Selby, czyli eksperymenty sprzed lat

Koniec roku, to oczywiście czas podsumowań, z których mnie oczywiście dotyczą te pod hasłem „Co tam pani w literaturze?” Jedno większe już uskuteczniłam, ale się tu nie będę reklamować, bo  chyba jeszcze nie poszło.

Ale tak korzystając z paru wolnych dni i braku telewizora, nadrabiam czytelnicze zaległości, bo ani w przyszłym, ani pewnie w kolejnych latach po pewne książki nie sięgnę, bo będę musiała skupić się na rzeczach premierowych.

„Piekielny Brooklyn” Huberta Selby Jr to z pewnością nie jest idealna pozycja na święta, z drugiej  jednak strony ze specjałów okazjonalnych wolę raczej filmy, a lektury dobieram sobie na zasadzie płodozmianu gatunkowo –tematycznego, żeby mi się nie znudziły. No dobra, to chyba jasne w moim przypadku. Tak czy siak, wracając jeszcze do podsumowań, trochę się w tym roku ukazało rzeczy mocno spóźnionych w stosunku do ich światowych premier. Część w  ramach intrygującej serii „Nowy kanon” (zapoznany Balzac, Colette, świetny Grosmann), inna część za sprawą wydawnictwa Niebieska Studnia, które wiosną sprezentowało nam legendarnego Huntera S. Thompsona, a późną jesienią kontrowersyjną powieść Selby’ego właśnie.

Znaną już poniekąd za sprawą filmu pod tym samym tytułem, ale film pochodzi sprzed 20 lat i ja także go nie pamiętam, nie wiem, czy był na polskich ekranach. O zawartości książki króciutko: to zbiór połączonych miejscem (Brooklyn) i czasem akcji (lata 50) historii poświęconych ludziom żyjących w tytułowej dzielnicy. Bohaterowie książki to m.in. prostytutka Tralala, działacz związkowy Harry, transwestyta Georgette, młody przestępca Vinnie oraz , stara wdowa Ada (bodaj jedyna jednoznacznie pozytywna postać) i wiele typów drugoplanowych wypełniających ostatnią część, w tym świetny „chór” kobiet.

O szumie, jaki wywołała powieść, nie wspomnę wiele (autora oskarżono o pornografię, odbyło się wiele procesów, nieco to wszystko przypomina perypetie Henry’ego Millera), bo skoncentrowałam się na formie. Bardzo ciekawej. Już w rozdziale interludium uderza włączenie kwestii wypowiadanych przez wiele osób w jeden strumień świadomości. Dziwne to, ale wywołuje efekt zgiełku, przekrzykiwania się, jest szalenie dynamiczne. Równie wyborny jest świetnie podsłuchany monolog o weselu. I na koniec  w „Kodzie” istna eksplozja narracyjnych eksperymentów, z której największe wrażenie zrobił na mnie opis komunikującego się wrzaskiem i przy pomocy pięści małżeństwa. Ciekawa jestem, czy sam autor zapisał te wrzaski dużymi literami, czy też to decyzja wydawcy korzystającego z tego, że w internetowym przekazie duże litery oznaczają krzyk właśnie – lecz ten dialog wręcz daje po uszach.  Podobno wszystko to wynika z tego, iż autor nie przejmował się regułami tradycyjnego zapisu, może i nie, trudno mi sobie jednak wyobrazić to wszystko w innej postaci graficznej.

Nie wiem, jaką dać kodę, po prostu – warto się skusić.

 

Świątecznie

Wyręczam się tekstem ulubionego, stanowczo za mało docenionego „christmasa” , czyli „Piosenki wigilijnej” autorstwa Lecha Janerki.

W ten dzień Ewa uspokaja świat

Kończy rzeź i ogłasza święta

I biedni są, którzy nie słuchali jej

Ona wszystkich zapamięta

Wesołych Świąt, od krwi zaś czystych rąk życzy karp

Zbaw go Boże, zbaw

W ten dzień Ewa uspokaja świat

Kończy rzeź i ogłasza święta

A ja chciałbym tylko ostrzec was

Że tych wszystkich zapamięta

Wesołych Świąt

A z grzechu powstał ksiądz – syczy wąż

Zbaw go Boże, zbaw

 

Z melodią tutaj: http://www.youtube.com/watch?v=-isew–BN84

No to – wesołych.

Kundera

Tak, jasne, to już nie ten Kundera, co z czasów „Nieznośnej lekkości bytu” czy „Księgi śmiechu i zapomnienia”, to Kundera gazetowy: z felietonów, esejów, wystąpień okolicznościowych na temat i w obronie, z jednej rozmowy o Rabelaisie (swoją drogą, to jednak ewenement, by we współczesnej prasie gadać o starym Rabelaisie, wyobraźcie sobie Państwo, na ten przykład pogawędkę o Kochanowskim w „Newsweeku”, niechby i świątecznym).

Jako rzekłam „gazetowy”, a dalej swój, wypełniający przydzieloną mu szczupłą przestrzeń opowieściami o tym, jak czytać, jak słuchać, jak patrzeć.  Mało tego miejsca, to musi być sama esencja, jakiej nie można mylić z mówieniem oczywistości. Kto się zastanawiał choćby nad tym, że u Dostojewskiego nie ma humoru, a tylko sygnały tego, że bohaterowie się śmieją. Albo przejrzał powieściowych klasycznych bohaterów pod kątem tego, czy mają potomstwo. Albo wytłumaczył sobie zdeformowane Baconowskie twarze tym, że masakrując je, artysta szukał tego, co jest w środku.

Kundera zarzekał się bodaj, że nie napisze już powieści. Ledwie się zarzekł, wrócił na „salony” jako ofiara kolejnej fali lustracyjnej, eh, pewnie dlatego, że Czesi nigdy za nim specjalnie nie przepadali. Rozeszło się, szczęśliwie, po kościach. No a teraz mamy „Spotkanie”. Nie do przeoczenia.

Inspiracje z innych bajek

Czyli kilka świeżych książek, które miło by było znaleźć pod choinką, a w których można znaleźć temat na opowiadanie:

„20 lat nowej Polski w reportażach według Mariusza Szczygła” (Czarne)  na to, że tematy poruszane przez reporterów stały się podstawą wielu powieści, chyba nie muszę dawać specjalnych dowodów. Ale dam dwa: jedna z historii zamieszczonych w tej świetnej antologii stała się kanwą filmu „Dług”, inna historia, która początkowo wydawała się inspiracją do błyskawicznego reporterskiego występu, zamieniła się w „Z zimną krwią”.

Tulio Kezich, Federico Fellini. Księga filmów (Rebis) – opowieść o tym, jak powstawały kolejne dzieła mistrza włoskiego kina, bogato ilustrowana. Pewnie, że nie namawiam do wczytania się w tę historię, tych, którzy na Felliniego mają alergię (znam takich, choć nie znam nikogo, kto by nie znosił „Amarcord”), ale do przejrzenia sobie rysuneczków reżysera i fotosów, na jakich widać „kuchnię”. Anita Ekberg w kaloszach po pachwiny (w nich właśnie weszła do fontanny), to widok rzadki. Mnie zainspirował do poszukiwań wizerunków gwiazdy w sieci. Kim jest ten potwór, który pokazał światu starą Anitę? Dodam, że nie Fellini, który w „Wywiadzie” pokazał Anitę starszą, lecz ciągle w niezłej formie.

Simon Tofield, Kot Simona  - pozbawiony słów, rozpisany na setki sytuacji klucz do duszy kota. Kto go pozna, ten klucz, już nie musi sobie sprawiać żywego eksponatu. Może się bowiem okazać, że trafi mu się taka wredota, jak tytułowy bohater książki angielskiego rysownika. Mnie się niestety trafiła.

