obrzuciła mnie migawkowym spojrzeniem (zupełnie jakby na swój ptasi sposób chciała mi podziękować) i wzbiła się w gęstniejący zmierzch. Stałem jeszcze jakiś czas, czekając, aż uspokoi się moje rozgalopowane serce. Potem wróciłem do domu i zjadłem kanapki.

–Nie biegaj spocony po mrozie, bo dostaniesz zapalenia płuc – przestrzegła mnie mama.

 – Już nie będę – zapewniłem ją. – Musiałem tylko załatwić jedną sprawę.

 –Nawet nie chcę wiedzieć. No, pij szybciej tę herbatę, wracamy do dziadka.

Wprowadziła mnie do pokoju zapełnionego żałobnikami. Stojąca pod oknem trumna była zamknięta, a czuwający przy niej ludzie odmawiali różaniec. Tajemniczy starzec w garniturze zniknął. Zacząłem się rozglądać, szukać śladów, dowodów, że odbył się tu jakiś magiczny obrzęd, ale – poza zniknięciem człowieka w garniturze – dostrzegłem tylko brak jednego z krzeseł. Nie było w tym nic dziwnego – przecież po wyjściu gościa powinno się zabrać krzesło, na którym siedział, żeby zrobić miejsce. 

–Ech, szkoda tej Lodzi – wzdychała tęga kobieta z kokiem. – Tak się na starość posypała.

–Co zrobić – uśmiechnął się smętnie jakiś orlonosy mężczyzna – wszystkich nas kiedyś ziemia nakryje.

 –Ba – kobieta ściszyła głos, żeby nie przeszkadzać innym w modlitwie – ale jakby ją pan znał za młodych lat, to by się pan zdziwił.  Panie, ile w niej życia było, ile chęci, żwawości.  Jeszcze po czterdziestce niejedną dzierlatkę by zagięła.

–Naprawdę?  No, to faktycznie musiała być z niej nie lada ptaszyna.

 – A żeby pan wiedział, żeby pan wiedział – przytaknęła tęga kobieta. – Prawdziwa sikoreczka.

Precz złośliwa pamięci

Dopiero teraz, z półrocznym poślizgiem w stosunku do premiery, sięgnęłam po książkę Joanny Bator „Piaskowa Góra”. Być może dlatego, że mamy dziś czwarty czerwca, co jest okazją do urządzenia kolejnego gadanego jubileuszu („dwudziestolecie”), przyjmowałam tę rodzinną sagę bardzo osobiście. Wprawdzie z Wałbrzychem nie mam nic wspólnego, ale z klimatem osady górniczo-hutniczej założonej na Ziemiach Odzyskanych i owszem. Łączy mnie też pokoleniowa więź z Dominiką Chmurą, choć koniec końców nie bardzo mogłam oszacować, w którym roku się urodziła.

Albowiem: ja to wszystko niestety pamiętam. Że niemiecka piosenkarka, jaką jeden z bohaterów wywiesił sobie nad łóżkiem musiała być raczej Neną a nie Naną. Że kreacji z farbowanych pieluszek już raczej nie szyło się w 1989 roku, no chyba że w Wałbrzychu, choć  nie sądzę, by był bardziej dziadowski od mojego wesołego miasteczka. „ Niewolnica Isaura” leciała w telewizji w roku 1983 i chyba dalej, jak to tasiemiec, ale nie później, a w książce Bator nie jest to zbyt jasne.  I zdaje się jeszcze coś było, ale mi umknęło.

A wszystko to wyliczam, by pokazać, że książki biograficznie bliskie czyta się w szczególny sposób, licytując się w duchu z autorem na to, kto ma lepszą pamięć.  

Złośliwość zasygnalizowałam jednak z innego powodu – otóż prawie z miejsca tknęło mnie, że w grę nie wchodzi tu tylko melodia przeszłości, ale także znane mi skądinąd językowe sztuczki. By nie tracić czasu na domysły, sięgnęłam po książki Elfriede Jelinek. I tym sposobem odebrałam sobie połowę przyjemności. Tak oto, przy pomocy narzędzia naturalnego można zmarnować niezłą lekturę.