Georgi Gospodinow w Polsce

Kilka miesięcy temu zestawiłam tu sobie listę ulubionych opowiadań, na której znalazł się m.in. utwór bułgarskiego pisarza  („O Henry”). Z przyjemnością więc donoszę, że w przyszłym tygodniu Gospodinow wybiera się do Polski. Szczegóły tournée związanego z promocją opublikowanej w tym roku „Powieści naturalnej (przekład Marta Hożewska-Todorow, Wyd. Pogranicze) tu:

http://www.bikpolska.pl/node/82

Dodam jeszcze, że Georgi Gospodinow (rocznik 1968) jest poetą, prozaikiem, krytykiem, scenarzystą,  stałym komentatorem jednego z największych bułgarskich dzienników, naukowcem,  krótko mówiąc człowiekiem-instytucją. „Powieść naturalna” ukazała się wcześniej we Francji, Włoszech, Niemczech, Czechach, USA, Danii  i wszędzie  spotkała się z ciepłym przyjęciem. A Georgi był już w Polsce jako gość drugiej edycji Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania.

Artur Ruman

rocznik 81. Poeta. Ukończył technikum elektryczne oraz studia na Akademii Rolniczej w Szczecinie. Laureat konkursów m.in.: VII Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Jacka Bierezina w Łodzi (Nagroda Specjalna, 2001) oraz I Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Kazimierza Ratonia w Olkuszu (III, 2005). Debiutował w Pograniczach, publikował m.in. w Tyglu Kultury, Undergruncie, Gazecie Wyborczej, fo:pa, Magazynie Cegła oraz portalach internetowych: Nowej Okolicy Poetów i Odry. Mieszka w Policach.

Artur Ruman: Orangutan

Wpadłem jak zły z byczym impetem, mało nie rozpierdoliwszy kabiny. Szybko zdjąłem zbutwiałe rękawice (ogrodniczki) i cisnąłem je w kąt. Kolejno zaraz ściągnąłem z twarzy maskę, która faktycznie mogła przyprawiać mi rogi i cisnąłem w drugi kąt – pierdolony rozpuszczalnik, jebany klej – pomyślałem i zacząłem zabierać się za skafander ochronny, podobny zaiste do kaftanu bezpieczeństwa i, gdyby były tu kamery, musiałbym wyglądać jak oszołom, szałaput miotający się w przestrzeni metr na metr. Próbowałem błyskawicznie rozpiąć go od dołu, od rzyci strony, ale – co mi to da? – pomyślałem i zabrałem się na ostatnią dosłownie chwilę za rozpinkę od góry, od grdyki, co poskutkowało. Kombinezon opadł poniżej kolan, a ja zapadłem i polało się w końcu, i się posypało.

Zawsze ten sam problem. Duża rolka, rola, znajduje się z tyłu, między ścianą, a spłukiwaczką tak, że by go zdobyć, trzeba nie lada ekwilibrystyki, a przeważnie, jak przyciśnie,  nie ma czasu pomyśleć o tym na tzw. zaśkę i położyć rolkę przed sobą. Wszystko dlatego, że dopiero na koniec zmiany przychodzą sprzątaczki, które mają magiczny kluczyk, pozwalający otworzyć skrzynkę znajdującą się, jak Buk przykazał po lewicy (lub prawicy), załadować tam świeżą rolkę i na koniec ją zamknąć. O Bukowskim myślę. Tak, często w chwilach – jak mawiają poeci – prawdziwego życia myślę o Bukowskim, który przecież pracując jako woźny dbał tylko o to, by w każdej kabinie była rolka papieru, bo każde ludzkie stworzenie zasługuje na to, by się porządnie wysrać.

I jeszcze ten wydruk na drzwiach. Kurwa, czy ten stołczyński esthablishment myśli, że zatrudnia tu orangutany? Czy my, pracownicy produkcji zaopatrujący połowę europejskich matron w gąbki do mycia garów nie wiemy, że „po” trzeba spuścić wodę, opuścić klapę, zamknąć drzwi, zgasić światło i umyć ręce? Zapomnieli o fundamentalnym podpunkcie: podetrzeć się, bo jak rzyć swędzi, to robota nie idzie jak trza. A ostatecznie jeszcze naszym krwawiącym niewiastom przypominają, by zużyte podpaski owijać w papier i wyrzucać do kosza na śmieci (podpunkt dopisany ręcznie, z wykrzyknikiem).

Jest grubo, a smród! smród nagle przerywa mój gniew i z wolna obraca go w stan lekkawo lękowy. Trzeba powoli wychodzić, bo i tak fart, że nie było nikogo w środku, a że przeważnie jest zajęte, to wiadomo, że zaraz ktoś będzie się dobijał. Wyginka. Rolę kładę między sobą, a drzwiami i wykańczam sprawę, nawet niedokładnie, bo czuję narastający stres. Jeśli ktoś czeka, to nie puka przecież, bo po szparze widać, że jest zajęte (no chyba, że – jak to mówią – kret majty liże). Tak jest poniekąd ciekawiej, ten dreszczyk adrenaliny, pojawiający się przy wyjściu. Jeśli to jedna ze starych bab, to pół biedy, ale jeśli to któraś z młodych? Jeśli to Gabrysia, piękna i zadbana dwudziestoparoletnia kobieta, którą każdy z nas bez niczego wziąłby na taśmie produkcyjnej? Póki co, ten nowy nabytek firmy, szczuplutka jak iglica, kruczoczarna „dziewica anielskiej urody” w okularach o czarnych oprawkach nie spojrzała na mnie ani razu, ani się nie uśmiechnęła. „Cóż, że jest dziewczyną z fabryki i w szykowne nie ubiera się stroje?”.

Pukanie. Wyraźne pukanie słyszałem. Jezu. Trzykrotne stuknięcie w drzwi. Szybko, ale wolno wciągam wszystko z powrotem. Nie ma co się spieszyć, może smród ucieknie, tylko gdzie tak szybko? Choćbym chciał, to go nie wchłonę. Ale pukanie było czyste, mocne, więc też nie ma co się bazgrać, każdy ma prawo się wysrać. Zakładam skafander. Schylam się po rękawiczki. Maskę zakładam na szyję. Biorę głęboki oddech i naciskam klamkę. Niech się dzieje, co chce…

Nie mogło być gorzej, to już wolałbym, żeby to była ciągle uśmiechająca się do mnie Renia albo Marzenka. A tu wychodzę i staję w Gabrysi obliczu, i zaiste istnieję teraz tylko w ramach jej twarzy. Stoi, patrzy na mnie i uśmiecha się otwarcie jak dziecko. Zakłopotany czynię pijane ruchy i gesty zapraszające, można już, proszę, przepraszam, że tak długo to wszystko… Wybaczy ten smród, to ludzka rzecz przecież. Zresztą, na pewno nie jest tak źle. Jest wentylacja i kostki zapachowe. Ale spojrzała mi prosto w oczy. I uśmiechnęła się do mnie. I tak idąc, zdaję sobie nagle sprawę, że nie spuściłem wody.