Maria Chmielarz

mieszkanka kurortu, flecistka, studentka Uniwersytetu Gdańskiego         na Wydziale Biologii. Współautorka wydarzeń muzyczno-literackich na terenie Trójmiasta i nie tylko. Współpracuje z Klubem Poetyckim „Poemat”, z Pomorską Pracownią Integracji Kultur i Sztuk „One World” – okazyjnie biorąc udział w projekcie Jeden Głos. W 2004 roku nieoficjalnie ogłosiła arkusz poetycki pt.: „Trawiciele”, dwa lata później nagrała w podziemnej Manufakturze Poetyckiej GRUBIKOPITERNIK płytę CD-r. Obecnie związana  z formacją muzyczną „MORDY”. Zafascynowana kulturą i muzyką Indian. 

 http://mariachmielarz.mp3.wp.pl/?tg=L3Avc3RyZWZhL2FydHlzdGEvNjQyNTMuaHRtbA

Maria Chmielarz: Cienie

Ciemny, pokryty resztkami kredowej farby tunel, prowadzi na smutne, wewnętrzne podwórze. Przekraczam go jak strefę demarkacyjną. Gdyby nie lata praktyki i pamięć mięśniowa, z pewnością teraz wyłbym z bólu, bo moja noga powinęłaby się na niskim, wystrzępionym schodku, uparcie leżącym przed wejściem na klatkę.
Klatka schodowa, od lat bez domofonu, obskurna, z ciągle nowymi warstwami farby olejnej na i tak już udręczonych kornikami drewnianych
schodach.
Krok za krokiem, stopnie przesuwają się pode mną. Śródstopie trzeszczy
przy każdym stąpnięciu, stanowiąc rytmiczne tło dla skrzypnięć wyschniętych ze starości stopni. Nareszcie poddasze i koniec poręczy, jeszcze tylko znalezienie kluczy i po dwa przekręcenia trzech zamków.
Za progiem nagły atak zmęczenia przypomina mi, że do układania drapieżnych kotów nie wystarczy przeczytanie podręcznika: “Tresura dzikiego znużenia nie tylko dla orłów”.                                                   
                                                                  ***
 
Kolejny sen o tej samej drodze. Co noc ten sam, co noc kończący się za
drzwiami mieszkania.
Milcząca, cykliczna katorga. Koszmar, obraz monotonii. Okrutna drwina
odpadków świadomego życia.
 Mimo kilkunastu godzin snu jestem bardziej zamęczony niż przed zaśnięciem. Kark pulsuje napiętym bólem po kawalkadzie skondensowanych nocnych obrazów, plecy ciążą jak granit, zgniatają prześcieradło i niosą zagładę tysiącom roztoczy.
Zimny strach przebudzenia między żebrami, jak Obcy, mości sobie miejsce, wgryzając się w żołądek.Szary pokój, szare cienie słońca na ścianie i postacie między nimi. Dwie z nich wychylają główki. Patrzą na mnie twarzyczkami pozbawionymi mimiki.
Wszystko zaczęło się siedem lat temu, gdy nastał pierwszy Dzieniodzień. A ściany domów zacieniły się.
Wtedy to Cienie zamieszkały też na moich ścianach. Teraz gromadzą się i prowadzą swoje „cieniste” życie towarzyskie między konturem szafy a framugami okien. Zachęcają.
 Obserwuję je okiem wprawnego naukowca, jak kolonie chorobotwórczych bakterii na szalkach Petriego. Nie są groźne, póki nie ingeruje się w ich życie własnym cieniem.
 Jestem posiadaczem magicznego, zielonego sznurka, który przywiązałem do ażurowego stelaża przy wezgłowiu łóżka. Połączony z zasłonami o siatce drobnych oczek, przepuszcza tylko odrobinę światła. Jedno jego szarpnięcie wystarczy by skromny światek grafitowych postaci uwięzić i na chwilę z naukowca przeistoczyć się w strażnika.
 Dni stają się coraz dłuższe, powoli nadchodzi Dzieniodzień – jak co pół
roku. Kraty zasłon przestają mnie chronić przed ich wpływem na moją
szarość.
Cienie czując to, zrobiły się bardziej przestrzenne.
Coraz więcej światła, coraz ostrzejsze kontury naściennych postaci. Przypominające krawędzie żyletki.
 Tym razem przykucie do łóżka i niemożność ucieczki, ukrycia się przed
nimi, był wyrokiem odbywanym za kratami samotności. Tunel bez żarówki u kresu otworzył się w mojej głowie, cienie bezbłędnie namacały dłońmi z powietrza jego mroczną obecność.
 Dialogi istot z półmroku ciągle drgają na płaszczyźnie ściany, a ich twarzyczki marszczą słowa, nakładając geometrycznie światłocień.
 Warkot tych zmarszczek zagina moją przestrzeń za oczodołami, wprawia w drżenie każdy receptor bólu.
 Wyciągnąłem rękę i przyłożyłem opuszki palców do ściany, żeby lepiej
słyszeć. Ściana wibrowała i była ciepła.
 Wystraszony cofnąłem dłoń. Na powierzchni zostały ciemne punkty po palcach, jakby moje ręce były ubrudzone sadzą.
Punkty zbiły się w ciemną plamę, którą wchłonął cień rozlewający się najbliżej.
– To jest żywe! Jednak się nie mylę – krzyknąłem w sobie, nie drażniąc powietrza falami dźwiękowymi.
 Opuszki palców mrowiły jakby zetknęły się z lodem. Energia cieplna mojej dłoni została jakimś sposobem zaabsorbowana i przeistoczona w składową śródściennej krainy.
Natrętna myśl pojawiła się w mojej głowie – dotknij, poczuj mnie !  Przysunąłem więc stołek żeby podeprzeć łokieć, który  osunął by się pod wpływem grawitacji i osłabienia mięśni.
 Ściana nadal drgała, nie wydając żadnego tonu. Była teraz gorąca i lepka. O dłoń już nie musiałem się martwić, sama mocno przywarła do nibysluźni tynku.
 Strach ustąpił, mięśnie szkieletowe rozluźniły się. Otworzyły się we mnie kanały, które rytmicznie kurczyły się i rozkurczały, tworząc siłę ssącą. To ona kolejnymi haustami przesuwała energię cieplną od stóp; głowy, poprzez tułów, do aorty ręki przy ścianie.
 Kątem oka widziałem, jak przy kolejnym skurczu ściana na styku dłoń-tynk, zalana zostaje kolejnymi porcjami substancji cienia, tworząc coś w rodzaju kałuży na pionowej tafli.
Stopy, dłonie, uszy, nos, czubek głowy powoli stygły, skóra broniła się jeszcze przed oddaniem ciepła gęsią skórką. Uczucie chłodu i przejmujące drżenie potęgowało się po każdym spazmatycznym impulsie.
 To powinno mnie otrzeźwić i zmusić do oderwania dłoni. Zamiast tego wczuwałem się w każdą falę dreszczy i ukłuć przejmującego bólu w klatce piersiowej.
Czarna otchłań zaczęła się powoli przeciskać, jak zator przez powstały kanał. Począwszy od półkul mózgowych przez „macicę” szyi dusząc mnie i dalej. Siła ssąca transportowała ją do ramienia w kierunku ściany, tuż za śladem energetycznym.
Z wolna ciepło poczęło wracać do stóp, ale już czułem, jak wiercę się w przestrzeni swojego ciała. Szybkie, rytmiczne kurcze uwolniły mnie w sobie. Odlepiłem się od ścianek swojej powłoki cielesnej i pełzłem za ciemną kulą przedzierającą się przez jeszcze moje przedramię.
Ucisk na świeżo odspojoną powierzchnię mojego nowego ja był tak
silny, że zapadłem się w trwanie bez doznań.
 

 

                                                                  *** 
– Jak to się mogło stać ? – lamentowała sąsiadka, siląc się na szczerość
swoich łez.
Przez wilgotne, ale nie smutne oczy patrzyła z chciwą ciekawością na łóżko, gdzie leżały zwłoki młodego mężczyzny przypominające zmumifikowane szczątki z Doliny Królów.
– Przecież wczoraj żył, normalnie, herbatę mu przyniosłam, gorąca była!
To było przecież tylko jakieś przeziębienie, tak to wyglądało, panie dzielnicowy.

 

 

Jazgod: Dziady

 

                                         Popatrz kurwa, jakie to są dziady.

Przecież oni nic nie grają, oni udają, że grają.

Taka gra, to nie jest żadna gra, tylko jakaś wielka improwizacja.

 

Mój Ojciec

(podczas oglądania transmisji z meczu eliminacji do Mistrzostw Europy –

Izrael : Polska [2 : 1], we wrześniu 1994 roku)

 

 

 

 

 

 

  W 1968 roku, na niespotykaną do owego momentu skalę, przez różne, częstokroć tak do siebie nieprzystające jak Meksyk i Francja, zakątki świata, przeszła fala młodzieżowej kontestacji. Był więc paryski maj, ze swym hasłem przewodnim: „Bądź realistą – żądaj niemożliwego”, i buntem młodych Francuzów przeciwko purytanizacji życia w republice rządzonej przez generała De Gaulle’a. Były protesty amerykańskiej młodzieży, kiedy ich równie młodzi koledzy, dla zaspokojenia mocarstwowych aspiracji Stanów Zjednoczonych w „Zimnej Wojnie”, ginęli bezsensownie w Wietnamie. Był wiec na placu Tlatelolco w Ciudad de México, zorganizowany przez studentów UNAM* na dziesięć dni przed meksykańską olimpiadą, który prezydent Gustavo Diaz Ordaz, obawiając się podobnych ekscesów w trakcie trwania igrzysk, nakazał dla przykładu krwawo stłumić. Była wreszcie „Praska Wiosna”, próba budowania socjalizmu z ludzką twarzą przez najwyższe władze Komunistycznej Partii Czechosłowacji, z jej sekretarzem generalnym Aleksandrem Dubczekiem na czele, entuzjastycznie przyjęta przez społeczeństwo, zdecydowanie mniej entuzjastycznie przyjęta natomiast przez Związek Radziecki i niektóre bratnie narody, które zdecydowały się pospieszyć z pomocą zabłąkanym Czechom i Słowakom, wysyłając do nich czołgi, uzbrojonych po zęby żołnierzy, i wszelkie inne środki, niezbędne do podjęcia przez czechosłowackie władze jedynie słusznej decyzji: niezbaczania już nigdy ze wspólnej dla całej socjalistycznej rodziny drogi. Gdy jednak sprzymierzone siły radzieckiej, polskiej, węgierskiej i wschodnioniemieckiej armii, późnym latem wkroczyły do Czechosłowacji, okazało się, że tubylcy niezbyt są uradowani takim sposobem udzielania pomocy. Wśród niezadowolonych prym wiodła młodzież studencka, która podczas obchodów rocznicy bolszewickiej rewolucji niszczyła radzieckie flagi, organizowała strajki, w najbardziej zaś skrajnych przypadkach – co uczynili studenci Zajíc i Palach – podpalała na znak protestu własne ciała.

