Aleksandra Kukuła

ur. 1972 w Ozorkowie koło Łodzi, od wielu lat mieszka w Warszawie. Autorka fotokomiksu http://www.pso-ko-ty.blog.pl. W pisaniu i w życiu nieufna wobec wykrzykników i wielokropków, których sama jednakże często nadużywa.

fot Z. Swoczyna

Aleksandra Kukuła: Klej dla prawdziwego mężczyzny

Kiedy popsuły się drzwi harmonijkowe od sypialni rodziców, tato wymontował je z futryny i postawił pod ścianą. Bo jak się człowiek bierze za naprawianie drzwi, to że pierwszym krokiem będzie wyjęcie ich z ościeżnicy – o tym wiedział nawet tato, który do robót ręcznych nie miał zupełnie ani serca, ani głowy. Ani przede wszystkim rąk. Przysparzało mu to niemało kłopotów, albowiem zarówno w jego rodzinie, jak i w rodzinie mamy, męskość mierzyło się metrami kwadratowymi pomalowanych ścian, kilogramami przybitych gwoździ, czy liczbą udrożnionych syfonów. We wszystkich tych dyscyplinach tato miał na koncie zero punktów.

Poza tym na męskości mu nie zbywało – dzieci robił ochoczo i na swoje podobieństwo, miał włochatą klatkę piersiową i wąsy, chodził po domu w samych majtkach, no i był najmądrzejszy – nie było takiego tematu, gdzie nie czułby się na siłach nie zgodzić się z przedmówcą. – Zaraz, zaraz, zaraz!… – zwykł wchodzić w słowo każdemu, kto zbyt pewnie wypowiadał się o czymkolwiek. I potem już tylko od siły nerwów interlokutora zależało, czy pozwolił tacie zatriumfować, czy też wolał, żeby tato się – i jego – obraził. Jeśli pozwolił się pokonać, tato puszył grzywę i piękniał jak lew w słońcu (bo tato jest spod znaku Lwa, a jego opiekuńczym ciałem niebieskim jest, a jakże, Słońce!). Mruczał pod wąsem i przyjaźnie porykiwał potem do mamy: – Widziałaś, jak go zupełnie zbiłem z tropu? Ale mu było łyso! Znalazł się uczony jeden!… – a mama głaskała go po grzywie i wąsach, i wesoło pukała papierosem o popielniczkę, strząsając popiół.

Jednakże na kogo tato mógł sobie porykiwać, to mógł, ale na pewno nie na swoją teściową. Babcia Krystyna za misję życiową miała zaprowadzenie na świecie takiego porządku, w którym każdy marny grzesznik wiedziałby raz na zawsze, gdzie jego miejsce. Siebie samą umiejscawiała na drugiej od góry pozycji, czyli zaraz za Papieżem. Papieżykiem jej ukochanym, któremu to jedynemu byłaby skłonna ustąpić, gdyby akurat znalazł się gdzieś w pobliżu. A tato… – siłą rzeczy było lepiej, kiedy przy babci za bardzo się nie mądrzył. Czasem jednak zapominał się i wtedy babcia jednym zdaniem sprowadzała go na ziemię: – Zdzisiu, a czy ty nie powinieneś lepiej zająć się podklejeniem tej tapety koło lampy, bo ci zaraz w talerz spadnie i co wtedy, chłopie, poczniesz?!… A w łazience płytki się poluzowały, to może tam byś skierował swoją uwagę, bo ci w końcu zleci, chłopie, kafelek na łeb, jak znów się zaczytasz w wannie?!

W takich chwilach tato milkł, wzruszał ramionami, czasem tylko rzucił spode łba: – …no i bardzo dobrze!… – a zawstydzona mama zaciągała się raz po raz papierosem przez zaciśnięte wargi, bo to przecież ona tego zarozumiałego niedorajdę ściągnęła rodzinie na kark. Bywało, że swoje dokładał jeszcze ośmielony perorą babci Krystyny własny taty ojciec czyli dziadek Józek: – Jiiiii tam, Krystyna, Zdzisiek nie przyklei płytek! On niczego nie przyklei! Od małego ma dwie lewe ręce. I mędrkować tylko umie. O, mędrkować to on umie! Raz w szkole jak jeszcze był, to przeczytał, proszę ja ciebie, profesorowi z zeszytu wypracowanie, a wcale go wcześniej nie napisał! I potem, rozumiesz, ten profesor chciał mu piątkę w zeszycie postawić i wydało się wszystko. Dwóję dostał! O, gadane to on ma. Ale jak coś zrobić, to fujara! Tylko by rozmyślał o niebieskich migdałach! Od małego taki!

Chyba dlatego tato postanowił jednak naprawić te drzwi. Sam. Ułożył je sobie w dużym pokoju na dywanie, obstawił się wszystkimi posiadanymi skrzynkami z narzędziami, z których w swoim czasie każda po kolei miała uczynić zeń faceta uzbrojonego po zęby do boju z przeciwnościami losu. Podrapał się po głowie, popatrzył na to towarzystwo jak kura w gnat i po dłuższej chwili namysłu poszedł poszukać – kleju.

Dwuskładnikowy klej epoksydowy marki Distal był jego wielką namiętnością, gdyż dało się nim skleić praktycznie wszystko! Tato urywał kawałek gazety, wyciskał trochę z jednej tubki, potem tyle samo z drugiej, mieszał obie masy zapałką, a następnie za pomocą tej samej zapałki nakładał na „uprzednio dokładnie oczyszczone” powierzchnie tego czegoś, co akurat zamierzał ocalić przed rozpadem.

