Krzysztof Kuik

Mieszka pod Poznaniem. Pisze, głównie do szuflady, w zaprzeczeniu lub uzupełnieniu świata liczb, w którym żyje na co dzień. Konsekwentnie poszukuje, choć ciągle nie wie czego.

Krzysztof Kuik: Sztuczne kwiaty

Babę poznałem krótko po przyjściu na świat. Podobno, bo nic nie pamiętam z tamtego okresu. Mama mówi, że po urodzeniu mnie musiała wrócić do pracy. Poszukała więc niani, która będzie się opiekować jej synkiem w czasie, gdy ona będzie w biurze. Baba była starszą kobietą, nie pracowała już i miała własne wnuki. Opiekowała się mną przez rok. Potem jej serce zaczęło żyć własnym rytmem i musiała go posłuchać, ograniczając codzienne życie do swojego mieszkania. Jednak ta magiczna więź, która zawiązała się wówczas między nami, była czymś więcej niż tylko relacją biznesową, jak to się dzisiaj mówi. Baba została przyjacielem domu. Przez lata odwiedzaliśmy się, mimo iż krótko po tym, jak została moją nianią, przeprowadziliśmy się na drugi kraniec miasta. Chociaż bez zdjęcia nie rozpoznałbym jej na ulicy, do dziś pamiętam wzbierające uczucie bezgranicznej radości i szczęścia, gdy zbliżał się czas jej odwiedzin. Od rana nie mogłem myśleć o niczym innym. A po południu, gdy rodzice wróciwszy z pracy, nakrywali uroczyście stół na wspólną kawę, biegałem bez przerwy między pokojem a korytarzem. Wdrapując się na ryczkę patrzyłem przez judasza czy już idzie. Ciemno na klatce schodowej, czyli nie idzie, potem jasno, ale to sąsiadka. W końcu dzwonek. Biegnę do drzwi, otwieram, zawsze jestem pierwszy, przed rodzicami. Wczepiam się w nią, wtulam się w płaszcz, sukienkę, sweter; nieważne, byleby mieć kontakt z nią, byleby być blisko czegokolwiek, co nią pachnie, co się z nią wiąże.
Kiedy podrosłem, poszedłem do zerówki. Tam pani uczyła nas rysować szlaczki, lepić z plasteliny, rozmawiała z nami o różnych rzeczach. Pewnego razu zapytała o osoby, które są nam szczególnie bliskie, oczywiście poza rodzicami. Powiedziałem, że „Baba”.  Pani i dzieci ryczały ze śmiechu. Nie rozumiałem, dlaczego się śmieją. Ze mnie, z Baby?
–A kto to jest „Baba” – spytała, ciągle jeszcze ze śmiechem na ustach, pani.
Ciężko było mi to wytłumaczyć, zwłaszcza, że poczułem się, jakby wszyscy byli przeciwko mnie i Babie.
– Baba – odpowiedziałem – przychodzi do nas i ja do niej też.
– A czemu na nią mówisz „Baba” – spytała – to nieładne słowo.
Nigdy nie myślałem, że Baba to brzydkie słowo. Nie znałem brzydkiego słowa, które brzmiało „baba”. Dla mnie to było najwspanialsze słowo na świecie. Dlaczego inni tak nie myślą? I ja, i rodzice zawsze na Babę mówiliśmy Baba. Milczałem.
– Spytaj rodziców, jak Baba ma na imię i jutro nam powiesz – zakończyła sprawę pani, biorąc na spytki kolejne dziecko.
Czułem, jakby mój świat miał runąć. Dzieci wyśmiały moją Babę, baba to brzydkie słowo, Baba ma imię. W domu rozpłakałem się przy rodzicach. Opowiedziałem, co mnie spotkało. Wtedy wyjaśnili mi, że „Baba” wzięła się stąd, że gdy zacząłem mówić, długo nie potrafiłem powiedzieć babcia, wychodziło ba-ba. Tak zostało. Baba nie była moją prawdziwą babcią, zresztą już wtedy obie prawdziwe nie żyły. Dlatego Baba, ni to babcia ni to imię. Słowo z kluczem, które tak się wszystkim spodobało, że nigdy już tego nie zmieniono w naszym domu. Owego popołudnia dowiedziałem się też, co znaczy słowo „baba” oraz że Baba ma na imię Maria. Następnego dnia pani nie wróciła już do tematu Baby, z czego bardzo się ucieszyłem.
Tamtego lata, po zerówce, Baba spędziła razem z nami wakacje. Wynajęliśmy domek i pojechaliśmy nad morze wszyscy razem – mama, tata, Baba, moja siostra i ja. Tyle dni razem z Babą. Pamiętam, że raz poszedłem z nią na spacer i zobaczyłem w kiosku sztuczne, plastikowe  kwiaty, które wyglądały jak prawdziwe. Stwierdziłem, że chciałbym jednego kupić i jej podarować. Przytuliła mnie i powiedziała, że bardzo chciałaby dostawać ode mnie kwiaty. Marzy o tym, że gdy podrosnę będę ją odwiedzał i przynosił bukiecik. Ale nie znosi sztucznych kwiatów i nigdy nie chciałby ich dostać. Zapamiętałem to. Wyobraziłem sobie, jak za kilka lat wsiadam samodzielnie do tramwaju i z bukietem w dłoni dzwonię do jej drzwi, a ona wita mnie z tym uśmiechem co zawsze i dumą, że tak urosłem. Wakacje minęły szybko. Zacząłem chodzić do pierwszej klasy.
Pewnego dnia rodzice, gdy wrócili do domu domyśliłem się po ich twarzach, że stało się coś naprawdę złego.
– Baba umarła – mówi mama, zakrywając dłonią twarz, ale łzy przedzierają się przez tamę jej palców i dwoma stróżkami ześlizgują po policzkach ku ziemi.
Umarła myślę. No a kiedy się z nią zobaczę?
Wtedy dowiedziałem się, co to jest śmierć i zrozumiałem, że wszystko się skończyło, że nie będzie już mnie i Baby. Że moje życie będzie trwać, ale Baby już w nim więcej nie spotkam. Mama mówi, że byłem na pogrzebie, lecz tego nie pamiętam. Potem nigdy nie pojechałem na jej grób, mimo iż moja mama co roku w dzień imienin odwiedza cmentarz. Próbowała mnie wyciągać, ale mówiłem, że to tylko grób, Baby tam nie spotkam, nigdzie jej już nie ma. Wtedy, mając siedem lat, pochowałem ją głęboko w swojej niepamięci, żeby móc dalej żyć. I tylko, gdy gdzieś zobaczę sztuczne kwiaty, przemyka mi przez myśl niejasne wrażenie, że był ktoś, kogo nazywałem Babą.