Rok 1968 okazał się również przełomowy dla polskiej młodzieży, a być może nawet – jak skłonni są twierdzić niektórzy komentatorzy tamtych wydarzeń – dla całej naszej powojennej historii. Wszystko zaczęło się jednak nieco wcześniej, w listopadzie sześćdziesiątego siódmego roku. Wtedy to, ówczesny dyrektor Teatru Narodowego w Warszawie Kazimierz Dejmek, dla uczczenia 50-lecia październikowej rewolucji, za przyzwoleniem Ministerstwa Kultury i Sztuki inscenizuje „Dziady”, dramat poetycki Mickiewicza, w wydźwięku swym mocno antyrosyjski, wedle Dejmka jednak jak najbardziej proradziecki, bo wymierzony, niczym przewrót bolszewicki, w aparat władzy carskiej Rosji. Przedstawienie od początku budzi niebezzasadne kontrowersje. Potwierdzają je pierwsze reakcje publiczności podczas premiery: sceny, które można odczytać jako aluzje nawiązujące do aktualnej wtenczas sytuacji politycznej, przyjmowane są najbardziej owacyjnie. Kolejne przedstawienia tylko umacniają tą tendencję. Na odzew ze strony partyjnej wierchuszki nie trzeba długo czekać. Pod koniec grudnia Dejmek zostaje wezwany na rozmowę z kierownictwem Wydziału Kultury KC PZPR, w trakcie której reżyserowanej przezeń sztuce zarzuca się antyrosyjską i antyradziecką wymowę oraz nazbyt religijny charakter, zaś na początku sześćdziesiątego ósmego roku zapada decyzja o zdjęciu z afisza przedstawienia, przy czym na termin ostatniego pokazu spektaklu wyznacza się dzień 30 stycznia. I właśnie tego dnia, niezadługo po opuszczeniu kurtyny w finale sztuki, mają miejsce wydarzenia, które w krótkim czasie wywrócą do góry nogami życie wielu młodych ludzi.

 

 

_________

*UNAM – Universidad Nacional Autónoma de México, największy uniwersytet nie tylko w Meksyku, ale i w całej Ameryce Łacińskiej.

*  *  *

 

W 1968 roku nie było mnie jeszcze na świecie, zaś moi rodzice, którzy są rówieśnikami i znają się niemal od urodzenia, wkraczali wtedy w ledwie trzynastą wiosnę swojego żywota. Nie dziwi więc fakt, że w tamtej chwili nie wzięli się jednak do roboty i nie sprawdzili swoich reprodukcyjnych zdolności. Zresztą ich znajomość przerodziła się w klasyczne damsko-męskie zapasy dopiero w roku siedemdziesiątym czwartym, zatem w sześćdziesiątym ósmym nie uwzględniały mnie nawet plany równie dalekosiężne, co osławione pięciolatki. Światło dzienne dane mi będzie ujrzeć znacznie później – w roku siedemdziesiątym siódmym, czyli dokładnie w tym samym czasie, gdy po latach sennej stagnacji znów przebudzi się opozycja w Czechosłowacji, powołując do życia Kartę 77, i gdy nasza bezpieka skatuje na śmierć 23-letniego studenta Stanisława Pyjasa. Ale tamten okres – z grubsza potraktowane lata siedemdziesiąte, okażą się również dekadą największych sukcesów polskiej piłki nożnej. W 1972 roku nasi reprezentanci zdobędą złoty medal na olimpiadzie w Monachium, dwa lata później – brąz na zachodnioniemieckim mundialu, a w siedemdziesiątym szóstym roku przywiozą srebrne medale z igrzysk w Montrealu. Toteż siódmego lipca siedemdziesiątego siódmego roku, kiedy mój ojciec odbierze wreszcie telefon ze szpitala i kiedy dowie się, że żona urodziła mu syna, bez wahania poweźmie nieodwracalną w skutkach decyzję. „Jako że mamy teraz lato i jako że urodził się chłopak, to trzeba szkraba ochrzcić na Grzegorza” – rzuci przez słuchawkę do mocno zdezorientowanej pielęgniarki, a słowo ciałem się stanie i już niebawem zamieszka razem z nim, jego małżonką i teściami, w nieco przyciasnej komunałce.

 

*  *  *

 

Przerabiano później moje imię na wszelkie możliwe sposoby. W praktyce jego urzędową formę stosowali w stosunku do mnie wyłącznie nauczyciele. A już najczęściej czyniły to żeńskie przedstawicielki tej profesji. Owe z reguły znakomicie zakonserwowane okazy staropanieństwa, których kobiece pragnienia na zawsze ugrzęzły w szkolnej ławce, zwracały się do mnie „Grzegorzu”, lub też – co gorsza – wywoływały mnie do odpowiedzi przy pomocy beznamiętnej artykulacji mego nazwiska. Z kolei moi rodzice, do przesady lubujący się w najwymyślniejszych spieszczeniach: koteczkach, myszeczkach, misiaczkach, żabciach, jelonkach, rogasiach, kutaskach złamaskach i kurwiszonkach w pupcię ciupcianych, rodzice więc drażnili moje receptory słuchowe, dolatującym wraz solidną porcją miodu do mych uszu, zawołaniem „Grzesiu” (chociaż matka czasami uderzała w bardziej patetyczne tony, nazywając mnie „swoim pierworodnym”). Chyba jednak w największym stopniu, szczególnie od momentu, kiedy postanowiłem częściej szlajać się po podwórku, aniżeli zanudzać się w szkole lub w domu, upowszechniła się najsurowsza w swoim brzmieniu postać mojego imienia. Dla całej tej zgrai podwórkowych popaprańców byłem po prostu Grzechem (i gdyby moja matka łyknęła co nieco z ich gówniarskiej grypsery, nazywałaby mnie pewnie „swoim Grzechem pierworodnym”). Wprawdzie po drodze zdarzały się jeszcze rozmaite wariacje – na przykład jedna z moich przelotnych miłości, najwyraźniej zaczytana w dramatach Ibsena, usiłowała widzieć we mnie Gregersa, jednakże ten, jak i inne egzotyczne kwiatki, jakoś nie zdołały się utrwalić. Natomiast „Grzech” wrył się w ogólną świadomość na tyle mocno, że prawdopodobnie już do końca będzie utożsamiany z moją osobą.

 

 

 

 

 

*  *  *

 

W momencie, gdy zasiadam przed komputerem, by napisać to zdanie, przemija z wolna szósty już rok zupełnie nowego stulecia. Dwadzieścia dziewięć lat temu mój ojciec powziął nieodwracalną w skutkach decyzję i nadał mi imię na cześć króla strzelców Weltmeisterschaft 74 – mundialu rozgrywanego jeszcze w minionym wieku. Polacy byli wówczas o włos od finału, jednak w decydującym spotkaniu, po heroicznej walce i jedynej bramce straconej w 76 minucie, przegrali z gospodarzami tamtych mistrzostw – Niemcami. Ów niespełniony sen naszych piłkarzy, wymarzony mecz finałowy, w którym zamiast nich wystąpili reprezentanci Republiki Federalnej Niemiec, odbył się 7 lipca, czyli dokładnie trzy lata wcześniej, nim postanowiłem pojawić się wreszcie na tym bożym świecie. Z kolei ciągle rozpamiętywany bój futbolistów RFN i Polski (z uwagi na warunki, w jakich przyszło go toczyć, nazywany niekiedy pojedynkiem na mokradłach), miał miejsce 3 lipca. Podobno właśnie tego dnia, równo trzy lata po tamtej porażce i zarazem cztery dni przed porodem, ja – Grzech Korzycki, będący wówczas jeszcze bezimiennym płodem, grzęznąc w matczynych wodach niczym piłkarze w stadionowych kałużach, podobno właśnie tego dnia kopałem najmocniej.

 

*  *  *

 

Wendeta to nic innego, jak próba wymierzenia sprawiedliwości, podejmowana przez słabych i uciśnionych. To właśnie spośród takich, wyrzuconych poza margines tolerancji warstw społecznych, rekrutują się zwykle osobnicy, którzy w szeregach Cosa Nostry, czy Camorry, wcielają w życie śmiertelne wyroki. W 2006 roku, gdy po raz drugi w historii futbolowych mistrzostw świata impreza ta zawitała do kraju naszych zachodnich sąsiadów, polscy piłkarze byli wyjątkowo słabi, mieli zatem niepowtarzalną okazję, by raz na zawsze rozprawić się z ekipą gospodarzy. Nic więc dziwnego, że rodzime media, z reguły niezgorzej zorientowane w sile naszej kadry, pojedynek między reprezentacjami Niemiec i Polski reklamowały jako swoistą wendetę za rok siedemdziesiąty czwarty.

