Joanna Marat

Mieszkam i pracuję w Gdańsku. Napisałam kilka opowiadań, nagrodzonych na rozmaitych konkursach literackich. Między innymi moją „Koljaczkową” wyróżniono kiedyś w konkursie portalu literackiego Fabrica Librorum. Pracuję nad dalszym ciągiem tej historii.

 

.

Twarz z okładki

Tak się w Onecie rozpędziłam w zachwytach nad ostatnią powieścią C.S.Lewisa „Dopóki mamy twarze”, że nie napisałam w końcu, iż okładka książki wydała mi się jednak od czapy. Książka jest poszerzoną o wątki fikcyjne opowieścią o Amorze i Psyche, przy czym główną bohaterką opowieści Lewis uczynił Orual,  starszą siostrę wybranki boga, która zainspirowała akcję odsłaniania jego twarzy.  Mamy więc mit osadzony w jak najbardziej antycznych realiach (wrażenie robi zwłaszcza scena składania ofiary z Psyche przez kapłanki Ungit) i piękną dziewczynę przykrytą nie podartą szatą, lecz kocykiem w kratkę – bo pewno takie było dostępne w agencji. W zasadzie jestem ostatnią osobą, która sięga po lekturę, bo ją zaintrygowało opakowanie, często zresztą czytam gołe szczotki wydawnicze, ale tu się trochę zdziwiłam rozbieżnością między treścią a wydawniczą formą sugerującą, że książka opowiada o perypetiach współczesnej cud dziewicy, więc przeznaczona jest dla podrośniętych czytelniczek „Opowieści z Narnii”. W sumie i tak to można interpretować, pod warunkiem, że podrośnięcie oznacza pełnoletniość.

A tak na marginesie: w powieści nie widać twarzy Orual, a w Onecie ostatnio ciężko trzeba się naszukać  zakładki do Czytelni.  Dla ułatwienia podaję więc: www.czytelnia.onet.pl . Dopóki jeszcze jest.

 

Ryszard Lenc

Mieszka i pracuje w Katowicach.   Publikował w „Akcencie”, „Frazie”, „Odrze” (m.in. w styczniu br.), „Opcjach”, „Pan Slawiście”, „Toposie”. SLKKB w Łodzi wydało w 2007 r. tom jego opowiadań
“Ja, Wittgenstein”. Wyróżniony na V MFO we Wrocławiu, co uważa za duży zaszczyt.
Najnowsze numery Akcentu, Frazy zamieszczą niebawem jego teksty.
Główne wątki literackie: mity, związki filozofii i religii.
Mistrzowie literaccy: Borges, Miłosz (ba!)
Lubi prozę Dehnela. Nie lubi szczerze prozy Masłowskiej.