Na co dybie w wielorybie?

Zanim zaczęła mnie bawić książka Agnieszki Taborskiej ­­­­­­­­­­­­­- Wieloryb, czyli przypadek obiektywny (wyd. Czarne), ubawiłam się szczerze ilością wstępów i blurbów, jakie w niej zamieszczono.  O zarekomendowanie książki poproszone zostały cztery osoby  o nazwiskach zacnych (Natasza Goerke, Jan Gondowicz, Michał Paweł Markowski i Marek Zaleski),  przy czym teksty dwu z nich przecięto i podzielono, zaleceń jest więc w sumie sześć.  Ich lektura uwalnia czytelnika od żmudnej konieczności samodzielnej interpretacji tego zbioru króciutkich opowiastek, anegdot, zapisków na marginesie, bo  kto by się nie zorientował, ten ma czterokrotne potwierdzenie, że należy je potraktować jako dowód wyczulenia autorki na surrealną stronę realności. I że są świetne, co przyznaje nawet wyjątkowo niechętny do chwalenia czegokolwiek, co podane zostało w mowie ojczystej, prof. Markowski (możemy jednak założyć, że w tych okolicznościach mu nie wypadało ?)

Pisarze często powtarzają, iż książka powinna bronić się sama, co świadczy , z jednej strony  o idealizmie (że niby nagle cofniemy się do czasów przedpromocyjnych, bo nie można stawiać książek w jednym rzędzie z proszkami i piwem), z drugiej strony, o naiwnej wierze, że książki mają zdolność samodzielnego wygrzebywania się z półek księgarnianych czy rozpychania łokciami, z  trzeciej uznać to trzeba za kokieterię, bo stwierdzenie to pada najczęściej w wywiadzie, który sam się przecież nie przeprowadził albo w ściśle prywatnej rozmowie przy stoliku, gdzie siedzi trzech pisarzy i dwójka krytyków. Tak, ale w tym przypadku to chyba wydawca uznał, że potrzebne jest gremialne wsparcie oraz mocne zaznaczenie, że autorka, która na rzeczywistość patrzy tak a nie inaczej, to wybitna znawczyni surrealizmu ( tu odsyłam do w istocie wybornych „Spiskowców wyobraźni”).

