A o konkursie będzie mowa

w katalogu MFO. Tam właśnie znajdziecie Państwo nie tyle jego podsumowanie, co niegrzeczne jurorskie zapiski na marginesie, które być może do czegoś się przydadzą.

Tymczasem w serwisie zamieszczam opowiadanie, którego autorka nie nadesłała na konkurs, choć z tą myślą je pisała. Wiele jeszcze przed nią: do przeżycia i do napisania, ale wiele elementów już mi się podoba. Początek, który nie jest początkiem opowieści, lecz wejściem w jej środek, i koniec, który zamyka klamrę. Ładny umiar w poetyzowaniu. Dramatyczna niespodzianka, której nic nie zapowiada. Myślenie o tym, by krótkiej formie nadać – no właśnie – formę.

Pokusa nie do odparcia

Wczoraj moja sąsiadka (przy okazji przepraszam sąsiadkę za gościnne występy, o których nie wie) odebrała od kuriera przesyłkę, w której znajdowały się dwa zdjęcia. I tylko one plus adres nadawcy na kopercie. Niespodziankę miałam z tego o tyle, że zwykle jednak nadawca podaje jakąś wskazówkę, o co właściwie biega, ale też akurat czytam książkę, jaką chce mi w ten sposób zareklamować. Dobrą książkę, fakt. Ale właściwie ile kosztuje przesyłka kurierska i  dlaczego nie można takiej duperelki wysłać za ok. 2 zł, tylko zakładać, że cały dzień waruję w domu niecierpliwie czekając na fotki, łyżki, kubeczki, butelki z listem, drewniane układanki i inne śmieci? Może się trochę zapędziłam – kubeczek z Paddingtonem jest ok, kubeczkami nie pogardzam więc.

Ale przechodząc do rzeczy, czyli do „Hakawatiego mistrza opowieści”, po którego sięgnęłam sama z siebie i bez zachęty w postaci tych dwu ślicznot.  To takie libańskie… nie wiem, co. 
„Baśnie z 1000 i jednej nocy” przedstawione w formie opowieści szkatułkowej, połączone z rozgrywającą się od schyłku XIX wieku sagą rodzinną, która z kolei osadzona jest głównie w Libanie, ale jej główny narrator (jak i autor, Alameddine Rabih) zamieszkuje w Ameryce. Pomieszkuje właściwie, bo jakoś go wciąż ciągnie do ojczyzny. Wszystko to poszatkowane, plany i wątki mieszają się ze sobą, opowieść snują zarówno różni hakawati (owie?), jak i ich bohaterowie, jak i bohaterowie Rabiha, którzy nie są zawodowymi opowiadaczami- zabawiaczami. Oszaleć można, próbując się w tym wszystkim zrazu połapać, ale jakże to słodkie szaleństwo. I jakże miło w pewnym momencie złapać się na odruchu, że aha – to jest wątek Fatimy baśniowej, a to współczesnej, przyjaciółki głównego narratora. Albo – ta historia się już zakończyła, a tę opowiada dziadek. I tak w kółko – strumień opowieści nigdy się nie kończy, a urok wschodnich baśni  wciąż nie przemija.

Zawsze mnie w takim przypadku interesują krążące toposy (można sobie powiązać np. Fatimę z Inanną, a imiona demonów z postaciami biblijnymi), dalej to – jak brzmią współczesne „covery” starych podań, wreszcie to, jak mit wchodzi w życie normalnych ludzi. W tym momencie przypominam sobie (chwilowo zarzuconą) serię mitologiczną, również wydawaną przez oficynę, którą mam na myśli.  „Hakawati…” to nie jest gadżet, który ma umilić czas oczekiwania na jej kontynuację, ale właśnie piękny dowód na to, że stary mit jest odżywczy dla nowej literatury.

Mówić jak Miron B.

