Chmurdalia

Znowu najszła mnie chęć na refleksje trochę od czapy, ale… Ale już sobie poczytałam “Chmurdalię” i głęboko wbiłam w pamięć, że to leśmianowska “chmur dalia” zainspirowała tytuł powieści Joanny Bator, na co dowód znajduje się w motcie.  Dzięki temu tytuł wydał mi się jeszcze bardziej cudnie odjechany.

Równie ciekawe jest drugie motto:

-Nie można, Joasiu, wszystkiemu wierzyć, co ludzie gadają.

- Tak, mamo, wiem o tym, ale można to samo dalej opowiadać.

To nie Leśmian oczywiście, tylko “Ilustrowany Kurier Polski” z 20 grudnia 1942,  Jak trafił do rąk autorki? Czy to był tylko strzępek gazety wydawanej w latach wojny? Podpis pod rysunkiem? I czy się napatoczył przed, w trakcie czy po napisaniu książki? Ale to motto trafia w punkt, bo książka  jest właśnie tak robiona, utkana na opowiadać dalej. Mówię robiona, choć mozołu roboty wcale tu nie czuć. I dobrze jest

 

Mietek sprowadza rzecz na ziemię (jeszcze o Iwaszkiewiczu)

Dalej czytam sobie „Dziennik”, w antraktach, wolniutko, delektując się.  I co jakiś czas wynajdując różne perełki. Oto następna zatem: Tym razem w Rzymie „odkryłem” tego Chrystusa. Jestem stary, zmęczony, nic mi już nie imponuje, mało interesuje. Ale do tego Chrystusa nagle się przywiązałem. Oczywiście nie chodzi tu o żadną urodę. Przedstawia brzydkiego, dojrzałego mężczyznę, o krótkich nogach, z budowy przypomina Mietka Gwoździkowskiego.

Chrystus podobny do bliżej nieznanego Mietka (niewyróżnionego nawet w przypisie). Bliżej nieznany Mietek zasadzony tu jak kaktus wśród róż i jaki w swojej brzydocie piękny. Oto kontemplujemy dzieło samego Michała Anioła, przedstawiające samego Chrystusa,  pstryk, mamy tego jakiegoś Mietka, który odbiera obrazkowi cały patos wiążący się z kontemplowaniem dzieła sztuki. Sprowadza rzecz na ziemię, staje się nieoczekiwanym akcentem humorystycznym. I chociaż to niecyzelowany zapisek powstały na użytek autora, nie dzieło literackie sensu stricte, właśnie takie rzeczy decydują o oryginalności stylu. Nieoczekiwane skojarzenie, odskok od wzniosłości ku przyziemności, odpatetyzowanie w efekcie. Tak to się właśnie robi.

Nie uderzył piorun, ale

 

Bałam się tej lektury. Bałam się, że coraz mniej rozumiem dzisiejszą młodzież , ale jak przeczytałam „Nie uderzy nawet piorun” Dominiki Ożarowskiej, przestałam się tym martwić. Tym, że nie rozumiem, bo przecież aż tak wiele się nie zmieniło. Cortazar i Plath ciągle rządzą, na zmianę z Camus – jako patroni nastoletniego buntu. I tak wiele znowu nie dzieli, bo Almodovar dobry jest dla kobiet w każdym wieku. O przepaści mogę więc mówić tylko jeśli chodzi o podejście do życia, pogodzenie się z nim, co jest jednym z najpiękniejszych samego życia. Przychodzi dojrzałość i wielu outsiderom przechodzi albo uczą się ten outsideryzm mądrzej manifestować.

Ale wspominam o tej książce z innego powodu. Bo nie jest zła. Owszem, odchudziłabym ją nieco, zrezygnowała z kilku ciężko inteligentnych wymian zdań czy jednej z wielu imprez, jakie zostały w niej opisane, jednak szanuję autorkę za ironiczną ocenę bohaterki. To nie apologia młodzieńczego buntu, co warto podkreślić, i to nie  użalanie się nad biednym pokoleniem żyjącym bez wartości. To, jak mi się wydaje, bardzo bliski  obraz tego, kim się jest mając lat kilkanaście. Pewnie, można było to zrobić ciekawiej literacko, ubrać w taką historię, jaką dodała Zadie Smith w „Białych zębach”. Wykazać się większą wyobraźnią, nie budować tak ograniczonego obrazu rodziców itd. Jest się do czego przyczepić, ale nie do dystansu autorki, jej psychologicznej wiarygodności. I tu przechodzę do rzeczy: dostaję od bardzo młodych ludzi takie obrazki, dużo mniejsze objętościowo manifesty pokoleniowe, w których tej psychologii mi brakuje.  I tej, charakterystycznej dla Ożarowskiej, pardon za słowo, idiosynkrazji. I prób robienia czegoś w języku w opisie świata poza imprezami , na który to świat bohaterka konsekwentnie patrzy z obrzydzeniem. Może dlatego mi się to podoba, że z rozbawieniem patrzę teraz na okres burzy i naporu, ale też ta niechęć jest ciekawa. Ciekawsza od samo zachwytu, budowania historii na samym „a ja powiedziałam, a on powiedział, a potem wyszliśmy razem z imprezy”. Ciekawa, bo obca , ale tą obcością, która kusi do tego, by ją poznać, a nie odrzucić po pierwszych dwóch zdaniach jako obcą organicznie. Także z powodu nużącej formy przekazu. A Ożarowska potrafi czasem fajnie bryknąć językow, na tyle często, że się to chce czytać.