Dlaczego i drzwi miałyby nie dać się skleić? Tato poszedł do kuchni, wziął stamtąd taboret, stanął na nim na palcach i otworzył drzwiczki pawlacza.
– Czego tam szukasz? – zasyczała czujnie mama, wychylając głowę przez kuchenne drzwi.
– Niczego – odpowiedział tato.
– No bo chyba nie szukasz distalu, prawda, kochanie? – ciągnęła.
– A czy ja się ciebie pytam, co ty wsypujesz do zupy?! – odkrzyknął już lekko podirytowany tato, dalej nerwowo i trochę na oślep przerzucając graty na pawlaczu. Wtedy mama wyszła z kuchni – w prawej ręce trzymając papierosa, w lewej popielniczkę – i stanęła obok niego, spoglądając znacząco w górę.
– Kobieto, czego ty się czepiasz? Czego tu stoisz?! Chcesz, żebym naprawił te drzwi, czy nie? Jak mi będziesz patrzyć na ręce, to…
– Stać mi też nie wolno, chłopie?!
– A sama sobie naprawiaj do cholery te drzwi! Albo niech przyjdzie najlepiej twoja matka i je naprawi!
– I pewnie by sobie poradziła lepiej od ciebie!
– No i bardzo dobrze! – tato z furią zatrzasnął drzwiczki pawlacza, zeskoczył ze stołka i ruszył do pokoju. Mama stała znacząco w przejściu i dmuchała mu powoli dymem w twarz.
– Czego tu stoisz, kobieto? Przepuść mnie do cholery!
¬– A co masz w łapce, kochanie?
– Co mam?! Nic nie mam! – ale mama miała bystry wzrok!
–…no, co tam masz w lewej łapce? A może ty masz obie lewe?!
– A weź się ode mnie w końcu odczep! – krzyknął tato i cisnął o podłogę biało-zielonym pudełeczkiem z distalem. – Jeszcze dziś wyprowadzam się z tego domu! I więcej mnie nie zobaczysz! – odgrażał się mamie.
– Obiecanki cacanki! – krzyczała ona z kolei: – Od piętnastu lat mi to obiecujesz!
– No to teraz w końcu spełnią się twoje marzenia! – wrzeszczał.
– Mam taką nadzieję! I żebyś mi tu za pół godziny nie wrócił, jak zwykle!!!
– O, nie! Nie wrócę na pewno! Nie wyobrażaj sobie, że jesteś jedna na świecie???
– A myślisz, że ty jesteś jeden???…

…i tak przewalał się ten kłąb wzajemnych wyzwisk, pretensji i żalów – tym razem dokładnie tak samo, jak wszystkimi innymi razami. Tato znów wszedł na stołek – po walizkę. Mama przyniosła mu z sypialni naręcze ubrań i demonstracyjnie rozsypała na podłodze w przedpokoju. A potem pociągała papierosa i rytmie zaciągania się i wypuszczania dymu czubkiem stopy wrzucała mu jedną po drugiej koszule do bagażu, a on je z furią udeptywał. Wreszcie z trzaskiem zamknął walizkę, a mama jednym celnym kopniakiem posłała ją pod drzwi. Tato założył spodnie, sięgnął do kieszeni – nie było portfela! Jak zwykle. Mama mu ten portfel, jak zwykle, gdzieś znalazła, po czym rzuciła przez okno z okrzykiem: – Będziesz miał mniej ciężarów do znoszenia po schodach, kochanie!
– Ty jesteś nie-nor-mal-na! – zaryczał tato i pobiegł po portfel na dwór. Za chwilę wrócił…

W tym czasie budowaliśmy z bratem w jego pokoju na podłodze domek z klocków lego i pozornie obojętnie przyglądaliśmy się tej scenie.
– Ewka, a jak on nie wróci?… – dopytywał szeptem zaniepokojony Piotrek. – Byłoby bardzo fajnie – odpowiedziałam, szukając miejsca dla kolejnego klocka. – Ja bym wolał, żeby wrócił… – usta Piotrka ułożyły się w podkówkę. Przewróciłam oczami. – Wróci, wróci, zawsze wraca – wzruszyłam ramionami. – Ale żeby wrócić, to najpierw musi wyjść.

Piotrek przerwał układanie i wielkimi niebieskimi oczyma wpatrywał się w miotającego się po przedpokoju tatę.
– Tato, a mieliśmy w sobotę jechać na grzyby?… – Tato przystanął. – I pójdziemy synku, nic się nie martw. Tatuś po ciebie przyjedzie.
– Zamek może być już zmieniony, weź taką ewentualność pod uwagę! – wykrzyczała mu zza pleców mama. Ale tato już się trochę uspokoił i układał sobie metodycznie rzeczy do zabrania. Torba, walizka… Nagle coś sobie przypomniał i wrócił do pokoju. Drzwi przecież! Szybko zamknął skrzynkę z narzędziami i też przestawił ją do przedpokoju. Zrolowane drzwi włożył sobie pod pachę, torbę przerzucił przez ramię, lewą ręką chwycił walizkę (bo tato naprawdę jest trochę leworęczny, choć lewą rękę ma oczywiście tylko jedną!) a w prawą skrzynkę. – Piotruś, czy możesz mi otworzyć drzwi? – poprosił brata, który już na całego rozszlochany nacisnął klamkę.
– Tak, synku, patrz, patrz!!! – przemawiała mama – Patrz i ucz się! Ucz się, jak wyprowadza się z domu prawdziwy mężczyzna!!! – Tato spojrzał na nią z wyższością. – Patrz, synku, co prawdziwy facet zabiera, jak się wyprowadza od żony i dzieci! – ciągnęła mama – Walizkę, skrzynkę z narzędziami i oczywiście – drzwi od sypialni!!!
Tato wzruszył ramionami i wyszedł, nogą zatrzaskując drzwi od mieszkania. Mama jednym ruchem odstawiła popielniczkę z dymiącym papierosem na podłogę i z furią wybiegła za ojcem. Na odchodne cisnęła za nim jeszcze obrączką, która z brzękiem poleciała po schodach.
– Wariatka! – krzyknął wesoło tato z parteru.
– Wariatka?! – piszczała mama – wariatka?!
Wbiegła do mieszkania i nerwowo czegoś szukała. Jest! Otworzyła okno w kuchni i wrzasnęła: – Jeszcze czegoś zapomniałeś! – i w kierunku wychodzącego z klatki schodowej taty poleciał kartonik z distalem.
***
Tato wrócił jeszcze tego samego wieczoru. Z obrączką. I z klejem. Walizka powędrowała na pawlacz, a portfel znowu się zgubił. Sklejone distalem drzwi od sypialni po paru dniach się urwały i dziadek Józek musiał je w końcu skręcić drutem. Dziadek wszystko do wszystkiego mocował na drut. – Bo dziadek to taki paprok – mawiała babcia, zapewne mając na myśli swój mezalians sprzed lat, kiedy ona – córka rzeźnika i kułaka postanowiła wydać się za dworusa bez ziemi. – Pracowity to on jest, prawda, ale co by nie robił, to byle jak. Tak nie po gospodarsku. Wszystko na druta!…