Dość dziwnie wygląda 11 tom dzieł wszystkich Mirona Białoszewskiego. Tym dziwniej, jeśli w domu nie zgromadziło reszty, choć i owszem, czytało się sporo i co roku czyta w „Odrze” kolejną króciutką odsłonę  jego dziennika, który do księgarń trafić ma w przyszłym roku. Wreszcie, bo te kawałeczki tylko zwiększają apetyt. Z drugiej jednak strony opowieść o mieszkaniu na Lizbońskiej to przecież część spisywanych dzień w dzień notatek.

Ale po co ja tutaj o tym „Chamowie”? Samo to koślawe zdanie już to poniekąd wyjaśnia. Koślawe, lecz naturalne, jak większość, które Białoszewski odnotowywał z łapczywością wampira. Nie ważne było dla niego, co się mówi – byle się mówiło i byle zapisać dialogi w naturalnej formie. Nieoczyszczonej,  pozbawionej pretensji do literackości. Żywej po prostu. Dozuję to sobie nie na raz, jak to zwykle mam w zwyczaju, bo inaczej się w tym zawodzie nie da, trzeba gnać, ale małymi partiami. I myślę sobie, że taką koślawą mowę chciałabym częściej „słyszeć”, czy też raczej oglądać, w dialogach. Nie tylko u Macieja Malickiego (któremu się podobno odechciało, a który podchodzi (ł) do literatury w podobny sposób),  lecz w ogóle. I że może ta lektura, a wyczekiwany dziennik jeszcze bardziej, zachęci do takich… Eksperymentów?  Chyba tak, bo imitować świadomie , a mieć problemy z artykulacją na piśmie, to dwie różne sprawy. Ale może właśnie – niektórzy  lepiej widzą niż słyszą, więc dzięki Białoszewskiemu mają okazję zobaczyć. I przekonać się, że to dalej brzmi.

Bezinteresownie także się da: choćby po to, by się ubawić leitmotivem, czyli wytrwałym przyozdabianiem mieszkanka różnymi zielskami zbieranymi za Warszawą albo kupowanymi w bukietach od kwiaciarek. I wywalaniem ich, kiedy już zakończą żywot, przez okno. Z dziewiątego piętra.

Kolejny “perwersyjny” McEwan

Tym razem nie jest to reedycja starego zbioru, lecz wybór opowiadań z lat różnych, rozproszonych po pismach i zebranych przez autora oraz jego brytyjskiego wydawcę. Nie chce mi się znowu odnosić do okładkowych słów zachęty, może i one zapożyczone zostały skądinąd, żeby nie pozostać przy marnym  banalnym „doskonała literatura”.  Jeśli już mówimy o psychozach i perwersji, proponuję wersję, którą zapewne skądś ukradłam: „To perwersja tak dobrze pisać”. Czy jakoś w tym stylu.

Dobrze, dobrze, choć nie bez wyjątków. Raczej z dystansem odniosłabym się do najmniej prawdopodobnych konceptów typu niebezpieczne związki kobiety z małpą i mężczyzny z manekinem, choć samemu wykonaniu niewiele da się zarzucić. Ale powiedziałabym, z edukacyjną intencją, nie tędy jednak droga do dobrego opowiadania. Nie przez wyśrubowany i ryzykowny koncept. Wolę McEwana mniej dosadnego, zawieszającego głos przed puentą, bardziej wieloznacznego – a taki jest w pozostałych opowiadaniach ze zbioru. W „Psychopolis” choćby, które trudno uznać za stadium określonej psychozy (się jednak nie da nie odnieść do okładki). No chyba, że można mówić o psychozie wielkomiejskiej. Jeszcze trudniej cokolwiek zdiagnozować w przypadku tytułowego „W pościeli”,  choć w istocie, grzeczny tu McEwan nie jest. Zresztą, nie sobie każdy sam wykoncypuje. Zbiór wydał (jak i poprzedni) Albatros.

Maras Pijanowski

Ur. 1972. Poetycko debiutował w „Gazecie Wyborczej”. Prozatorsko we wrocławskim magazynie „Cegła”. Współzałożyciel grupy „Poeci za kratkami”. Stypendysta Miasta Torunia w dziedzinie kultury. Finalista konkursu na opowiadanie w ramach IV. Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania. Zainicjował Dwór Poetów i Pisarzy w toruńskim Centrum Kultury „Dwór Artusa”. Tam można go znaleźć.