Po co czytać „Dzienniki” Iwaszkiewicza?

Jak to po co ? Nie zadawałabym  głupich pytań, gdybym nie miała nawyku czytania książek od początku do końca, pobieżnie traktując tylko bibliografię, jeśli takową autor zamieścił. Ale w przypadku drugiego tomu „Dzienników”, obejmującego lata 1956-1963, straciłam cierpliwość. Nie do rzeczy samej, tylko do wstępu autorstwa czuwającego nad edycją Andrzeja Gronczewskiego. Szanuję pracę edytorską, czuję niezmierną wdzięczność dla „benedyktynów”, którzy zajęli się godną oprawą dzieł wszystkich czy diariuszy (wymieńmy choćby Hannę Kirchner opiekującą się spuścizną Nałkowskiej, Tadeusza Drewnowskiego, który opracował dzienniki Dąbrowskiej czy witkacologa Janusza Deglera), ale są jakieś granice… Czego? Zachwytu? Empatii dla bohatera, mistrza, którego życie poznaje się od podszewki?  A może jednak – ludzie są tylko ludźmi – granica wychylania nosa i podkreślania, że się mistrza w zasadzie stworzyło? Co też bywa prawdą i trzeba to podkreślić. Ale już przekonanie, że się jest jedynym, który posiadł klucz do duszy i trzeba się koniecznie tym kluczem podzielić, bo inni czytelnicy na pewno niczego nie zrozumieją i przeoczą istotę bytu, zapisu, charakteru – to doprawdy gruba przesada.

Po co się czyta drugi tom „Dzienników” Jarosław Iwaszkiewicza? Z dwóch powodów przecież: by prześledzić, jak godził życie rodzinne z homoseksualizmem oraz niezależną naturę poety i wielkiego erudyty z zależnością od systemu i czerpaniem z niego profitów. I tak już zamotałam, ale właśnie – da się tę podstawową motywację ująć w jednym zdaniu. I pewno do tych dwu kwestii przede wszystkim warto by się odnieść we wstępie. Hmm, a co my tu mamy. Na pierwszej stronie przedmowy  zestaw lirycznych uniesień złożonych z „drzewa jego życia” i „ lampy wewnętrznej, duchowej, lampy wyobraźni i wrażliwości”, co się „pali” niczym elektrownia (elektrownia już moja). Dalej kilka stron rozważania o tym, jak mistrz pojmował szczęście, następnie, jak się zmagał z kwestią śmierci i  śmiertelności (w 1956 roku miał  62 lata, więc chyba nie dziwota, że go to frapowało), dalej czy autor „Sławy i chwały” miał rację twierdząc, że mu wśród współczesnych Polaków mało kto dorównuje, konkretnie „nie ma się do kogo przymierzyć”. Pal licho, że przedmówca i  interpretator słów, myśli oraz gestów twierdzi, że się z Iwaszkiewiczem nie zgadza (sic!). Tak, uwagi o pojmowaniu szczęścia są niezmiernie potrzebne, bo przecież większość śmiertelników ma tendencję do ignorowania tego, że właśnie są szczęśliwi – mogliby się  więc nie połapać, o co diaryście biega. Lampy, drzewa i inne śliczności pewnie są do czegoś potrzebne opiekunowi dzieła, co też można zrozumieć bez stosownego przypisu. Ale gdzie są kurcze proste fakty mówiące: w latach tych i tych stało się to i to,  co było kontekstem dla tego i tego, a Iwaszkiewicz to przemilczał. I tyle. Nie wiem, prawdę powiedziawszy, bo nie doczytałam30 stronicowego, spisanego maczkiem wstępu, Mea culpa, lecz jakoś nie wstyd. Przeskoczyłam do rzeczy samej i szybko sobie odpowiedziałam, dlaczego sięgam po tę książkę. Dlatego:

