Marek Maganiusz Kielgrzymski

Urodził się w Gdańsku w 1972 roku. Debiutował w 1996 r. tomikiem Poezje 1987-1994.  W 1997 r. wydał arkusz Detoksykacja marzeń w serii „Biblioteka Rękopisów” Gdańskiego Towarzystwa Przyjaciół Sztuki. Melancholik i fantasta. Uczestniczył w działaniach trójmiejskich formacji twórczych: Inicjatywy Poetyckiej Almanach i Monolitu Poetyckiego Paraliż. Publikował w prasie ogólnopolskiej. (m.in. w Autografie, Tytule, Toposie, Portrecie, Wyrazach, Metaforze, Akancie, Okolicy poetów) i za granicą (Die Aussenseite Des Elementes). Współautor antologii. W 2004 r. przekazał światu drugą książkę poetycką pt.: Psychoteka. Laureat konkursów literackich. Obecnie jest studentem 2-giego roku psychologii na sopockim wydziale Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej. Od 1996 roku związany z Sopockim Klubem Pisarzy i Przyjaciół Książki „Brodwino” im.Jerzego Tomaszkiewicza.

http://mp3.wp.pl/p/szukaj/?szukaj=maganiusz

Marek Maganiusz Kielgrzymski: Mózgołapka

Roman Fogiz zaprosił mnie w ubiegłym tygodniu do siebie, na chatę. Meta była nieźle urządzona, napakowana sprzętem jak laboratorium. W rogu największego pokoju, przy konsoli komputerowej siedział Maćko i szarpał się z joystickiem. Opróżnioną flaszkę wiśniowego jabola postawił pod ścianą. Kiwnął mi ręką, kiedy weszłam, nie przerywając gry.

 Roman otworzył lodówkę stojącą dumnie na środku salonu i wyjął mrożoną herbatę.

– Chcesz? – zapytał przez ramię.

– Nie, może później – upchałam się, najwygodniej jak mogłam, w miękkościach wiśniowego puffa.

Ro wlał sobie pełną szklanicę z rżniętego kryształu, pociągnął potężny haust bursztynowego płynu i odstawił kryształ na lodówkę. Podszedł do regału. Z barku wyjął dwa zawiniątka w srebrnej folii. Wysypał na dłoń niebieskie i pomarańczowe kapsułki; uśmiechnął się lekko.

– Będzie jazdka – zamruczał.

Podetknął mi pod nos pastylki. Opalizowały lekko, nęciły. Ktoś myślał nad tymi kolorami. Łyknęłam zagryzając herbatnikiem. Bez smaku. Ro poszedł w moje ślady.

 I tak siedzieliśmy gapiąc się w panoramiczny ekran domowego kina. Ro wymieniał co jakiś czas DVD, ja ściszałam bądź podkręcałam fonię. Kolorowe figury skakały rytmicznie. W pewnym momencie pokój zafalował. Nowy telefon z czerwonego ebonitu przepoczwarzył się w rudawą konfigurację marsjańskich skał, mrugał magicznym okiem. Zdziwiły nas pasma włosów wyrastające ze ścian, półmrok prowokowany przez żaluzje objawiał sekretne przejścia do baśniowych zakamarków kuchni i sąsiednich pokojów. We dwoje czuliśmy się jedną osobą pomnożoną przez cienie. Głęboko w nas jakiś głos hipnotycznie snuł monologi. Otoczenie iskrzyło magicznie; pomarańczowa lampa osadzona w masie imitującej drewno stawała się trójgłowym wężem, reprodukcja obrazu Andrzeja Lipniewskiego wprowadzała nas w ruchomy zwid erozyjnych ścieżek fantasmagorii. Firany przeplatane złotą nicią barwiły pokój woalem kinowego, nieostrego, wizerunku egzotycznej plaży. Zapatrzyłam się w okno. Siadający gołąb, których to ptaków szczególnie nie znosiliśmy, prowokował do spazmu. Następowała chwila przetasowania, krótki moment niemożności oceny zdarzeń i już imaginacja zaczynała płatać figle. Synogarlica okazywała się być statkiem kosmicznym w skali mikro, gniew burzył fale naziemnych nadajników telekinetycznych – przedmioty dostawały nóg. I nagle błogość, słodka namiętność skołowanych zmysłów.                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                           Nierównomierne Nierównomierne nadpływy wizji blokowały naturalny korowód myśli. Umysł poddawał się i trwaliśmy tak zmąceni, snując obrazy znikąd. Niezliczone, metakolorowe, płynęły nieprzerwanym potokiem przez mózg. Trudno było orzec, co działo się wcześniej, a co następowało po sobie. Główną osią opowiadanych – nie dopowiadanych – historii była przenikalność.  

Zmrok nadpłynął niepostrzeżenie. Zorientowałam się, że jest ciemno gdy Maćko odkleił się od monitora i padł na kanapę. Jego przeciągłe stęknięcie zakończone śląskim przekleństwem wyrwało mój otępiały umysł z odrętwienia. Wcisnęłam w pilocie zegar i sprawdziłam czas w prawym, górnym rogu ekranu. Wpół do… Zbieram się.