Maras Pijanowski: Pinokio

Wolna sobota. Dzień zapowiadał ciepłą, słoneczną pogodę i radość, ale wcale nie, absolutnie nie to, co się stało, nie tragedię. I absurd. I tego, że będę wracał do domu zupełnie bez sensu, bez nadziei, bez twarzy, ale za to z tyłkiem odkrytym i połyskującym jak jajko po wiedeńsku. I jeszcze z nosem pulsującym jak wóz strażacki, gorącym i nabrzmiałym. I że z tego domu, do którego już wrócę, zostaną mi tylko drzwi. Zewnętrzną klamką w dłoni. I ani skrzypnięcia więcej.

Nawet kartka na stole poruszonym pismem żony:

„Ty zdradziecka, nikczemna, fałszywa i niewierna świnio”

Niczego jeszcze nie wróżyła. Pomyłka, zwykła pomyłka. Pomyliła się i przeholowała. Zbyt szybko weszła w zakręt  i wyrzuciło ją na wirażu. Zbyt nagle, zbyt szybko, zbyt pochopnie, ale to nie jej wina, to nabroiła  wolna sobota. Moja wolna i wolna innych szczęśliwców, którzy mogli dłużej niż zwykle chrapać, a potem snuć plany na swobodne następne godziny i snuć się, nie biegać, a snuć się szczęśliwie. Ale nie ona, nie moja żona. Ona musiała na kilka godzin wpaść do korporacji i zakończyć projekt. Jakiś badziew bez większej przyszłości i sensu, ale za to pod przymusem szefa, który dni wolnych nie cierpiał, bo czuł się wtedy jak opróżniona butelka.

Jeszcze raz spojrzałem na kartkę i, mimo wszystko, uśmiechnąłem się. Ale będzie przepraszać, pomyślałem. Złapałem za telefon i wystukałem jej numer. Na próżno. Niedobrze, przemknęło mi przez głowę. Przecież nigdy nie wyłączała. A teraz głucho, obco, bez nadziei. Strzasnąłem to z siebie.

– Tatusiu, chodźmy na plac zabaw.

Tak stańmy na placu, na ubitej ziemi i opuśćmy przyłbice. Ale zanim przyłbice opuściłem,  podniosłem głowę i zrozumiałem i jeszcze raz podniosłem głowę, tym razem już nie swoją, a wraz z głową fikające nogi i radosne, zielone źrenice, i hooopla, hoopla, rozpędziłem świat i śmiech i długie, zapatrzone w słońce i wiatr włosy.  I jeszcze raz, i drugi, i tak bez końca. Aż zwiędły mi ramiona.

– Jeszcze, jeszcze, tatusiu.

Pokazałem, że stałem się zdechłym mustangiem, a skoro zdechłym, to stać nie mogłem, więc rzuciłem sugestywny obraz czterema kopytkami do góry. Im bardziej byłem zdechły, tym zainteresowanie mną stawało się coraz bardziej i bardziej żywe. Aż zdechłe, bo ile można być trupio nieruchawym, pobudziliśmy do wierzgania i tarzaliśmy się po dywanie i gilgaliśmy się w sobie nawzajem. Przy pisku i śmiechu tak spazmatycznym, że pojawiła się czkawka. Nie u mnie, a u córki rzecz jasna. Na tym poprzestaliśmy.

I poszliśmy na plac, choć powinniśmy (przynajmniej ja) zostać, idąc po rozum do głowy.

 

Ale zanim tam dotarłem (na plac znaczy, nie do głowy) przekręciłem klucz w zamku i zaczęły się schody. Prawdziwe, nie te z lastryko. Bo na klatce, bo z mroku, bo w świetle, które kontaktem wywołałem, bo tak bez żadnego uprzedzenia pojawili się jeźdźcy apokalipsy Albrechta Dürera. Wszyscy czterej w jednej osobie. Sąsiadki spod pierwszego.

