Ewelina Jarosz: Efekt Pinokia

– ..podobno „Pinokio” to najlepszy lumpeks w mieście. Mogę cię tam zabrać jeśli szukasz czegoś na wieczór.
 – Nie szukam. A co to za miasto?
 – Z.? Burmistrz, zanim został burmistrzem, podobno wygrał je w karty.
 – Ach tak. A jak się ludziom tam żyje?
 – Pomysłowo! Mają własne zagłębie sklepów takiego autoramentu oraz jeden, który mieści się poza zasięgiem zagłębia, na krańcu lokalnego Manhattanu.
 – Długo mnie nie musiałeś namawiać!W każdy poniedziałek na szybie witryny „Pinokia” pojawia się tekturowa strzałka z napisem „36 zł/kg” – znak firmowy nowej dostawy markowej odzieży zachodniej. Wtedy Eliza z najbardziej według niej reprezentacyjnych części garderoby komponuje konstelacje i przenosi je na dwa manekiny przypominające tarcze – męską i żeńską. Potem zapełnia ciuchami druciane wieszaki, jednak w nietypowy jak na chucholand sposób: zachowując sporą odległość pomiędzy jedną a drugą parą spodni, czy rozmieszczając swetry, bluzki i kurtki zgodnie z zasadą barwnego kontrastu, a nawet wzajemnego wykluczenia. Pośród mnóstwa kolorów, gatunków, materiałów, którym mimo naruszenia i nie pierwszej już świeżości organizuje się warunki dla pokazania własnej oryginalności, spojrzenie wytwarza rodzaj wizualnego napięcia, które umożliwia dostrzeżenie cechy jakiejś rzeczy bez zatracenia się w przeglądaniu towaru.

***

I znów był poniedziałek. Nataniel od kwadransa stał pod drzwiami, jak zwykle pierwszy w kolejce, lecz tym razem przed sklepem oprócz niego nikogo nie było.
Gdy go wpuszczono – punktualnie o 10 – od razu pognał pomiędzy wieszaki i nie zauważył nawet, że Eliza nie zdążyła jeszcze zapalić świateł. Panujący w środku lekki zaduch dopiero co rozpalonego kadzidełka o fiołkowym zapachu tylko rozjątrzył gorączkowe poszukiwania, które rozpoczął – bez rywalizacji – od najdalszego zakamarka sklepu.
Że coś mogło być inaczej niż zwykle, wcale nie zauważył. Na przykład z czterech stron wydzielona została ciasna przestrzeń ekspozycji, którą po skosie zatarasowano regałem, pozostawiając jedynie wąskie przejście. Nataniel przez ten właśnie przesmyk wpadł do środka i stamtąd taksował wzrokiem zawartość wieszaków. Lecz nie dostrzegł również, że znikła przestrzeń pomiędzy ubraniami i wszystkie zlewały się w szczelny gałgan bez jednego prześwitu.
Aż wreszcie zawołał nieśmiało „Elizo!”, lecz odpowiedziała mu cisza, a potem delikatny odgłos odpadającego pręcika popiołu.
***
Zanim Eliza rozpoczęła swą przygodę z filozofią – na rozmowie kwalifikacyjnej często podkreślała słowo „przygoda” – studiowała pedagogikę, lecz szybko poczuła się na tym kierunku zbyt rozwinięta intelektualnie. Dobrze, że wreszcie mogła poszerzać umysłowe horyzonty gdzie indziej! Do tego jej niebywały gust, wrodzona, mówiła, artystyczna smykałka, która ze zwykłego lumpeksu, gdzie rozpoczęła pracę na ćwierć etatu, szybko uczyniła nie tyle popularne, co pożądane miejsce o nieco artystycznej atmosferze.
Nataniela poznała stosunkowo niedawno, bo w te wakacje. Pewnego dnia usiadła wraz z nim na ławce na pomoście. Zaczął opowiadać ze szczegółami o odnowie elewacji Pałacu Ślubów w ich mieście. Mówił tak, jakby wiedział o czym mówi, żywo i plastycznie, pobudzając jej wyobraźnię do tego stopnia, że opisem gęstych i wysokich krzaków, które dawniej miały dookoła porastać Pałac, prawie nie pozostawiając przejść do ogrodu,  wywołał w niej nastrój, który natychmiast zaowocował obrazem: zobaczyła siebie brodzącą po kolana w morskim brzegu. Wszędzie pełno było stworzeń, a każde z nich różniło się od siebie kształtem, rozmiarem i barwą: stąpała pomiędzy krabem i śmigającym rekinem, złotą rybką i żyjątkiem nurkującym w piasku, a znad powierzchni wody na moment, jakby z obawy przed statkiem do połowów, wyłonił się foczy pyszczek. Gdy Nataniel mówił, a ona oglądała jego słowa, położyła dłoń na jego udzie i poczuła, że robi jej się gorąco od słonecznego żaru. Jak mogła zauważyć, że z drugiej strony na jego ramieniu położył rękę ukontentowany ojciec, który przez cały czas siedział obok.
***
Nataniel nie otrzymał odpowiedzi po zawołaniu o światło, wyciągnął więc rękę i w półmroku zaczął rozchylać ubrania i przywracać dystans pomiędzy nimi. Dotykał i oglądał przód jednej rzeczy oraz tył drugiej. W pewnym momencie zastopował, gdyż jego oczom ukazała się rozpinana bluza, którą skądś dobrze znał, lecz ta na wieszaku była jakby większa i z wyciągniętymi rękawami. Chwilę zajęło mu zorientowanie się, że przecież taką bluzę miał w tej chwili na sobie – niebieską, w chmurki i z naszytą wiosenną gałęzią, która pod nie sięgała.
Chociaż wydzielała szczególnie okropny zapach i miała kilka niepokojących plam, nie mógł się nadziwić, więc ściągnął ją z wieszaka i poszedł do przymierzalni. Nie rozpiął, lecz włożył przez głowę, a potem stał i z uniesioną kurtyną grzywki spojrzał na swoje odbicie w lustrze. Nie był zadowolony, zwłaszcza ze swojego czoła. Z przykrością zauważył, że począwszy od lewej skroni pokryło je mnóstwo groteskowych pryszczy, których rano nie było. Natychmiast je policzył: 14, a każdy z nich przypominał cycka zwieńczonego zaczerwienionym bąbelkiem, jak z obrazów Wasselmana, gdy malował kobiety. Jemu ten w miarę symetryczny wysyp – po dwa jeden nad drugim – przypominał dwurzędowy listek sporych tabletek, z tą różnicą, że pryszcze ciasno na siebie nachodziły, a skrajny nawet buńczucznie odstawał na bok i ku górze, wykrzywiając się i potężniejąc z ciasnoty.
A jednak postanowił wydrylować jednego, gdyż w przeciwnym razie nici z przyjęcia, nici ze spotkania z…Cher! Przyłożył dwa palce do największego, który puchł i mocno ścisnął. Wtedy stało się coś jeszcze straszniejszego: po rozszarpaniu bąbla w powierzchni czoła pojawiała wyrwa, drugi cycek, dosłownie, tyle że w głąb. Opuszek kciuka idealnie pasował do zagłębienia. Jak szybko dziura napełniła się krwią, zupełnie jakby była rytualnym naczyniem.
„Za późno już – westchnął Nataniel – ten mi powiedział sam: muszę być!”
***
Wetknięty w książkę fragment opowiadania napisanego przez Cher w dniu poprzedzającym złą dla niej wiadomość. Odsłuchała ją z sekretarki. Do mieszkania, jakie przejął po zmarłej babci urząd miasta, wprowadzi się para nowożeńców…