Tyłek miałam jak z ołowiu. Nogi rozmiękczone w kolanach. Równowagę odzyskałam po paru rozmazanych chybnięciach.  

– Sie ma, Romio – przybiłam piątkę gospodarzowi – Do zobaczyska!

Trwał rozwalony w fotelu ze zblazowanym wyrazem twarzy. Mrugnął pożegnalnie nie podnosząc głowy i opuścił dłoń z długą brązową cygaretką.

Pomyślałam, że nieźle byłoby mieć taką melinkę.

2001

Chińczyki trzymają się mocno

W powieści Mankella. Opartej na dość nieprawdopodobnej fabule, ale zarazem solidnie umocowanej społecznie i ekonomicznie. To nierzadki zabieg w literaturze spod znaku sensacji, która lubi się włączać w debaty tego typu, najczęściej jednak po to, aby stwarzać sobie pretekst do odmalowywania obrazów niepięknych katastrof. Snując opowieść o zemście skrzywdzonych i poniżonych, szwedzki pisarz nie tworzy jednak banialuków o inwazji sensu stricte (co wydaje się niestety normą), lecz podchodzi do sprawy nad wyraz rzeczowo. Autor „Mordercy bez twarzy” ma tak mocną pozycję nie tylko w literaturze skandynawskiej, bo jest poważny i w efekcie zmusza do traktowania powieści kryminalnych nie jako rozrywki, a gatunku, który – w dobrych realizacjach – pełni rolę społecznego barometru.

Co stwierdzam na podsumowanie szwedzkiego serialu, jaki sama sobie zafundowałam i chyba jednak już zakończę, bo mi się marzy powrót do krainy łagodności. Ale warto było. I pewnie warto będzie od 27 listopada do 3 grudnia we Wrocławiu.

Co po Larssonie?

„I tylko nie mogę przeboleć, że to już koniec”, przyznał Marcin Meller na okładce „Zamku z piasku” Stiega Larssona. I to chyba najlepszy blurb, jaki dałoby się wymyślić. Autor, o czym już większość czytelników wie, a pozostali powinni się dowiedzieć nadrabiając zaległość, zmarł na serce (w wieku 50 lat) przed ukazaniem się powieści, zdążywszy ją jednak domknąć.

Jak nie mogę przeboleć, iż z Larssonem więcej się już nie spotkam, tak muszę przyznać, że jest to jeden z niewielu światowych bestsellerów, który mnie szczerze zachwycił. W żadnym razie nie znużył na przykład wątkami szpiegowskimi, za jakimi nie przepadam – chyba że nie chodzi o fikcję, ujął rozmachem, pomysłowością (każda część inaczej wykorzystuje konwencję, kładzie akcent na co innego), świetnymi kreacjami kobiecymi i nietuzinkową rolą kobiet w intrydze. I tak sobie myślę, że jeśli ktoś omijał „takie” książki szerokim łukiem, dzięki Larssonowi ma okazję się nawrócić.

Ciekawe, czy inni autorzy pójdą w jego ślady, a literatura spod znaku sensacji zyska nowy wymiar. I czy ktoś wpadnie na pomysł, bo zająć się jeszcze redakcją „Milennium”?  O tym pewnie rozmawiać będą Kinga Dunin, Irek Grin i Wojciech Orliński na spotkaniu wieńczącym wrocławski Festiwal Kryminału.

Podążaj za Królikiem

Marcin Królik, nasz autor i jeden z triumfatorów tegorocznego Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania zechciał się ze mną podzielić linkiem do swojego bloga. Z przyjemnością do niego odsyłam, bo ten, kto miał szczęście zetknąć się z Marcinem wie, że nie sposób go nie polubić, a blog jest jak najbardziej literacki. Zapraszam.

http://www.mkrolik.redakcja.pl

Gdzie byłam, jak mnie nie było?

Wracam  po krótkiej przerwie, w czasie której dwa razy nominowałam do różnych nagród, kończyłam wielomiesięczną wyprawę do krainy Nigdy Nigdy i żegnałam na zawsze jedną z najbliższych mi osób.

Wracam, by zapowiedzieć nadchodzący wielkimi krokami Festiwal Kryminału, który wiązał się m.in. z pracą jurorską (to jeszcze nie koniec obrad). Siłą rzeczy siedziałam więc ostatnio w kryminale i jakoś szczęśliwie nadal chce mi się w nim siedzieć, bo jakże by nie, jeśli właśnie ukazał się ostatni Larsson, nowy Mankell i nowy Lapidus. Oraz, Panie i Panowie, kryminalna powieść Olgi Tokarczuk.  Jej oficjalna premiera będzie miała miejsce chyba 26 listopada, oczywiście jestem już szczęśliwą posiadaczką szczotki dla recenzentów i nie zamierzałam czekać. Nie mogę pisnąć ani słowa na temat polskich produkcji kryminalno-sensacyjnych z a.d. 2008, ale o „Prowadź swój pług przez kości umarłych” nikt mi nie zabrania się wypowiadać. I powiem krótko – no nareszcie! Nareszcie doszło do spotkania tego gatunku z piórem pierwszej klasy. Nareszcie w literaturze spod znaku noir widać sztukę, a nie mniejszą lub większą sprawność (abstrahując od językowych wyczynów Marcina Świetlickiego). I nareszcie nie sposób powiedzieć, że skądś się to już zna – nie licząc naturalnie tropów charakterystycznych dla pisarki; tropów, które, o czym już wiedzą doskonale mistrzowie tacy jak Skandynawowie czy Francuzi,  przyczyniają się do rozwoju gatunku. Jestem więc pewna, że od 26 listopada polski kryminał nie będzie już taki sam.