(Iwaszkiewicz zastanawia się nad zarzuconym projektem książki o Wenecji i poetyką surrealistyczną, która mu nie pasowała) Ktoś jak Sławek Kryska będzie żałował oczywiście, że nie poszedłem dalej tą drogą. Ale czy można nie pójść tą drogą, którą się idzie, tylko inną, to jeszcze pytanie. Zresztą pytanie to nie dręczy sumień polonistów. Oni zawsze wiedzą, co autor powinien był napisać zamiast tego, co napisał

Chodzenie po Wenecji jest zawsze wzdychaniem, wznoszeniem się i opadaniem po niezliczonych mostkach. Ale kiedy się staje nad brzegiem obszaru morskiego, nie wzdycha się wtedy, lecz oddycha pełną piersią. I czy mam to wyznać? Chciałoby się czasami wyzwolić. Domy Wenecji biegną za nami jak goniące nas kościotrupy – i chcielibyśmy uciec od śmierci do życia, od miasta do morza. Naprawdę to miasto nie żyje

I oczywiście to wiecznie polskie włóczenie za sobą własnych problematów, o których nikt nic nie wie i które nikogo nie interesują. I jak to nawet wytłumaczyć? (…) Spraw, które już nikogo prócz nas nie obchodzą. I nas one na razie nie obchodzą. Ale jeszcze do nich wrócimy. (…) My żyjemy życiem Europy, ale Europa naszego życia nie wchłania. I Rosja też nie. Na razie nie. (Dwa na razie!!!)

 

Wypisałam tylko z jednego dnia, 26 marca 1956. Czy to naprawdę nie wystarczy, by poczytać „Dzienniki”?  Ich wydawcą jest oczywiście Czytelnik.

Różyczka

Popędziłam na pierwszy we Wrocławiu seans i, jak tytułowa bohaterka, spieszę z doniesieniem. Że to nie jest sensu stricto historia Pawła Jasienicy i Zofii o Bretenny, tylko rzecz inspirowana głośnymi już wypadkami. Z taką podstawową różnicą, że prawdziwa „Ewa” kontynuowała swoją działalność jeszcze po ślubie, a „Różyczka” jednak się wycofuje, bo i zostaje zdekonspirowana przez kochanka SB-ka, który nakręcił całą sprawę.  Pomijając fakt, że filmowa Kamila jest sporo młodsza od pierwowzoru i być może przez to łatwiej uwierzyć w fatalne zauroczenie starszego pana. Ale jak wspomniałam, to jest jednak odmieniona bajka.

Pytanie, czy dobra? No nie do końca, niestety. Wydała mi się przede wszystkim przeszarżowana w punktowaniu jej historycznej ważności. Twórcy filmu koncentrują się na  wydarzeniach poprzedzających marzec 1968 roku i następujących tuż po nich – co akurat ma sens (zobaczyć scenę rekonstruującą słynną premierę „Dziadów” czy zamieszek na uniwersytecie, na pewno warto, obie mocne, ale w najlepszym tego słowa znaczeniu). Najbardziej raziła mnie jednak teatralność mniej doniosłych sekwencji, które chyba przystosowano do scenicznego stylu gry Seweryna. To jego przemówienie na pół-konspiracyjnym zebraniu literatów, jakby wygłaszał szekspirowski monolog…  Nie no, jak pięknie na tym tle wypada  „Rewers” z jego domową naturalnością.

Ale wszystko to jest do wytrzymania dzięki fenomenalnej Magdaleny Boczarskiej. Na przekór reszcie grającej swoje. Ten falujący biust, rozlatane oczy, wulgarność i niewinność ( tu jednak nie wystarczyła obecność bądź brak makijażu), ewolucja od demonstrowania, jak się doskonale bawi w Matę Hari, po zrozumienia, co właściwie robi.  Jasny, choć przecież ciemny punkt filmu. Dla niej warto. Żeby zapomnieć o tych kretyńskich komediach, w których ją dotychczas obsadzano. I żeby podywagować sobie, czy chcąc pokazać tę naszą straszną historię, trzeba uciekać się do tak patetycznej poetyki.

Bolano-niekoniecznie trailer

Jeszcze  Państwo nie wiecie, ale to ma być tegoroczne wydarzenie  – zawsze jest jakaś książka, do której na długo przed premierą polską przylega taki epitet. Dorwałam więc wydarzenie przed czasem, już przeczytałam i tak sobie myślę, że dawno nie spotkałam się z czymś, co by mogło być wydarzeniem tylko w pewnych kręgach, bo o tychże kręgach opowiada. Znaczy o pięknych dwudziesto-, a nawet nastoletnich poetach.