„On miał koszulę lekko rozpiętą – mniej było gorliwości z mej strony. Całował nie tak namiętnie jak zwykle, ale za to silniej, jakby próbował się w ten sposób dla mnie uobecnić. Efekt przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Wtedy niemalże stopił się z murem, do którego został w swej kolejności przyparty. Gdy rozpięłam jego koszulę, moim oczom ukazały się kobiece piersi, którym i on się przyglądał. To był właśnie on i to on był właśnie, on! Rozpoznawał swoje małe kobiece, które rosły w naszych oczach. Tak wyraźnie spod ich skóry nie prześwitywało jeszcze liczne niebieskie żyłkowanie. Powyżej, dokładnie na środku i tuż pod szyją, miał również tarczę, jednak już nie herbową, lecz telefoniczną i to starego typu, że się wkłada palec i wykręca numer. Urocza była ta tarcza u niego, żadne tam jabłko Adama, ale wypustki, które przypominały…sama nie wiem, lecz były znacznie piękniejsze i w pewnej chwili rozmieszczone już na chybił trafił, coś karminowego wyrastało z pomiędzy nich… Taka była tarcza, gdy włożyłam swój język w jedno z jej ócz i zaczęłam wykręcać. W prawą stronę, po czym całość wymknęła mi się. Powtarzałam bez słowa, aż wybrałam numer w całości. A wtedy on ponumerował moją sukienkę inną barwą włóczki niż czerwona, zielona i żółta.”

***
W kanciapie dla pracowników „Pinokia” dziewczęca stopa toczyła po wykładzinie pusty pojemnik po „Mazolu”. Kupiła go w sklepie z środkami chemicznymi – coś jak spray odświeżający używaną odzież (pełno ich szefowa umieściła w szafie), ale nie tylko. Eliza splotła dłonie na brzuchu i patrzyła w ścianę przed sobą. Na stoliku kawowym siedział pluszowy św. Mikołaj i patrzył na nią. Obok leżała książka „Wstęp do filozofii”, którą obiecała sobie przeczytać – tym razem ze zrozumieniem i bez strachu, jaki wywołało w niej pierwsze podejście. Jednak jej obecne położenie nie pozwalało na lekturę.  Myśli miała rozproszone jak plamy sprayu, którym się przed chwilą irracjonalnie posłużyła i jedyną czynnością, w której mogła się pogrążyć było pocieranie stopą o „Mazol”, w tę i z powrotem, jakby to błąkanie – czy to już czas, aby wejść na stronę internetową i zarezerwować sobie miejsce w sanatorium z hollem dla palących? – miało przywrócić jej krążenie.
***
Przemowa Krzysztofa Z., burmistrza przecinającego wstęgę rozsnutą wzdłuż odrestaurowanej elewacji Pałacu Ślubów w Z., nieznacznie się opóźniała. Można było zaobserwować, że władze lokalne zainwestowały w przygotowania do uroczystego odsłonięcia ten rodzaj energii i zaangażowania, które pozwalały odebrać je jako wręczenie podarunku dla wszystkich. Chociaż doprawdy niewiele było widać samej elewacji – fakt, że była to boczna, wąska elewacja, którą trzeba było oglądać tylko z pewnego miejsca i pod pewnym kątem – tak wielu zgromadziło się tego dnia mieszkańców w całym ogrodzie, a gdy wreszcie przyjechała telewizja, ojciec Nataniela, mający po swej stronie proboszcza, ustawiając się tle Pałacu zwrócił się do kamer odurzony szczęściem:
„Od czasu, gdy jestem burmistrzem tego miasta, chronię je przed antyterrorystami, przepraszam, przed terrorystami. Dziś jednak nadeszła wiekopomna chwila, kiedy nic już nam nie grozi ze strony innych szkodników – tych, które żyją w materii mieszkalnej – i świętujemy ważne dla nas wydarzenie. Tak. Wspólnymi siłami udało nam się po żmudnych przygotowaniach i długich zmaganiach, pracując nierzadko w niesprzyjających warunkach pogodowych, ukończyć remont elewacji, a więc bocznej ściany zabytkowego Pałacu Ślubów. Właśnie następuje odsłonięcie części napisu na dekoracyjnym fryzie. Wybrałem go wraz z księdzem proboszczem.”
Stojąca za burmistrzem grupa młodzieży, z którą wymienił porozumiewawczy znak,  wtapiając swą figurę i w młodość (kamery wychwyciły moment, gdy z gracją zjednywał się z otoczeniem, a pominęły podobny do puszczenia oka pomylonego z zezem tik), pociągnęła z dwóch stron za sznury. Opadła udrapowana jak perizonium jasna tkanina, pod którą oczom zebranych ukazał się fragment całkiem do rzeczy:
„UPADNIJ NA KOLANA”
„Oddaję teraz głos księdzu proboszczowi. Poświęci on elewację budowli, w której gościć będą nasze dzieci. Jak wszyscy wiemy, proboszcz jest literatem. Z niecierpliwością oczekujemy na kilka przygotowanych przez niego słów.”
Gdy ksiądz przejmował mikrofon, wiatr trącił leżącą na trawniku tkaninę i zafalowała.
„Mamy XXI wiek. Jesień, czas spacerów i spokojnego szykowania się do zimy. Niezmiernie ciesząc się z powodu okoliczności, jaka nas tu zgromadziła, chciałbym jednak powiedzieć coś o liściach i guzikach. Ot, liście rosną na drzewach, a wczesną jesienią opadają na ziemię. Jesienne liście unoszą się ponad chodnikami, gdy ludzie wracają do swych domów. Mają już na sobie palta – w każdej chwili może spaść deszcz. A co w tych paltach? Fabrycznie umocowane guziki nie przeszkadzają im być w dobrych humorach! Tak, guziki z fabryki. Jak wiele ich widzę, gdy z przyjemnością przechadzam się wśród moich bliźnich. Jak symboliczne stają się przy człowieczym palcie. Komuś odpadł taki guzik od kieszeni i toczy się po ziemi – zachichotał –  wśród pożółkłych liści…lecz teraz nie musimy już spuszczać oczu, ponieważ miejscem, w którym będziemy się mijać, znów stanie się ogród przy Pałacu Ślubów. Zanim rozpocznie się remont fasady, z dumą spoglądając na bok będziemy…”
Wtedy z tłumu przedarł się na przód chłopak o smagłej twarzy i czarnej czuprynie, przerywając mowę proboszcza:
„A kto odremontował mieszkanie po mojej zmarłej babci, panie burmistrzu?”
„Charlie…złaź” z przodu próbowano powstrzymać znanego chuligana, o którym krążyły głosy, że nigdy nie stał się prawdziwym chłopcem, lecz ten nie dawał za wygraną i mocnym głosem, kontrastującym z delikatnością twarzy, powtórzył swoje pytanie.
„Jakie mieszkanie? O czym ty mówisz, smarkaczu?” zaatakował burmistrz.
„Zaraz się zacznie…” padło ostrzeżenie z ludu.
Charlie przejął od proboszcza megafon i zaśpiewał:
„Znacie to? Znacie? To śpiewamy:
Malowane na niebiesko okiennice,
Słoneczniki wyglądają na ulicę.
Na podwórzu kundel pręży się jak bury kot,
A Twe oczy tak się śmiały, gdy patrzyły wprost.