Córka stoi i czka co 30 sekund. Wygląda to tak, jakbym uprowadził kukułkę z zegara z kukułką (właściwie to z zegara już bez kukułki) bo kukułkę przecież podprowadziłem. I wlókł tę kukułkę ze sobą, by mi głośno dzieliła minutę na pół.

A czterej jeźdźcy w jednej, a to nasze osiedlowe łosz and go apokalipsy, wpatruje się w kukułkę i wyciąga szmatę brudną, nasączoną czarną wodą od mycia schodów i niewiele czystsze od niej wnioski. I mnie tą szmatą, wymierzoną we mnie całym brudem i kapaniem, i ona tą szmatą, kropla po kropli, tą szmatą i owiniętą w nią logiką, oskarża mnie o to, że pastwię się, że znęcam, że z serialową bezwzględnością patroszę się nad tym małym delikatnym stworzonkiem, co teraz z nerwów  kuka i, że ona wszystko dobrze słyszała i doskonale wie co działo się za ścianą, jak tylko żona wyszła, i że ona się nie boi, bo ona serce ma czułe na programy publicystyczne i nieczułe na znieczulice i ona mi pokaże, bo już wykręciła na policję i ja już się nie wykręcę  i wreszcie odbiorą mi dziecko i wsadzą mnie do końca życia za kraty, a tam tacy wielcy faceci z tatuażami na mięśniach, co siedzą honorowo i z szacunkiem do dzieci, poznają się na mnie i uczynią mi najwulgarniejsze w świecie Tarantino. 

Staje, ręce rozkłada jakby korepetycje brała z ukrzyżowania. Nie puszcza mnie. Denerwuję się, bo czasu mi szkoda, soboty i dziecka zabawy, które zamiast beztrosko biegać i cieszyć się wolnością, musi tu dusić się w naszej beznadziejnej sprzeczce i złych o sobie słowach i kukać. Kopię wiadro, by odwrócić jej uwagę. Skutecznie. Czarna woda leje się w dół i zalewa falą gniewu Apokalipsę.

Na to wychodzi sąsiad spod dwójki i krzyczy, że słucha opery, a my tu jakieś kukania, krzyki i burdel odstawiamy. I że on właśnie zadzwonił na policję, bo jest sobota i on w świętym spokoju chciałby opery nie burdelu. Na co ja, że dziecko, że nie tak wulgarnie może. Na co Apokalipsa, że kto mu dał prawo na policję. Na co ja dyskretnie wycofuję się do przodu. Z kłótni znaczy, ale na plac zarazem. Zamroczeni sobą nie zauważają, że nas już nie ma. A my mijamy policjantów przed klatką, a my kłaniamy się grzecznie, a córka uprzejmie kuka, a ja pokazuję na wnętrze i mówię

– Czas, by tu zrobić porządek.

– Tak, tak – przytakują – mieliśmy zgłoszenia.

Wchodzą do środka a my z daleka kiwamy im na pożegnanie i dobry przykład dajemy. I zarazem nogę.

Na placu zabaw biegał chłopiec, ale nie sam, bo za nim słowa:

Nie rusz Łukaszku. Łukaszku uważaj. Łukaszku przystopuj.

To matka chodziła wokół niego jak kaganiec.

Biedny chłopiec, współczułem mu, co prawda myślą krótką i mało intensywną, bo dziecko przecież nie moje.

Usiadłem na trawie. Odetchnąłem płucami pełnymi świeżo skoszonej trawy i pobliskiego wodnego oczka. Otworzyłem się na przyrodę i świeżo odsyczane piwo, które kupiłem po drodze w sklepie, i z dumą spoglądałem na córkę i jej wymyślne zabawy.

– Tatusiu, pohuśtasz się ze mną?

A pewnie, że pohuśtam. I już przy niej byłem i już odbijałem się od ziemi, za siebie, i za nią, bo ważyłem cztery razy tyle, co ona. Raz do nieba, raz do ziemi. Raz do piachu, raz do obłoków. Jaka to życiowa zabawa, myślałem. Uczy, że miło i przyjemnie dyndać sobie w przestrzeni i spoglądać z góry, ale i tak powrót jest nieuchronny i boli przyziemnym uderzeniem w kość ogonową. Moje buty stawały się coraz cięższe, bo raz po raz nabierałem w nie piasku. Zrzuciłem więc buty i boso harcowałem wśród dzieci, nie pozbawiając się wcześniej kilku solidnych łyków piwa.