Pytanie, czy polski odbiorca nie jest przygotowany na odbiór dziwnych zbiegów okoliczności, sytuacji podszytych groteską albo snów na jawie, niech pozostanie retoryczne.  A „Wieloryb…” broni się aż miło, sympatycznie nastraja na ponury dzień oraz inspiruje do przypominania sobie tego, co  dziwnego nam się przytrafiło. Pokazuje też, jak opisać osobliwe zdarzenie, tak by czytelnik miał wrażenie, że faktycznie nic do niego nie można już dodać  ani nic od niego ująć.

A moim ulubionym przypadkiem z tej książki jest historia o otwieraniu zatrzaśniętych drzwi samochodu przy pomocy „packi na muchy i blaszanej zabawki choinkowej w kształcie Pinokia”

Bogumiła Hyla

Rocznik 1978.  Mieszka w Rydzynie niedaleko Leszna, z wykształcenia ekonomistka.
Wyróżniona w konkursie na opowiadanie (pod hasłem „Mężczyzna”) ogłoszonym w ramach Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania we Wrocławiu (2009) oraz  w leszczyńskich w Konfrontacjach w Lesznie, w dziedzinie proza, za opowiadania: “Pociąg do raju”, “Uroki cappuccino”. Jej opowiadanie „Tutaj też stoi śmietnik” znaleźć można w 5 numerze gdyńskiej „Litery”

Bogumiła Hyla: Miejsce, gdzie nic nie ma

Tego roku zima była mroźna. Ta zima była diabelnie mroźna. Nie pamiętam tak lodowatej zimy.
Tak powinno brzmieć jedno z pierwszych zdań tego opowiadania, sprawozdania, wynurzenia czy jakkolwiek to nazwać. A mimo to, nie mogę zacząć go w żaden z proponowanych sobie sposobów, ponieważ ta zima była potwornie gorąca, niczym klimakterium pastwiące się nad kobietą przed 50.
Stopka. Zatrzymaj się i zastanów się nad spacją. Kochana, spacje są po to aby ich używać, przypatrywać się im, odczuwać z całą mocą, gryźć się nimi, wkładając do pustej głowy, zapraszać je do siebie i proponować kawę.
Spacja to nic nie znacząca przerwa pomiędzy jednym a drugim oddechem, czy może pomiędzy jednym a drugim zastanowieniem się nad moralnością, egzystencją, bytem i niebytem. Odstęp, który nic nie kosztuje.
Tak, zastosujmy spację. Zasłońmy się nią. Powiedzmy głośno, pora na kilkusekundową przerwę, a zanim zdążymy dojść do końca zdania, przerwa ulotni się i opadnie razem z kurzem na drodze.

Tego roku zima była kapryśna. Leniwa i kapryśna jak kobieta w ciąży. Wyłączmy klimakterium, musi je poprzedzać ciąża. Wyłączmy również okresy przejściowe i przyjściowe. Zamknijmy rozdział zwany dojrzewaniem. I spalmy kłaniającą się starość, podpierającą się drewnianą laską. Najlepiej omińmy również zaawansowaną ciążę, czy rozpoczętą ciążę. Żaden z powyższych stanów nie istnieje.
W ten sposób znaleźliśmy się w niebycie, w jałowej ziemi, pozbawionej pługu i radła. Stoimy na środku pola my, ja, jako człowiek, na środku czarnych grud ziemi.
Co z nami zrobią? Jesteśmy wszak kłoskiem jakiegoś bliżej nie określonego zielska. Wyrwą nas z korzeniami, zaorzą, zerwą do bukietu, spryskają środkiem ochrony roślin.
Którą śmierć wybierzemy?
Nie, nie. Śmierć również nie istnieje.
Unosimy się na podobieństwo leciutkiego powietrza, lawirując pomiędzy niebem i ziemią. Przezroczyści.
Tego roku zima dała nam nieźle w kość. Gdzie się podziało klimakterium?
Tego roku zima zamroziła każdy stan w jakim może znaleźć się istota ludzka.
 