Ściany wybielone, okna wymienione,
Tapczany rozstawione już na sztorc
Żeby Ciebie spotkać w małym kącie świata,
Żeby z Tobą zostać na calutkie lata.”

Burmistrz, próbując ukryć zażenowanie i obrócić całe zajście w żart, zaczął klaskać, lecz wtedy Charlie przestał śpiewać i spojrzał mu prosto w oczy:
„A może chociaż wiesz, gdzie w tej chwili jest twój syn, bo ja nie!”
„Z dala od mojego syna!” warknął i już miał rzucić się na chłopaka z pięściami, gdy na ratunek pospieszył proboszcz.
„Drodzy mieszkańcy miasta. Postanowiłem odsłonić przed wami wielką tajemnicę, której aura unosi się nad niezbyt fortunnym spotkaniem naszego burmistrza z Charlim. Proszę cię drogi chłopcze, zejdź już z podium. Dziękujemy ci za występy. Ta piosenka ma w sobie coś, przyznam, momentami porywa. Lecz oto brakująca część napisu, jaki z Burmistrzem planowaliśmy umieścić na fryzie opasającym w przyszłości wyremontowaną fasadę. Podczas gdy pierwszą część bardziej wymyślił stojący obok mnie, autorem drugiej jestem już tylko ja sam. Niech zatem słowo i piękno znów ocalają!

…PRAWDA CIERNIEM JEST KORONOWANA!”
Widząc efekt, jaki ta część napisu wywarła na większości zebranych, gdy już słowa złożyły im się w przedwcześnie odsłoniętą całość, ksiądz postanowił skorzystać z ogólnego wzruszenia i zaprosił media do dalszego relacjonowania wydarzenia.
„Proszę, niech dziennikarze podejdą bliżej. Przeznaczone zostały dla was miejsca w pierwszym rzędzie. Niniejszym poświęcam elewację: bim-bam-bom. Chciałbym, aby wypowiedziała się teraz audiencja, gdyż bez jej zaufania i hojności, nie bylibyśmy w stanie oddać tak okazałej elewacji. Oni słuchali, a nie widzieli. Mogli pomyśleć, że idzie

o jakąś fałszywą fasadę, a nie pomyśleli.”
Charlie zginął pomiędzy tłoczącymi się do mikrofonu, prędko podawanego z ręki do ręki:
„No Matka Boża tu nas przyciąga i przyjeżdżamy do świętego Józefa, a dziś przyszliśmy zobaczyć Pałac Ślubów. I nawet nie patrzyliśmy na pogodę, tylko przyszliśmy, bo święty Józef czeka i Matka Boża pragnie nas i tutaj u siebie zgromadzić.”
„Słucham na okrągło, dzień i noc, modlitwy, różaniec, bo radio mówi prawdę.”
„Ja przyszłam też, bo tu jest nadzieja dla mojej córki, moje życie i nic więcej.”
„Nasz kraj jest taki, że tylko to radio nas tu trzyma i Matka Boska. Żeby nie radio, Polska by…byśmy tu nic nie wiedzieli. A rodzina to jest świętość. Nie żałuję!”
„Dużo otuchy, trzyma przy życiu! Przynajmniej można się czegoś dowiedzieć, odkąd zostało zlikwidowane radio Wolna Europa.”
„…to znaczy był okres, kiedy nie słuchałam. Ale teraz bardzo mi się spodobały audycje prowadzone przez siostry zakonne, audycje z młodzieżą, z dziećmi, co chwytały za serce. I po prostu od dłuższego czasu już szukałam okazji, żeby jakoś się włączyć, nawet prywatnie. Ale tak się złożyło, że zawsze coś wypadło, nie mniej jednak skorzystałam z okazji, że została zorganizowana al a pielgrzymka do Pałacu Ślubów.”
„Przyjść i zobaczyć co się tu robi, gdzie są nasze pie-nią-żki! Widzę, że super, no nie wiem, nie wiem. Uściskanie dłoni to jest za mało. To jest wszystko tak piękne, że nie ma słów! Cieszymy się, jeszcze Polska nie zginęła! Wszystkim, wszystkim serdeczne Bóg zapłać!”
***
Nataniel stracił w przymierzalni poczucie czasu. Gdy wyszedł z “Pinokia”, cisza wokół niego rwała nadal, a on nie czuł się najlepiej sam ze sobą. Już nawet nie chodziło o to, że wstydził się swojego wyglądu, co o dyskomfort, jaki doskwierał mu z powodu wielu drobnych zmyśleń, jakimi ostatnio posłużył się w obawie przed demaskacją czegoś, czego nie potrafił nazwać, a co było tylko dla niego. Myślał o Elizie i dochodził do wniosku, że przy jej wybujałej wyobraźni pewne rzeczy niepotrzebnie i zbyt lekko zostały powiedziane oraz o ojcu, który za bardzo na niego naciska. Myślał też o Cher. Chyba żadna z tych osób nie była mu szczególnie bliska, a nie odczuwali wobec niego żadnego dystansu. Projektowali na jego osobę co się dało. I jemu wszystkie możliwe wyobrażenia ciążyły w tej chwili od środka, szczelnie powstrzymywane przed ujściem przez dwie pstre bluzy.
Robiło się coraz chłodniej, więc przyspieszył kroku. Gdy dotarł na przystanek, jego wzrok przykuł czerwony napis na jednej z planszy rozkładów jazdy autobusów:
Ostatni nocny do Cher – przy czym litera „r” wyglądała jak podkręcona rzęsa. Była podwyższona w stosunku do reszty i częściowo wystawiona na podmuchy wiatru, który nagle się wzmógł. Poczynał sobie jak chciał, zwłaszcza liście ucierając w każdym kierunku.