Chodzi o poetów meksykańskich szalejących w latach 70 (kiedy to sam Bolano miał dwadzieścia lat), ale tak prawdę rzekłszy, obraz, jaki przedstawił skojarzył mi także żywo z własną młodzieńczą głupotą młodością i z tym, co teraz już z dystansem obserwuję, a co się specjalnie nie zmienia mimo upływu czasu, nie ma też związku z realiami społecznymi To jest serwis dla prozaików, więc mogę śmiało wyznać, iż choć lubię poezję, to z traktowaniem na serio tych, którzy uważają uprawianie poezji za najpoważniejszą czynność na świecie, mam pewien problem.  Krytyka też nie jest poważnym zajęciem, ale przynajmniej taki z niej pożytek, że oficjalnie namaszcza wieszczów na wieszczów.  Tak czy siak – to, jak pokazuje poetów Bolano, jest dla mnie miodem na serce i inspiracją do tego, by się zdrowo pośmiać z dawnej samej siebie. Zastanawiam się jednak, jak przyjmą tę książkę sami zainteresowani? Czy znajdą w sobie dość autoironii, czy też – o zgrozo – się tym strasznym obrazem zachwycą? Przy czym dodam, że na szczęście bohaterowie tej książki też dorastają, choć nie wszyscy  - jedną z najzabawniejszych scen jest pojedynkowanie się na szable jako odpłacenie za recenzję, która jeszcze nie powstała.

Jeśli ktoś nie potrafi się zdystansować sam z siebie, to i ta książka mu nie pomoże, zapewne tak. Lecz polecam: Roberto Bolano, Dzicy detektywi, premiera w kwietniu (a wydawcą jest Muza)

Anna Wyrwik

 ur.1984, mieszkam w Krakowie, jestem socjologiem, czytam, słucham, patrzę i jeżdżę na rowerze.

Anna Wyrwik: Na tym rentgenie nie widać nawet nic

 

 

Nie wiem, czy jechał tam w konkretnym celu zatankowania samochodu, kupienia papierosów lub czegoś, czy może po prostu podróżował sobie ot tak, pusta droga, dla samego siebie, zadowolenia własnych myśli chcących, połechtania prawej nogi uwielbiającej naciskać na gaz. W każdym razie jechał, co było w owej chwili dla niego najważniejsze. Jechał wystukując palcami rytm muzyki, strzepując dym za drzwi w rytmie gitary muzyką wibrującej w nim od koniuszków palców po zniszczone końcówki niezadbanej fryzury, skręcał się przy tym niemiłosiernie jakby dźwięki saksofonu przechodziły przez jego wnętrzności, przymykając co chwila oczy przy bardziej wysokich nutach bez strachu
o wypadek, bo na tej trasie prócz niego nie było nikogo. Myślał o tym, co zostawił, do czego będzie musiał wrócić, ale z nadzieją, że inaczej. I co jakiś czas wypijał łyk puszkowego piwa nienajlepszej jakości, ale nie o jakość tu chodziło, a o sam fakt posiadania dużej ich ilości, jak zawsze w upale. Natura zmusiła go do szybkiego powrotu w rzeczywistość, upuszczenia papierosa, wywrócenia piwa i wciśnięcia z całej w pedał hamulca. Pies. Najzwyklejszy w świecie, bezdomny, może dziki, pies. Stanął przed maską, spojrzał wesoło, szczeknął i oddalił się, pewnie tam, gdzie one zawsze się oddalają.

Pies – pomyślał – zwykły, mały pies. Ilekroć widzimy zwierzę typu pies czy na przykład niedźwiadek, porównujemy i myślimy jak bardzo wielka różnica jest między takim psem bądź niedźwiadkiem a nami. I myślimy o wojnach, zabójstwach, kradzieżach i, jak to mówią, zbrodniach. I o oddaniu, przyjaźni, braku rzucania krzywdami na prawo i lewo. I wiemy, że przed nami myślało tak już wielu, setki, tysiące ludzi pisało, śpiewało, gadało o tym, że gówno jesteśmy nie zwierzęta, a my widząc takiego psa nie myślimy: acha, zwierzęta ludzie, okej, bo to wszystko już wiemy. Nie, my po raz kolejny, tymi samymi słowami, tymi samymi zdaniami, pewnie nieróżniącymi się od siebie niczym więcej niż parę przecinków i jakieś
a albo e, myślimy o tym samym, myśl po myśli, czyli… czyli może nie wszystko już było? Albo było, ale nie o to chodzi, a o to by przemyśleć sobie to dobrze jeszcze raz i jeszcze raz
o tym napisać, raz jeszcze zaśpiewać i choćby głośno powiedzieć.