Ryszard Lenc: Wybranka Mero

 Jak co roku po zakończeniu egzaminów maturalnych, gdy już ostatni abiturient opuści mury mojej szkoły (patrząc na nią z ulgą lub obrzydzeniem), gdy już podpiszę wszystkie protokoły i większość bardziej lub mniej potrzebnych kuratoryjnych sprawozdań (które sporządza C., mój nudny, ale solidny zastępca), biorę w rękę laskę, a w drugą parasol (jeśli na niebie kłębią się złowrogie chmury), do chlebaka wkładam małe składane krzesełko, czasem pelerynę, przygotowaną wcześniej kanapkę, butelkę wody, fajkę dobrze nabitą tytoniem, w końcu moją małą książeczkę, i ruszam starą ścieżką na drugi brzeg jeziora. Dotarcie na miejsce zajmuje mi ponad godzinę, muszę bowiem obejść wokoło stare, zarosłe zielskiem torfowisko. Popołudniowe słońce albo grzeje mocno, albo jest parno i zbiera się na deszcz, albo już pada; bywa też, że niebo cedzi ulewą. Niezależnie od pogody rozkładam turystyczny stołeczek i siadam u podnóża skarpy schodzącej stromo do dzikiej plaży nad małą zatoką, zarośniętą trzciną i tatarakiem. Wschodnia strona Wyspy Konwaliowej oddalona jest od brzegu jeziora o jakiś kilometr i jeśli mamy dobrą pogodę dobrze stąd widać rosnące na ostrowi stare dęby i sosny. Majowych konwalii niestety nie da się dojrzeć, chociaż łąka nad jeziorem ma tam delikatną żółto-różową barwę (są, są takie konwalie). Nad wodą krąży mnóstwo ptaków, gdy szczęście dopisuje, widzę siwe czaple, jak dostojnie przepływają w przywyspowym powietrzu. Zapalam fajkę (jeśli silnie wieje od jeziora, trwa to dłuższą chwilę), otwieram moją mocno już podniszczoną książeczkę, kartkuję ostrożnie i czytam parę stron, od czasu do czasu popatrując na piasek na plaży. Czy spodziewam się coś zobaczyć? Tamte ślady i żółte sandały na brzegu? Czasami odruchowo spoglądam przez prawe ramię, czy aby na szczycie skarpy nie pojawi się znienacka stary dom z kamienia. Nie zjawia się nigdy, oni zresztą też nie, co mnie specjalnie nie dziwi, choć wiem, że pamięć i wyobraźnia chętnie podsunęłyby mi parę zupełnie rzeczywistych obrazów. Tak spędzam godzinę lub dwie, fajka dopala się, słońce gaśnie, deszcz – jeśli był – przycicha, ptaki powracają na Wyspę i w szuwary, a ja wędruję do naszego miasteczka. I tak rok w rok o tej samej porze, z małą przerwą na czas studiów, służby wojskowej i krótkiej wędrówki po świecie. Rok w rok od tamtej wiosny.

 

    W liceum, które kiedyś kończyłem, uczę teraz literatury, od jakiegoś czasu rada miasta powierzyła mi także obowiązek przewodzenia naszej niewielkiej szkolnej społeczności. Wróciłem do naszego miasteczka po zaliczeniu kilku niezbyt udanych prób założenia gniazda w jednym z uniwersyteckich ośrodków. Powrót, choć z początku bolesny, nawet mnie specjalnie nie zdziwił; od tamtej wiosny wiedziałem, było to dla mnie absolutnie jasne, że prędzej czy później i tak mnie czeka.

    Gdy przed laty zdawałem ostatnie egzaminy maturalne, wcale przecież nie było dla mnie oczywiste, że pojadę gdzieś po dalszą naukę, że w ogóle stąd wyjadę. Podobnie jak ja myśleli moi szkolni koledzy: Rufus, Długi, Jaszczur, Janko Muzykant, Sewer, dwaj młodsi bracia Li oraz inni chłopcy z naszej paczki: Maks, Pepe i starsi z braci Li, wszyscy, którzy skończyli szkołę parę lat wcześniej i którym wcale dobrze wiodło się w naszej nieco sennej, nieco omszałej mieścinie. Pracy, nie nazbyt ciężkiej, było tu dość, letnicy co roku przyjeżdżali do domków nad jeziorem, więc i dziewczyn – przynajmniej w czasie wakacji – nie brakowało, okolica była przyjemna, darmowych ryb w jeziorze wciąż sporo, lasy jeszcze niezadeptane, łąki ciepłe i miękkie, ludzie spokojni i ustępujący dla świętego spokoju młodym z drogi. Takie też wydawało nam się życie w miasteczku – łatwe i przyjemne, choć czasami ­leniwe. Wymyślaliśmy więc często coś dla hecy, dla zabicia nudy, dla zgrywy; a to nocą rozwaliliśmy starej Żydówce straganiarce kram na targu (że niby wichura), tak że cały następny dzień musiała spędzić na doprowadzeniu budy do jakiego-takiego porządku, a to spaliliśmy wyliniałego psa złośliwemu dziadowi, który włóczył się po okolicy, ludzi zaczepiał i studnie brudził, a to wrzuciliśmy chciwemu grubemu aptekarzowi nadmuchane żaby za kontuar, a one pękały z hukiem jak granaty w ogniu, a to podrzuciliśmy szczura do okienka głupiej kioskarce, która młodzieży nie chciała sprzedawać papierosów, to znów przemądrzałemu księdzu dobrodziejowi zwinęliśmy z zakrystii i utopiliśmy w jeziorze wszystkie ornaty, gdy odprawiał pierwszą poranną mszę, to przymusiliśmy do tego i owego którąś nadto oporną i nadto dobrze wychowaną panienkę z kolonii nad jeziorem. Nie należy sądzić, że była z nas jakaś łobuzerka, chuliganeria, czy coś w tym rodzaju, że było w nas jakieś zło wcielone, nie. Mnie tego psa nawet było trochę żal, ale dziadyga zalazł ludziom za skórę i należała się – tak wówczas uważałem – skurwysynowi odpłata. Ksiądz był w sumie w porządku, ale za dużo na nas pokrzykiwał z ambony i – byłem wtedy pewien – przydała mu się taka niewielka nauczka. Chłopaki uczyły się przyzwoicie (tylko Sewer repetował czwartą klasę), a ja, Piotr Merowik, nawet zupełnie dobrze; rodziny mieliśmy porządne, domy i obejścia zadbane. Wszystko brało się z nudy i naszego kozackiego, może nadto okrutnego stylu. Dawaj rebiata, poguliajem. Tak to widziałem wtedy, tamtej wiosny, gdy po raz ostatni zamykały się za mną drzwi klasy, w której urzędowała Wysoka Komisja. Ukłoniłem się jeszcze w progu szarmancko paniom profesorkom, pokazałem im (gdy już nie mogły widzieć) wielce obraźliwy gest, zmiąłem w ręce zapisaną kartkę, wyrzuciłem do kosza obmierzły krawat, roztrzepałem ulizaną grzywkę. Jeszcze wyniki i już wakacje. Co robić  w  ż y c i u  dalej ­– nie interesowało mnie zupełnie.