 

 

                                                                                                          police, 4.X.2009r. 23:56

Jerzy Reuter

Urodził się w 1956 roku, w Bieszczadach. Mieszka a Tarnowie. Pisze prozę i poezję, jak sam twierdzi, od dziecka. Pierwsze publikacje, to poezja i „Tygodnik Kulturalny” w 1977 roku. Jest redaktorem działu prozy i zastępcą redaktora naczelnego w kwartalniku literacko – artystycznym „Szafa”. Debiut książkowy, to wydany w 2007 roku zbiór opowiadań „Zdrada”. W roku 2009 zbiór opowiadań „Opowiadania”
 Publikował między innymi w „Akcent”, „Portret”, „Wyspa” „Szafa”, „Aspiracje”, „Kozirynek”, „Znaj” – pismo Stowarzyszenia Autorów Polskich, „Midrasz”, „New Light Times”, „Kurier galicyjski – Lwów”, „Rzeczpospolita Kulturalna – Londyn”, „Polish Daily News” – USA, ”Przegląd Australijski”.

Wyróżnienie i nominacja do nagrody głównej na Międzynarodowym Festiwalu Opowiadań – 2009.

Jest stałym współpracownikiem Gazety Krakowskiej. 

 

Jerzy Reuter: Ząb narwala

Poznałem go na rybach. Gdy przyszedłem na swoje stare miejsce, zauważyłem, że ktoś zarzucił dwie wędki. Moje stanowisko było zajęte. Nic bym nie miał przeciw, bo co mi tam jakieś miejsce obsikane, zaznaczone, że już nikomu nie wolno wejść i wędkować. Bo cóż by wielkiego się stało? Ale wędki stały samotnie, bez właściciela. Początkowo pomyślałem, że ten ktoś oddalił się w krzaki, a może kopie glisty, poszedł zbadać brzeg, czy robi coś, co tradycyjnie robi się na rybach. Że łazi sobie i gapi się w wodę bezmyślnie, jak to jest w zwyczaju. Usiadłem w trawie i zacząłem rozpakowywać sprzęt. Powoli przeciągałem żyłkę przez przelotki, gapiąc się w rzeczny nurt. Dunajec leniwie przeciskał się korytem, niosąc ścieki gdzieś daleko do morza.

Zarzuciłem wędkę, ciskając przynętą do połowy rzeki i położyłem „kij” na widełkach. Gdy mocowałem do szpicówki kajnerowy dzwonek, usłyszałem dziwne pomruki. Po chwili z gęstej wysokiej trawy podniósł się człowiek. Był to średniego wzrostu starszy mężczyzna, dobrze zbudowany z czarnym, cienkim wąsikiem á la Don Juan i siwą, lekko przerzedzoną czupryną. Ubrany był w krótkie szorty, spod których wystawały dobrze umięśnione, krzywe nogi. Szybko wykonał kilka przysiadów, potem przeszedł do pompek. Po dziesiątej przewrócił się na plecy i popedałował machając w powietrzu nogami. Gdy skończył „rowerek”, powstał i wykonał taniec, polegający na podskokach i opadaniu na pięty. Po zakończeniu tej dziwnej gimnastyki spojrzał na mnie i z uśmiechem wyciągnął w moim kierunku prawicę.

– Zająłem miejsce? – zapytał.

 Podałem mu rękę. Jego uśmiech wydał mi się szczerym i przyjaznym. Przez chwilę potrząsał dłonią w geście powitania, pochylając się przy tym, muskając siwymi włosami moją twarz.

– Jestem pewien, że się pomieścimy – odparłem.

W pierwszej chwili nie wiedziałem, co powiedzieć, więc zrobiłem to, co każdy wędkarz robi po przybyciu nad wodę. Zapytałem:

– Biorą?

– Kto je tam wie? Musiałby pan popytać wędkarzy. O, wystarczy podejść w górę, jakieś pięćset metrów. Tam będą wiedzieć.

– To pan nie łowi? Te wędki tutaj… Nie?

Nieznajomy spojrzał z odrazą na rzekę.

– Nienawidzę ryb, mój panie. Jestem tutaj rekreacyjnie. A wędki rozkładam, bo jak bym wyglądał? Nad rzeką trzeba się zachowywać, nie? Jeszcze by mnie wzięli ludzie za jakiegoś pijaka albo coś.

–Ale wędki są zarzucone – nie dawałem za wygraną.

–I co z tego? Na końcu żyłki mocuję ciężarek i wio, do wody. Ja nawet, proszę pana, mam opłaconą kartę wędkarską! Czyli, jak ja to rozumiem, jestem tutaj zgodnie z prawem.

Mężczyzna wszedł do wody i zamoczył dłonie. Przez chwilę delektował się chłodem rzeki, po czym spłukał twarz.

– Rozumie pan? – zapytał. – Policja poluje na śpiących w trawie, ale ja występuję jako wędkarz.

– Niby tak – odparłem.

Mężczyzna przytaknął. Przez chwilę dreptał w miejscu małymi krokami i najwyraźniej chciał coś powiedzieć. W końcu machnął ręką i wrócił na swoje legowisko.

 Ryby nie okazywały żadnego zainteresowania moją przynętą, chociaż była to najlepsza z najlepszych, mieszanka grysiku, czosnku, olejków aromatycznych i farbki spożywczej. Zarzucałem wędkę, co chwilę w inne miejsce… i nic. Nieznajomy położył się w trawie i spał, a czas leniwie układał się na wodzie i płynął z nurtem w dół.

Po dwugodzinnym zmaganiu z ciszą sięgnąłem do plecaka i wyjąłem butelkę piwa. Syk uwolnionego spod kapsli gazu obudził nieznajomego. Uśmiechnął się do mnie i usiadł obok.

– Prawdę mówiąc, chyba się nie przedstawiłem – powiedział.

Zacierał ręce i spoglądał łakomym wzrokiem na moje piwo.

– Nazywam się Wadza – powstał i ukłonił się. – Wadza, to moje pseudo, ale nawet rodzice tak mnie wołali, szanowny panie.