 – Wybrałaś coś na dzisiejszy wieczór?
 – Wiesz ile mnie obchodzi dzisiejszy wieczór…
 – Spójrz, a może ta sukienka? Jest prosta, a z tyłu ma dość skomplikowane wiązanie. Trochę przetarta na rękawie. Co o niej myślisz?
 – Nie lubię eleganckich sukienek na sobie. Wolę powyciągane sweterki.
 – Lepiej konweniują z ekspresją twojej twarzy.
 – Już przestań…

Nowe, stare tożsamości

Tożsamość facebookowa – bez komentarza, wyjąwszy może taki, że widzę większość respondentów serwisu, a oni mnie nie. No to zapraszam, jeśli ktoś ma ochotę.

Tożsamość rozlatana – którą po kawałku rekonstruuję z powieści „W chmurach” Waltera Kirna. Już się pewnie kojarzy z „oskarowym”, a raczej „złoto globowym” filmem, i sama właśnie dlatego po nią sięgnęłam, natychmiast wiążąc ją w myślach z „Biegunami”. W mentalnym sensie z biegunami do kwadratu, bo u Olgi Tokarczuk bohaterowie jednak gdzieś wracają, są jeszcze jakoś zakorzenieni, wspominają coś poza lotem z Denver do Vegas. A u Kirna nie ma już nic stałego.

Tożsamość ustabilizowana na miarę XXI wieku – w „Arlington Park” Rachel Cusk. Grono pań, które osiągnęły wszystko to, na czym nie zależy Ryanowi Binghamowi. Dom w bezpiecznej dzielnicy, dzieci, mąż spokojnie utrzymujący żywy i nieorganiczny dobytek. I bezbrzeżna nuda, z jaką nic nie można zrobić, chyba że się wpadnie w ręce scenarzysty „Gotowych na wszystko”. Kobiety Cusk już na nic nie czekają i nic nie czeka już na nie. I to jest prawdziwe. I bardzo, bardzo dobrze napisane, nie ma wielkiej przesady w porównywaniu pisarki z Virginią Woolf.

Biogra-fioł

Podobno na każdego maniakalnego czytelnika przychodzi taki czas, kiedy nuży mu się fikcja, a zaczyna go pociągać samo życie – oczywiście także ujęte w słowach. Długo się broniłam przed tym przekroczeniem progu dojrzałości, ale w końcu poległam i choć nie zamieniłam jednego na drugie, co jakiś czas sięgam po biografie. Rzadko jednak miewam „ataczki” i czytam ich kilka pod rząd. Ze względów, o których nie mogę mówić (tajemnica służbowa), rok zainaugurowałam świetną biografią Jerzego Gierdroycia pióra Magdaleny Grochowskiej , z tego samego zawodowego powodu pochłonęłam opowieść o Janie Karskim autorstwa Stanisława Jankowskiego, a teraz złapałam za „Elżbietę II” Marca Roche, szybko zapominając, że zmotywował mnie do tego film „Królowa”. Zrobił się z tego ciekawy zestaw, o czym zadecydował nie dobór postaci (biografii godnych bez wątpienia), co możliwości przyjrzenia się odmiennym stylom opisywania żywotów. Grochowska to reporterka, Jankowski to historyk, wierny nawet anachronicznej składni, jaką być może posługiwał się jego bohater. Roche jest również dziennikarzem, ale francuskim, nie wolno mu więc, że należy do narodu, który ma za sobą wojnę stuletnią z Brytyjczykami i nie może do monarchini podchodzić na kolanach, chyba że w celu ugryzienia jej w kostkę. Wydurniam się oczywiście, lecz nie znajduję innego racjonalnego wytłumaczenia dla odwiecznego antagonizmu francusko-angielskiego, a Francuz nie jest aż tak złośliwy, jak to zasugerowałam. Jego opowieść wciąga od pierwszej strony, podobnie jak dwie wymienione wyżej, a wszystkie trzy wzbudzają tęsknotę za prawdziwymi osobowościami. Może więc nie trzeba czekać, aż się dorośnie, tylko w tych właśnie książkach znaleźć  odtrutkę na telewizyjne „autorytety”. I opowieści, wyborne.

Marcin Królik: Włosy

Mądrość ludowa powiada, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu, i to z boku, żeby w razie czego łatwiej było wyciąć. Dorzućmy do tego kuferka kolejne odkrycie: z rodziną najlepiej spotykać się w Boże Narodzenie i zwijać manatki przed Sylwestrem. Trzymałem się tej złotej zasady, odkąd wyjechałem na studia. Potem wszczepiłem ją mojej żonie. Dzięki zaś żelaznej dyscyplinie, z jaką ją stosowaliśmy, stary dobry Cisów z jego barokowym kościołem, parkiem poprzecinanym wstążką rzeki i stanowiącym lokalną wszechnicę kultury klasycystycznym pałacem wciąż wydawał się nam godny powracania.

– Weźże, zgól tę wstrętną brodę! – wybuchła na powitanie moja droga i wielce tolerancyjna mamusia.

  Dziesięć lat temu identycznie było z włosami.

Pióra opadające na ramiona ciężkimi falistymi kaskadami udało mi się wyhodować po miesiącach wyrzeczeń. Nosiłem je z dumą niczym symbol mojej niezależności i wolności. Z zaciśniętymi zębami cierpiącego za słuszną sprawę męczennika wytrzymywałem niekończące się rodzinne lamenty, że niedługo zacznę wyglądać jak pospolity lump – jeden z tych leżących w krzakach, pokłutych igłami i wiecznie uwalonych kompotem z makowin ćpunów, którzy stali się istną plagą na naszej ulicy, kiedy byłem dzieckiem. Nie przekonywały ich tłumaczenia, że kompocik pani Lusi już dawno wyparły gandzie i kreski, a w ogóle współcześni kokainiści i morfiniści najczęściej noszą markowe ciuchy i strzygą się przeciętnie raz na miesiąc.