Marta Kucharska: Festiwal Radzieckiej Poezji Śpiewanej

81.
W parku Józia, jak mówili złośliwi, Stalina, tuż obok jego zasranego popiersia, które przynajmniej raz w tygodniu służby sprzątające miasteczko musiały dokładnie myć, by nie mieć ewentualnej przyjemności bycia aresztowanym czy spędzenia paru zimowych miesięcy w głębi Rosji, więc w parku Józia Stalina wybudowano muszlę. Szarą, betonową, przed którą ustawiono kilka rzędów pomalowanych na niebiesko ławek. Tak właśnie powstała pierwsza w miasteczku scena na wolnym powietrzu, na której czy to z okazji święta pracy, czy dnia kobiet, odbywały się występy jak nie orkiestry strażackiej, to zespołu tęgawych babin, który powstał przy kole gospodyń wiejskich, i przeważnie nazywał się jak nie „Czerwony Aster” to „Czerwone Goździki”, istniał też swego czasu zespół „Polne Maki”, ale ze względu na wchodzący do powszechniejszego użycia kompot, musiał zostać rozwiązany. Jakkolwiek się działo, organizowano konkursy między szkołami czy festiwale radzieckiej poezji śpiewanej, podczas których wzruszone nastolatki piskliwym głosem śpiewały o nowych mieszkaniach dla ludu pracującego, nowych fabrykach i węglu kamiennym, podczas gdy chłopcy stali na baczność z chorągwią, a czerwony odcień na ich twarzach zdradzał, że duszą się ze śmiechu. Potem, ale to potem, ktoś z urzędu miasta, nadzwyczaj lubiący muzykę, podczas jednego z pobytów w sanatorium, zauważył, że może być też inaczej, i wprowadził w miesiącach letnich, cosobotnie spotkania z muzyką klasyczną. Rozklekotaną nyską przyjeżdżali wówczas do parku uczniowie szkół muzycznych, na dwu- trzygodzinne występy, w czasie których na rozstrojonym pianinie, wiolonczeli czy kilku parach lśniących, drewnianych skrzypiec, prezentowali zebranym Chopina, Prokofiewa albo Strawińskiego. A zebrani patrzyli ze wzruszeniem, jak chudy, pryszczaty chłopiec dmie w trąbkę i mało się przy tym nie przewróci, albo jak niemiłosiernie blada, czarnowłosa wiolonczelistka, z włosami do pasa, delikatnie uderza w mieniące się srebrno struny, a nieraz to i na włosach zagra.

82.
I występujący artyści, taki Jaś Pompka czy Klara Trumienko, publiczność też nie była byle jaka. Wielu współczesnych muzyków, gdyby miało przed taką występować, niejednokrotnie zapomniałoby w pośpiechu zabrać swoje instrumenty i co sił umykałoby najbliższym pociągiem wyjeżdżającym z miasteczka. Ale wtedy było inaczej i jakoś mniej przerażało, że połowę widowni stanowili wojskowi, agenci i służby zwiadowcze, gotowe za drobną pomyłkę w repertuarze czy przypadkowe pierdnięcie w wierszu o Józiu, zabrać wykonawcę czarną wołgą na przesłuchania, i to wcale nie radiowe. Za to po drugiej stronie, oddzieleni wąskim pasem trawy, siedzieli w ramach resocjalizacji więźniowie oraz ich kumple – tymczasowo byli więźniowie, drobni złodzieje kieszonkowi i żulernia, rumiana nie tyle od przygrzewającego słońca, co denaturatu, i, zdawałoby się, patrząc na twarze, całkiem dobrze odżywiona, choć jej pokazywane ze względu na tatuaże ręce, były tak chude, że wydawały się przyczepione od innego ciała. Między nimi wszystkimi biegały umorusane dzieci, w pieluchach tetrowych a czasem zupełnie nagie. Te, przeważnie cygańskie, miały na szyi zawieszone pudełeczka z dziurką, kubeczki czy puszki i uczyły się pierwszego zarobku. Uczyły się też pierwszego wydawania pieniędzy, gdyż między rozsiadłymi na ławkach widzami, krążył z dużym pudłem przyczepionym do paska od spodni i podobnych rozmiarów butlą zawieszoną na plecach chudy chłopiec sprzedający lody i lemoniadę. Lodów były dwa rodzaje, śmietankowe i śmietankowo czekoladowe w kształcie pandy, oba na patykach, lemoniada natomiast cytrynowa i mocno gazowana, tak że pijąc, czuło się, jak bąbelki wciskają się do nosa i zbiera się na kichanie. Więc lody były lekko roztopione, lemoniada bardzo słodka, ale prawdziwym problemem był brak kubków i naczynek, w które chłopiec mógłby lać przez gumowy wężyk nienaturalnie żółty płyn. Do paska od spodni miał bowiem zaczepione na metalowym łańcuszku tylko dwa blaszane garnuszki, które niedbale płukał po którymś z kolei kliencie w wiadrze z wodą i wycierał ściereczką. Dlatego po jakimś czasie wybierający się na koncerty do parku brali własne naczynia i łatwo było, idąc wieczorem przez miasteczko, rozpoznać, kto rzeczywiście jest melomanem, kto słuchał przed chwilą Liszta, a kto wraca z cukierni czy piwiarni. Inaczej bowiem niż w innych częściach świata, prawdziwych wielbicieli muzyki poważnej rozpoznawano nie po niebieskich beretach, niedbale przerzuconych czerwonych szalikach czy wyróżniających się, jaskrawych skarpetkach, ale po tych kubeczkach czy garnuszkach, z którymi z błogim uśmiechem wracali do swoich ciemnych już mieszkań, w zamyśleniu potykając się co chwilę o kocie łby, pochyleni nieco, jakby noc się materializowała na ich karkach i zaczynała przygniatać swoim ciężarem.