 

Czternastego lipca, na kilka godzin do rozpoczęcia oczekiwanej jatki, wróciłem właśnie z pracy i jak zwykle w takim przypadku poległem, nie próbując nawet walczyć ze snem. Otwarłem oczy, gdy pierwsza połowa dobiegła już końca. Było nadspodziewanie dobrze –schodziliśmy do szatni przy bezbramkowym remisie. Sygnał odzianego na czarno jegomościa, doskonale wpisującego się kolorem swej odzieży w scenariusz wendety, poprzedził pierwsze kopnięcie piłki w tym decydującym akcie zmagań odwiecznych adwersarzy. Początek drugiej połowy meczu Niemcy : Polska, rewanżowego spotkania rozgrywanego z niewielkim poślizgiem czasowym – raptem trzydzieści dwa lata.

Duet komentatorów TVP przekrzykuje się wzajem ku Ojczyzny chwale. Jeden z nich – Gawroński, to nieodłączny narrator smutnej reprezentacyjnej rzeczywistości. Krasomówca opiewający wszystkie nasze futbolowe klęski od niepamiętnych czasów. Mój ojciec, który zaraził mnie wirusem kopanej szmacianki i którego już sam dźwięk głosu redaktora Gawrońskiego zwykł wyprowadzać z równowagi, z zasady wyrażał swą opinię odnośnie tego weterana mikrofonu głośno i dobitnie. „Gawron, stul dziób!” – podnosił głos, by po chwili demonstracyjnie wyciszyć tamten, dobywający się z teleodbiornika. Tymczasem ja przeciwnie – podkręcam fonię w nadziei, że wyłowię co nieco z tego komentatorskiego galimatiasu. I rzeczywiście, działanie na przekór dziedzictwu genów popłaca, bo oto dzięki podkręconemu Gawrońskiemu dowiaduję się, że nasi w osłabieniu, że dzielnie sobie radzą z przeważająca siłą niemieckich napastników, że strzałów padło bez liku, że praktycznie od którejś tam minuty Niemcy bombardują naszą bramkę niczym Messerschmitty, zaś my odgryzamy się z rzadka jakąś szaleńczą szarżą Jelenia, po której mamy rogi, i że chłopaki chyba wytrzymają do końca drugiej połowy.

Dramat. Dziewięćdziesiąta druga minuta. Dlaczego sędzia o ułamek sekundy wcześniej nie gwiżdże, by zakończyć tą heroiczną batalię? Zamiast niego gwiżdżą polscy kibice, gdy w dziewięćdziesiątej drugiej minucie (o Jezus Maria!) tracimy bramkę. Egzekucja zostaje dokonana. Strzał – jeden z wielu – dochodzi ostatecznie celu. To koniec. Nasi piłkarze padają na murawę. Amen.

14 lipca 2006 roku – Dortmund. Jechaliśmy na te mistrzostwa do zachodniego sąsiada z pieśnią na ustach i po trofeum, wracamy zaś w milczeniu i z bagażem tych samych, co zazwyczaj problemów. O święty Antoni, dlaczego to znowu oni nas gnębią?

 

* * *

 

I po zawodach. Już lepiej było spać i w ogóle nie włączać telewizora. Nazajutrz kupić w kiosku gazetę i przeczytać w niej wywiad-rzekę z prezesem naszej piłkarskiej centrali, który doskonale wie, jakie były przyczyny porażki, i który już wyciągnął wnioski, więc na najbliższym walnym zjeździe polecą do kurwy nędzy głowy – w pierwszej kolejności specjalisty od odnowy biologicznej, należałoby też niezwłocznie wyjebać masażystkę, i nie szczędzić cierpkich słów całej tej zasranej logistyce. Trener i piłkarze robili w zasadzie co mogli, ale z takimi pomagierami od siedmiu boleści, to i Brazylijczycy gówno by osiągnęli. Koniec i kropka. Nic dodać, nic ująć. Niezwykle trafna diagnoza. Zatem bierzmy się do roboty i ratujmy obie nogi, amputując mały palec u dłoni.

Historia lubi się powtarzać i jeśli coś już było, to nietrudno przewidzieć, że życie także i tym razem dopisze podobny epilog. A mnie nurtuje tylko jedno pytanie: jak długo jeszcze będzie tak, że Niemcy kolejny raz złoją nam tyłki, zaś my – niepomni danej nam lekcji pokory, znów spróbujemy wynaleźć sto tysięcy usprawiedliwień dla własnej niemocy? Teraz tłumaczymy, że niby byliśmy bez formy, jednak nie z własnej winy, bo wszystko przez te cholerne problemy z aklimatyzacją, wszak gdzie Polska, a gdzie Niemcy – kawał drogi, i do tego te niekończące się korki i dziurawe jak ser szwajcarski niemieckie autostrady. Demaskujemy zakulisowe spiski, jakoby ichni kucharze raczyli nas piwem, golonką i jakąś tłustą kiełbasą, byśmy ciężko i niezdarnie poruszali się po płycie boiska, która delikatnie rzecz ujmując była wyboista i przypominała kartoflisko, co z kolei pozwala nam snuć domysły, że gospodarze umyślnie przygotowali te krecie nory, ażeby wyeliminować techniczne walory naszego zespołu. Niejako zaś na marginesie (a na pewno poniewczasie) odkryliśmy nawet, że w pamiętnym siedemdziesiątym czwartym roku włodarze zachodnioniemieckiego piłkarskiego związku celowo wynajęli jakuckiego szamana do deszczu zaklinania, doskonale zdając sobie sprawę z faktu, iż w Polsce Ludowej mamy deficyt basenów kąpielowych i w waterpolo ciągniemy ogony, podczas gdy z uwagi na większą ilość łąk i pastwisk, w normalnym meczu futbolowym górą byliby nasi.

 Zasadniczo wszelkie te przekłamania pozwalają tuszować naszą nieudolność i sprawiają, że chętnie nadstawiamy zad po raz wtóry (mamy przecież świadomość, że porażka i tak zostanie zweryfikowana na naszą korzyść, nie szkoda więc dupy). Tymczasem gorzką prawdę znają nieliczni członkowie naszej piłkarskiej centrali, sztab szkoleniowy, sami piłkarze, niewątpliwie wszyscy zdrowi psychicznie kibice, i jeszcze może tylko:

 

a)      srogi Świętowit, który w dziewięćdziesiątej drugiej minucie meczu w Dortmundzie nie zdecydował się zadąć w róg, by zapobiec utracie bramki    przecie to on, a nie nasi obrońcy, ma oczy dokoła głowy;

 

b)      gniewny Swaróg, co we Frankfurcie nie rozpromienił swym obliczem nieba, kiedy było trzeba, wskutek czego nasi słowiańscy wojowie na dobre ugrzęźli w boiskowym błocie i Gerd Miller musiał tylko przystawić nogę…

 

O bogowie, czyżby rozsierdzili was owi najbardziej wierni piłkarscy fani, którzy obiecywali ofiary? Jeśli tak, to niech to Perun trzaśnie, że też akurat w najważniejszym momencie – zarówno przed stadionem, jak i na trybunach – obyło się bez ofiar w ludziach.

 

* * *

 

Całą tą futbolową obsesję, zaszczepił we mnie – o czym zdążyłem już zdaje się wspomnieć – mój ojciec. To on, gdy moje niemowlęce oczęta ledwie ujrzały pierwszą jutrzenkę, naznaczył mnie na resztę życia piłkarskim piętnem – imieniem najlepszego snajpera mundialu w siedemdziesiątym czwartym roku. On nauczył mnie zawijać rogale z rzutów rożnych, kiedy jeszcze niezbyt pewnie stawiałem kroki. On pierwszy zaprowadził mnie na stadion, na najprawdziwszy mecz piłki nożnej, wynosząc przy tej okazji z domu mnóstwo wszelkiego rodzaju fajansu: trąbkę rowerową, wydziergane przez matkę zimowe szale (rzecz jasna w klubowych barwach), starą chochlę i rondel (czyli prymitywny zestaw perkusyjny), własnej roboty świece dymne (z saletry potasowej, cukru pudru i zimnych ogni), oraz papier toaletowy, przeznaczony na konfetti (podówczas jeszcze trudno dostępny, czego matka nie omieszkała mu później wypominać przez ładnych parę dni).