 Mój wspaniały pióropusz – był naprawdę dorodny i dbałem o niego jak o relikwię – straciłem przed studniówką, ale nie wskutek pedagogicznych zabiegów połączonych oddziałów mamy i babci, lecz dlatego, że założyłem się z kumplem.

– Założę się, że ich nie zetniesz – podpuszczał mnie Ziggi. – Stawiam dużą czekoladę, największą, jaką można kupić w tej pieprzonej dziurze.

Wyszedłem, a po godzinie wróciłem do niego obcięty jak pod linijkę. Ostrzygł mnie pewien dziwaczny gość – najprawdziwszy golarz, trochę grubawy, w białym fartuchu i z brzytwą. Jego zakład był jedynym, który wówczas kojarzyłem. Mieścił się w pasażu handlowo usługowym przy Mazowieckiej (głównej ulicy miasta) i wtłoczony pomiędzy sklep obuwniczy i salon z telefonami komórkowymi, które pod koniec lat dziewięćdziesiątych dopiero raczkowały, sprawiał obłędne wrażenie.

 Podobnie jak właściciel, który nazywał się Stanisław Miziołek, wyglądał jakby czas za jego drzwiami zatrzymał się na Gomółce albo późnym Gierku. Podłoga okryta szaro zieloną wykładziną, wybrzuszającą się na samym środku, brudno piaskowa lamperia, ogromna lada zawalona stertą fryzjerskich akcesoriów i czasopism, lustro poznaczone na krawędziach tłustymi smugami i przysadziste fotele, które nietrudno byłoby sobie wyobrazić w roli narzędzi tortur psychopaty – a to wszystko skąpane w zimnym blasku jarzeniówek. Dziś jakiś sprytny designer zapewne ochrzciłby ten wystrój mianem oldskulowo kultowego, ale wtedy przybytek pana Miziołka był po prostu syfiasty, a dzięki temu tani. Ale jednocześnie w jakiś przyjemnie szorstki sposób twardy, męski.

– Nie szkoda ci takich pięknych włosów, chłopcze? – zapytał, wiążąc mi pod szyją cuchnącą odczynnikami szmatę i odpalając elektryczną strzyżarkę.

A potem, gdy większość mej dumy ścieliła się wełnistymi kłębami wokół fotela, dodał:

–Dzielnieś to zniósł, bracie. Jednego razu jak jeszcze goliłem w jednostce, przyprowadzili mi chłopaki z żandarmerii takiego rekruta, co się kurewsko wyrywał. A jak już było po robocie, to się wziął i popłakał. To był jakiś tam hipis, pacyfista – diabli go wiedzą. Siłą go musieli do woja wlec. A ty przypadkiem nie jesteś hipis, co?

 – Nie.

  –To dobrze. To była, bracie, hołota, jakiej świat nie widział. Bród, smród i rozpusta. Łaziło to całe dnie schlane, zaćpane, nie pracowało… Że niby protestowali, o jakieś niby ideały walczyli. No – przejechał mi po głowie miotełką – to jesteś, bracie, facet jak ta lala. A jak maturę zdasz, będziesz mężczyzna pełnoetatowy.

Dzień przed pisemnymi znów go odwiedziłem. A potem przed wyjazdem na studia. Strzygł mnie też do ślubu. Robił się przy mnie gadatliwy. Najczęściej politykował. Piętrzące się na ladzie gazety to był głównie „Nasz Dziennik”, a ze stojącego obok nich radia sączył się katolicki głos z Torunia, toteż łatwo się domyślić kierunku, w jakim podążały jego poglądy, ale mnie to nie przeszkadzało – puszczałem jego diatryby o odżydzaniu parlamentu mimo uszu, potakując z grzeczności.

 Miał za to ciekawą, wywiedzioną z wojskowej praktyki filozofię glacy. Uważał, że przynajmniej raz do roku należy się ogolić na łyso – całkiem na zero, do gołej skóry. Potem włosy są zdrowsze i silniejsze, no i łupież się nie zalęga. Wypróbowałem jego metodę i spodobało mi się – znów ku rodzinnej zgrozie.

 – Najpierw Mojżesz, teraz bandyta! – żachnęła się matka, gdy przyjechałem na wakacje łysy jak buddyjski zakonnik.

 Na mieście starsze panie pierzchały przede mną jak przed zarazą.

 – Zmiłuj się, synciu – załamywała ręce babcia – już mówią, że taki byłeś dobry chłopak, do kościoła chodziłeś, nawet na księdza się miałeś szykować, a teraz zrobił się z ciebie pospolity skin.

 Rodzina – ani z nią, ani bez niej.

 – Nie zgolę brody – oświadczyłem stanowczo mojej żonie kilka godzin przed wigilijną wieczerzą.

Nie znosiła mojego zarostu, ale w ramach wypracowanego po długich i żmudnych negocjacjach kompromisu pozwalała mi zapuszczać brodę na jesień i zimę. Zresztą identyczne pertraktacje doprowadziły do uzyskania przeze mnie glejtu na golenie głowy i utrzymywanie jej w stanie lśniącej żarówy przez cały okres letni. O ile jednak do bezwłosowości z czasem się przyzwyczaiła, a wręcz zaczęła ją darzyć najpierw ostrożną, a potem czułą sympatią, o tyle brodę zaledwie tolerowała, skarżąc się, że przeszkadza w łóżku.

Nie przekonywała jej ideologia, jaką do kwestii zarostu dorobiłem. Za nic nie chciała słuchać o mistycznej transgresyjności doświadczenia przemiany wyglądu, ani o wiosennym pozbywaniu się brody jako wielkomiejskiej analogii do topienia marzanny. Z nadejściem września nasze życie łóżkowe ubożało o wszelkie elementy oralne. Teraz mając po swojej stronie babską koalicję postanowiła zerwać nasz kruchy pakt.

Zaczął się więc zmasowany desant lądowy.

– Przecież ty w ogóle nie umiesz o nią dbać. Rośnie ci jak chce. W ogóle jej nie skracasz, nie przycinasz. Trudno utrzymać ją w czystości, bo bez przerwy nurkujesz nią w jedzeniu. Nie jesteś zresztą stworzony do noszenia brody. Ona cię postarza. Masz bardzo ładną linię twarzy i nie musisz jej ukrywać.

 – A nie wydaję ci się bardziej męski? – podjąłem rozpaczliwą próbę ratowania swych okopów.

 – Męski? Chyba raczej niechlujny. Kochanie, proszę cię, zrób coś z tym. – I wreszcie ostateczny cios. – Zrobisz babci miły prezent na święta.

– Dobra – skapitulowałem. – Mogę się zgodzić na skrócenie.