– Bardzo mi miło.

– Mówisz pan Wadza i każdy wie, o kogo chodzi.

Nie miałem wyjścia. Wyjąłem drugie piwo i podałem Wadzy.

– Czekałem na kogoś takiego jak pan – powiedział. – Nie żeby mi piwo, czy coś, sam pan wie. Brakowało mi przerwania snu, bo widzi pan, ja dużo śpię, może nawet zbyt dużo. Śpię na stojąco w kolejce po chleb, gdy siedzę w kawiarni, też śpię. Śpię, gdzie chcę i nie chcę.

Przysiadł się bliżej i popijał słowa piwem, a moja wędka smętnie zwisała nad lustrem wody.

– Może to jakaś choroba? – zapytałem.

–A gdzie tam! – zawołał. – Panie! Mnie badali w instytucie kosmicznym… i gówno! Z pracy mnie wylali za symulanctwo, żona poszła w diabły. To, co ja mam zrobić? No, co? Ale dobrze, że pan się zjawił, bo bym tak spał do jutra, do rana.

– Dobrze, niedobrze.

– Co, że niedobrze? Co?

–Ryby nie biorą, panie Wadza. To się nazywa niedobrze.

Wadza spuścił głowę. Przez chwilę milczał, szukając słów, by oddać jakąś myśl, kiełkującą mu pod srebrną czupryną.

– To moja wina – powiedział. – Ryby mnie nie lubią, ale ja też nie cierpię tych śliskich stworzeń.

Powstał i spojrzał na rzekę.

– Dlatego sam na ryby jeżdżę. Na ryby w znaczeniu takim, jak pan widzi. Na mój widok, proszę pana, ryby odpływają.

– To masz pan pecha, nie?

– Pecha? Te bestie prześladują mnie nawet we śnie! Panie kochany! Ja śpię z rybą, niech to szlag trafi. Ledwie przymrużę oko, zjawia się to wielkie, pieprzone gówno i dźga mnie prosto w serce tym, tym… Tym rogiem!

– No, nie!

– A jak! Płynie za mną przez cały sen, powiem panu, że przez każdy sen, wielki stwór z dzidą zamiast nosa! Boję sie spać… Ale muszę. Nie mam na to wpływu.

Mówił na tyle ciekawie, że bez słowa sięgnąłem po następne piwo. Wadza owinął puste butelki foliowym workiem i ukrył je w trawie.

– Mogą się kiedyś przydać – powiedział szeptem.

– A ta ryba, może pan coś więcej?

– Ha! No, właśnie. Ta ryba, to panie kochany, wściekły narwal! Śni mi się zawsze jeden sen. Płynę po jakimś oceanie, pomiędzy krami lodu i już, już dopływam do brzegu, gdy z głębin wypływa ten stwór. Mierzy we mnie szpicem i pędzi! Prosto na mnie! Rany boskie! Naczytałem się trochę o narwalach i powiem panu, że ten szpic to jego ząb, a właściwie to radar, którym wyczuwa niemal wszystko.

– Cholerka! – zawołałem. – Nie wiem, czy zazdrościć, czy współczuć.

–A niech to, niech to szlag trafi, drogi panie.

  Przesiedzieliśmy potem w milczeniu do zmierzchu. On walczył z sennością, a ja, myśląc o nim, bezskutecznie czekałem na jakieś branie. Być może z powodu pecha Wadzy, ryby odpłynęły.

 Z nad rzeki wygoniły nas komary. Zjawiły się wraz ze zmierzchem i wściekle rzuciły się na

nasze ciała, pokazując, kto jest panem wilgotnych wieczorów. Pobliska fabryka nawozów uwolniła codzienną dawkę fetoru.

 Gdy siedzieliśmy w autobusie, Wadza zwrócił się do mnie:

–Co pan robi w taką noc? Znaczy, dzisiejszą noc?

–Czy ja wiem? Nic mnie nie trzyma, jestem wolny.

– To ja zapraszam – powiedział. – Zapraszam pana do siebie. Będzie przyjemnie, obiecuję!

                                                                             ***

Przecisnęliśmy się przez „chemiczną” dzielnicę miasta, wąchając smrody wypuszczane na noc, jakby wstyd było kombinatowi, że tak niemiło pachnie. Że produkuje nawozy, ale sztuczne i one nie powinny śmierdzieć, jak te naturalne. Do centrum nie było więcej niż pół godziny jazdy. Wadza wtulił się w ceratowe siedzenie i spał. Ale jak on spał! Niby oddalony gdzieś w inne światy, uciekający przed wściekłym narwalem, a oczy miał szeroko otwarte, chociaż martwe, utkwione w jednym punkcie, nieruchome i nieme – tak bym to określił.

W drodze do domu odwiedziliśmy sklep z monopolem. Początkowo była jedna butelka, po krótkim wahaniu druga. W końcu, rozbudzony Wadza oświadczył:

– Weźmy jeszcze jedną, bo wiadomo jak to jest.

Ja wiedziałem jak to jest i on wiedział to samo. Wspólnota doświadczeń sklejała nasze myśli w tę jedną – dzisiejsza noc zabuja nami jak łajba. Wódka poprowadziła nas do domu Wadzy. Mieszkał w typowo blokowym mieszkaniu. Dwa pokoje, kuchnia, łazienka, okna wychodzące na mały plac zabaw i kobieta. Ani ładna, ni brzydka. Typowo blokowa kobieta, lekko zaniedbana, siląca się na utrzymanie pozorów urody, ukrytych pod starym szlafrokiem, pod wałkami papilotów, w brzydkich, znoszonych kapciach.

–To jest Brenda – powiedział Wadza.

Brenda miała zniszczoną twarz, smutne oczy i tajemniczy uśmiech, skrywany w dłoni.

– Zrób nam, kochanie, herbatki, co? – pogłaskał jej ramię.

Wadza wskazał mi krzesło przy starym, okrągłym stole. Dawno wytarta politura i spękana okleina wskazywały, że blat tego stołu wiele widział. W rogu pokoju stał czarno biały telewizor, a nad nim wisiał, zawieszony na pasku, złoty saksofon.

– Macie coś? – zapytała Brenda. – Macie do herbaty coś?

Wyraz jej oczu zdradzał wielkie zapotrzebowanie na to „coś”. Że ostatnio dużo piła i cierpi. Że po prostu ma kaca. Wyjęliśmy z plecaka butelki. Ustawiliśmy na stole, na ołtarzu i zasiedliśmy wokół jak wierni.

–Robisz tę herbatę, cholera jasna? – zapytał Wadza.