 

Pierwszy zauważył ją Pepe, który zarabiał na bazarze sprzedawaniem jabłek. Po te jabłka, szampiony, koksy i kosztele, jeździł zdezelowanym roburem ojca do sadowników aż pod  granicę z sąsiednim okręgiem i zupełne nieźle na tym prostym interesie wychodził. Więc, jak wieczorem opowiadał z przejęciem w „Złotym Linie”, naszej ulubionej tawernie na przystani, przyjechała na rowerze tuż po otwarciu targowiska i położyła swój koszyk z rybami na jednym z wolnych jeszcze o tej porze stołów. Tuż koło jego kramu, tuż obok skrzynek  pachnących jabłkami. Usiadła na tym stole i zaczęła czytać. Gazetę? Nie, chyba jakąś książkę. Od czasu do czasu zachwalała swój towar, ale bardziej zajęta była czytaniem. Ryb – zdaje się – nie było za dużo, rozeszły się szybko i tyle ją Pepe widział. „To wszystko? I co w tym dziwnego? Bo to jedna dziewczyna handluje rybami na targu?” „Nie w tym rzecz, idioto, ona jest jakaś inna”. „Inna? Jak wygląda? Ma ogon i pazury, a ze ślepiów lecą jej iskry?”. „Nie, kretynie, jest inna i tyle. A twarzy nawet nie widziałem, bo nosi kaptur na głowie. Nawet nie wiem czy młoda, czy stara. I czy nie jakaś maszkara. Ale głos na miły”. „Miły głos! Chryste… No to trzeba ją sobie obejrzeć. A właściwie posłuchać. I – mówisz – że nigdy jej tu wcześniej nie było? Może jest z osady po drugiej stronie jeziora. Oni rzadko do nas zaglądają, mają swoje własne sprawy. To rzecz powszechnie wiadoma”.

Pepe lubił fantazjować, ale tym razem nie bujał zanadto. Rzeczywiście była jakaś dziwna. Obejrzeliśmy ją sobie już następnego ranka. Długi nawet próbował nawijać (Długi miał gadane, że hej!), ale nawet nie spojrzała na niego. Coś przecież ciągnęło nas do niej i zaczęliśmy obserwować dziewczynę z ukrycia. Najpierw ja, Długi i Jaszczur, potem dołączyli inni. Maks tylko nas wyśmiał, miał inny, zdecydowany, może nieco jednostronny pogląd w kwestii kobiet. „Nadajcie sprawie kryptonim: ‘dziewica jeziorna’, a jak już ugadacie, co i jak, możecie do mnie zadzwonić. Przyłączę się”.