Adam Zajączkowski: Załóżmy, że sto tysięcy róż

Załóżmy, że oglądałem wczoraj „Fakty”. Jakiś przystojniak jedną ręką ofiarowuje wybrance bukiet czerwonych róż, a drugą podaje prezent. Ot, zawinięty w papier niewielki pakunek, może woda kolońska, może płyty CD. Ona uśmiecha się wzruszona, a kiedy chowa do torebki paczuszkę, zza krzaka wyskakują antyterroryści. Ubrani na czarno, w maskach, z bronią gotową do strzału. Jest pani aresztowana, mówi ich dowódca, przyjęła pani właśnie sto tysięcy złotych łapówki, a pani ukochany to nasz człowiek! Ona w szoku, twarz nieruchoma jak głaz, łzy przyjdą później. I je także „Fakty” pokazały. Co za skurwysyn, mówi matka. Ona przy mnie podobnych słów nie używa, nienawidzi ich z całego serca, to dzięki niej zapisałem się do harcerstwa. To przez ciebie i takich jak ty! – krzyczy naraz do ojca z histerią w głosie, jakby to ona dostała te róże i właśnie ją przed chwilą aresztowali. Wprawdzie ojciec przysięga, że nigdy nie głosował na PiS, ale matka i tak mu to zarzuca przy każdej okazji, więc przestał.

Załóżmy, że mamy dzisiaj lekcję biologii, i przerabiamy róże. Klasa w śmiech, nauczycielka w pąs. Pani Kawecka dobiega trzydziestki i jest śliczna. Tak naprawdę to nie znamy jej wieku, ale przyjęło się, że wynosi on dwadzieścia dziewięć lat. Pewnie ze względu na jej blond urodę. Przy pierwszych dźwiękach dzwonka wchodzi do klasy, a kiedy dzwonią na przerwę, przerywa w pół słowa i wychodzi. Pani Kawecka jest zwolenniczką PiSu, stąd ten śmiech. Gruby Antek Kowalczyk chce jej pomóc: cicho, buraki!, ryczy, a ona stawia mu pałę. Klasa wije się z radości, ciekną mi po policzkach łzy. W końcu zapanowała cisza, przerywana od czasu do czasu czyimś histerycznym chichotem.

Załóżmy, że do domu wracam z Ewą Trelą, że podoba mi się ona bardzo, i że dzisiaj są jej urodziny. Stanąłem przed budką z kwiatami, a ona za mną, z dziwnym, jak mi się wydawało, uśmiechem. Zastanawiam się, jaki bukiecik wybrać, tyle jest ładnych, kolorowych składanek, i nagle widzę, że Ewa wpatruje się w róże. Poprosiłem więc o trzy w różnych kolorach, życzę jej wszystkiego najlepszego, całuję w policzek. Ona zdejmuje folię, i nagle: bach!, łodygą mi ciacha rękę. Odskakuję, na dłoni mam krople krwi, a ona znowu. Tym razem podrapała mi przedramię. Na koniec rzuca róże na ziemię i odchodzi. Nic nie rozumiem, słyszę śmiech. Patrzę, a to jakieś dzieciaki z trzeciej czy czwartej klasy. Łapię pierwszego z brzegu, potrząsam, daję w splot słoneczny, lekko, ale tak, by poczuł. Nikt z nich nie reaguje, to z przerażenia, myślę, dobrze im tak, niech się uczą. Naraz dociera do mnie, że oni nie są przerażeni, a zdziwieni. Toż to zuchy, przypominam sobie raptem ich twarze, niedawno miałem z nimi jakieś zajęcia. Unoszę szczeniaka w górę, ciągle niby potrząsam, ale już spokojnie, tak jakby cały gniew ze mnie odpłynął; po chwili stawiam na ziemię i odchodzę. Rozumiem, że mój związek z harcerstwem dobiegł końca.

Zgadliście już, jakie jest najpopularniejsze słowo w naszej szkole? Tak, oczywiście, „załóżmy”. Wprowadził je do obiegu dyrektor, po którejś z kolejnych reform edukacji. „Załóżmy, że klasa maturalna będzie zdawać maturę. Załóżmy, że szóstka to najwyższa ocena.” I tak dalej, w tej samej tonacji. I wtedy pomyślałem, że, załóżmy, rzeczywiście wyrzucą mnie z harcerstwa. Właśnie, załóżmy.