Brenda odskoczyła od stołu i pobiegła do kuchni, a gospodarz mieszkania odkręcił pierwszą

półlitrówkę. Niewiele mówiliśmy, bo jeszcze nie nadszedł ten czas, rozplątujący języki, nadający dłoniom wdzięk gestykulacji. Wiedzieliśmy, że to jest tuż tuż i nic nam nie stanie na przeszkodzie, bo jakże piękne były butelki ustawione na blacie. Wadza sięgnął po saksofon. Przez chwilę przedmuchiwał ustnik, potem otworzył szafę i zagrał.

– Otwieram szafę żeby stłumić hałas – powiedział. – Piszą ludzie skargi na moje granie.

– Bo grasz im po nocach! – zawołała z kuchni Brenda. – Gra i gra! Najczęściej „Stawkę większą niż życie”!

– Zelmer – powiedział Wadza, gdy skończył grać. – Pozłacany, proszę pana. Po weselach się jeździ i w inne miejsca… Zawsze to parę groszy, jakby nie liczyć.

Piliśmy z jednego kieliszka, strząsając, tę słynną, ostatnią kroplę, pod nogi, jak każe obyczaj. W końcu pękło milczenie. Wadza przepił herbatą i powiedział:

– Powiem panu, że Brenda, to dobra dziewczyna. Jesteśmy razem prawie dziesięć lat i szanujemy się bardzo. Ja już miałem kiedyś żonę, a Brenda miała męża.

–Jaki on był mąż. Kierowca. Pojechał i tyle go było – powiedziała Brenda. – Potem chciał wrócić, ale już był mój Wadza i odprawiłam, czyli pieprzłam mu drzwiami przed nosem, temu kierowcy, znaczy się, nie?

–Moja, nie moja, poszła z gliniarzem, ale gdyby nie poszła, to bym Brendy nie poznał. Tak.

 Wadza uśmiechnął się szczerze..

– Żebyś ty, Wadza, nie przesypiał życia. Żebyś nie ścigał się z rybami. Lepiej by nam było, Wadza kochany. – Odwzajemniła mu się klepnięciem w ramię.

 Była między nimi wielka różnica wieku. Może dwadzieścia lat, a może więcej, a jednak wyczuwałem, istniejącą pomiędzy nimi więź. Miłość? Być może tak. Patrzyli na siebie z ciepłą miękkością w oczach. Dotykali się po każdym zdaniu. On przykładał wskazujący palec do jej dłoni, ona klepała go po ramieniu.

–No, właśnie – powiedziałem. – Co z tym narwalem?

Brenda wstała i podeszła do szafy. Długo grzebała pomiędzy ubraniami, przeklinała i sapała. W końcu wyciągnęła długi i cienki przedmiot, zawinięty w gazety.

– Narwal? – zapytała. – To jest, kurwa, jego narwal! To jest jego bzik, albo jeszcze, kurwa, gorzej!

– Nie zaczynaj! – Wadza zasłonił się stołem. – Po co piłaś? Co? No, po co?

– Co? Ja, kurwa? Ja piłam? Ty stary chuju! Wadza! Ty bucu!

– Brenda, ja cię proszę!

Rzuciła pakunek na tapczan i wyszła do łazienki. Ten zaskakujący wybuch złości był zapewne efektem nadmiaru alkoholu, ale nieco mnie zmroził. Nie wiedziałem, co robić. Wadza nalał wódki i powiedział:

– To zdrowie Brendy, szanowny panie, ona jest dobrą dziewczyną, a te ataki nie są dla mnie czymś nowym. Ot, wódka. Nic innego. Zapewniam, że za chwilę wejdzie i będzie się uśmiechać.

Rzeczywiście. Po chwili Brenda wyszła z łazienki i usiadła za stołem. Nalała sobie wódki i wypiła.

– Przepij herbatą, kochanie – powiedział Wadza.

– Przepraszam pana – załkała. – Czasami nie panuję nad sobą.

– Herbatą, kochanie. Przepiłaś?

– Po wódce dostaję takiej głupawki, przepraszam.

– Nie chcesz herbaty?

–Wadza!

– No, dobrze już.

Po kilku kolejkach wydawało mi się, że już wszystko się uspokoiło. Znowu dotykali się po każdym zdaniu, uśmiechali do siebie, pieścili wzrokiem. Niepokój powrócił, gdy kończyliśmy trzecią butelkę. Brenda wzięła pakunek i wyszła do łazienki.

– Chyba dnieje – powiedział Wadza.

Siedzieliśmy smętni z pochylonymi głowami nad stołem, kończąc wódkę. Wadza przysypiał, a ja chciałem iść do domu. Wtedy weszła Brenda. W ręku trzymała spiralnie skręcony, długi przedmiot. To był ząb narwala. Popatrzyła na śpiącego Wadzę i zaczęła, ale jak ona zaczęła! Pierwsze uderzenie skierowała w stół, drugim stłukła szyby w kredensie, a trzecie poszło w okno.

– Masz! Ty bucu stary! – krzyknęła i złamała oparcie krzesła.

Wadza spał, albo udawał, że śpi. Kto go wie? Udało mi się przejść do przedpokoju. Swoje graty wsadziłem pod pachę i po angielsku wyszedłem z domu.

                                                                           ***

Minęło kilka dni, a ja nie mogłem przestać myśleć o nocy spędzonej nad stołem Wadzy, o szaleństwie Brendy, zębie narwala i pozłacanym saksofonie. Z dnia na dzień rosła we mnie sympatia do tych dziwnych ludzi.

Tego dnia poszedłem w odwiedziny do matki, do szpitala. Nie chodziłem tam zbyt często, nie potrafiłem znieść żółtej barwy jej skóry na tle zielonych ścian. Po każdej wizycie wracałem do domu ze spuszczoną głową.

Leżała w ostatniej sali, przy oknie. Opowiedziałem jej o przygodzie z Wadzą, o zębie narwala i Brendzie. Mama pokiwała głową, na chwilę przymknęła oczy i powiedziała:

– Ech, ten Wadza, ten stary piernik.

– Mamo! – zawołałem. – Znasz Wadzę?

Otworzyła oczy i uśmiechnęła się do mnie, po czym wystawiła rękę spod kołdry i skinęła w stronę drzwi.

–Idź już – powiedziała

– A on?

– Nie powiem, przyzwoity człowiek.

Postanowiłem odwiedzić Wadzę. Oczywiście, postanowiłem zrobić to z odpowiednim fasonem, więc kupiłem pół litra wódki, a całą drogę modliłem się, by zastać go w domu, by nie pojechał nad Dunajec płoszyć ryb.