Nieznajoma przyjeżdżała na targ prawie codziennie. Jej niewielki wiklinowy kosz wyłożony był liśćmi wierzby i przytroczony do bagażnika starej przerdzewiałej damki. Jak utrzymywała równowagę na tych wkołojeziornych wertepach, wiedziała tylko ona. Pewno większą część drogi szła, prowadząc swój rower. Ryb nie miała za dużo, zwykła drobnica, jakieś karasie, płotki, ukleje, kiełbiki, czasem trafił się okoń, czasem szczupak lub leszcz. Towar skromny i utarg niewielki. „Że też chce jej się pedałować taki kawał drogi, musi im bieda w osadzie doskwierać”. Ubrana zawsze tak samo, biała plisowana spódnica, biała kurtka z kapturem nasuniętym głęboko na twarz (kurtki nie zdejmowała nawet w ciepłe dni), spod którego wysuwał się kosmyk czarnych jak smoła włosów, na nogach żółte sandały. W koszyku zamknięta na holenderski kapsel butelka z grubego, ciemnego szkła, z wodą, może jakimś sokiem. No i ta książeczka. Zawsze taki sam, niezmienny rytuał: kosz i butelka na stół, rower prask na ziemię, ona na stół obok kosza, książka w rękę, głowa w książkę, twarz schowana pod kapturem, i co jakiś czas ciche, melodyjne: „Ryby, świeże, z dzisiejszego połowu, tanio”. Głos brzmiał jak igranie wiatru w liściach i gałęziach drzew rosnących przy targu i miało się wrażenie, że to drzewa sprzedają te ryby, nie ona. Z nikim nie rozmawiała, czasem tylko zdawało się, że czegoś nasłuchuje uważnie. Na nasze nieudolne szczeniackie zaczepki wzruszała ramionami i tylko głębiej chowała twarz w kapturze. „Jak ci na imię?” Cisza. „Jesteś z osady po drugiej stronie jeziora? Cisza. „Skąd te ryby? Łowi je twój ojciec, brat, a może twój chłopak?”. Cisza. „To jak, masz chłopaka?”. Cisza. „Po ile ten szczupak?” „Po trzydzieści za sztukę”. „A co pijesz z tej butelki?” „Rosę”. „Rosę??” Cisza.

Ogłoszono wyniki egzaminów (zdali wszyscy, a ja najlepiej), ale nas bardziej obchodziła tajemnicza dziewczyna z rybami. Chłopaków ogarnęła jakaś obsesja, mnie zaś dopadło najmocniej. Wyznaczyliśmy dyżury, kto, którego dnia, od której do której. Bracia Li usiłowali dziewczynę śledzić, raz i drugi, gdy wracała do domu, ale gubili ją już na skraju lasu. Nic z tego nie rozumieliśmy. Potem szedł za nią Jaszczur, ale zatrzymała się, zsiadła z roweru i tak długo tkwiła na poboczu drogi – oczywiście czytając tę swoją książeczkę – aż Jaszczurowi znudziła się ta zabawa w detektywa Gittesa.

I tak dzień po dniu. Czasem nachodziły nas wątpliwości, czy aby wszyscy nie ulegamy zbiorowej halucynacji. „Nauka zna takie przypadki. To wynik wkuwania po nocach i egzaminacyjnego stresu. Odreagowujemy, tworząc w zbiorowej podświadomości fantasmagoryczne zjawisko, które z rzeczywistością nie ma nic wspólnego. Ot, zwykła dziewucha, jakich wiele, może nawet dość zgrabna, tyle że typ samotnika i wyjątkowego dziwaka. Dziwaczki, bądźmy dokładni. Ale – moim zdaniem – warto popróbować”. „Z twojego uczonego bełkotu, Rufusie, wynika jedno. Za tydzień komers w naszej budzie, niech się dziewczyna określi, czy chce iść – a jeśli tak, to z kim – na naszą ostatnią szkolną zabawę. Zwycięzca stawia każdemu po pół metra piwa”.