83.
Czasami Miron brał ze sobą swoją siostrę, zezowatą Jagódkę, o dużych, granatowych oczach, i rzadkich, szarych włoskach związanych w kitkę (należałoby napisać koński ogon, ale co to za koński, skoro włosów, gdyby się je zebrało, może starczyłoby na dwa mysie ogonki). Jagódka przybiegała za Mironem w kolorowym fartuszku, jaki uszyła jej babka Nela, i w zamian za przyjemność ciągłego jedzenia lodów oraz picia do woli słodkiej lemoniady, pomagała bratu w sprzedaży, a to zbierając puste kubeczki, a to płucząc je w wiadrze z wodą, czy zanosząc klientom wypełnione po brzegi lepkim sokiem. Choć z tym dostarczaniem napoju były nieraz problemy, nawet dochodziło do awantur, o jakie, zważywszy na przekrój społeczny słuchaczy, wcale nie było trudno. Bo Jagódka nie dość, że była trochę niezdarna, toteż zanosząc kubeczek soku jakiejś eleganckiej pani w środku rzędu, rozchlapywała słodkie plamy na spodnie, koszule i spódnice wszystkim, których po drodze musiała minąć, to ze względu na swoją przypadłość – jedno oko patrzyło na wprost, czyli jak u każdego człowieka, a drugie zawsze na bok, jak u kury, to nieraz, zamiast podać kubeczek lemoniady dowódcy brygady, dawała go siedzącemu dwa miejsca dalej więzionemu dezerterowi czy zadowolonej z owej pomyłki żulerce, którą właśnie męczył przeraźliwy kac. Miron musiał wówczas przepraszać za siostrę i nalewać ponownie, gdyż wręczonego źle napoju przeważnie nie dało się odzyskać, obdarowana nim błędnie osoba miała bowiem świadomość, że takie szczęście nie może trwać za długo, i wypijała lemoniadę pospiesznie, brudząc sobie przy tym brodę i kołnierz koszuli, jeżeli taki posiadała, i gdy czerwony z gniewu Miron zdążył podbiec, krzycząc, „proszę nie pić, to nie pana, czy nie pani”, pokazywała mu, robiąc przy tym niewinne i maślane oczy, blaszane dno garnuszka, lekko nadżarte przez rdzę.

84.
A raz przyjechał na koncert w parku imienia Józia Stalina prawdziwy fotograf ze stolicy, w surducie i wysokim czarnym kapeluszu, i zrobił zdjęcie widowni do jakiegoś popularnego dziennika. Zdjęcie o pokarbowanych brzegach i w kolorze sepii, do którego dorobiona została cała ideologia: że tak ludzi potrafi zjednoczyć tylko socjalizm, i żaden inny system czy religia. A na zdjęciu mundurowi w przepoconych koszulach i roznegliżowana żulernia, i umorusane dzieciaki na kolanach wytatuowanych przestępców, między którymi siedzi w bawełnianym golfie i marynarce jakiś profesor historii sztuki czy doktor nauk przyrodniczych. A wszyscy jak jeden mąż z roztopionymi na pół lodami albo obszczerbionymi kubkami, w których nagrzewa się lemoniada, a na pierwszym planie Jagódka z czarnym, kudłatym psem, jednym okiem patrząca w obiektyw, a drugim gdzieś poza siebie, w dal, w ołowiany błękit, z którego sypią się ciemne, klonowe liście i której, porównując pozostałe twarze, jako jedynej zdaje się została udostępniona jakaś tajemnica, ta przeznaczona przez Pismo tylko dzieciom i prostaczkom.

85.
Co naprawdę było między Jasiem Pompką i Klarą Trumienko, do końca nie wie nikt. Jasio był dosyć niefrasobliwym chłopakiem, z dużymi, owalnymi rumieńcami na policzkach, lubiącym a to nadmuchać żabę, a to zabić z procy wróbla, ale wszystkie te małe cierpienia zadawane zwierzętom, zadawane jakb nieświadomie i niecelowo, stąd nigdy nie odczuwał jakichś większych wyrzutów sumienia, a jedynie radość, że ma tak dobrego cela, że strącił ptaszka w locie z wysokości kilku metrów, a nawet zachwyt nad możliwościami przyrody, gdy korpus dżdżownicy potrafił się odtworzyć i z jednej dżdżownicy robiły się dwie. Co innego natomiast Klara Trumienko, kilkunastoletnia szatynka o cerze białej jak kreda, i długich, rozpuszczonych włosach sięgających jej niemal do pasa. Z zabaw z ptaszkami i żabami już dawno wyrosła, stąd jej niespotykany pociąg do śmierci wydawał się tym bardziej niezrozumiały i straszniejszy. Chodziła po miasteczku w długich, czarnych sukniach i z tak samo czarną, niewielką i półprzezroczystą parasolką, na szyi i palcach miała biżuterię zrobioną z ciemnozielonych szkielecików owadów, mówiono, że w pokoju trzyma czaszkę i chodzi do ciasnej i wykafelkowanej sali, znajdującej się na piętrze katedry patomorfologii i medycyny sądowej, na sekcje zwłok. Że niby hoduje czarne róże, ma w pokoju szczura, który gnieździ się zresztą w owej czaszce, i chodzi na seanse spirytystyczne, a cała ta gra na wiolonczeli w szkole muzycznej i fascynacja Bachem to całkiem wyrafinowana przykrywka jej niecnych i bezbożnych zabaw. Wszystko to jednak były przeważnie plotki, którymi kobiety siedzące w kawiarni okraszały sobie niby kandyzowanymi wiśniami czekoladowe ciastka, czy którymi umilali sobie czas mieszkańcy czekający z talonami w niemożliwie długich kolejkach po buty czy kiełbasę. Bo nikt, prócz Jasia Pompki nie miał dostępu do tajemnicy tej dziewczyny z wioski, istoty obdarzonej niepospolitym słuchem i długimi, delikatnymi palcami, która mieszkała w najbardziej oddalonym pokoju w internacie, na drugim piętrze, z oknem wychodzącym na podwórko i w połowie zarośniętym gęstymi pędami winorośli.

86.
Jasiu Pompka chodził do tej samej klasy co Klara, ale był o głowę niższy i jak to chłopcy w tym wieku, znacznie mniej od niej dojrzały. Dlatego Klara nigdy nie patrzyła na niego jak na chłopaka, z którym można by chodzić za ręce w pachnące maciejką i rozgwieżdżone wieczory, i traktowała go jedynie jak dobrego kumpla czy młodszego brata, którego zresztą dwa lata temu straciła w wypadku, ćwiczyła z nim gamy i rozmawiała o Mozarcie. Dziwna to była zresztą przyjaźń chłopca śmiejącego się jak młody warchlak i lubiącego opowiadać zbereźne dowcipy, i milczącej, bladej dziewczyny, w każdej sytuacji poważnej, zawsze nad wyraz dorosłej i wodzącej po świecie szarym, nieobecnym spojrzeniem, wyglądającej, jakby całe jej ciało mówiło, że nie jest stąd. Ale podobno to Klara pierwsza pocałowała w usta Jasia, a on odwzajemnił się jej długim, zaślinionym pocałunkiem, jakie widywał tylko na hollywoodzkich filmach, podczas którego ona omal się nie udusiła. I to ona pierwsza wzięła go za rękę, i położyła jego pulchne, różowe palce na swojej białej piersi. Później mówiono, że w ten sposób wołała ratunku, że to była jej pierwsza i ostatnia tak heroiczna próba, by wlać w swoje puste naczynia jakieś życie, by w końcu poczuć, że krew szybciej płynie i uderza do głowy, i słychać, jak serce bije, i czuje się, jak omdlewają nogi. Czy tak się stało, nie wiadomo, bo Jasio nie mógł stwierdzić, czy ciało jej stało się cieplejsze, czy bardziej różowe, gdyż próbowali się kochać przy otwartym oknie, w wyjątkowo zimną jak na sierpień noc, noc, czyli było ciemno, więc nie widział. Podobno chciała czuć zapach maciejek i słyszeć, jak cykają świerszcze, choć tego, czy tak się stało, że czuła i słyszała, też Jasio nie mógł powiedzieć, a jedynie że całą noc głaskał jej pierś, i był cały mokry od potu, i przerażony, jak sobie poradzić, by wyjść na mężczyznę. Powiedział, że zrobił to trzy razy, na co przesłuchujący go policjant powiedział, że chyba w rękę, bo na ciele dziewczyny nigdzie nie ma takich śladów, na co chłopiec w odpowiedzi zarumienił się jak nigdy dotąd a do oczu nabiegły mu łzy. Wracając do Klary, dzień po owej nocy znaleziono ją w pokoju martwą, a przeprowadzający sekcję lekarz stwierdził zawał serca i chorobę krwi. Nie odszukano natomiast w pokoju czaszki ani szczura, który miałby się w niej gnieździć.