Wadzy nie było, wyszedł dwa dni wcześniej i nigdy nie powróci. Na drzwiach do klatki schodowej wisiała czarno biała klepsydra. Zmarł nagle, urodzony, rodzina i przyjaciele. Pogrzeb, o godzinie. Dzisiaj. Władysław Narwal, lat 61. Ktoś dopisał czarnym flamastrem „Wadza”.

Cmentarz zawsze ma jeden zapach, a właściwie nie ma żadnego. Są tylko monochromatyczne barwy, przetykane ognikami świec i jednakowi ludzie. Idą, nie idą, potem stoją i śpiewają, nie śpiewają, modlą się, rozglądają, poznają dawno nie widzianych znajomych i dyskretnie przesyłają ukłony. Jeden scenariusz, zawsze ten sam, nie ten sam. Ech, ty, Wadza. Pierniku stary.

–Szkoda chłopa – powiedział ten w czarnym kapeluszu.

–Zawał? Zawał? – zapytała kobieta w popielach.

Ludzie przeszli konduktem i ustawili się wokół grobu – dziury. Na pryzmie ziemi dwie łopaty wbite na krzyż i człowiek, podparty pod boki, ubrany na roboczo, w gumiakach, z metrówką w kieszeni. Grabarz.

Stanąłem przy kaplicy i z ukrycia obserwowałem ceremonię. Butelka ukryta za pasem uwierała, więc wyjąłem i odkręciłem. A niech tam. Śmierć zapiekła w oczach, a wódka w gardle.

Ksiądz zrobił swoje i zakręcił sutanną, zafurkotał, dał znak ministrantom i poszedł. Grabarz splunął w dłonie. I gdy rodzina, przyjaciele brali w garść ziemię i sypali na trumnę, do grobu podeszła kobieta. Ubrana w czerwoną sukienkę, pochylona, zgarbiona, wrzuciła do grobu długi i cienki przedmiot.

–To zdzira.

– Kto zdzira? Ta w czerwonym?

– Jaka tam zdzira. Ona sprzątała u Wadzy.

–U Wadzy? Wadza był zbyt porządny, żeby taka zdzira.

– Rodzina powinna wyjąć to coś. Z dołka wyjąć, nie?

– Jaka rodzina? Tylko siostra z Ameryki.

– Ale ta w czerwonym, to jednak zdzira.

– To jego kochanica, ale zdzira, to fakt. Żyli razem od lat.

Wycofałem się dyskretnie, odmawiając „Wieczne odpoczywanie”, gdzieś dalej, pomiędzy groby. Przysiadłem na marmurowej płycie – Maria Kozioł, lat 89 – i zapaliłem papierosa. Pomiędzy krzyżami przeciskała się Brenda.

–To pan? – zapytała i usiadła obok.

Podałem jej butelkę. Wypiliśmy za wieczną drogę, za tych, co na szlaku.

–Poszedł na zawał – powiedziała.

– Był sobie Wadza…

–Ale wie pan co? Pan wie? Ja panu powiem, powiem, że nie spotkałam w życiu tak porządnego człowieka. To był bardzo porządny człowiek. Ten mój Wadza.

Mówi Miller

A ja przepisuję z książki Frederica Jacquesa Temple’a „Henry Miller” (właśnie ukazała się nakładem Noir sur Blanc) i dedykuję tę wypowiedź spełnionym i niespełnionym pisarzom.

 „Wszystko, co wyraziłem poprzez moje dzieło, jest wtórne: to jest to, co mogłem zrobić najlepszego; albo wam to odpowiada, albo nie. I jeszcze: jeśli to nie jest literatura, możecie to nazwać, jak wam się podoba. Nie będę miał wam tego za złe” (przełożyła Anna Michalska)

Apostołka XXI wieku: Brody Sinobrodego

Tak napisał kronikarz: „każdego dnia słońce wschodziło nad pierwszą brodą o godzinie 6.30 i zachodziło o 19.15. Wiele głosów domagało się, by Sinobrodywstawał i prowadził skryte przed światem życie.”

Szepty z obfitej baśni podszczypywały go za jej krańce. Elfie śmiechy tajemnych marzeń rozchylały ciężkie drzwi do jego sypialni. Pojękiwania własnego przebudzenia do połowy odciągały kołdrę z Sinobrodego i pierwsze poranne promienie zapadały w splątane wygniecenia jego zarośniętego podgardla.

Sinobrody śniadał powoli na tarasie wieży swego zamku. Przeżuwając posiłek i najbardziej własne z myśli, widział stamtąd całą okolicę: rozległe lasy bukowe na wschodzie – ich miękkie korony cieszyły jego oczy latem i z niesytym zadowoleniem dotykał dłonią swej brody; doliny pełne mieniących się jezior na zachodzie – zimą tafle zamarzały i mężczyzna odnajdywał w tym widoku szczególne zadowolenie, gdyż jasnobłękitna barwa lodu przypominała mu zawerniksowany gniewem odcień jego spojrzenia. Lecz zwłaszcza lubił przemierzać wzrokiem z północy na południe, gdzie rozciągało się miasto, którego nigdy nie widział dość wyraźnie, gdyż o każdej porze roku zasnuwała je jakby postrzępiona mgła, której żaden wiatr nie był w stanie rozgonić. Tam jego spojrzenie potrafiło spoczywać uporczywie, wytrwale szukać najmniejszej szczeliny, która w zmieniającym się zgęstnieniu powietrza udostępniłaby mu widok na ludzkie sprawy; o niego mu chodziło. Gdy kompletnie nic mnie mógł dostrzec, czuł ucisk w klatce piersiowej.

Nie był Sinobrody w żaden inny sposób związany z życiem, jakie toczyło się w mieście. Nie wiele wiedział o ludzkich obyczajach poza własnymi. Palcem nie kiwnął, żeby uczynić jakiś gest, który zjednałby go z kimkolwiek. Od wielu lat od nikogo nie usłyszał słowa. Znał jedynie te rozmowy, które ze sobą w milczeniu lub na głos prowadził w zamku. Głos miał bardzo donośny, lecz nieco zdarty i jakby przecedzony przez sito – w sam raz dla kogoś to mieszka sam!

W tej chwili Sinobrody ziewnął i okazało się, że ma pełne, pięknie zarysowane usta i zdrowe uzębienie.

- Oho. Znów wiatr powiewa chmurami na niebie – rzekła jedna handlarka do drugiej, rozkładając stoisko warzywne.