– A zjedziesz, tatusiu, ze zjeżdżalni ?– zapytała córka.

– Jasne, że zjadę. Zobaczysz z jakim pędem twój tatuś pruć potrafi.

Na to wcina się mama Łukaszka:

– Niech pan tego nie robi.

A właśnie, że zrobię, zazdrośnico. A pokażę ci. Bawisz się z dzieckiem, jakbyś była nianią na umowę zlecenie, a nie matką, i to kiepsko wynagradzaną, i z alergią na spontaniczność. Taką zdechłą, jak w krajobrazie kamień. Niby tkwisz w tej zabawie, niby dajesz jej ciało, ale jesteś w niej sztywna jak futro na Eskimosie, który wpadł do przerębla. Zaraz ci pokażę, ty flądro bez ikry, po co dziecku ojciec. Zobaczysz, że tylko tata, i to taki jak ja, potrafi rzucić się w zabawę na całego. Rozpędziłem się, wbiegłem na zjeżdżalnię i

–Jeeeeeeezu – zawyłem, zatrzymany w połowie ślizgawki. Przez metalowy zadzior, który rozdarł mi spodnie i skórę tam, gdzie zwykle nie dochodzi opalenizna. Właśnie tam mnie piekło, szczypało i było ciepło i zarazem mokro, a coraz bardziej czerwono. I bolało jak diabłów co najmniej sto. Ledwo zszedłem ze ślizgawki.

– A nie mówiłam.

Mama Łukasza nadal pozostawała zimna jak wygasły pogrzebacz, ale użyteczna.

– Ranę trzeba zdezynfekować. Proszę ze mną, zejdziemy ludziom z oczu. Musi pan te resztki zdjąć. Mam jodynę, ale uprzedzam,  będzie szczypać. I to mocno.

– Chwileczkę

Musiałem się pokrzepić, wziąć coś na odwagę. Sięgnąłem po otwartą puszkę. Co prawda piwo to nie whisky albo inny równie mocny trunek, ale powinno wystarczyć. Nie ma co wybrzydzać. Pociągnąłem zdrowo i poczułem w ustach coś nieprzyjemnego, coś co się ruszało, a co było dorodne  jak winogrono. Na szczęście nie połknąłem tego. Na szczęście wyplułem. Na nieszczęście niefortunnie, bo sobie w nos od spodu. Szerszenia. Strąciłem go i zatłukłem. Nie na tyle jednak szybko, żeby nie wpuścił mi jadu w czubek nosa. Zapiekło, zaszczypało, zaczęło rosnąć i pulsować.

– Tatusiu, nos ci utył – zauważyła po chwili córka.

– Ano – odpowiedziałem, nieskory do wynurzeń.

–Miał pan ogromne szczęście – powiedziała mama Łukasza – Proszę za mną.

Szczęście, szczęście. Przecież wiem, że gdyby szerszeń z tym swoim żądłem dostał mi się do przełyku, to teraz bym leżał na głodzie powietrza. Ruszał skrzelami i czekał na wycieczkę, którą mi zafundują z Biura Podróży Świętego Piotra. Wiedziałem, ale marna to była pociecha. Bolało mnie z tyłu. Bolało mnie z przodu. Wszędzie mnie bolało. Czułem się jak dziura w serze.

Mama Łukasza poprowadziła mnie w krzewy tarniny, starając się zapewnić odrobinę intymności, gdy będzie dokonywała samarytańskich zabiegów. Ja zacisnąłem zęby, ona działała. Ja stałem, ona klęczała. Na ranę lała mi żywy ogień. Syczałem, nie mając w sobie dość hartu, by przy obcej kobiecie zgrywać bohatera.

Na to wkroczyła sąsiadka Apokalipsa.

– O wiedziałam. O sodoma, o gomora. O…

– O, kurwa!