 

      Tak, chętnie, ale pod jednym warunkiem. Z wszystkimi przecież nie pójdę, a żadnego z was tak naprawdę nie znam. Może tylko tego, który sprzedaje tu jabłka, ale on maturę zdawał już chyba dość dawno. Na imię mu: Pepe. No i znam jeszcze ciebie, wskazała na mnie, wołają cię „Mero”. To od imienia czy nazwiska? Kręcisz się tu bez przerwy. Też coś sprzedajesz na targu? – zsunęła kaptur z głowy.

    Jęknęliśmy, a Rufus przysiadł aż na stołku. Była bardzo, bardzo ładna, jej migdałowe oczy błyszczały spod wąskich łuków czarnych brwi (ja wiem jak to głupio brzmi, ale jej oczy były migdałowe, żadne inne), a kruczoczarne włosy okalały łagodny owal twarzy („łagodny owal twarzy”, o Jezu).

        A warunek jest taki, znacie tę książkę? – podała Sewerowi niewielki tomik, ten, który codziennie czytała. Zauważyłem, że tytuł wypisano złotymi literami. – Nie? Nikt z koleżeństwa? Ależ z was prześwietni znawcy literatury! W takim razie ten, który chce iść ze mną na zabawę, musi książkę zdobyć i oczywiście przeczytać. Macie czas do jutra.

    Siedzieliśmy na Rynku, przy fontannie z utopcem. Z okien magistratu spoglądał na nas burmistrz. Zawsze miał ten dziwny wyraz twarzy, gdy widział całą naszą paczkę.

    „Ja tam żadnej głupiej książki szukał nie będę. Ani tym bardziej czytał. Czytania mam dosyć na następną dekadę. Poza tym raczej nie jestem w jej typie. A tak naprawdę wolę blondynki” – dziobaty Długi, który stąpał twardo po ziemi, odpadł od razu. Popatrzyliśmy po sobie. A potem na burmistrza. Dla takich migdałowych oczu? Rano przy straganie z rybami stawiło się nas czterech. Ja, Rufus, Janko Muzykant i drugi brat Li. Każdy z nas dzierżył pod pachą egzemplarz książeczki. Jak każdemu z nas udało się ją zdobyć, było niepojęte. Fakt faktem, staliśmy tam w czwórkę i zaskoczeni liczną konkurencją spoglądaliśmy po sobie.

      Jak książka? Podobała się? Ale czterech to nadal za dużo. Jestem tylko jedna. Nie mogę iść na zabawę z czterema. Słońce świeci nad każdą kałużą, ale przecież jest jedno. Ale gdyby ktoś z was nauczył się paru fragmentów z tej książki na pamięć, on będzie tym, z którym wybiorę się w sobotę na bal. Na kiedy? Na jutro, a jakże. Czas pędzi, nie czeka, panowie.

    „Mam już tego dość. Wydałem pół stówy na tę książczynę. I teraz mam zakuwać na blachę? Jeszcze czego. Wiola pójdzie ze mną na komers, kobita aż nogami przebiera. Jak nie Wiolka, to ruda Marianna. Rzuciła mojego brata, więc jest wolna. A dajcież co zapalić”. Drugi brat Li znany był z powodzenia u miejscowych panienek. Janko Muzykant też się obruszył. „W głowie jej się przewraca. Cześć, ja pasuję. Idę poćwiczyć z kapelą. Przecież za parę dni mamy występ. Po co zresztą mam ciągnąć ze sobą babę, skoro całą noc będę grał?”. W ten sposób zostało nas dwóch: ja i wysoki, chudy Rufus.

    Następny poranek zastał nas obu na targowym placu, cierpliwie czekających na dziewczynę z wiklinowym koszem. Przyjechała – jak zwykle – bardzo wcześnie. Bazar budził się do życia, handlarze otwierali budy, stragany; zaspani, zdrętwiali powoli rozpakowywali torby, rozkładali towary na ladach.

      Brawo! Oto finał godny olimpijskich zawodów. Który pierwszy? Powiedz, podobało ci się, Rufusie? Którą część lubisz najbardziej? To mądra książka i bardzo dla mnie ważna. Czytam ją wciąż i wciąż, i ciągle znajduję tam coś nowego. Chciałabym, aby taka była i dla was. Hej, Rufusie, poczekaj. Rufusie!

    Dziewczyna roześmiała się głośno.