W naszej prowincjonalnej mieścinie, futbol był jedną z niewielu rozrywek, które utrzymywały się na jako-takim poziomie. W najlepszych latach nowosolskiej piłki kopanej, miejscowa drużyna – Dozamet, przez dwa sezony z rzędu potykała się w rozgrywkach o mistrzostwo drugiej ligi (nie opuściliśmy wtedy z ojcem żadnej kolejki). To w Dozamecie uczył się bramkarskiego abecadła wielokrotny reprezentant kadry narodowej, zdobywca wraz z nią trzeciego miejsca na mistrzostwach świata w 1982 roku, triumfator Pucharu Klubowych Mistrzów Europy w barwach FC Porto, rodowity nowosolanin – Józef Młynarczyk. Jego postaci zawdzięczam zresztą poobijane łokcie, biodra, barki i kolana, kiedy ojciec, stawiając za wzór popularnego „Młynarza”, usiłował uczynić ze mnie bramkarza (siniaki poszły na marne, bo w pewnym momencie moje gwałtowne przybieranie w centymetrach, zatrzymało się na mizernym dla golkipera wzroście – metr siedemdziesiąt osiem).

Najważniejszym dniem w roku dla każdego szanującego się kibica Dozametu, był dzień potyczki ze znienawidzonym rywalem – Chrobrym Głogów. Los, nadzwyczaj łaskawy dla kiboli obydwu tych drużyn, sprawiał, że niemal rokrocznie mogli zacierać ręce przed czekającym ich mordobiciem, gdyż zarówno drużyna z Nowej Soli, jak i z Głogowa, najczęściej rozpoczynały sezon w tej samej klasie rozgrywkowej. Na te derbowe mecze mobilizowano zwykle oddziały policji z całej okolicy, jednak nawet owe wzmocnione siły prewencji, nie były w stanie zakłócić chłopakom dobrej zabawy. Krew lała się strumieniami, wzbijały się w powietrze wybite zęby, rozprzestrzeniała się pośród narodu najnowsza moda – modelowanie nosa na kształt klamki, krótko mówiąc – ubaw po zwieńczone motylami pachy. Statystyki z tamtych harców i swawoli, prowadzone przez niestrudzonych nowosolskich dziejoklikaczy, zdecydowanie przemawiają na naszą korzyść. Praktycznie wszystkie internetowe blogi dozametowskich kiboli, przytaczają dane, według których wyrządziliśmy niepomiernie większe szkody.

 

*  *  *

 

W życiu każdego młodego człowieka przychodzą momenty, kiedy wydaje mu się, że właśnie przekracza jakąś niebywale istotną dla niego granicę, po przekroczeniu której już nic nie będzie wyglądało tak samo, jak przedtem. Po raz pierwszy przeświadczenie to dopadło mnie, gdy jako siedmioletni brzdąc, chwiejnym krokiem przestąpiłem szkolne progi. Po raz drugi, gdy w wieku lat czternastu postanowiłem wyzwolić się spod pieczy rodziców i na dobre rzucić w wir podwórkowej rzeczywistości. Początkowo moje kontakty z całą tą osiedlową zgrają nie należały do łatwych. Ponieważ wcześniej byłem raczej synkiem mamusi i tatusia, aniżeli stałym bywalcem w ich towarzystwie, toteż musiałem wywalczyć należne mi miejsce, stawiając czoła najbardziej wyszczekanym spośród podwórkowych wyjadaczy. To zwykle ci krzykacze, niespełnieni kandydaci na przewodnika stada, dogryzali mi najbardziej. Jednym z takich drobnych cwaniaczków, niezrealizowanych pretendentów do przejęcia władzy nad zahukanym tłumem gówniarzy, okazał się wtedy mój późniejszy przyjaciel – Siwy. Już przy pierwszym spotkaniu doszło między nami do bójki. I choć nie odniosłem wówczas druzgocącego zwycięstwa, to z całą pewnością nie doznałem też klęski. Starałem się przede wszystkim nie pękać i nawet na chwilę nie cofać do defensywy. Ciosy padały równo – raz z jednej, raz z drugiej strony. W pewnym momencie Siwy zarządził: „Dosyć!”. Objął mnie wpół ramieniem, poklepał po plecach i powiedział: „No, nieźle młody…”. Od tamtej pory traktowano mnie jak swego, stałem się pełnoprawnym członkiem osiedlowej ferajny. Od tamtej pory byłem Grzechem.

 

*  *  *

 

Na podwórku czas płynął szybko. Nawet nieznośnie ciągnące się chwile bezczynności, tutaj mijały jakby prędzej i doskwierały w mniejszym stopniu, niż w domu. Jednak w osiedlowych realiach apatia z reguły nie miała racji bytu. Najczęściej coś się działo, zaś intensywność tych wydarzeń nie pozwalała oglądać się do tyłu.

Z Siwym, praktycznie od razu po naszym niezbyt czułym powitaniu, zaprzyjaźniłem się najbardziej. Tworzyliśmy nierozłączną parę – gdzie tego pędraka oczy poniosły, tam nie mogło zabraknąć i mnie. Kiedy Siwego wyznaczano na kapitana drużyny futbolowej i miał za zadanie dobrać sobie zawodników, to pierwszy jego wybór zawsze dotyczył mojej osoby. Rżnęliśmy w nogę dzień w dzień, od popołudnia, aż do późnego wieczora. Po ciemku i czasie deszczu. Przez 365 dni w roku – niekiedy po kolana w śniegu. Gdy brakowało ludzi, by skompletować dwa zespoły, graliśmy w dziada, jedno podanie, kwadraty. Strzelaliśmy karne i ćwiczyliśmy żonglerkę. Kiwaliśmy się z wyimaginowanym przeciwnikiem. Rysowaliśmy kredą na murze cel, w który należało trafić piłką. Tak, na podwórku czas płynął szybko.

 

*  *  *

 

Siwy, lub jak kto woli – Romek Maciejewski, już w wieku czternastu lat doświadczył w swoim życiu więcej, aniżeli niejeden dorosły. Pierwszy z nigdy niewyjaśnionych wyroków bożych dopadł go nadzwyczaj wcześnie. Ledwie zdążył pojawić się na świecie, kiedy jego ojciec zaprezentował sztuczkę, jakiej nie powstydziłby się sam Maestro Cagliostro – nieoczekiwanie zapadł się pod ziemię. I choć mały wydawał się być tym ojcowskim trikiem niespecjalnie zdziwiony, jak zwykle bowiem mruczał coś pod nosem w niezrozumiałym dla domowników języku, to żona i rodzice, z którymi ojciec mieszkał do momentu swojego iluzjonistycznego popisu, z początku zaniemówili, później zaś przekrzykiwali się niemal bez przerwy, usiłując wzajemnie przerzucić na siebie ciężar winy. Teściowie zarzucali synowej, że się puściła gdzieś na boku, o czym ich syn z całą pewnością się dowiedział, ona natomiast wytykała im, że wychowali synalka na gówniarza, który gdy trzeba wziąć odpowiedzialność za rodzinę, ulatnia się bez słowa wyjaśnienia. W rezultacie tej rozbieżnej interpretacji przyczyn ojcowskiego zniknięcia, matka wraz z Romkiem (słusznie, czy też nie – uznanym przez swych dziadków za bękarta), opuścili dotychczasowe miejsce zamieszkania i przenieśli się do ciotki malca, rodzonej siostry jego matki. Po upływie kilku tygodni od przenosin, zupełnie podłamana rodzicielka, zdawała się z wolna stawać na nogi. Najpewniej przyczyniła się do tego siostra, która pocieszała ją na wszelkie możliwe sposoby, w czasie ataków nerwowych matki całkowicie przejmowała opiekę nad małym, sama chodziła po zakupy i przygotowywała posiłki, przy czym robiła to wszystko zupełnie bezinteresownie, nie oczekując w zamian żadnej zapłaty. Wreszcie matka wydobrzała do tego stopnia, iż któregoś dnia upstrzyła swe lico jaskrawym makijażem, starannie wydepilowała zapuszczone rejony skórnej powłoki, przywdziała kusą sukienkę i oznajmiła siostrze, że udaje się na spotkanie z kandydatem na nowego tatę dla Romka. Wróciła po trzech dniach – kompletnie pijana. Wsparta o poręcz, wpatrywała się błędnym wzrokiem w majaczącą u progu drzwi postać siostry i nie była w stanie wydobyć z siebie słowa. Kiedy odstąpiła od poręczy i usiłowała samodzielnie przejść parę kroków, natychmiast upadła, a z niemych ust dobyła się tylko zmieszana z krwią plwocina. Siostra przetaszczyła jej bezwładne ciało do mieszkania, rozebrała i położyła na tapczanie (od trzech dni pościelonym), sama zaś wyruszyła do kuchni, by przetrząsnąć szafki w poszukiwaniu leków uspokajających.