– Na pewno zrobisz to krzywo. Powinieneś pójść do fryzjera, który zrobi to fachowo. Tylko wątpliwe, czy teraz jeszcze zdążysz. Chyba że spróbujesz u tego faceta, który strzygł cię do ślubu. Jak wracałam od bankomatu, widziałam, że jeszcze miał czynne.

Krytyk literacki zapewne skrzywiłby się w tym miejscu zniesmaczony i złajał mnie za zbyt proste, samo narzucające się rozwiązanie fabularne. Lecz żaden z nich nie ma pojęcia o kruchości, jaką zyskuje moje serce, gdy ta wspaniała, kochana dziewczyna patrzy na mnie w taki sposób, w jaki spojrzała wówczas.

 – W porządku. Idę.

Zmierzając do zakładu Miziołka, uprzytomniłem sobie nagle, jak ważne miejsce włosy oraz ludzie mający z nimi do czynienia zajmowali w moim dzieciństwie. Byłoby delikatną przesadą stwierdzić, że się wokół nich kręciło, niemniej stanowili jeden z jego filarów. I tak oto dobrnęliśmy w tej historii do momentu proustowskiego. W tej chwili pierwszoosobowy narrator, pomimo iż nie poczuł woni magdalenki umoczonej w herbacie lipowej, dryfuje w zamierzchłą przeszłość.

Tak więc sześcioletni, trzymając się mamusinej dłoni, wkraczam do przestronnego wnętrza pachnącego szamponami, farbami do włosów i lakierami utrwalającymi. Przez wysokie, czyste okna ukośnie wpada słoneczne światło i ścieli się ciepłymi plastrami na podłodze wyłożonej zielonym, wyszorowanym na wysoki połysk linoleum, tęczuje w krawędziach luster i okrywających szeroki kontuar szybach, pod którymi tkwią barwne zdjęcia najmodniejszych fryzur. Obok nich leżą gazety – nie żadne tam „Trybuny Ludu”, „Nowe Wsie” ani „Przyjaciółki”, tylko oryginalne wydania „Elle” i „Vogue’a” o śliskich, połyskujących lepszym światem okładkach, z których bielutkimi zębami uśmiechają się do mnie opalone, nieziemsko piękne kobiety i muskularni mężczyźni o wydatnie zarysowanych kościach policzkowych, jasnych oczach i w obcisłych ubraniach, których u nas nie można prawdopodobnie kupić nawet w położonej w centrum galerii.

Kierujemy się do drugiego, mniejszego pomieszczenia, do którego wchodzi się po trzech stopniach. Dopiero tu objawia się prawdziwy luksus. Tu jest królestwo pań spoczywających nieruchomo i sennie, w pozycji półleżącej pod przypominającymi dzwony suszarkami. Tu urzęduje szef, którego boją się wszystkie pracujące w zakładzie dziewczyny i przemykają między klientkami bezgłośnie jak uzbrojone w lokówki duchy.

 Szef – niski, krępy mężczyzna o małych, ruchliwych oczkach prywaciarza – wita nas osobiście.

 –Jak pan sobie dziś życzy? – zwraca się do mnie.

  –Na jeża – odpowiadam.

  –Słusznie, słusznie. To idealna fryzura na lato. Zapraszam na fotel.

 Przeważnie strzyże mnie on sam, jego żona, bądź najstarsza córka. Nie wracamy do dużej sali – zawsze jestem obsługiwany właśnie tutaj, wśród dyskretnych młodych fryzjerek, szumu suszarek i kobiecych pogaduszek. Podczas gdy mama siedząc w kącie przy oddzielającej oba pomieszczenia kotarze przegląda jedno z tych zagranicznych czasopism, szef błyskawicznie obskakuje mi głowę nożyczkami i grzebieniem, w międzyczasie gawędząc ze mną o planach moich lotów w kosmos.

Nazywa się Bogdan Popławski i jest jedynym bogatym człowiekiem, jakiego znam. Zakład znajduje się na tyłach jego domu – wspaniałego, piętrowego, z dużymi widnymi pokojami, tarasem, ogrodem i wystawionym ku niebu talerzem anteny satelitarnej. Do domu można się dostać bezpośrednio stąd, schodami ukrytymi za kolejną kotarą z kolorowych frędzli. Czasem tam gościmy.

 Popławscy to dobrzy znajomi babci. Babcia ma piękne grube gęste włosy sięgające do pasa, ale odkąd rejestruje moja pamięć, nosi je upięte w okazały ciężki kok podtrzymywany niewyobrażalną ilością wsuwek i dodatkowo wzmocniony lakierem. Niektóre pasma skręcają się w kółeczka i ślimaczki i, żeby tej wspaniałości nie popsuć, zawsze śpi w chustce. Kilka razy do roku – zwykle w okolicy świąt lub imienin – chodzi do Popławskich, a pan Bogdan lub jego żona, która ma na imię Bogumiła (Bogusia), rozczesują to niesamowite dzieło sztuki, myją uwolnione włosy, poddają je jeszcze jakimś innym czarodziejskim zabiegom odżywiającym, a następnie na powrót zaplatają.

 Popławscy też składają nam wizyty. Przychodzą na imieniny babci lub dziadka i są kluczowymi gośćmi. Pan Bogdan – jowialny, ruchliwy i zawsze w swetrze w serek – jest duszą towarzystwa, ale gdy kończy jeść, nie ma siły zdolnej zatrzymać go za stołem. Ostatni kęs jaja w majonezie lub kiełbasy to znak dla jego żony, że pora zacząć się żegnać. Lubię ich córki – o najstarszej, tej która niekiedy mnie strzyże, mówi się, że ma włoskiego narzeczonego, a średnia, starsza ode mnie o sześć lat, nigdy się ze mną nie nudzi.

Pan Bogdan jest niezniszczalny – nie jest go w stanie pokonać nawet poważny wypadek samochodowy, który przydarzył mu się, gdy wracał w ulewnym deszczu z jakichś targów dla fryzjerów. Pani Bogusia mówiła potem, że w chwili, gdy to się stało, zmywała naczynia i talerz, który akurat zamierzała wytrzeć, wypadł jej z rąk i stłukł się w drobny mak. Przez pierwsze dni nie było wiadomo, czy w ogóle przeżyje. Zagrożenie jednak w końcu minęło, ale w szpitalu leżał prawie pół roku. Po powrocie, z powodu niesprawnej ręki, której nie dało się już w pełni przywrócić do funkcjonowania, przestał strzyc i ograniczył się – ku boleści pracujących u niego fryzjerek – do skrupulatniejszego niż kiedykolwiek dotychczas zarządzania. Ale mimo wszystko trwał na tronie niekwestionowanego króla cyrulików.