Jechał dalej dobijając do dwusetki, bo nie lubił rozmieniać się na drobne. I takim to tokiem myślenia zajechał na stację benzynową. Od pustyni różniła się tylko obecnością budynku
i pojemnika z benzyną plus wąż. Zero żywej duszy, jak to się mawia bez wiedzy
o ewentualnych zaświatach. Zatankował i nie bił się z myślami, czy skoro właściciela brak, zapłacić. Postanowił zrobić to bezwarunkowo. Wszedł do budynku, który okazał się sklepem z paroma lodówkami piwa, wody i napojów, paczkami chipsów niechlujnie powywieszanymi na haczykach przy ścianie, stojakiem z okularami przeciwsłonecznymi o nazwach identycznych z nazwiskami gwiazd Hollywood i ladą, na której stała stara, fiskalna, czarna, a może szara, kasa. Położył przed nią banknot i udał się do wyjścia.

- Reszta! – usłyszał potężny ryk zza otwierających się drzwi toalety. Może byłby w stanie powiedzieć coś więcej o mężczyźnie, który krzyczał, ale był on na tyle duży i w śmierdzącej opiętej na brzuchu koszulce, że nie ryzykował zbyt długiej obserwacji.

Mężczyzna charknął, splunął w dłoń, wytarł zawartość o wnętrze kieszeni i usiadł za ladą.
Z głośników wytarabaniła się dyskotekowa muzyka lat osiemdziesiątych, a z sufitu zleciała papuga, która położyła na ladzie dwie monety reszty, po czym usiadła na ramieniu właściciela.

Stacji.

- Reszta – powiedział spokojniej i łagodniej mężczyzna. Włożył na nos delikatne okulary do czytania, zaślinił palec i przewróciła kartkę w encyklopedii litera G. – Nic więcej?

- Nie, chyba nie, a co mi jeszcze potrzebne?

Mężczyzna i papuga spojrzeli na siebie jak oczami ku niebiosom.

- Jeśli coś na G, to mogę poszperać. – Śmiech nie był jego walorem.

- Garnek, głowa, garbus, guma, cha! cha!, dużo jest rzeczy na G.

- Chodź – mężczyzna mlasnął i wskazał drzwi toalety.

- Do kibla?

- Do jakiego kibla?

- No na drzwiach jest kółko trójkąt, czytaj kibel.

- Czytasz figury geometryczne?

- Nie czytam figur, ale to symbole…

Zetknięcie wzroków papugi i mężczyzny powtórzyło się.

- Nie dzibdziaj się, tylko chodź.

 

Nie wiem, dlaczego zaryzykował, ale była to chyba ta nieodłączna, nierozerwalna i nie do opisania pokusa poznania dobra w sytuacji wyglądającej na nienajlepszą. Istotnie, za drzwiami kibla nie było, chyba że ktoś lubi załatwiać te, czyli fekalno-moczowe sprawy na schodach. Za drzwiami były schody. Ciemne z braku światła i długie z potrzeby dbania
o kondycję może, albo… tak się zastanawiał. Po parunastu schodach mężczyzna wyjął skądś latarkę i rozświetlił trochę sytuację. Trochę na tyle, by widać było głowę po prawej i trochę nie na tyle, by widać było stronę lewą. Rick wzdrygnął się i dalej już nie wiedział, co ma zrobić. Była to głowa dziewiętnastoletniej dziewczyny z południowej Dakoty, uczennicy szkoły tańca, fanatycznej miłośniczki Humphreya Bogarta, ukrywającej pod łóżkiem białe wino i noszącej sztywny czepek w momencie ścięcia.

Włosów.

Mężczyzna powtórzył sztuczkę z charknięciem pośrednio do kieszeni i szedł dalej jakby nigdy nic, a jednak coś, bo podrapał się w kark, na którym z powodu ciemności nie można było dojrzeć tatuażu.

- Ma pan tatuaż może… na karku?

- Pan to nie wiem, ja mam.

- Ładny.

- Ładny to nie wiem, na pewno jest męski.

- Pewnie też.

 

- Jak masz na imię Timothy?

- Rick.

- Nie wiem, co o tym myśleć.

- Ja wolę nie myśleć. Jeszcze wpadłbym w stany depresyjne.

- Tak myślisz?

- Trochę się obawiam.

- Zaryzykuj.

- Eee tam, wolę nie, wiesz jak to jest. Tu niby wszystko gra, a nagle zrobisz mały krok i noga w tartaku.