 

*  *  *

 

Pod koniec pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych, w okresie największych wzlotów mej młodzieńczej duszy i zarazem największego upadku reprezentacyjnego futbolu, wszystkie mecze z udziałem naszej narodowej jedenastki bacznie śledziła nierozłączna trójca. 11 października 1995 roku, po flegmatycznej dreptaninie w inaugurującym eliminacje do mistrzostw Europy spotkaniu z outsiderem grupy – Izraelem, po fatalnej interwencji naszego bramkarza Wandzika, który w pojedynku z reprezentantami Rumunii wrzucił sobie piłkę między słupki, oraz po klasycznej obronie Częstochowy w Paryżu, Polacy rozgrywali mecz ostatniej szansy ze Słowakami. Tego dnia zebraliśmy się w tym samym miejscu i składzie, co zawsze – mianowicie w naszym rodzinnym mieszkaniu, żelazne zestawienie, w obrębie którego (przynajmniej przez 90 minut trwania meczu) nie przewidywano żadnej zmiany: ja, mój ojciec i Siwy. Ów niezmienny tercet nasamprzód skierował kroki do pomieszczenia nieco na wyrost określanego mianem salonu, rozlokował swoje 3×4 litery w przyciasnej kanapie, i – ponieważ pozostawało jeszcze trochę czasu do rozpoczęcia transmisji – począł zabawiać się w typowanie bardziej lub mniej dotkliwych rozmiarów porażki.

 

Kiedy reprezentacja Polski – drużyna marzeń, zwana od nazwiska swego trenera orłami Górskiego, osiągała apogeum swych sukcesów, ojciec był mniej więcej w wieku moim i Siwego. W 1974 roku, podczas zachodnioniemieckiego Weltmeisterschaft, miał 19 lat. Ponieważ zaś sukcesy reprezentacji zbiegły się w czasie z hossą centralnie planowanej gospodarki, a gierkowskie kredyty i ich efekt w postaci niespotykanej w Polsce Ludowej konsumpcji, wciąż jeszcze pozwalały się łudzić, że polityka zaciskania pasa (znamienna dla jego poprzednika – Gomułki) już nigdy nie wróci, toteż gdyby zapytać ojca o najlepsze lata jego życia, nietrudno domyślić się, jakiej udzieliłby odpowiedzi. Bo w jego przypadku pierwsze porywy młodzieńczej namiętności (zatem zdecydowane umizgi w stosunku do mojej matki), łapczywe pożeranie owoców kredytowego dobrobytu i świętowanie najbardziej spektakularnych triumfów piłkarskiej kadry, to ten sam, wąski przedział czasowy – pierwsza połowa lat siedemdziesiątych. Dodatkowym czynnikiem, idealizującym w ojcowskiej świadomości tamten okres, może być fakt, że od lat wczesnego dzieciństwa, aż po kres edukacji w szkole podstawowej, dorastał pośród wyposzczonego i zastraszonego stada, mającego za przewodnika towarzysza Wiesława, natomiast w prawdziwą dorosłość, związaną z założeniem rodziny i zapewnieniem jej bytu, wchodził już u schyłku epoki dobrobytu, kiedy kredytowe obżarstwo zaczęło odbijać się czkawką, i kiedy wyrwane z konsumpcyjnego snu społeczeństwo z upodobaniem recytowało wierszyk: „Chcesz cukierka – idź do Gierka. Gierek ma, to ci da – kopa w dupę i pa-pa”. Zatem tych raptem parę lat, wciśniętych między dwa bieguny społecznej nędzy, pomiędzy wieńczone falami strajków i protestów ostatnie dni władzy pierwszych sekretarzy – starego kutwy Władka, vel Wieśka i jego antonimicznego następcy, rozrzutnego Edka, tak więc tych parę lat z czasów młodości, stanowiło dla ojca nieodłączny materiał porównawczy przy każdej okazji, najczęściej zaś podczas oglądania w telewizji kolejnego popisu nieudolnej gry naszej kadry. Gdy tylko nadarzyła się sposobność, gdy jakiś napastnik, rozdygotany wskutek nieoczekiwanego przyjęcia piłki w okolicach bramki, pierdolnął Panu Bogu w okno, ojciec kwitował jego zagranie: „Jakby w siedemdziesiątym czwartym któryś z orłów tak wykończył akcję, to by go jeszcze za Gierka zamknęli w złotej klatce*”. Tak, nie ulega wątpliwości, że tamta, najbardziej utytułowana w dziejach naszej piłki kopanej reprezentacja, była jedyną, bliską sercu mego ojca drużyną. I jestem święcie przekonany, iż nawet jeśliby w przyszłości reprezentanci Polski stanęli na najwyższym stopniu podium mistrzostw świata, to w jego porównaniach wypadliby blado na tle Wunderteamu z lat siedemdziesiątych, zdobywców trzeciego miejsca na mundialu w Niemczech Zachodnich. Jednak w dniu, kiedy zasiedliśmy przed domowym teleodbiornikiem, by śledzić mecz ostatniej szansy narodowej jedenastki, nie tylko od mistrzostwa świata, ale i od brązowego medalu wywalczonego przez orły, dzieliła biało-czerwonych przepaść. Wówczas sam awans do imprezy mistrzowskiej rangi wydawał się być dla naszych graczy nieosiągalny. Nic dziwnego więc, że ojciec pastwił się nad kadrowiczami niemiłosiernie, i – praktycznie po każdym spartaczonym strzale lub podaniu – nagradzał ich niewybrednymi epitetami: „Kurwa, jakie to są dziady”, „Zobacz, co ten szmaciarz odpierdala”, „Pieprzone patałachy, nawet piłki żaden wybić nie potrafi”. Tymczasem ja i Siwy usiłowaliśmy niekiedy bronić reprezentacyjnych partaczy, było-nie było, w końcu innych bohaterów młodzieńczej wyobraźni los nam nie dostarczył. Dla nas, szczyli wykopanych na ładnych parenaście lat do przodu względem mundialowych sukcesów polskiego futbolu, inna reprezentacja nie istniała. Dlatego wszelkie z trudem uciułane punkty, remisy po rozpaczliwym murowaniu bramki w meczach z faworytami i minimalne zwycięstwa nad kompletnymi amatorami, wprawiały nas w stan bliski euforii, którego żadne ojcowskie zdroworozsądkowe argumenty nie mogły zmącić. To były nasze orły, nie dziady i nie szmaciarze, tym bardziej zaś nie orły Łazarka, Strejlaua, czy Apostela, bowiem istnienie tych od siedmiu boleści trenerów uświadamialiśmy sobie dopiero na sam koniec przegranych eliminacji, kiedy w sposób najbardziej wyrazisty zapisali się w pamięci, z hukiem spadając ze stołka selekcjonera kadry. Poza tym kibicowanie bialo-czerwonym, było w latach dziewięćdziesiątych, w czasach względnej stabilizacji, gdy wolność pod narodowym sztandarem już ktoś inny za nas wywalczył, kibicowanie biało-czerwonym było więc jedynym przejawem patriotyczno-romantycznego zrywu, na jaki my – gówniarze bezrefleksyjnie korzystający z pierwszych plonów wolności, mogliśmy się zdobyć. I tylko podczas pojedynków reprezentacji, słowo „Polska” nabierało w naszej świadomości jakiegoś konkretnego kształtu, tracąc na moment mglistą postać abstraktu. Również tego dnia, kiedy Polacy, mający już tylko matematyczne szanse na awans, mierzyli się z jedenastką Słowacji, pomimo przedmeczowej zasłony dymnej, skrywającej nasz ślepy idealizm, pomimo przyłączenia się do ojcowskiej zabawy w typowanie rozmiarów porażki, wierzyliśmy, niemal do ostatniej chwili wierzyliśmy  w  zwycięstwo  naszej reprezentacji.  Gdy zaś  w dwudziestej

_________

*Złote klatki – upowszechniona w środowiskach opozycyjnych nazwa wzorcowych obozów, w których internowano dysydentów podczas stanu wojennego. Obozy te umiejscawiano w ośrodkach wypoczynkowych, by do zachodniej prasy i telewizji docierał obraz komfortowych warunków, w jakich komunistyczna władza przetrzymuje działaczy opozycji. W rzeczywistości, kiedy bramy ośrodków były zamknięte dla mediów, internowanych traktowano nierzadko w sposób równie niedelikatny, jak więźniów przetrzymywanych w normalnych zakładach karnych. Najbardziej znane spośród „złotych klatek” to: obóz dla kobiet w Gołdapi, mieszczący się na terenie ośrodka wypoczynkowego Komitetu ds. Radia i Telewizji, obóz w Darłówku, na terenie ośrodka wrocławskiego „Mostostalu”, oraz miejsce odosobnionego przetrzymywania Lecha Wałęsy – ośrodek wypoczynkowy Urzędu Rady Ministrów w Arłamowie.

minucie Juskowiak otworzył wynik spotkania strzelając pierwszą bramkę, wypluwaliśmy płuca za Polskę, a ja mówiłem: „A widzisz ojciec, jeszcze Polska nie odpadła, póki my zdzieramy gardła”. Jednak w końcowym rozrachunku to on triumfował, to on wyciągnął z rękawa cztery asy – cztery bramki dla Słowacji. To jego orły bez korony znów pokazały figę naszym, niedawno koronowanym. Kolejny raz udowodniły tym nieopierzonym kurczakom, że do niebotycznej legendy Wembley, nawet najbardziej wyzwolony i dziko żyjący drób nie ma prawa dolecieć. Nam natomiast pozostał niesmak i przeświadczenie, że walczyliśmy o z góry przegraną sprawę, o Polskę.