Trwa na nim do dziś. Choć przez te lata Cisów się rozwinął – jak grzyby po deszczu powyrastały salony piękności, kluby fitness, siłownie i gabinety masażu – prestiż Popławskich, jako pionierów stylizacji pozostał nienaruszony. Król i królowa wprawdzie przeszli już w stan spoczynku, ale ich zakład przejęła najstarsza córka, która – z tego co wiem –  nie wyszła jednak za wymarzonego Italiano. Średnia otworzyła własny salon. Moja żona raz robiła sobie u niej balejaż i była zachwycona.

 No, tośmy się zapędzili. Pora wracać do głównej linii fabuły.

 Tamtego popołudnia Stanisław Miziołek rzeczywiście miał jeszcze otwarte. W otoczeniu migoczących świąteczną komercją witryn jego interes z oknem zasłoniętym poszarzałą firanką wyglądał jak antyteza postępu i apoteoza przeszłości – niezmienny w czasie jak wzorzec metra, ale przez to coraz bardziej cofający się w mrok. Ząb, który dentysta zapomniał oczyścić przy zabiegu wybielania, świat, który się posunął – w niewłaściwym kierunku.

W środku było prawie ciemno. Stary zapomniał włączyć nieśmiertelne jarzeniówki. Katolicki głos z Torunia podawał serwis informacyjny. Miziołka zobaczyłem w fotelu – tym samym, na którym w ubiegłym tysiącleciu straciłem włosy. Na wpół leżał z głową na piersiach. Nie zareagował na dźwięk dzwonka nad drzwiami.

 –Halo, klient przyszedł! – zawołałem.

  Żadnej reakcji.

 Zbliżyłem się, spodziewając się, że gdy go dotknę, będzie zimny i sztywny jak stara chomiczka, którą kiedyś miałem i pozwoliłem jej umrzeć samotnie w akademiku. Mimo obawy trąciłem go w łokieć. Był ciepły, ale nadal się nie ruszał. Delikatnie szarpnąłem go za ramię. Podskoczył. Głowa ociężale wróciła w pion. W mroku ledwie rozpoznawałem jego twarz, ale wyraźnie zobaczyłem nitkę śliny połyskującą na brodzie.

 –Już, już – wybełkotał nieprzytomnie – już jestem…

 Odniosłem wrażenie, że mnie nie poznał. Powlókł się do włącznika, szurając butami i ocierając rękawem ślinę.

– O, a kogo to my widzimy? – udał radość, gdy wnętrze rozbłysło. – Dawno cię, bracie, nie było w rodzinnym mieście.

 Usadził mnie w fotelu, po czym rozpoczął jeden ze swoich wykładów o owłosieniu – tym razem poświęcony właściwej pielęgnacji brody. Przyciął ją i wyrównał, nie przestając tokować już to o charakterze, jaki zarost nadaje mężczyźnie, już o aferze hazardowej i komisji śledczej, a niekiedy wtrącając pytanie o mnie, choć nie wyglądał, jakby zależało mu na odpowiedzi.

 I nagle pamięć znów cofnęła mnie w przeszłość.

 Ponownie znalazłem się w domu Popławskich, rok lub dwa po wypadku pana Bogdana. Był przyjemny letni wieczór, babcia gawędziła z nimi w ogrodzie, a ja poszedłem obejrzeć wrak poloneza, który nie wiadomo po co zholowali właśnie tu, zamiast po prostu oddać na złomowisko. Stał przed garażem. Właściwie była to tylko pusta skorupa karoserii, całą resztę – silnik, siedzenia, tapicerkę, a nawet deskę rozdzielczą i kierownicę – wymontowano. Przód był doszczętnie zmasakrowany, a dach od strony kierowcy – wgięty do środka. Pamiętam, że gapiłem się na to motoryzacyjne truchło jak w hipnozie, przejęty kamienną, lodowatą grozą, której moja dziecięca dusza jeszcze nie rozumiała.

– Wracamy! – zawołała za moimi plecami babcia.

 – Gotowe – zameldował raźno Stanisław Miziołek. – Od razu, bracie, inna twarz. Przejrzyj się i sam powiedz.

 – Faktycznie – przyznałem szczerze zachwycony rezultatami.

– Broda to, bracie, odpowiedzialność. – Odłożył nożyczki. – Jeśli już decydujesz się ją nosić, nie wolno ci jej zaniedbywać. Twoja pani ma rację.

 Potem złożyliśmy sobie życzenia i pożegnałem go. Wigilia była uratowana. Nikt nie narzekał na stan mojego zarostu.

Wspomniałem wcześniej o przyjeździe na wakacje. Uważny czytelnik może więc zarzucić mi brak konsekwencji, skoro w pierwszym akapicie piszę o przyjeżdżaniu tylko na święta od czasów studiów, a potem nagle zjawiam się w lecie. Cóż, uproszczenie jest prawem, a wręcz wymogiem literatury, która choćby nie wiem jak pragnęła, nigdy nie odzwierciedli życia w całej jego niezborności i dynamice. Prawda jest taka, że choć odciąłem pępowinę, nigdy nie umiałem sobie wyobrazić świąt poza rodowym siołem, w czym moja żona, która własnej rodziny nie ma, gorąco mnie wspierała. Rzucam tę niepotrzebną, rozdymającą tekst i łamiącą tok narracji autoapologię po to, by zagruntować płótno przed następną sceną, w której przyjeżdżamy do Cisowa na Wielkanoc.

Stanisław Miziołek nie żył. W miejscu jego zakładu powstał lumpeks z ciuchami na wagę. Staliśmy właśnie w wielkanocną sobotę przed jego zamkniętymi drzwiami, z niedowierzaniem wpatrując się w kiczowaty szyld i kontemplując przemijalność postaci świata, gdy ktoś zaszedł nas od tyłu.

 – Umarł zaraz po nowym roku. Znaleźli go tu.

 Odwróciłem się.

 – Cześć, Ziggi – powiedziałem, podając mu rękę. – Poznaj moją lepszą połówkę.

 Staliśmy jeszcze kilka minut pod tym współczesnym panteonem syfu i przekazywaliśmy sobie telegraficzny skrót z paru ostatnich lat.

– A pamiętasz jak się założyliśmy, że zetnę włosy? – zapytałem go.

– Naprawdę założyliśmy się o czekoladę? Nie o browara? – Nie mógł uwierzyć mój dawny szkolny kolega. – Chociaż ci ją kupiłem?

– Jakoś sobie nie przypominam.