Marta Kucharska

Publikowała na łamach „Akcentu”, „Odry”, „Toposu”, „Pomostów”, „Latarni Morskiej”, Studium”, w almanachach „Ziemie uzyskane” i „Inne ziemie”, na stronie internetowej Rity Baum i Biura Literackiego. Prezentowany utwór pochodzi z większej całości, zatytułowanej „Kino objazdowe”, inny jej fragment ukaże się niebawem w „Twórczości”.
Mieszka w Wysokiej pod Wrocławiem. Jest mamą trzymiesięcznej Zoi.

Don Kichot i barany

Przyznaję uczciwie, że czytając mnóstwo, bardzo niewiele czytam prasy. Wyjątek czyniąc dla tej, w której się produkuję, bo sobie ją kupuję, czemu towarzyszy chyba lekko absurdalna myśl, że kiedyś będę musiała zebrać swoje dokonania do teczki i się komuś wykazywać, gdzie, ile i jak. Taki nawyk z czasów przedinterenetowych. Mniejsza o to, od paru tygodni co tydzień nabywam „Przekrój”, który pod wodzą Katarzyny Janowskiej stał się znów pismem, gdzie się o kulturze nie pisze w ramach odrabiania misji (w sensie telewizyjnym), tylko się jej okazuje mnóstwo szczerej sympatii.
W tym numerze znalazły się przede wszystkim dwie kapitalne rozmowy. Marcina Sendeckiego z Urszulą Kozioł, która właśnie wypuściła w świat swój kolejny tom poezji, zatytułowany „Horrendum” i Piotra Najsztuba z Andrzejem Stasiukiem opowiadającym o swoim podejściu do żałoby narodowej i zbliżających się wyborów. Interlokutorów ze sobą nie skonfrontowano, ale ich rozmowy świetnie się dopełniają, bo pokazują dwie zupełnie odmienne postawy wobec rzeczywistości: zaangażowanie i odklejenie. Przy czym debatę ze światem prowadzi poetka w swoich odrzańskich felietonach, a prozaik realista ma do niego ogromny dystans. W związku z tym rozmowy mają swoje leitmotivy, w przypadku pierwszym Don Kichota (którego Urszula K. nie napisała, nad czym ubolewa w nowym wierszu), i barany, które Andrzej Stasiuk właśnie sobie sprawił, jako żywą kosiarkę do trawy. Oczywiście ani zaangażowanie, ani odklejenie nie określa bohaterów wywiadów do końca, ale jak wspomniałam – ich usytuowanie na dwu biegunach widoczne jest dopiero, kiedy się obie rozmowy porówna.
Ładne te symbole. Don Kichot – wiadomo. I barany ujawniające swoją moc, gdy się przywoła słynne zdanie : wróćmy do naszych baranów (z XV wiecznej francuskiej farsy).
Polecam gorąco, 21 numer „Przekroju” do poniedziałku w kioskach.

Kto to mówi

Pracując nad recenzją do „Litery”, gdzie znajdą się teksty poświęcone nominowanym autorom, odświeżyłam sobie „Achtung! Banditen” Wojciecha Albińskiego. To z pewnością jest książka, do której chce się wracać i w której za każdym razem odkrywa się inny fragment – bo składa się ona z niewielkich opowiadań. Kilka utworów przeleciałam, po pierwszym zdaniu zorientowawszy się, że pamiętam, co było dalej, większość jednak dopiero teraz ujawniła mi się w swojej precyzji i złożoności.
Wiedziałam, co chcę znaleźć: te obrazy, które mogło zapamiętać i zrozumieć dziecko, oraz te, których raczej nie mogło sobie zinterpretować. I wtedy właśnie ponownie odkryłam opowiadanie tytułowe. Ściślej drugiego rozmówcę w dialogu, który je wypełnia, a jego treścią jest zamordowanie rannego powstańca oraz pomagających mu sanitariuszek, uprzednio zgwałconych. Umknęło mi zdanie z początku, w jakim wyjaśniona zostaje tożsamość rozmówcy Wojtka, uderzyła za to obojętność z jaką konstatuje, że zgwałcone dziewczyny utopiono w rowie. Odwróciłam więc stronę. To Rottenfurer Schultz opowiada dzieciakowi, jak jego oddział spacyfikował potencjalnych „Banditen”. Polskie dziecko, mieszkające poza terenem zapalnym, i esesman. Ich konfidencjonalna rozmowa. Zestawienie rozmówców, które wali po głowie i które sprawia, że tytułu książki już się nie zapomni.
Czasem tak bywa: jedno zdanie, jeden obraz, jedno opowiadanie sprawiające, iż coś robi książkę. I zostaje z nami na zawsze.

20 maja, dzień nominacji.