 

*  *  *

 

Dla Siwego nasze rodzinne mieszkanie było swego rodzaju azylem. Ucieczką od wyściełanego cierniami gniazdka, które uwiła mu matka. I chociaż Siwy już kilkunastu lat mieszkał z dala od naszego osiedla, to jego ciągła obecność w tych okolicach pozwoliła mu niejako wpisać się w krajobraz blokowiska. Tutaj przecież miała skromną kawalerkę jego ciotka, u niej zaś rezydował mały Romek z matką, dopóki ta nie poszła w tango do tego stopnia, że nadzwyczaj wyrozumiała siostra nie wytrzymała i wypierdoliła zezwierzęcone truchło na zbity pysk. Romek został wtedy z ciotką i mniej więcej do piątego roku życia to ona go wychowywała. Do chwili aż wreszcie przypomniała sobie o nim matka. Na początku bardzo się starała, odstawiła zupełnie alkohol i trzymała fason – nie nadstawiała pizdy byle gachom. Ale z czasem wszystko wróciło do normy. Znów stała się pucharem przechodnim, szemraną konkubiną odsprzedawaną bez żalu za wino. A Siwy był zmuszony znosić te niekończące się przeprowadzki, od mety do mety, nieustające orgietki, od śmierci do śmierci, zmieniających się tatusiów i niezmienny rozkład wnętrzności – postępującą zgniliznę duszy. W krytycznych momentach uciekał więc do ciotki, która bardziej była mu matką, aniżeli ta rodzona. Długimi godzinami przesiadywał też w naszym domu, a mój ojciec poniekąd zastępował mu prawdziwego ojca, którego nigdy nie zdołał poznać. Tymczasem matka Siwego staczała się na samo dno ludzkiej godności, jednak po każdym bolesnym upadku usiłowała stanąć na nogi i podjąć się heroicznej próby zbudowania nigdy nieistniejących więzów rodzinnych. Któregoś razu, tuż przed świętami Bożego Narodzenia, powzięła mocne postanowienie, że raz na zawsze porzuci dotychczasowy tryb życia i zorganizuje synowi wigilię. W przygotowaniach pomagała jej ciotka, która na powrót przygarnęła ją do siebie, najwyraźniej przejęta matczynym postanowieniem. Wszystko zdawało się zmierzać do szczęśliwego finału. Siostra pilnowała, żeby w mieszkaniu nigdy nie było najmniejszej kropli alkoholu, wyrzuciła nawet wszystkie swoje flakoniki perfum, byle nie kusić losu. Wreszcie nadszedł długo oczekiwany dzień. Z samego rana ciotka wraz Siwym poszli do marketu, dokupić jeszcze odrobinę suszonych grzybów oraz pieczywa, gdyż okazało się, że może ich zabraknąć. Poza tym Siwy chciał sprezentować matce kolczyki. Matka miała w tym czasie zająć się wałkowaniem ciasta i lepieniem pierogów. Na stolnicy leżało wyrobione wcześniej ciasto, farsz w miseczce, wałek i kieliszek do wykrawania. Nagle matka pomyślała, że ciasta może być za mało, że przecież chciałaby ulepić tych pierogów jak najwięcej dla swego syna. A kiedy otwierała kolejne szafki w poszukiwaniu mąki, natrafiła przypadkiem na niewielką, do połowy opróżnioną buteleczkę wiśniówki, nieopatrznie pozostawioną tam przez ciotkę, która poprzedniego dnia użyła ją do nasączenia biszkoptu. Drżącą ręką wyjęła znalezisko, podeszła z nim do stolnicy, i nalała resztki wódki do stojącego obok miseczki z farszem kieliszka. Kiedy ciotka i Siwy wrócili z zakupów, leżała już nieprzytomna na podłodze. Nieopodal walały się butelki – mniejsza po wódce i większa po nalewce, którą matka wybłagała w osiedlowym sklepie. Odwrócony do góry dnem kieliszek wbity był w nierozwałkowane ciasto. Ostatni ślad nadludzkiego wysiłku, podjętego na darmo.

 

*  *  *

 

Wtedy, w dziewięćdziesiątym piątym roku, gdy razem z Siwym zmuszeni byliśmy podpisać akt kibicowskiej kapitulacji, gdy nasi reprezentanci kolejny raz niezakwalifikowali się do imprezy mistrzowskiej rangi, wtedy nasze drogi z wolna się rozchodziły. Zresztą już znacznie wcześniej, mniej więcej od drugiej klasy szkolny średniej, Siwy gościł na naszym osiedlu coraz rzadziej, nieczęsto też nawiedzał nasze mieszkanie, w szkole zaś pojawiał się kiedy chciał. Mógł sobie na to pozwolić, był wschodzącym talentem nowosolskiej piłki, brylował w juniorach Dozametu, chuchano na niego i dmuchano, i – niestety – na zbyt wiele spraw przymykano oko. A Siwy związał się w tym czasie z kibolami. Jeździł na ustawki i coraz częściej opuszczał treningi. Chlał i uwalniał z siebie długo tłumione pokłady agresji. Nieuchronnie podążał śladem matki.

Właśnie w drugiej klasie szkoły średniej doszło do drobnego incydentu, po którym zacząłem sobie zdawać sprawę, że z moim przyjacielem nie dzieje się najlepiej. Nie było to wprawdzie żadne arcydramatyczne zdarzenie, jednak dla mnie, z racji tego, że doskonale znałem przecież Siwego i wiedziałem, jak wiele wysiłku kosztowało go wyrwanie się z beznadziei, dla mnie więc ów incydent wydawał się istotny. Zajście miało miejsce na lekcji języka polskiego. Otóż wiadomo było wszem i wobec, że nasza polonistka potajemnie romansuje z wuefistą. To znaczy niby gździli się po kątach, kryli w rozmaitych zakamarkach szkoły, niby stosowali się do wszelkich zasad tajnej konspiracji, a i tak wszyscy o nich wiedzieli. Powołując się na „Słownik frazeologiczny języka polskiego” profesora Stanisława Skorupki, świetnie nadający się do tego, by w sposób lapidarny oddać całą złożoność sytuacji, ta ich swoista partyzantka mogłaby posłużyć za idealny przykład dla zilustrowania hasła „tajemnica poliszynela”. Aż się chciało błysnąć podczas lekcji taką znajomością frazeologii. Czy oboje domyślali się, że za ich plecami nabijamy się z tej idiotycznej ciuciubabki – nikt z nas nie miał zielonego pojęcia. Tak czy siak to w zasadzie temu, nieformalnemu związkowi, zawdzięczał Siwy swój święty spokój. Jako że był pupilem wuefisty, dzięki niewątpliwemu wstawiennictwu tegoż u polonistki, praktycznie ani razu nie był pytany i właściwie nie wiadomo skąd się brały u niego oceny. Aż tu nagle coś, co do czego nie mogliśmy mieć pewności, mogliśmy się natomiast tego domyślać, wstrząsnęło ową, niepodważalną zdawałoby się regułą. Prawdopodobnie nasi tajni kochankowie nie na żarty się pokłócili. Bo oto polonistka, przy okazji omawiania trzeciej części „Dziadów”, postanowiła odegrać się na Siwym. Nieoczekiwanie więc wywołała go do odpowiedzi, przemawiając doń z nieskrywaną uszczypliwością: „A ty Maciejewski, co ty nam, nasz Bońku drogi, powiesz o «Dziadach»?”. Oczywiście chciała go udupić, bowiem doskonale zdawała sobie sprawę, zresztą podobnie jak my wszyscy, z faktu, że Siwy nigdy, ale to nigdy w swoim pokopanym żywocie, nie przeczytał żadnej lektury. Tymczasem on, ku naszemu zdumieniu, wstał, i – jak to w późniejszym komentarzu trafnie ujął któryś z nas – odpowiedział śpiewająco. Wyglądało to tak: Siwy podniósł się nieśpiesznie, przez krótką chwilę szperał w kurtce, po czym wydobył z kieszeni swój bezcenny, klubowy szalik, rozpostarł go nad głową, i gromkim basem zaśpiewał:

Chrobry dziady, Chrobry szmaty, dostaniecie kurwy baty!”.