– Cholera. – Kręcił głową. – Ale te pióra to miałeś, stary, nieprzeciętne. Strasznie o nie dbał, jak dziewczyna – zwrócił się do mojej żony.

Potem powiedział, że musi lecieć, bo jeszcze nie byli ze święconką i rozstaliśmy się. Stary Ziggi, a właściwie Zbigniew Krusiewicz – właściciel kwiaciarni, mąż, ojciec, niegdyś niedościgniony mistrz wsadów, teraz facet pod trzydziestkę z lekkim brzuszkiem, który wciąż wisi mi czekoladę.

–Ten twój kolega – zauważyła moja żona – on chyba zaczyna siwieć.

 – Czarni siwieją szybciej, kotku. Mnie na szczęście to nie grozi. A zresztą, za dużo władowałem we włosy odżywki, żeby się martwić.

 Ściemnienie obrazu i napisy końcowe. W tle miękko śpiewa Louis Armstrong.

paweł f.majka

paweł f. majka – 85. rocznik. wrocławski. próbuje się z wierszykami, małą prozą, naiwną grafiką (http://flamasterstudio.blogspot.com ). student, wyrobnik, etc.

paweł f.majka: Dziwne

Nigdy wcześniej nie widział tej tabliczki. Dziwne, przechodził przez plac dziesiątki razy. W małych kioskach kupował gazetę, jednorazowe bilety i papierosy; spędzał długie godziny patrząc na odbicie podrdzewiałej rzeźby Cesarza w witrynie sklepu odzieżowego „Magdalena”. Zazwyczaj siadał na ławce z wyłamaną w oparciu deską. Tak było wygodniej, nie musiał czuć się zbyt odprężony. Siedział w skupieniu, jakby czekając na cios.

Plac był nieduży. W nocy oświetlały go latarnie – po jednej w każdym rogu i trzy na środku. Zdarzało się, że niektóre z nich nie działały. Wtedy przestrzeń – wytarzany w błocie kundel – była szara i ponura. Przechodnie, mijając się na nierównych, jakby przypadkowo rozrzuconych kocich łbach, zauważali się dopiero będąc bardzo blisko siebie. Dochodziło przez to ludzkich stłuczek i karamboli, złamanych obcasów czy obelg wyplutych w twarz.

On siedział i patrzył. Przysłuchiwał się szelestom placu, zupełnie oderwanym, wolno latającym słowom i frazom. Filtrował to w środku, trawił, uśmiechając się nieznacznie. Nie lubił mówić. Myślał, myślało jego, myśli zatrudniały go na cały etat. Z nikim właściwie nie rozmawiał. Do perfekcji opanował sztukę wskazywania rzeczy oczami, skąpymi gestami, dziwnie czytelnym grymasem. Kioskarki i kwiaciarki przyzwyczaiły się do milczącego mężczyzny, gdy ten minimalnym ruchem dłoni, jakby szarpnięciem nerwu, mówił czego chce. Dziękuję czy proszę – tych słów nie używał, właściwie nie pamiętał co znaczą. Oduczył się ich. -Kiedy proszę kogoś lub komuś dziękuję to tak, jakbym go przepraszał. Nie będę nikogo przepraszał. Nie mam za co. To oni są winni, skurwysyny – myślał.

Siedząc na ławce i patrząc na Cesarza zastanawiał się, jak mógłby wyglądać jego pomnik. Bo on powinien mieć pomnik. Był ostatnim człowiekiem na ostatnim świecie. Wyobrażał sobie, że stoi tam, na cokole, a oni składają mu pod nogi kwiaty we wszystkie rocznice wszystkich wydarzeń. Wtedy On – wyniosły, brązowy – ale dziwnie ludzki, z lekko uniesioną prawą ręką, jakby w geście papieskiego błogosławieństwa, obdarza wiernych i niewiernych zbłądzonym uśmiechem. Któraś z nóg nieznacznie wysunięta do przodu, ujęta w ostatnim, niewielkim kroku. Niezdecydowanym, niepewnym? Jakby nagle poczuł, w niepełnym i szczątkowym rozkroku, że oblewa go gorący metal, lawa stopów i pierwiastków, hibernując, więżąc – ani kroku dalej. Dalej nie idziesz. Zostaniesz tu, będziesz siedział w środku, nie odezwiesz się. A ledwie przecież ruszył, zostały mu dwa kroki do krawężnika, na który chciał wskoczyć. Chciał coś pokonać. Teraz siedzi. Stoi. Na ławce i na cokole. Nagle podnosi się, zeskakuje i idzie przyjrzeć tabliczce. Metalowa, lakierowana na biało. Duża, klasyczna czcionka. Litery czarne. „Czynne do ostatniego klienta”. Przeczytał na głos. Wszedł.

Wsad do pieca

Brytyjczycy palą książkami w piecach – podaje wirtualny wydawca z 7 stycznia za Pulsem Biznesu. Tłumaczą się pono tym, że encyklopedie są dobrym opałem, a ich z kolei tłumaczy się dużym wzrostem opłat za gaz i energię.

Z ilu właściwie takich przypadków uklecono owego newsa? Czy wrzucając go w eter, ktoś chciał w nas wywołać jakąś dzisiejszą wizję a la „Fahrenheit 451” (czyli temperatura, w jakiej pali się papier i tytuł książki Raya Bradbury’ego oczywiście) czy też może w osobliwy sposób zareklamować jego ekranizację planowaną, jak wyczytałam, na bieżący rok.  Albo inne,  dla odmiany niefikcyjne obrazy z ogniem i książką w roli głównej. Że niby jak się o tym powie, to rzecz wywoła międzynarodowe oburzenie czy może, za przeproszeniem, zainspiruje innych do wykorzystania tego świetnego patentu? W końcu, jak głoszą sondaże od lat, ponad połowa naszego społeczeństwa nie bierze książki do ręki. Co daje pewną nadzieję, bo jeśli tak, to skąd je niby weźmie na wsad do pieca?

 

Jutro będzie lepiej

No i mamy 2010, i typowo polski zalew katastrofalnych prognoz na najbliższą przyszłość. A ja tam wierzę, że będzie dobrze, ba, wiem, że za kilka miesięcy będę miała co najmniej jeden powód do radości, bo go sobie przyrządziłam.  Będzie dobrze, będzie dobrze, a jeśli komuś jest w tej chwili źle, to mam nadzieję, że się rozchmurzy na widok migawki z tegorocznych świąt w Warszawie. Zdjęcie dostałam od kumpla ze „Zwierciadła”, nie wiem, kto jest autorem, więc przepraszam za piractwo i ewentualną obrazę uczuć.

Pozytywnego roku życzę. PS. Autor fotki zwany jest Kasiną.