Wstępnych do Nagrody Literackiej Nike i Nagrody Literackiej Gdynia. Szczegółowa rozpiska tu: http://www.salonkulturalny.pl/nominacje-do-nagrody-nike-2010  i tu: http://www.nagrodaliterackagdynia.pl  . Na pierwszej liście odnotowano rekordową ponoć ilość nominacji poetyckich, na co wpływ ma zapewne pojawienie się wrocławskiej konkurencji, tylko pro forma więc przypomnę, że dawniej zaznaczano „nagroda dla książki roku ze szczególnym wskazaniem na powieść”, ale nie wiem, czy tak brzmiał jakiś punkt regulaminu.
Nieistotne, bo przecież w tym miejscu programowo nie zajmuję się poezją, przeto skupię się na nominacjach dla prozy i innych gatunków. A to dlatego, że dawno nie miałam aż takiego poczucia, że jest ciekawie i że, z uwzględnieniem powtarzających się tytułów („Piaskowa góra” Joanny Bator, „Śmierć czeskiego psa” Janusza Rudnickiego, „Proszę bardzo” Andy Rottenberg), o wielu z tych książkach myślałam sobie: no tak, ta na pewno wejdzie.
Jeśli chodzi o „Toksymię” Małgosi Rejmer, miałam taką nadzieję, i choć jurorzy Nike woleli „Pensjonat” Piotra Pazińskiego, to wg mnie nominacja gdyńska potwierdziła, że to prozatorski debiut roku. Z kolei za najbardziej odważną decyzję jury Nike uważam nominowanie „Prowadź swój pług przez kości umarłych” Olgi Tokarczuk, jakby chcieli dorównać śmiałością ubiegłorocznej nagrodzie gdyńskiej dla Świetlickiego. Do śmiałości jury nagrody Bookera obu gremiom sporo jeszcze brakuje – tam nominacje dla książek flirtujących z gatunkami popularnymi są normą. I to na krótkiej liście. Bo Anglicy biorą pod uwagę jakość realizacji, nie wdając się, przynajmniej oficjalnie, w dywagacje, czy gatunek niski czy wysoki.
A propos gatunków – mam pewne wątpliwości, czy „Proszę bardzo” jest esejem, ale już nominowanie dwa lata temu reportażu Małgorzaty Szejnert, tj. „Czarnego ogrodu” dowiodło, że tworząc trzy kategorie, nie da się objąć wszystkiego, za to można zainspirować nowe nagrody, takie, jak powstała w tym roku nagroda dla reportażu literackiego, którym i „Czarny ogród”, i „Wyspa klucz” jest. Olga Tokarczuk tworząc „Prowadź swój pług…” nie wymyśliła nowego gatunku (kryminał ekologiczny?), ale niezmiernie ciekawa jestem, jaki wpływ będzie miała ta książka na polski kryminał.
I by zakończyć tę wyliczankę wszystkich moich sympatii (to te wyboldowane), dorzucę do nich jeszcze jeden tytuł: „Jerzy Giedroyć. Do Polski ze snu” Magdaleny Grochowskiej, bo coś mi się widzi, że będzie czarnym koniem Nike. Szczerze bym sobie życzyła, żeby pokonała wszystkie tomu poezji.

Chaos i precyzja

Zrobiłam sobie wczoraj mini „Nowe Horyzonty”, zaliczając kino rano i wieczorem. Pierwszy seans odbyłam niejako w celach badawczych – byłam ciekawa, jak na ekranie zaprezentuje się kilkanaście nowel zgromadzonych pod hasłem „Zakochany Nowy Jork”. Z recenzji niewiele się dowiedziałam poza utyskiwaniem, że nudne i metropolii wcale nie widać, że jeden epizod ciekawszy, inne beznadziejne, ale cóż – nastawiłam się optymistycznie, tj. byłam pewna, że znajdę jakąś perełkę. No i opatrzność mi to nagrodziła, bo film ujął mnie pod wieloma względami. Nie dość że się nie nudziłam, to byłam zaskoczona, że tak szybko się skończył, przy czym nie miałam poczucia niedosytu. Po drugie Nowy Jork było widać nienachlanie – przez wydobycie jego wielokulturowości, energii, w prostym komentarzu, że mieszka w nim ponad 120 tysięcy adeptów aktorstwa, poprzez pokazywanie sztuki w różnych odmianach (taniec, teatr, film, malarstwo, pisarstwo, muzyka). Dalej: poszatkowanie historii, fakt, że są tu i krótkie migawki, i dłuższe, powracające epizody, które łączą się poprzez wątek Teyi (filmującej miasto jak leci, niczym bohater „Lisbon Story” , ale i sklepikarz z „Dymu”). Ale chyba najbardziej ujęła mnie powściągliwość autorów – spodziewałam się historii z mocnymi, łopatologicznymi puentami, a tu większość obrazków jest jakby wyrwana ze środka, ledwie naszkicowana, zawieszona w powietrzu. Takie prawie nic, przypadkowa rozmowa, gafa, spotkanie, które nie dochodzi do skutku, spacer dwojga staruszków jeden z tysiąca, jakie odbyli. Wniosek: Amerykanów stać na bezpretensjonalność i poezję, a taka kompilacja wcale nie musi mieć rytmu, który czerpie z układu elementów. Jej rytm pochodzi z zewnątrz – nadaje go Nowy Jork właśnie.
A wieczorem opowieść poukładana w każdym calu – Samotny mężczyzna. Gra i komponuje się w iej ze sobą dosłownie wszystko, żadnej przypadkowości, nawet w stanowiących pozorny dysonans elementach humorystycznych, które być może są w tej opowieści najlepsze, bo najlepiej charakteryzują pogrążonego w żałobie bohatera. Jest więc z jednej strony przepiękny wręcz obraz, kreacja wizualna, a z drugiej strony, coś, co tworzy z nim dysonans i zmusza do zaangażowania się w historię bohatera. Coraz mocniej, z coraz większym przekonaniem, żeby nie pozwolić mu umrzeć lub chociaż zatrzymać zegar. Wizualna doskonałość może zmrozić emocje, ale, jak się okazuje, wcale nie musi. To samo odnieść można do wycyzelowanego języka jako, powiedzmy, warstwy izolującej. Mam nadzieję, że to nie jest jednorazowy wybryk Toma Forda.

Juliusz Łyskawa

(ur. 1984) – uwielbiany, nagradzany, publikowany, następnie budzony. Publicznie obnaża tors. Ceni swój balkon. Od pięciu lat nawiedzany przez Krokodylka. Na balkonie.