I jak gdyby nic się nie stało, nie okazując ni krzty emocji usiadł, a nas zatkało. Nie trwało to jednak długo, ledwie kilka sekund, po których sala aż się zatrzęsła od dzikiego śmiechu. I z początku, pośród tego stadnego rechotu, nikt nie usłyszał jej płaczu. Dopiero po chwili, gdy rozbawione mordy znów zdołały przybrać wyraz całkowitej obojętności, zorientowaliśmy się, że nasza polonistka, zazwyczaj pewna siebie i nawet nieco wyniosła, to teraz zupełnie inna osoba: jej majestatycznie wyprostowana sylwetka jakby się skurczyła, ona sama zaś skryła twarz w dłoniach. „Dlaczego mi to robicie? Dlaczego tyy…?” – z trudem wykrztusiła. Wtedy Siwy wstał po raz drugi i wypowiedział słowa, które sprawiły, że zamiast spektakularnego bohatera, jakim jeszcze niedawno widziała go klasa, ujrzeliśmy już tylko zwykłego kutasa. Nie wiem, co nim wtedy powodowało. Być może chęć zemsty na całym kobiecym rodzie za cierpienia, którymi tak hojnie obdarowała go własna matka. Być może kiepski ogląd sytuacji i majaczący w wyobraźni miraż owacyjnie reagującej na jego kolejne impertynencje klasy. Tak czy siak, zaraz po tym, jak nasza szlochająca polonistka wycedziła: „Dlaczego tyy…?”, Siwy, u którego w międzyczasie kamienny wyraz twarzy ustąpił miejsca jakiemuś przypominającemu uśmiech grymasowi, wypalił:

A co kurwa, nie można? Mamy przecież wolność słowa.

*  *  *

 

30 stycznia 1968 roku, późnym wieczorem, tuż po zakończeniu ostatniego spektaklu „Dziadów”, dochodzi do demonstracji. Grupa młodych ludzi skanduje pod siedzibą dyrekcji Teatru Narodowego hasła: „Chcemy wolności bez cenzury”, „Żądamy zniesienia cenzury” i „Mickiewicz-Dejmek”. Następnie demonstranci udają się pod pomnik wieszcza, pod którym składają biało-czerwone kwiaty oraz transparenty. Kiedy manifestujący zaczynają się rozchodzić, do akcji wkracza milicja. Wyłapuje pojedyncze osoby i zaczyna okładać je pałkami Nazajutrz, dwóch uczestników wieczornych zajść – Adam Michnik i Henryk Szlajfer, spotyka się z korespondentem dziennika „Le Monde”, Bernardem Margueritte’em, i relacjonuje mu przebieg demonstracji. Spotkanie to niezadługo poskutkuje relegowaniem obydwu z uczelni. W międzyczasie, wśród środowisk studenckich zostają rozprowadzone ulotki, najprawdopodobniej sporządzone przez MSW, zawierające następującej treści wierszyk:

 

„Wieszcz narodu zszedł na Dziady

Czy już o tym wiecie?

Gdy go Michnik i Szlajfery

Okrzykują w świecie.

 

Rzekł tak mądrze ktoś niedawno

O piątej kolumnie*

A Polacy w Żydów ślepią

Bo jak zwykle – durnie.

 

Dalej bracie, karabele

Każdy w dłonie chwyta

Żyda za pejs i za morze

Rada znakomita.

 

Im ta Polska, w którą plują

Daje nadal łaski

Ty studencie piwko ciągniesz

Czekasz na oklaski.”

 

_________

*Aluzja do przemówienia pierwszego sekretarza PZPR – Władysława Gomułki, który podczas VI Kongresu Związków Zawodowych, przyrównał polskich obywateli pochodzenia żydowskiego, trzymających stronę Izraela w tzw. wojnie sześciodniowej z Egiptem, do piątej kolumny.

 

 

Ulotki są tak spreparowane, że mogą być odebrane jako swoisty apel moralny, wystosowany przez uładzoną młodzież akademicką do swoich mniej pokornych, ale i niezdecydowanych, po której stanąć stronie, kolegów. Jednak studenci nie dają się nabrać. 8 marca, podczas hucznie obchodzonego w socjalistycznym państwie święta kobiet, zwołują wiec na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego, domagając się przywrócenia praw studenckich dla wyrzuconych z uczelni. Powołują się na artykuł 71 Kostytucji, który rozpoczyna się od zdania: „Polska Rzeczpospolita Ludowa zapewnia obywatelom wolność słowa […]”.

 

 

 

 

Pamięci mojego przyjaciela Siwego, który strzelił sobie samobója, kilka lat po tym, jak nasze drogi ostatecznie się rozeszły i niemal w tym samym momencie, gdy urodziła się moja córka (i kiedy – za namową ojca – dałem jej na imię Gadocha).

Jazgod alias Adrian Hyrsz

Powinienem był urodzić się w Nowej Soli, urodziłem się natomiast w pobliskim Kożuchowie, bo jedyny szpital w naszym mieście, zaraz po wojnie zajęły wojska radzieckie. Dlatego mój ojciec musiał drałować tych dodatkowych parę kilometrów na rowerze, jedną ręką wciskając w ramę rozdygotaną matkę, i modląc się po drodze, by jakiś gwałtowny ruch z jej strony, spowodowany skurczem porodowym, nie wytrącił mocno sfatygowanego dwukołowca z równowagi. Już w szpitalu okazało się, że niesforny brzdąc wypiął się tyłem do świata, i żeby go wydobyć z matczynego wnętrza, niezbędne będzie wykonanie cesarskiego cięcia. Dokonania tego zabiegu podjął się sam Napoleon, tak bowiem przezywano ordynatora, mającego w zwyczaju przyjmowanie w darze butelczyny trunku, od nazwy którego wzięło się przezwisko. [Więcej w mojej powstającej właśnie powieści i na www.jazgod.dbv.pl ]

O kłapaniu dziobem

Z klasycznego „Dnia świra” Koterskiego zapamiętałam m.in. scenkę, w której Adaś Miauczyński jedzie pociągiem i alergicznie reaguje na dwie kłapiące dziobami współpasażerki.  W przystosowanej do dzisiejszych realiów scence, panny nie gadałyby zapewne ze sobą, lecz przez komórki, nie bacząc na to, że ich przypadkowy sąsiad czy sąsiadka ma ochotę sobie poczytać, a nie przez 5 godzin  przymusowo uczestniczyć w reality show z życia korporacji X czy Y, ale mniejsza o to: ja nie w temacie niedoli podróży w czasach rozwiniętej komunikacji, lecz kłapania dziobem.  Nie w żeńskim jednak, lecz w męskim wydaniu.

Weryfikując informacje, które do mnie dotarły podczas nasiadówek festiwalowych (MF Kryminału trwał tydzień), próbowałam sobie przypomnieć, czy jakaś pani z literackiego światka w sytuacji oficjalnej, a ściślej mówiąc drukowalnej  wyrwała się z rewelacją, jaka mogłaby komuś zaszkodzić?  Pewnie tak się zdarzyło, któraś komuś przywaliła w wierszu czy powieści, niemniej mało mam w pamięci przypadków, żeby po nazwisku. A panowie?

A panowie  na ten przykład założyli sobie bloga „kumple”, którym dawno się już znudzili, ale inicjatywa to ich sprawka. Innym panom najwyraźniej brak żywszego medium, dzięki któremu w jednym miejscu i chóralnie mogliby wydalić nadmiar kwasu, toteż wyrzucają go na raty w mniej lub bardziej opiniotwórczych mediach.  Oto przykłady z ostatniego miesiąca:

Jeden znany pan w trosce o kompozycję i atrakcyjność cotygodniowego felietonu zdradza, kto jest zabójcą w wydanej ledwie kilka dni temu powieści kryminalnej (a w każdym książce razie opartej na intrydze wziętej z tej konwencji) napisanej przez bardziej znaną panią.  

Drugi znany pan sugeruje, że utwór, jaki trafił do antologii ułożonej przez dwie znane panie, nie jest przeróbką jednego z wątków powieści trzeciej pani, tylko odpowiednio zadiustowanym żywcem wyjętym fragmentem. Taki żarcik, idzie se w Polskę, w przeciwieństwie do wyłożonej w książce informacji, że założeniem autorek jest konfrontacja starego z nowym, ale także i form narracyjnych, niekoniecznie odpowiadających wikiencyklopedycznej definicji opowiadania.

 W relacji z pewnego festiwalu trzeci znany pan świadomie przeinacza ripostę pewnej znanej pani, która zareagowała na  bardzo niekulturalny wybryk innego znanego pana. Z przeinaczenia wynika, że to pani obraziła pana, a nie pan najpierw poniżej pasa potraktował grono osób, w jakim owa pani się zresztą nie znajdowała.

Zastanawiam się, czy któraś z pań (a to ciekawe prawda? Że w każdym przypadku chodzi o poszturchiwanki na tej właśnie linii) zareaguje? I właściwie znam już odpowiedź. Nie, nie zrobi tego, z prostej przyczyny – bo panie mają większą klasę. Bo się już dawno pogodziły z tym, że oczekiwanie wzajemności od kolegów z branży mija się z celem. Jak się w tej sprawie nie rozbije głowy o „taki żarcik” albo skutki porannego kaca, to się dostanie w splot słoneczny komentarzem „nie jestem panią seksualnie  zainteresowany”, jakkolwiek strasznie by to nie zabrzmiało, lecz publicznie już niestety kiedyś zostało wyartykułowane w pierwszoligowej gazecie.

Uff. Wiem, to było z innej bajki i zupełnie nie w grzecznej tonacji, ale miałam ochotę opowiedzieć tę bajkę wszystkim, którzy jeszcze nie wydali książki i hodują w sobie mit cudownego literackiego światka.