      Widzę, Mero – mogę tak do ciebie mówić? – że zostaliśmy sami. Czułam, że to będziesz ty. I wiesz co? Z przyjemnością pójdę z tobą na ten szkolny ubaw. Ale musimy się trochę poznać. Nawet nie wiesz, jak mi na imię. Powiem oczywiście, że powiem. Nie w tej chwili, ale już wkrótce. Wieczorem odnajdziesz mój dom na tamtym – wskazała ręką – brzegu jeziora, na skarpie nad małą zatoką. Nie obawiaj się, trafisz na pewno. Torfowisko obejdź z prawej strony, tylko uważaj – tam zdradliwe bagniska. Idź ścieżką i nie zbaczaj w las. Poznasz moich rodziców, ucieszą się bardzo. Widzisz, jesteśmy tradycyjną rodziną – muszą wiedzieć, z kim ich córka idzie, hm, na… bal. Jestem też strasznie ciekawa, co sądzisz o książeczce, której lekturę zadałam. Pewnie uważasz mnie za zwariowaną nudziarę?

    Spojrzała do koszyka, dziś leżał tam tylko jeden duży, tłusty karp.

      Był sobie syn króla smoka, który przyjął postać karpia, lecz został chwycony przez rybaka i wystawiony na sprzedaż na targu. Poradź mi, Mero, co mam zrobić z tą rybą? Sprzedać karpia czy wypuścić do jeziora? O, widzę z twych oczu, że mam mu zwrócić wolność – wsiadła na rower i już jej nie było.

 

    Dotarłem nad zatoczkę, gdy zapadał wieczór. Niebo było czyste, jasno świecił księżyc. Drugi, jego brat-bliźniak, spoglądał na mnie z wody. Na skarpie nad małą piaszczystą plażą stał murowany, nieduży dom. Dwoje starych ludzi, kobieta i mężczyzna, wyszło mi naprzeciw. „To pan jest Mero?” – mężczyzna, zapewne ojciec dziewczyny, wyciągnął do mnie rękę, a kobieta, pewno jej matka, patrzyła na mnie z uśmiechem. „Czekaliśmy na pana. Prawdę powiedziawszy, czekamy od dawna. Proszę wejść do środka” – stara kobieta wzięła mnie za rękę i poprowadziła za sobą. Wszedłem do małego, przytulnego pokoju, ale w pokoju nikogo nie było. Drzwi werandy prowadzącej nad jezioro były otwarte, w oknie, poruszana wiatrem, trzepotała firanka. Wyszedłem na zewnątrz. Na piasku, od skraja skarpy do jeziora biegły ślady stóp. Zsunąłem się ostrożnie na plażę. Spokojne, senne fale obmywały żółte sandały, leżące przy brzegu. Rozejrzałem się bezradnie. Spojrzałem przez ramię. Szczyt skarpy był pusty. Sitowie w zatoce szeleściło cicho.

 

    W lipcu zdałem egzamin na uniwersytet i po wakacjach pojechałem na studia; razem ze mną wyjechało z miasteczka kilku chłopaków: Rufus, Janko, bracia Li, inni też, nawet Długi. Wróciłem jednak tylko ja. W liceum, które przed laty kończyłem, uczę teraz literatury, nauczam właściwie tylko z tamtej książeczki, którą kiedyś czytała na targu dziewczyna z wiklinowym koszem. Jest w niej prawie wszystko, po co więc mam sięgać po inne lektury? Z tego co wiem, nikt teraz w aptece nadmuchanych żab za kontuar nie wrzuca.

 

***

 

Z cyklu Daimonia

 

Guanyin, chiński odpowiednik indyjskiego bodhisattwy Awalokiteśwary, „Obserwującego dźwięki świata”, przedstawiany w postaci kobiecej (japońska Kannon). Jeśli cierpiąca istota wypowie jej imię i gorliwie ją wezwie, G. usłyszy wezwanie i wybawi tę osobę od trosk i cierpienia.

Według legendy przytoczonej przez Josepha Campbella.