Podjąłem za nią. Wyobrażając sobie, jak to może wyglądać dla postronnych, kiedy ja stoję, a mama Łukaszka dość intensywnie uwija się przy mnie na klęczkach. A miedzy nami elementarny brak czegokolwiek na mojej zadniej części ciała.

– I dzieci na to patrzą.

Rzeczywiście wzroku nie odwracały.

– Niech pani… – zacząłem.

– No kłam, kłam pan – zasyczała z nienawiścią Apokalipsa – a nos masz coraz większy, ty Pinokio!

– Proszę spojrzeć… – próbowała racjonalnie tłumaczyć mama Łukaszka.

– O nie! – wrzasnęła Apokalipsa – Do swoich brudnych gierek mnie nie wciągajcie. Na szczęście szłam do parku z policją. Za tym przestępcą, za tym perfidnie perfidnym uciekinierem. Tak, tak, to wasz koniec, łatwa panienko i ty, ty, ty Pinokio. POOLIICJAAA!

Nie namyślając się wiele, chwyciłem córkę za rękę i ruszyliśmy w stronę przeciwną do widocznego ruchu mundurowych. Park znałem jak własną kieszeń, więc byłem dobrej myśli. Jedynie strzępy spodenek opóźniały ucieczkę, bo musiałem je trzymać lewą ręką. Z prawej nie wypuszczałem córki.

Mundurowych zaczęło być coraz więcej. Zmusili nas do ucieczki na ulicę.

Uratowała nas pielgrzymka, która – jak co roku w sierpniu – szła do Częstochowy. Dzięki Bogu, pomyślałem. Dzięki, że zesłałeś nam pielgrzymujących braci i siostry.

– Jaki nos, taki kutos – odezwała się kobieta z boku.

– Tak, tak – odpowiedziałem mechanicznie, myśląc że to zwyczajne zaklęcie religijne lub powitanie. Dopiero po chwili zacząłem się wsłuchiwać w coś, co już przebrzmiało, a co jednak pozostało w mojej głowie, jako inne, dziwne, nie na miejscu. Podniosłem wzrok na wysoką kobietę, która się wcześniej do mnie odezwała. Im intensywniej się przyglądałem, tym ona się intensywniej uśmiechała i tym intensywniej jej rysy przestawały być kobiece, a zaczynały mężnieć, brzydnąć i deformować się. I nic to, że tusz, że szminka, że puder i wydłużone rzęsy. Dopiero teraz do mnie dotarło, że to nie jest pielgrzymka religijna, tylko seksualna. I to wszystkich orientacji, odmiennych od mojej.

A ja sobie tak żwawo, z dzieckiem za rękę, maszeruję, afiszując się golizną. No dobra myślę, ale uciekłem, ale wmieszałem się w tłum. Jestem przynajmniej bezpieczny i anonimowy. Niestety nie w erze satelitarnej telewizji. Podbiegła dziennikarka z operatorem. Dostałem włochatym mikrofonem w nos i kamerą miedzy oczy.

– Wyszedł pan na manifę z córką. Czy to jest pana coming out? Czy jest pan za legalizacją małżeństw homoseksualnych i ich prawem do wychowywania dzieci.

Puściłem córkę, skrzyżowałem ramiona, by zasłonić twarz. Ale dziennikarka nie odpuściła. Byłem smacznym kąskiem do relacji i chociaż nie chciałem niczego powiedzieć, to ona stała się moim rzecznikiem:

– Jesteście państwo świadkami wiekopomnej chwili. Do naszego miasta, które do tej pory było konserwatywne, wkroczyła wolność, swoboda i pluralizm. Nie trzeba słów, bo to widać. Ten skromny człowiek i  jego gesty są znaczące. Skrzyżowane ręce na iks, nie na krzyż właśnie, a podkreślam na iks, staną się od dziś symbolem wyzwolenia. Symbolem wyjścia z ukrycia. Ten mały iks, ten chromosom niosący płeć żeńską ma swoje święto, swój, można by tak rzec, pomnik. Ale, ale – proszę spojrzeć ten sam symbol można znaleźć gdzie indziej. O tu proszę, żeby kamera zjechała niżej, na pośladki pana. Tu można zobaczyć rozcięte spodnie, a w rozcięciu, na skórze plaster przyklejony w kształcie litery iks. Jakie to proste, jakie lapidarne, jakie piękne. Nie potrzeba słów. Zobaczycie państwo, od dziś nic już nie będzie takie jak dawniej, nic już nie będzie takie samo. Będziemy zawsze nosić iksy w sercach i na pośladkach.