- Prawda, coś takiego, sama nie wiem co, i na niebie i w powietrzu powiewa – pani Bjern, handlarka jajkami złapała się pod boki i dodała – Wiatr się wzmacnia, powinnyśmy wyjąć paliki z magazynu.

- Niech pani prędko patrzy w górę. Nie ogarniam zmian, jakie zachodzą na niebie. Co do kolorów i kształtów, mam na myśli. Wyznam, że boję się o mego męża. Za posadą w zamku wyjechał dziś z miasta długo przed wschodem słońca, a jeszcze żadnej wieści od niego nie mam. Czy mam powód do niepokoju?

- Na pewno jest jeszcze niedaleko, kochana – uspokoiła ją tamta po swojemu i strzepała z policzka puszek z pościeli, który wiatr musiał przywiać tu z podwórza pani Rops, u której w sobotę robi się wielkie pranie.

- Lecz czy on sobie zdaje sprawę – kontynuowała pani Bjern przewiązując sznurkiem nogę stoiska - że pozostawiając mnie bez gońca, przyprawia chore serce kobiety o palpitacje? Już nawet nie chcę, żeby dostał tę posadę, lecz, na miłość Boga – mocno zawiązała supeł - niechże się do mnie odezwie przez pośrednika, że dotarł na miejsce!

- Zgadzam się z Panią Sven. Nie mógł odjechać daleko – odezwała się kumoszka, która dotąd z boku przysłuchiwała się rozmowie i mocowała stoisko do ziemi – Jego koń na pewno stąpa ostrożnie. Zresztą nie raz widziałam ostrożność tego czarnego konia na własne oczy, więc dodam, aby panią pocieszyć, on jest… – kobieta zawiesiła głos w zadumie i po chwili dodała z osobliwym namaszczeniem – on prawie jest tu z nami.

Powietrze jątrzyło coraz więcej pierza, które należałoby strzepywać z fasoli, ziemniaków, marchewki oraz jaj, lecz kobiety – zamiast pracować – nie mogły dojść ze swymi sprawami do ładu.

- Pani Sven i Pani Torgen – ciągnęła pani Bjern – to wszystko prawda. I że mój mąż opuścił mury tego miasta przed wschodem słońca i że z niebem dzieje się coś nie tak. Prawdą jest również, że koń mego męża jest czarny. Lecz ja łącze ze sobą te wszystkie fakty i wierzcie mi, że mam ku temu powody.

- A jakie to, jeśli możemy wiedzieć? – zapytały, patrząc po sobie z nieskrywaną ciekawością.

Pani Bjern spuściła oczy i ciemne pajęczyny rzęs ubogaciły koloryt jędrnej i całkiem w tym momencie rumianej twarzy.

Pan Bjern postanowił pojechać do zamku drogą okrężną, która wiodła wzdłuż strumienia, aby w każdej chwili móc napoić konia i nie zgubić się, jako że smugi gęstej, nieprzenikalnej mgły unosiły się nad wszystkimi drogami i polami. Wesoły szum potoku oraz śpiew niewidzialnych ptaków prowadziły go na przód i dodawały otuchy w misji.

Miał zatem ubiegać się o posadę rachmistrza u wielkiego pana z zamku. Na taki pomysł wpadła jego żona i to nagle, dla niego niespodznianie. Jadąc rozmyślał nad powodami, które skłoniły ją do wysłania go do zamku, kiedy on wolałby chociażby grzać się u jej boku. Jego dotychczasowe zajęcie dostarczało im przecież środków do życia. Pan Bjern miał nawet ambicję, aby ten swój własny, niewielki interes rozwinąć w coś większego. I chociaż sam nie wiedział jeszcze, co dokładnie miałoby to być, w tej chwili bardziej frasowało go jak zachować się przed człowiekiem, którego kompletnie nie znał, a o którym słyszał wiele legendarnych historii.

Ludzie mówili, że Sinobrody jest bardzo niezależny i nikogo się nie boi. Że postępuje tylko tak a tak, a zwłaszcza jak mu się podoba, gardząc przy tym całym światem. Powiadali, że gdy chce wskakuje na swego rumaka i wyrusza na polowanie, z którego zawsze na własnych barkach przywozi co najmniej dwa jelenie. Powiadają też, że w przypływie gniewu zabił człowieka i że jest niepoczytalny, skoro całymi latami sam przesiaduje w zamku. Jako że nikt nigdy na własne oczy nie widział Sinobrodego w mieście, również wokół jego rzekomych miłosnych podbojów narosły opowieści, które zaliczyć można do najodważniejszych. Podobno po kobiety wyprawia się tylko do odległych i dzikich krajów, gdyż jego upodobania są tak nieprzyzwoite i bezkształtne, a apetyt pozbawiony granic, że żadna normalna kobieta nie byłaby w stanie go zaspokoić. A gdy nie chce mu się jechać tak daleko, podobno… na tę myśl Panu Bjornowi zakręciło się w głowie i spadł z konia. To właśnie w tej chwili Pani Bjern nie ośmieliła się ponownie podnieść oblicza ku niebu.

- Czujemy, że ciągłym mówieniem o Twoim mężu, zamykasz sobie usta na jakieś inne sprawy, które cię nurtują, pani Bjern. Prawda pani Torgen?

- W zupełności się zgadam z Panią Sven. Ze mną też tak było, gdy jeszcze nie byłam kobietą względem siebie uczciwą.

- I w moim przypadku było podobnie – dodała pani Torgen, która była z nich najstarsza i mrugnęła okiem do pani Sven – gdy jeszcze byłam nieprzyzwoicie dziecinna w moim postępowaniu z mężczyznami.

- Tak, jesteśmy dojrzałymi kobietami – pani Sven trąciła biodrem panią Torgen – a nie aniołami czy świętymi, nawet jeśli nasi mężowie tak nas postrzegają. Dlatego ulżysz sobie, jeśli wyjawisz nam swe prawdziwe myśli i opowiesz nam, co takiego się wydarzyło.

- Widzę, że nie pozostaje mi nic innego, jak zwierzyć się przed wami, drogie kobiety – odezwała się wreszcie pani Bjern – Ale ostrzegam, że takiej historii jeszcze nie słyszałyście i możecie mnie potępić, gdy dowiecie się o tym, co się stało oraz… co dopiero stanie.