Juliusz Łyskawa: Dziennik intymny Pop… Krokodylka

Koty

Ręcznik, kilka skarpetek, pasek frotte od szlafroka – tkam to ze sobą, zaciskam pętelki i wyrzucam przez balkon.
Koty z całego osiedla powoli wspinają się. Wspinają się cicho, z gracją, jeden po drugim. Ześlizgują się z balustrady i stają w rządki. Rudzielec ze sterczącymi uszkami przybył ostatni. Jest najmłodszy; widzę, że czuje się bardzo niepewnie. W jego przypadku, to będzie ten pierwszy raz. Zawsze jest jeden debiutant. Zawsze! Rudzielec zaczyna.
Debiutanci – nie wiem dlaczego, taki widocznie koci rytuał – używają liny. Kilka ruchów i jest już pętla. Inne koty obwiązują mu szyję, mrugają porozumiewawczo i dają znak. Rudzielec przełyka ślinę – za pierwszym razem wszystkie się boją, no bo przecież niewiadomo – wskakuje z powrotem na balustradę, patrzy niepewnie na mnie, na inne koty, na chodnik trzy piętra w dół… Przełamuje się, oddycha głębiej i… Skacze. Nieprzyjemne zgrzytnięcie łamanego kręgosłupa, dzikie miauknięcie. I cisza.
Martwe ciałko dynda na sznurze. Pozostałe koty uśmiechają się. Uśmiechają się tylko chwilę, po czym większość – poza nestorem – na jeden sygnał podrzyna sobie gardła własnymi pazurkami. Straszny bulgot rozchodzi się na całe osiedle, a ciepła krew wsiąka w moje kapcie. Kiedy ostatni kot wyzionie ducha, a obok stoi już tylko najstarszy, ciała zaczynają rozmazywać się – to jest dobre słowo. Obraz ich ciał rozmazuje się, aż w końcu znika. Wciągam z powrotem linę, na której nie ma już rudzielca. To trwa zawsze jakieś pięć minut zanim z dołu dobiegną pierwsze miauknięcia. Już zmartwychwstały, już mają nowe życia.

Najbardziej dumny jest rudzielec. To była jego pierwsza śmierć, jego inicjacja. Wszystkie koty podchodzą do niego i liżą po nosie, a on mruczy dumnie i wygina grzbiet.

Tego momentu najbardziej nie lubię. Ze mną został już tylko nestor. Czasem jest ich dwóch, czasem trzech, czasem jeden. Nigdy więcej niż trzech – nie wiem dlaczego – tak po prostu jest. Ale jeden – to jest najgorzej. Jeden to zawsze tragiczne. Nestor wie, że to właśnie koniec. Swoje przeżył. Swoich dziewięć żyć i osiem śmierci. Podziwiam jego godność. Majestatycznie wskakuje na barierkę; nie patrzy na mnie, nie patrzy w dół; spogląda na księżyc. Ostatnie spojrzenie na księżyc i spada. Zawsze mam nadzieje, że chodnik załatwi sprawę. Jeśli nie, jeśli po upadku nestor jeszcze będzie żył, inne koty rzucą się na niego i rozszarpią. I chociaż wiem, że czyniąc to, tak naprawdę chcą rozerwać śmierć, unicestwić ją, zgładzić – i tak nigdy nie mogę na to patrzeć; nigdy nie patrzę.
Po skoku nestora wracam do mieszkania, robię kawę i czekam kilka minut. Zaraz wrócę na balkon i nie zobaczę kotów. Zapalę papierosa, oprę się o ścianę i wyciągnę nowe krosno.

Muzy

Spacerowałem po parku – może to był balkon – a ponieważ pogoda była wspaniała, to znaczy śnieg nie rzucał się w oczy, ani w nic się nie rzucał, postanowiłem przysiąść i oddać się nikotynowej kontemplacji, rodzajowi dyskretnej zadumy wspaniale oddanemu na obrazie Konni Temkopla Tycjana, perle weneckiego renesansu, batalistyczno-hipokampowym malowidle przedstawiającym szarżę hetyckiej kawalerii palatynów pod dowództwem majordomusa Temkopladesa (723 – 658 r. p.n.e.) podczas odsieczy termopilskiej w wojnie z Trakami. Temat ten za czasów Tiziano Vecelliego podjął Szalony Ariosto w poemacie epickim La grande meditazione con nitem coplatiziana, zaś do rangi teorii ontologicznej podniósł trzysta lat później Schopenhauer, który niczym jardinero, jak mawiają Hiszpanie, poetycko-plastyczny korzeń, jaki w jałową glebę ludzkiego zwątpienia zapuścili włoscy wizjonerzy, przesadził w użyźniony pesymistyczną metafizyką woluntarystyczny grunt za sprawą zgrabnej eseistycznej dykteryjki pt. Die Parkoderbalkontollewetterschnee-nichtindenaugenkonnitemkoplatitziatone (Frankfurt, 1833).
Toteż postanowiwszy przysiąść, poszedłem o krok dalej i przysiadłem. Z razu poczułem nieprzyjemne mlaśnięcie na wysokości niewygodnej do wzmianki. (Aczkolwiek w chwili najsilniejszego wzburzenia nie omieszkam nadmienić.) W tym momencie akrylowy zapaszek wydał się znacznie bardziej zrozumiały. Nie zauważyłem tej pierdolonej karteczki: „Świeżo malowane”. Nie zdążyłem oszacować strat, a już nadbiegł rozgoryczony malarz wrzeszcząc: Panie, kurwa, o Jezu, cały dzień to malowałem, a pan ot tak zniszczyłeś!

Westchnąłem. (Westchnęliśmy.)
– Zniszczyłem od razu – byłem powiedziałem oddając intonacją powątpiewanie.
– Oczywiście, że tak. No niech pan tylko spojrzy!
Spojrzałem.
No cóż.
Naga piękna dupa (kobieta), jak z fotografii, i w miejscu twarzy moja dupa (dupa). (Niniejszym nie omieszkałem nadmienić.)
Milczałem.
– To był hiperrealistyczny akt. Pan mi usiadłeś na obraz! Za przeproszeniem dupa na twarzy?! Zniszczyłeś!!!
Zaniechałem milczenia.
– Drogi panie – rzekłem – to tylko sztuka. Czy zniszczyłem? Nie nam osądzać.
Błysnąłem zębem. Wprawdzie szlag wziął nikotynową kontemplację, ale poczułem się jak Andy Warhol. Pozostawiłem malarza sobie a muzom i poszedłem na zupę.