Otoczyli mnie zadeklarowani. Musieli sobie wyobrażać, że jestem kimś ważnym. No bo z nieważnym telewizja by nie rozmawiała. Otoczyli i uważnie mnie, nie moimi ustami a ustami dziennikarki, słuchali, a po skończonej relacji, zaczęli wiwatować, spontanicznie ciąć sobie spodnie lub spódnice (w zależności od płci i orientacji, choć ja nie bardzo rozróżniałem która jest którym i odwrotnie) na pośladkach. Pojawiły się też plastry, które przyklejano pod rozcięcia, na gołe ciała. A kiedy się wszyscy oblepili iksami, to przylepili się do mnie i chwycili na ręce ponad głowy i ponieśli, wznosząc radosne okrzyki.

– Moja córka – krzyczałem – Gdzie jest moja córka.

Podnieśli i córkę – i ponieśli. Czułem się jak afrykański wódz, tylko nieco mniej fajnie, nieco obco i nie na swoim miejscu. A kamery kręciły i przekazywały relację na żywo.

Wreszcie udało mi się wyzwolić siebie i dziecko. Wybiegliśmy z tłumu. Przeciął nam drogę samochód, którego kolor i markę skądś znałem.

– Tatuś? – westchnąłem z ulgą – Jak to dobrze.

– Już nie tatuś, dla ciebie – powiedział tatuś – Już nawet nie teściu. Zabieram wnuczkę, kanalio.

– Ale, proszę posłuchać…

– Posłuchać to możesz teraz swojej żony. Pewnie ostatni raz przed rozprawą.

Podał mi telefon komórkowy.

– Kochanie, halo – powiedziałem do dziurek w Nokii.

– Kochanie to ty sobie wsadź w dupę, dokładnie pod iksowy plaster.

– Ale…

– Nie dyskutuj, wszystko widziałam w telewizji. A ja głupia myślałam, że zwyczajnie mnie zdradzasz z jakąś lafiryndą. Ta wyuzdana bielizna od Trumpha, którą rano znalazłam w twoim biurku i pierścionek z rubinem… ja bym ci idioto to wszystko wybaczyła, ale ty nie, ty nie poprzestałaś na zwykłej zdradzie, ty musiałeś mi bardziej dopiec, musiałeś z naszego domu zrobić publicznego TOJ TOJA. Coming out chciałeś, tak? To wypierdalaj, skurwysynu. Odbieram ci małą.

– Halo.

Skończyło się halo. Tatuś, a raczej ten obcy, który zajął miejsce po tatusiu, pozbawił mnie córki i komórki. I komu ja teraz mam powiedzieć, że to, co żona znalazła w moim biurku, było prezentem dla niej. Że po raz pierwszy w życiu pamiętałem o naszej rocznicy ślubu. I że czuję się bardzo, bardzo nieszczęśliwy i chce mi się płakać. Ale płakać nie umiem, nie potrafię, nie mogę.

Przynajmniej tak mi się wydawało. Bo minutę później beczałem jak bóbr, smarkałem, kichałem i plułem wokół pieprzem. To Apokalipsa napryskała mi w twarz gazem na psy.

– A masz, a kysz, a masz, a kysz, ty Pinokio.

Już mi to obojętne: a niech mnie gazują, a niech sadzają, a niech wszystkie psy na mnie zawieszą. Mam to w nosie. Tak zwyczajnie w nosie, jak to Pinokio.