Tydzień już mija od wydarzenia, które wstrząsnęło moim dotychczasowym życiem. Pod nieobecność mego męża wybrałam się do zamku, w którym mieszka Sinobrody. Zapytacie „po co?”, a mnie trudno będzie udzielić wam jasnej odpowiedzi na to pytanie. Być może rozumujecie same i nie trzeba wam niczego wyjaśniać. Powiadam więc: nie miałam żadnej konkretnej sprawy do tego pana, o którym huczy po karczmach nad ranem, gdy przyzwoite kobiety śpią, a mężczyźni podejmują z dala od nich temat, który karmi ich wyobraźnię i konfrontuje z tym, czym sami nie mają odwagi przed nami być. Zapukałam do wrót zamku, gdyż chciałam poznać człowieka, o którym mężczyźni nam mówią, a my potem na rynku rozstrząsamy. O którym plotkują, że nie jest człowiekiem, lecz zwierzęciem, gdyż jego człowieczeństwo zostało zastąpione przez instynkty. Zebrałam się w sobie i pognałam do zamku, a po drodze musiałam zażyć witaminy, gdyż wielokrotnie traciłam siły. U jego drzwi stanęłam jako osoba wyczerpana, niepewna, zawstydzona i do dziś zastanawiam się, dlaczego właściwie mnie przyjął. „A co to?” rzekł patrząc na mnie z góry, z rozbawionym niedowierzaniem. „To ja, niewiasta gotowa na wszystko!” odparłam dzielnie, a on buchnął śmiechem. „Na wszystko? Skoro tak, wstąp proszę w me progi”. Przyjął mnie w salonie. Pamiętam, że stało tam wielkie akwarium, a jako że był w trakcie zmieniania w nim wody, posadził mnie na wygodnej sofie, podał czarę z winem i rozmawiał nie przerywając poprzedniego zajęcia.

- Czyścił akwarium, gdyś ty siedziała na jego sofie i popijała wino? - ze zwątpieniem zapytały chórem.

- Tak. Między potężnymi nogami miał niebieskie wiadro do połowy napełnione wodą. We wiadrze zanurzona była ryba oraz przeźroczysta gumowa rurka, która łączyła się raz z akwarium, to znów z jego ustami. A gdy ze mną rozmawiał wyjmował na chwilę rurkę z ust i zaciskał dopływ palcami.

- O czym rozmawialiście?

- Pytałam o jego życie. O to czy miał żonę. Odpowiedział, że miał ich wiele i że teraz też ma jedną.

- Co się stało z tamtymi i dlaczego nikt nic nie wie o obecnej? – dopytywały się gorliwie.

- Nie chciał mi powiedzieć, co stało się z poprzednimi żonami, a o obecnej powiedział, że jest na górze, że on nosi ją tam na rękach.

- A dlaczego nie chciała zejść do was?

- Powiedział mi, że ta żona często bardzo źle się czuje, ale po godzinie rozchwianym krokiem zeszła do nas na chwilę.

- Ja myślę – wtrąciła pani Torgen – że to kompletna fantazja, żeby nie powiedzieć kłamstwo!

- I ja też tak myślę – dodała pani Sven – A poza tym, co jeszcze działo się dalej między wami?

- Gdy zaniósł tę chorowitą żonę z powrotem na górę, powiedział mi, że zamknął ją w szafie, a ja włożyłam mu dobry tytoń do kieszeni surduta, pytając dlaczego trzyma żonę tam, gdzie ją trzyma.

- Co on na to?

- Odparł, że nie chcę słyszeć jej oddechu przez cały dzień, gdy zajęty jest swoimi sprawami. Męczy go to. I przybliżył swoją twarz do mojej.

- Przybliżył swą wielką brodę do twej twarzy?

- Opowieści, które krążą o jego sinej brodzie – rzekła uroczyście oświecona pani Bjern – można między bajki włożyć. Zbliżył do mnie policzek, z którego wyrastały kryształy cukru. Słońce wpadało do salonu i rozświetliło jego pobrużdżoną twarz pokrytą stożkami cukru. Zbliżył ją na odległość mojego języka, który wetknęłam w zagłębienie między kostkami. Niebywale szybko roztopiła się jedna z nich i pojawił się w jego policzku słodki dołek.

- Jak szybko pojawił się ten dołek? – przerwała zahipnotyzowana tą opowieścią pani Sven.

- Bardzo szybko i wtedy Sinobrody odwrócił ode mnie twarz.

- Ach – westchnęła pani Torgen.

- Moja wizyta w zamku nie trwała długo i powiem wam, że nie zapomnę smaku brody Sinobrodego.

- Dlaczego jednak posłałaś tam swojego męża? - zapytała rozumnie pani Sven.

- Chciałam, żeby poznał człowieka z charakterem.

- Czy wiesz, że to się może źle skończyć dla pana Bjern? Chodzą słuchy o bezwzględności Sinobrodego zarówno względem kobiet jak i mężczyzn.

- Wiem o tym. Wobec mnie był bezwzględny. Być może też, że straciłam głowę myśląc o pożytku z tego dla mego męża.

- Czy uważasz, że groźba śmierci byłaby dobra dla twojego męża? – zapytała pani Sven i między kobietami zapadła cisza.

Gdy pan Bjern przebudził się po upadku, odnalazł siebie na łożu w obcym zamku. Biła godzina 19. W fotelu na przeciw niego siedział najbardziej postawny mężczyzna jakiego dotąd widział. Jego dłoń zanurzona była w takiej gęstwinie, że z całej jego twarzy wyróżniały się jedynie przenikliwe oczy o chłodnej, melancholijnej barwie. Pan Bjern był gładki jak niemowlę, co przez lata jego małżeństwa budziło radosne zdziwienie żony. Lecz w tej chwili poczuł się nieswojo, w milczeniu patrząc na spokojny ocean, który dotykał bel łoża. Ostatnie promienie dnia rdzawo zabarwiały faudy pościeli. Sinobrody wyczuł przestrach i niepewność pana Bjerna.

- Podczas polowania znalazłem cię nieprzytomnego na terenach mojej posiadłości i tymi ręcami tu przyniosłem. Lasy, jeziora i strumień należą do mnie, czy nie wiesz! Kim jesteś? Mogę zrobić z tobą wszystko – rzekł właściciel zamku poważnym głosem.

- Jestem żoną twojej żony, tfu, jestem twoją żoną. Będę dbać o zamczysko, będę igrać z bródką – odparł prędko i niezdarnie gość.

Sinobrody roześmiał się odejmując rękę od swej brody.

- W takim razie może powinienem cię lepiej pilnować? – zapytał, odwracając twarz w stronę okna.

Ręce pana Bejrna nagle szarpnęły go porządnie za brodę! Wspinały się po niej prędko coraz wyżej, aż dotarły do oczu.