Błysk

Podczas krótkiego lotu – ręce zablokowane pralką, głowa swobodnie opadająca, opadając zahacza o umywalkę – spowodowanego banalnym poślizgnięciem się w wannie, nie miałem zbyt wiele czasu, aby o czymkolwiek myśleć. Świadomość upadku – a byłem zdecydowanie świadomy tego, co nieuniknione – ubrała się w strój kata i cięła myśli na pół. Gdyby chwila nie była chwilą, a pięcioma sekundami, być może bym myślał. O wannie, o miłości, o literaturze – nie wiem. W każdym razie chwila była tylko chwilą, a po niej był błysk.
Stoję przed łazienką, a mój pies wyje. Stoję, nie leżę, czyli wszystko ok. Mój pies wyje. Zamknij się, błagam cię, zamknij się. Mój pies wyje, a do wycia przyłącza się pies sąsiadów. Psy wyją. Nie mam ochoty na papierosa, nie mam ochoty na kawę. Brak ochoty na kawę i papierosa rozstraja mnie dodatkowo. Nie dość że wanna, to jeszcze negacja mojego małego, bezpiecznego hedonizmu. Pies wyje i biega niespokojnie. Powinna już rozboleć mnie głowa od tego wycia i wanny. Nie wyj, proszę cię. Jestem twoimi panem, proszę nie wyj. Próbuję go strzelić przez ogon, ale wymyka się jakoś dziwnie, przenika mi przez palce, ucieka wyjąc. Niech zdycha, ma szczęście. Pójdę zrobić kawę i zapalę papierosa. Pewnie na skutek upadku – on musiał być – popierdoliło mi się coś w głowie i wydaje mi się, że nie chcę kawy, nie chcę papierosa, wydaje mi się, że nie boli mnie głowa, bo coś się w niej popierdoliło.
Nie mogę złapać czajnika. Z moimi rękoma – wizualnie – wszystko w porządku. Mają palce, palce nie są złamane. Tylko nie zahaczają o kształt czajnika. Nie chwytają, chociaż bez czajnika, w powietrzu, jakby działały. Nie mogę złapać czajnika, nie mogę złapać papierosa. Nie mogę chwytać przedmiotów.
Nie mogę wejść do łazienki, bo nie mogę chwycić klamki. O!
Mogę włożyć rękę przez drzwi. Nie obok drzwi, przez szparę – nie, kurwa – przez drzwi! Moja dłoń przenika przez drzwi. O!
Mogę włożyć głowę przez drzwi. Moja głowa przenika przez drzwi. O… kurwa.
Moja głowa przeniknęła przez drzwi, z nią oczy i reszta – nos, usta – ale ważne tylko oczy. Patrzę. Przenikając przez drzwi łazienki, patrzę. Widzę. Widzę, że leżę.
To jednak prawda, że psy wyją, gdy coś zdechnie.
To nieprawda, że po śmierci nie ma nic.

Białe majteczki

A jeszcze zupełnie, zupełnie inny gość, zupełnie innego wieczora – wieczór był stanowczo późny za pięć trzecia w nocy jak na wieczór to stanowczo przesada, i padało małymi kropelkami na aluminiową folię, do której przywarł spalony tytoń – nie mógł się doczekać, aż wyjdą – zostało ich czworo – wcześniej wyszedł szachowy zwyrodnialec, adresat jego korespondencji, przyjaciel i te sprawy, który w zupełnie niedobrym momencie przeleciał pewną dziewczynę – no więc była u niego jeszcze właśnie ta dziewczyna, ze swoim byłym obecnym marnotrawnym gitarzystą, który wył smutne kawałki Lou Reeda i jeszcze smutniejszy kawałek Johnny’ego Casha, było jeszcze dwóch, jego brat grał w szachy ze stworzonym przez absurd, ku przestrodze normalnych śmiertelników pijakiem, i te wszystkie butelki po dobrej whisky i bardzo złym rumie i normalnej polskiej wódce walały się między jakimiś plastrami wzgardzonej sałaty, zgasłą fajką wodną, książkami, kostkami od gitary, a na tym wszystkim zasyfiony włosami psa stołek od pianina i sam pies czochrający się po całym pokoju – który właściwie był całym mieszkaniem, w którym mieszkał od pół roku ze swoją fortepianową blondwłosą zagwostką – teraz, gdy oni pili te niekończące się rozchodniaki, spała w nowym kostiumie zakupionym w towarzystwie pytań czy na pewno, czy nie za dużo kosztuje, tej ceremonii rozpaczania nad brakiem pieniędzy, kostium spływał po jej nagich ramionach, gdy zobaczył go w przebieralni wiedział, że musi go mieć, że ona musi go mieć, że on musi ją mieć teraz, zaraz, w tym kostiumie przed kamerami wyłapującymi supermarketowych złodziejów przemycających markowe skarpetki w stanikach, teraz leżała, a pod kostiumem te jej drobniutkie majteczki z białą falbanką, każącą mu się czuć jak jakiś pierdolony pedofil rżnący dziewczynkę podczas uroczystego obiadu z okazji jej pierwszej komunii świętej, te przezroczyste białe majteczki – żeby gdy wyjdą otworzyć pełen pedałów, czarnych aniołów i zwykłych lumpów bopowy strumień świadomości Kerouaca, który nie opisywał niczego innego, jak właśnie to, co działo się w tym małym mieszkanku od dobrych paru godzin, w wersji mniej księżycowej, bardziej warszawskiej, mniej jazzowej, bardziej rockowo-rozwydrzonej, bo zdecydowanie bardziej wolał przeczytać ten cały bajzel niż przeżywać.

O myśleniu przy bieganiu

Od pewnego czasu myślę o tym, by wrócić do biegania, ale lenistwo ciągle mnie pokonuje i jestem w stanie zdobyć się co najwyżej na dłuższe spacery szybkim marszem. Może jednak, jak się zrobi trochę cieplej… A póki co delektuję się tym, co na temat biegania i myślenia w trakcie niego opowiada Haruki Murakami. Już z (kapitalnej!!!) biografii Rubina dowiedziałam się, że japoński pisarz jest maratończykiem, stał się nim po sprzedaniu klubu jazzowego i podjęciu postanowienia o zmianie trybu życia na zdrowszy. Chciałam dodać, że to ewenement wśród pisarzy, ale jednak z kondycją i zamiłowaniem do sportu nie jest aż tak źle. Ba, mogłabym wskazać co najmniej jeden przykład tego, że bieganie wpływa na zwiększenie umiejętności pokonywania długich prozatorskich dystansów. Myślę o Joannie Bator (sygnalizowana już tu „Chmurdalia” właśnie się ukazała).
Mnie w każdym razie na pewno nie trzeba zachęcać do wiosłowania, a jak się ono przekłada na pisanie, to się za parę miesięcy okaże. Tak czy siak, a razie czytam Murakamiego i jak zwykle przekonuję się, że mistrz potrafi bicz ukręcić z piasku. Jak również pisać o sobie, w czym dotąd zachowywał daleko idącą powściągliwość. „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu” już w księgarniach. Wydawcą jest Muza oczywiście.