Rzeczy pierwsze – sprostowanie

Jak się okazuje, należy jednak zadać sobie trud szukania we własnej bibliotece, a nie chełpić się przenikliwością. Oto sprostowanie nadesłane przez autora, czyli Hubiego Klimko-Dobrzanieckiego:

“Przeczytalem na Twoim blogu o mojej nowej
knidze,ktora to jesienia w polowie wrzesnia ma wyjsc(okladka w
zajaczniku).Odpowiem Ci na pytanie, ktore sama sobie zadajesz.W Rzeczach
pierwszych nie ma ani jednego calego starego kawalka ze Stacji
Bielawy,jest tylko dokladnie pol strony w opowiadaniu Komunia ze starej
opowiesci,a konkretnie chodzi o droge do kosciola bohatera,te sceny z
golebiami.Jednak caly rozdzial(najmniejszy gabrytowo w tej noweli)jest
calkowicie zmieniony.Poczatek i koniec sa zupelnie  inne i o innych
rzeczach traktuja,ale pasowalo mi to do Rzeczy pierwszych”

Nie pozostaje mi więc nic innego, jak tylko skwitować, że “Rzeczy pierwsze” naprawdę będą pierwsze. I że warto.

 

Alice Munro

„Uciekinierkę” znam już od dobrych kilku miesięcy, o czym wspominam, bo ledwie przeczytałam, natychmiast zaczęłam się nią dzielić ze znajomymi lubiącymi wysmakowaną babską prozę, ale właśnie: czas leciał, a jej nie było. Zbiór opowiadań Alice Munro ukazał się dopiero teraz (wyd. Dwie Siostry). Z poślizgiem czy nie, grunt, że warto było czekać, a nie tylko czytać tu i ówdzie, że obok „Margaret Atwood to jedna z najwybitniejszych pisarek kanadyjskich”. Co potwierdziła choćby przyznana jej w tym roku nagroda Man Booker Prize za całokształt twórczości i stałe ponoć umieszczanie na liście kandydatów do Nobla (na co pewnie zasługuje, jak wielu innych, odpuśćmy sobie ten dowcip). Ów całokształt, zważywszy na dość zaawansowany już wiek pisarki (rocznik 1931) nie wygląda równie imponująco jak u Doris Lessing czy niezwykle płodnej Atwood: 12 zbiorów opowiadań i jedna powieść. Lecz właśnie: przeważają opowiadania, więc jakże bym mogła tu o niej nie napisać?

Niewiele tych utworów w zbiorze, ale są dość obszerne (trzy, mające wspólnych bohaterów, tworzą oryginalny tryptyk) wczepiają się w pamięć jak rzep. Nie powiem, że złośliwy. Miły, bo to małe arcydzieła krótkiej prozy.  Długiej, krótkiej prozy, w której i tak, to, co najważniejsze ukrywa się pomiędzy słowami. Słowami, które niekoniecznie odzwierciedlają myśli bohaterów. Tak nawiasem mówiąc  żmudne procesy myślowe czy w ogóle przypomnienie czytelnikom, że człowiek jest sapiens, chyba lepiej sprawdza się w dłuższych formach, niekoniecznie jako wata. Opowiadanie to ruch, dzianie się, w dużej mierze behawioryzm i zbiór odruchów, nad którymi się nie dywaguje. Tak jest u Munro, odruch, a potem skutki, całkiem naturalnie.  Zmierzam chyba w stronę jakiejś dziwacznej wiwisekcji, na której cierpi piękno tej prozy, więc inaczej: co przyczepiło  mi się do pamięci najbardziej? Ano opowiadanie „Szansa” historia Juliet, młodej kobiety, która jedzie pociągiem do ledwie znanego sobie mężczyzny, ujmując rzecz w żołnierskim skrócie. W czasie podróży dosiada się do niej inny mężczyzna, chce się „zakolegować”, ale bohaterka oświadcza, że ma ochotę poczytać i ucieka przed natrętem do innego przedziału. Niewiele później natręt rzuca się pod koła pociągu. Dziewczyna czuje się winna, w sumie mogła porozmawiać, lecz o tym, jak autorka tę jej wyrzuty sumienia ogrywa, trzeba przeczytać już w książce.