Cała radość sztuki pisania

Przepisuję z “Dopóki mamy twarze”, ostatniej powieści C.S. Lewisa, będącej opowiedzianym na nowo mitem o Psyche (ukaże się niebawem, nakładem wydawnictwa Esprit, w przekładzie Alberta Gorzkowskiego):

Kiedy Lis uczył mnie pisania po grecku, nieraz mawiał: “Dziecko, wyrazić dokładnie to, co masz na myśli, wyrazić w całości ni mniej nie więcej tylko to, co rzeczywiście pragniesz powiedzieć  – oto cała radość sztuki słowa” Ładnie powiedziane.Ale kiedy nadejdzie chwila, gdy musisz wreszcie wyrazić słowami to, co od lat leży ci na duszy, i co cały czas powtarzałeś sobie w kółko jak idiota, na pewno nie zaznasz przy tym żadnej radości.

Zostać czy nie?

Już niebawem ukaże się pierwsza książka z nowej serii zainicjowanej przez wydawnictwo Czarne. Tytuł serii mówi sam za siebie „Proza świata”, co oznacza, że oficyna zamierza  wyjść poza klimaty europejskie. Jeszcze rok” Sany Krasikov, zbiór opowiadań rozpoczynający serię, jest dobrym pomostem łączącym stare przyzwyczajenia wydawcy z nowymi ambicjami. Krasikov to młoda Gruzinka mieszkająca obecnie w Stanach i pisząca po angielsku. Cieszę z niej szczególnie, bo jest doskonałym dowodem na to, że nie można się krzywić na krótką formę i w ten sposób pozbawiać czytelnika kontaktu z tym, co naprawdę wyborne.

Opowiadania Sany są mocno ze sobą spojone – traktują o emigrantkach, przeważnie Gruzinkach jak autorka. Jej bohaterki uchwycone zostały w stanie zawieszenia, nie wiedzą, czy wrócą czy nie, bo wciąż nie mogą się zaadaptować do nowych warunków. Dają sobie więc jeszcze rok, a może kolejny, wierząc, że potem wszystko się zmieni. Wreszcie podejmą decyzję. Sytuacja emigrantek ładnie się tu przekłada na sytuację ciągłego odkładania szczęścia na potem, tej tkwiącej w wielu ludziach nadziei, że coś się samo cudownie kiedyś załatwi albo że wreszcie wystarczy odwagi, by wszystko rzucić w diabły. Pięknie to napisane, nasycone odrobiną wschodniego absurdu, ale pozbawione okrucieństwa wobec portretowanych.

Brakujące ogniwo

Kiedyś tam recenzowałam książkę „Jak napisać powieść” Nigela Wattsa. Pewnie przydatną jako zbiór wskazówek, ale po dziś dzień mało praktyczną w naszych realiach. Kiedy już się zakończy ten proces – twierdził mniej więcej autor – dzieło należy złożyć agentowi literackiemu. Taaa, agent literacki, słyszałam o tej mitycznej instytucji, nawet podobno w Polsce jacyś są, ale funkcjonują w połączeniu z nazwiskami pisarzy (np. agentka Czesława Miłosza), bardziej jako pośrednicy w kontaktach ze światem. Lecz ciągle nie tak, jak Lucy Flammia, agentka, u której zatrudnia się Angel Robinson, bohaterka „Ślepego posłuszeństwa” Debry Ginsberg (powieść właśnie wydał Rebis). Pochłonęłam tę opowieść w jeden wieczór, wciąż pytając się, dlaczego u nas nie ma tak fajnie? Dlaczego tak niewiele osób chciałoby wyręczyć pisarzy w zajęciach odbierających im energię? Pewnie dlatego, że procent z zaliczek wystarczyłby na opłacenie rachunków za gaz i że nie ma mowy o żadnym licytowaniu się między potentatami rynku, choć wiadomo, że pisarze przeskakują z jednego wydawnictwa do drugiego, celując w te bogatsze. Eh, tak sobie nieśmiało coś złożyć do agencji i zostać odkrytym, jak tajemniczy Eskimos u Ginsberg. Tak się oddać w dobre ręce z zaimpregnowanymi łokciami.  I móc wreszcie powiedzieć, że nasz rynek osiągnął normalność. Za pewną cenę, o czym mówi ta powieść, którą wchłonęłam przez wieczór (468 stron, ha!)