 

I tak przy pomocy rozmowy Rick nie zdążył obejrzeć się za plakatem nagiego Batmana, dzięki któremu mógłby odgadnąć tożsamość drania, i znalazł się w piwnicy będącej w tym przypadku salą dużą, zapajęczynioną z wysokim sufitem i wypełnioną meblami. Mężczyzna usiadł na fotelu, zapalił lampę i cygaro.

 

- Masz dziewczynę, Rick?

- Taką mam, ładna? – Rick wyjął z kieszeni małą laleczkę z KFC przedstawiającą dziewczęcą postać z kreskówki stworzonej komputerowo przy pomocy najnowszych technologii. Mężczyzna cmoknął, przymrużył oczy i zaczął robić miny tak trochę niepewne, trochę szydzące i pełne rozmyślań, jakby tu naprawić błędy ludzkości.

- A ty masz? – niepewnie spytał.

- Ja? – mężczyzna rozglądnął się po pomieszczeniu, pogłaskał papugę, spojrzał na swój wielki brzuch, podrapał się po kłującej brodzie prawie do krwi, powąchał koszulkę, po czym
z uśmiechem rzekł – Jasne, nawet dwie!

- Widziałem dzisiaj psa.

- Brawo! Dobry był?

- W czym?

- W graniu na kontrabasie…

- Nie wiem. Ale tak sobie pomyślałem, że zwierzęta to jednak…

- O nie, proszę cie! Tylko nie wyjeżdżaj mi z tymi porównaniami. Wystarczająco już się tego nasłuchałem, naczytałem, naoglądałem. Nawet nie chce mi się o tym myśleć. Wszystko jasne, sprawa zamknięta.

- Okej, sorry.

- W porządku, ale pilnuj się na przyszłość.

- Nie muszę, mam wykupione ubezpieczenie.

- Na ile?

- Nie jestem pewien. Jakieś dwieście tysięcy za wypadek podczas jazdy czy lotu i sto pięćdziesiąt za inny.

- Słabe.

- Ale z promocją na telefon i rachunki telefoniczne.

- Dużo dzwonisz?

- Nie.

- Ja też, nie można robić min.

- Można, jak się ma taki telefon specjalny z ekranikiem i…

- Ja to się w to nie chcę mieszać, dobra? Co ty, akwizytor jesteś?

- Nie, muzyk. Mogę ci pokazać, tylko skoczę do auta.

- Nie, no coś ty!

- Co?

- Nie idź do auta!

- Czemu?

- A co ja tu niby będę robił sam? Zwariowałeś chyba! Siadaj lepiej. Nie, nie tam, tam obok.
O właśnie, idealnie.

- Chciałem ci zagrać.

- Nie no bez sensu, nie słuchałbym.

 

Mężczyzna pokazał mu peryskop niczym na podwodnym okręcie, w którym obserwowali młodego obywatela Zimbabwe tankującego starego Pontiaca, zastanawiającego się nad tym, czy zapłacić, czy zwiać, decydującego się na zapłatę, wchodzącego do sklepu, kładącego banknot na ladzie.

 

- Wiesz, mnie się wydaje, że to jest tak, że każdy się na początku zastanawia, no bo wiadomo, niby nikogo nie ma, może można zaoszczędzić, może płacić bez sensu, ale potem, po tych kilometrach w samotności, myśli sobie, że może jednak ktoś tu jest i warto…

- Nie, no błagam cię, przestań!

- O co ci chodzi?

- No o nic, to jest oczywiste! Po co o tym mówisz?

- Tak chciałem się podzielić.

- Podziel się tym, że lampa świeci albo, że jest środa, jedno i to samo.

- Jest wtorek.

- To samo.

- Ja po prostu czasem mam potrzebę…

- Podoba ci się moja papuga?

- Jest ładna.

- Znasz jakiś inny przymiotnik niż ładna?

- Tak.

- Ok. Nie ma imienia.

- Kto?

- Papuga.

- W sumie po co jej imię.

- No pewnie, niepotrzebne.

- Nie dałeś temu facetowi reszty.

- Nie należała się, dał akurat.

 

Rick rozglądnął się po pomieszczeniu. Raz, drugi się rozglądnął, a za trzecim zauważył powieszoną na ścianie ludzką nogę ubraną w różową skarpetkę bez palców, z wymalowanymi w kolory tęczy paznokciami.

 

- Gdy widzę takie kolory to…

- Jasne, że zginął z marszu.

- Tak?

- Pewnie.

 

Nad drzwiami wisiał zielony garnek w pozycji poziomej, z którego bulgotało, a on bał się zapytać, a spojrzeć jeszcze bardziej, choć może to była zwykła potrawa, ale może też flaczki albo co gorsza zupa szczawiowa.

 

- Czy to są może flaczki albo co gorsza zupa szczawiowa? – zebrał się na odwagę.