- Rozejrzyj się dobrze – gospodarz odjął twarz gościa od swojej. - Czy widzisz jaki tu mam porządek? Czy ty u siebie też masz taki porządek jak ten?

Oczom pana Bejnra ukazało się krzesło ustawione przy oknie oraz półka z kilkoma zakurzonymi książkami. – Dlaczego więc podsuwasz się pod moje oczy tak blisko? – zapytał hardo Sinobrody.

- Bo chcę być miłą twym oczom, panie – cienkim głosem zaśpiewał mężczyzna.

- Abyś wiedział, jak okrutne i przypadkowe może być życie… – rzekł Sinobrody i zaplótł dwa nurty wokół szyi pana Bjerna, pociągając go na taras wieży.

- Powstrzymaj się! – krzyczał pan Bjern – Sekcja zwłok jeszcze nie została na mnie dokonana.

- Nie podobasz mi się zarówno jako kobieta jak i mężczyzna. Nie podobasz mi się w tej samej chwili, gdy ktoś inny podoba mi się choć trochę. Niech mi brodę utną, ale ty nie podobasz mi się wcale! Jesteś zwykłą latawicą, za którą nie mógłbym po schodach tego zamku latać.

I siłą rozpędu wyrzucił Sinobrody pana Bjerna za okno, które wychodziło na fosę pełną piranii, pozbawiając się strzępka swego najcenniejszego atrybutu. Pan Bjern przez chwilę spadał w dół uchwycony kawałka brody,

od której dzieliło go naprężone ramię.

Ewelina Jarosz

CV pisane przez APOSTOŁKĘ XXI WIEKU:  

 Ewelina Jarosz, ur. w 1984 r. Historyk sztuki i krytyk artystyczny. W 2009 roku powołała do życia interdyscyplinarną kreację Apostołki XXI wieku. Ta przybyła do Polski na statku towarowym, w kontenerze ze skrzynkami soczystych pomarańczy. Na brzegu rodzinnego domu zostawiła swą babcię, murzynkę o rozkołysanych biodrach. Gdy po długiej, transoceanicznej podróży, podczas której rozmyślała między innymi o swej poprzedniczce – Apostolce XX wieku – ponownie znalazła się na lądzie, ze statku wytoczyły się pomarańcze, a wraz z nimi ona. Brana za mulatkę, smagana kijami uciechy,  otrzepała poły swej misjonarskiej szaty wykonanej z najsztuczniejszej dzianiny i również pod nosem dworując sobie z tych, którzy nie czują specyfiki dzisiejszych czasów, ruszyła przez XXI wiek, wraz z innymi, którzy się przyłączyli.

 

„Brody Sinobrodego” są częścią „Pism Apostolskich XXI wieku”, zbioru tekstów, w których poetyki rozmaitych przekazów kultury wykorzystane są w subwersywny sposób, jako próba uwrażliwienia współczesności na powiewy „inności” i vice versa.

 

  tel.: 0 509 977 425  

  arebours@interia.pl

 

 blog literacki PISMA APOSTOLSKIE XXI WIEKU:

 http://nadmorskiekrolestwo.blogspot.com/

Booker dla Waters?

Noble nie Nike czy Cogito, a mnie najbardziej kręci pytanie, czy Sarah Waters otrzyma Booker Prize za powieść „Ktoś we mnie”. Brytyjska pisarka, jedna z tych, w których zakochałam się od pierwszej strony, była już dwukrotnie nominowana: za „Złodziejkę” i „Po osłoną nocy”. Jej nowa książka (polska premiera również jutro) z poprzednimi ma tyle wspólnego, że osadzona została również w przeszłości, tuż po wojnie. Ale to nie jest romans z kobietami w rolach głównych, tylko niezwykły thriller, w którym pisarka z jednej strony rozlicza się z klasycznymi powieściami grozy, z drugiej zaś – z angielskim systemem klasowym. Już sam ten zwrot, zademonstrowanie skali pisarskich możliwości, jest fantastyczny. A że od jej książek trudno się oderwać, o tym już wielbicieli nie muszę przekonywać.

Ogromnie jej życzę tej wygranej, a sobie życzę, żeby te cuda z ichnich „krótkich list” się ukazały u nas.  Bo jak się przejrzy te siódemki, stwierdzi, kto kogo pokonał i czym, to aż zazdrość bierze, na jak niebotycznym poziomie jest ta rywalizacja.

Nie do objęcia

„Szaleństwo katalogowania” (premiera ok. 20 października, wydawca: Rebis) to w pewnym sensie najlepszy tom z serii, którą poprzedziły „Historia piękna” i „Historia brzydoty”. O ile tamte były jednak pracami na zlecenie, ta w większym stopniu odzwierciedla nie tyle wiedzę, co pasję Eco. Zamiłowanie do gromadzenia wszelakich spisów, list, rejestrów mających na celu opisanie tego, co istnieje rzeczywiście i co zrodziło się jedynie w  szalonej wyobraźni twórców – od Homera, przez Huysmansa, po Szymborską – oraz uczonych. Na początku potraktowałam to wszystko jak łagodne wariactwo, na które ktoś wyłożył niemałą kasę, ale potem wciągnęłam się w zabawę.

Eco dał się poznać światu przede wszystkim jako semiotyk, specjalista od etykietowania wszystkiego, co jest, obejmowania w uniwersum znaczenia. Swoistego „katalogowania” każdej rzeczy i każdego zjawiska, by je zamknąć w system. Później jednak uległ, nie tyle rewelacjom poststrukturalistów (choć w książce powołuje się na Deleuze’a i Guattariego oraz Foucault), co czasowi. Dowodem na to jest dla mnie chyba niedoceniona, dziwaczna powieść „Tajemniczy płomień królowej Loany” opowiadająca o degrengoladzie erudyty i o tym, jak czas okrutnie niweluje duchowy dorobek człowieka.  W pamięci opisanego przez Eco bohatera pozostały nie wielkie teorie, ale śmieci.

„Sztuka katalogowania” też w zasadzie jest śmietnikiem, któremu można nadać i większe znaczenie, i szlachetniejszą nazwę, lecz pozostanie on wyposażony w przypadkową zawartość, niekompletny.  , który nadal ( i tak dalej) można wypełniać. Śmietnika, jaki bardzo przypomina nasz niedoskonały rozum. Stary strukturalista Eco stworzył, owszem, typologię spisów, ale chyba właśnie po to, żebyśmy pomyśleli, ile rzeczy, zjawisk i cudów one nie obejmują.  Zawsze pozostanie coś do opisania.