- Spokojna głowa.

- Coś w stylu tej w czepku?

- Nie, bardziej spokojna, taka trochę w stylu kadeta marines po szkółce niedzielnej, z ojcem chowającym pod łóżkiem karty z gołymi parkami.

- Ja to nie lubię takich klimatów. Wtedy wszystko wygląda jakby umarło. Wielka pustka i śnieg. Wolę, kiedy wszystko kwitnie, jest zielone…

- Tylko mi się tu nie rozczulaj nad przyrodą. Nieważne i już.

- Wiesz, no ja czasem lubię posłuchać śpiewu ptaków, popatrzeć na malutkie żabki skaczące w stawie, czy tulipany…

- A ty muzyk jesteś czy ekolog?

- Muzyk.

- No to się tego trzymaj i nie gadaj bzdur jak nikczemnik.

- Postaram się. Coś bym jednak zapuścił, bo tak cicho…

- Zapuść brodę.

- Nie, dziewczyny tego nie lubią, ponoć kłuje.

- Tak się tylko mówi. To jedna z tych gadek w stylu „masz za małe stopy”, „nie zgadzamy się charakterologicznie”, „nigdy nie mogłabym być z chłopakiem czytającym do poduszki Demokryta” , „twoja matka uprawia rodzinny mobbing” i tak dalej.

- Może masz racje, ale małych stóp to mi nikt nie może zarzucić – wyciągnął z butów czterdziestki siódemki jak się patrzy, a jak odwraca, to cień jeszcze większy.

 

W tym momencie Ricka ogarnęła melancholia. Przypomniał sobie, że chce wrócić do domu, bo przecież każdy ma swój dom i on też ma takie miejsce na ziemi, które może nazwać domem,  i do którego pewnie nie wróci już ten sam, jak po każdym wyjściu, ale wróci i znów będzie mógł zagrać na trąbce skręcając się od tworzonych przez siebie samego dźwięków
i dając chwile radości ludziom zgromadzonym w knajpach i przydrożnych barach, którzy po całym dniu ciężkiej pracy, spierania się ze współpartnerami, wysłuchiwania w jedynej stacji radiowej tyrad polityków, mają tę jedną chwilę radości, tę jakże małą wobec wieczności godzinę wytchnienia, gdy słuchają muzyki wydobywającej się z trąbki Ricka. Łzy popłynęły mu z oczu, gdy tak myślał o pięknie tego świata, o kwitnących kwiatach, liściach zielonych od szczęścia dobierających się w pary orłów bielików, pieskach przechodzących przez jezdnię po pasach, by choć trochę ułatwić żywot mieszkańcom miast, wiewiórkach cichuteńko
w cieniu parków zajadających orzechy, miłosnych uniesieniach doprowadzających do czynów miłosiernych i szlachetnych, i o tych okropnych czynach współziomków siejących nienawiść
i zniszczenie, wojny i cynizm, przede wszystkim cynizm niepozwalający ujrzeć.

Nie pozwalający.

 

- Ricky – mlasnął mężczyzna. – A co ty tak się rozmarzyłeś, ee? Znowu ci jakieś głupoty
w głowie? Co, źle ci, tak? Źle na świecie? Ludzie źli? Niewrażliwi, tak? Niemili, nieczuli.  Rany, błagam cię, daj już temu spokój! Mażesz się jak stara betoniarka po deszczu nad rozlanym półtoraprocentowym. Aż mi się kieszeń z nożem otwiera, a wiesz co tam jest.

- Dobra, dobra, tak, wiem, już nie będę.

 

Tak siedzieli rozmyślając dobre dwie godziny, patrząc po sobie, na siebie i wokół, drapiąc się po włosach i nie żeby im to wzajemne milczenie jakkolwiek przeszkadzało.

 

- Tak siedzimy rozmyślając już dobre dwie godziny, patrzymy po sobie, na siebie
i wokół, drapiemy się po włosach i nie żeby mi to wzajemne milczenie jakkolwiek przeszkadzało, ale my tu gadu gadu, a jam cię niczym nie poczęstował.

- „Tum cię czekał.”

- Miętowa czy truskawkowa?

- Wiesz, zawsze wolałem raczej bezowocnie.

 

O ile on żuł po cichu i prawie niewidocznie, o tyle mężczyzna cmokał, mlaskał i wykonywał miny głośne co niemiara.

 

- A właściwie to jak ty masz na imię?

- No jak to? Timothy.

- Acha, no tak…

 

W tym momencie, choć dokładnie w którym tego zaaferowany poczęstunkiem nie zarejestrował, wszedł do pomieszczenia człowiek niski acz długi. Niski przez małą odległość jaka dzieliła go od podłogi i dużą między nim a sufitem, a wysoki przez długość ciała, które jednak z powodu permanentnego ukłonu uwieńczonego nad normę wygiętymi plecami sprawiało wrażenie bardziej pingpongisty niż koszykarza. Miał na szyi krawat w królicze łapki przymocowane taśmą izolacyjną, kolczyk w lewym uchu i tenisówki z napisem „nie deptać”. Szedł przez pomieszczenie, jakby czynił to codziennie o tej samej porze (na co wskazywały mrugnięcia prawym okiem na sekundę przed uderzeniem pełno-godzinnego zegara) od setek lat (na co wskazywała kronika Galla Anonima pod jego pachą prawą). Usiadł na stole, założył nogę na nogę i rozpoczął deklamację wypowiadając wyraźnie każde słowo, czyniąc pauzę po każdym wersie.

 

 

Odkręcony kran

Pstryknięta zapalniczka

Rozbita donica

Przekłuty balon

Rozpoczyna się

Niewiadomoczysiękończąca

wędrówka

 

 

Następnie wstał, ukłonił się, uderzył parę razy dłonią o dłoń uzyskując poklask, po czym usiadł przy stole i patrzył w okno, jakby czekał.

 

- Nie przejmuj się nim, często to robi w stosunku do obcych. Zaśmieca im głowę wybrykami
i potem tak się gapi godzinami, czekając na komentarz.

- Może więc pokuszę się?

- Nie kuś się, szatan wystarczające spustoszenie sieje na ziemskim padole.

- Myślisz, że w tym… jakby to nazwać… wystąpieniu był zawarty jakiś klucz?

- Nieee tam, klucz jest pod wycieraczką.

- Ale chodziło mi o klucz sens, taka metafora, wiesz…

- Naprawdę? – Mężczyzna spojrzał z papugą w sufit. – Aaa metafora, metafora może i jest, ja tam bym wolał mapę do skarbca, ale tego to mi akurat nie chce pokazać, tylko te krany
i krany.

- Mógłbym spróbować rozwikłać te, jak to mówisz, krany, może to jest swego rodzaju mapa.

- Nie. Popatrz. Ej ty tam! Deklamator! To jest mapa do skarbca?

- Nie.

- A masz mapę do skarbca?

- Tak.

- Pokażesz mi?

- Nie dzisiaj.

- No widzisz. I tak to właśnie wygląda.

- Myślisz, że można mu wierzyć?

- A wiesz, co to jest paradoks kłamcy?

- Wiem.

- Ja też.

- A ostrzałka trójkolista?

- Tak.

- Ja też.

 

W tym czasie deklamator przechadzał się z rękoma założonymi do tyłu, głową schyloną, co nikogo nie powinno dziwić i nie dziwiło, przyglądając się uważnie wszystkim przedmiotom i obwąchując rozmówców.

 

- Tak! – krzyknął w pewnym momencie, jednocześnie wskazując palcem w górę, a zaraz po tym jak obwąchał jego ramię. – Widzisz, co tu jest napisane? – Wskazał na buty.

- Tak, widzę: nie deptać.

- No właśnie. Nigdy nie waż się, ale żeby to nigdy a nigdy mi się nie zdarzyło, żebym zobaczył ciebie lub poczuł, jak depczesz te buty, żeby mi to było jasne, niech cię ręka boska broni, czy to jest jasne?

- Myślę, że tak, chociaż z tą ręką boską… Co, gdy nie wierzę…

- No proszę cie, przestań! Nie wierzysz to nie wierzysz, nie musimy chyba z tego powodu przez parę godzin wysłuchiwać historyjek o argumentach za i przeciw. Twoja sprawa, co
z tym robisz, ale dla nas nieważne. Nie musisz wierzyć w rękę… nieważne. Rozmawiamy
o kompletnych bzdurach a ja mam do ciebie, Rick, jedno podstawowe, fundamentalne, jedyne ważne teraz i zawsze pytanie: czy wierzysz w to, że człowiek może niechcący podczas tankowania wdechnąć benzynę w taki sposób, by przez godzinę być totalnie oszołomionym, wyobrażać sobie bóg wie co bez względu na to czy w niego wierzy, a w rzeczywistości prowadzić samochód, potrącić słuchacza Zetki, wyrzucić piwo do rzeki, wjechać w drzewo, cofnąć, być złapanym przez policję, od razu zgodzić się na mandat i wziąć na stopa Metysa, którego pasją jest jazda na quadzie i który mówi o tym od piętnastu minut i mówić będzie jeszcze przez najbliższe trzysta kilometrów?

- Nie.

- To spójrz za siebie.