Tego roku… czyjaś ręka pokroiła mnie na kawałki i poukładała na talerzu, udekorowała sałatą oraz pomidorami. Pomyślałam: Cholera, jestem jedzeniem.    Jestem jedzeniem, jestem czymś, co się je. Stanowię element, do którego należy bierne poddanie się spożyciu. Moje ciało wraz z kośćmi zostanie dokładnie obejrzane i rozpatrzone. Powiększone za pomocą lupy albo mikroskopu. Czyjeś oczy zauważą najmniejszą niedoskonałość i z obrzydzeniem odłożą na bok to, co niesmaczne. Poddam się bez opamiętania. Przecież jestem jadalna. Mięso się je i kości się je. Krew się pije i wodę się pije.
Co dziś na obiad? A może to już kolacja? 18. dawno minęła? Więc co dziś na kolację?

Tego roku stałam się drewnem. Za chwilę zetną mnie blisko ziemi i upadnę z głuchym trzaskiem nikogo nie przygniatając. Potną na kawałki piłą mechaniczną. Porąbią siekierą. Wysuszą. Będą nosili do kominka i palili moje poszczególne kliny. Nie poskarżę się, ponieważ stanowię drzewo.

Tego roku byłam wodą. Przelewałam się między dłońmi, aż powoli dzień po dniu temperatura raczyła mnie swoją niechęcią i zamrażała iskierka za iskierką.  Czyjeś odbicie przejrzało się w moim wnętrzu, wdarło bez zaproszenia i gapiło się na ryby pływające wewnątrz.
Ustalmy jedno.
Spacja dawno minęła.
A tego roku byłam rzeczą, ludzie brali mnie w dłonie, żeby obejrzeć, pooglądać, dotknąć, rzucić w kąt, podnieść i położyć na półkę. Dotykało mnie milion rąk. Jedne niecierpliwe, inne delikatne i poszukujące w nieskończoność nie tego, co chciałyby znaleźć. Odgadujące moje kształty za pomocą wielkich okularów. Zastanawiające się z marsową miną nad pożytecznością przedmiotu, który przyszło im trzymać w dłoniach. Miałam dość miętoszenia. Jestem przedmiotem, ale nie dla każdego. Uszanujcie moje istnienie jako rzeczy. Patrzcie, rzecz nie może nic czuć. Jest absolutnie bezosobowa. Nawet jeśli przypisać jej rodzaj żeński lub męski.
Zima tego roku zawaliła miasta śniegiem.
Tego roku zamieniłam się w ogień. Tak dobrze jest ogrzać zmarzniętych, dać im nieco ciepła. Ale oni pragnęli więcej i więcej. Bo temperatura wciąż spadała, a ja jak słaby ogienek, nie potrafiłam rozpalić się w piecu do należytego stopnia. Przeklinali mnie, że nie umiem się palić.
 Spaliłam się od środka.
 Postawny spację. Wezmę sobie chwilkę wytchnienia. Przecież należy mi się chwila odpoczynku! Zostawcie mnie, nie ważcie się do mnie odzywać, nie zadawajcie pytań i nie żądajcie odpowiedzi! Nie pukajcie do moich drzwi i odłóżcie te nieznośne słuchawki telefonów. Nie patrzcie na mnie i ja nie będę patrzyła na was. Nie milczcie ze mną i nie oczekujcie czegokolwiek z mojej strony. Nie dotykajcie mnie, nie podawajcie ręki na dzień dobry i na do widzenia.  
Nie ważcie się przechodzić blisko mnie i zauważać.
Mam spację.
Zobaczcie. Dobrze zobaczcie.
Spacja to taki stan… taki stan w którym nic się nie znajduje. Całkowita idealna próżnia.
Teraz jestem Namibią, tą z języka Buszmenów. Ponieważ nic nie ma zamiast mnie.
Spójrzcie!!! Mnie tu nie ma! Jestem Namibią. Nazwijcie mnie Namibią! Nadałam sobie nowe imię.
 Kilka sekund temu spacja minęła. Kiedyś musiała. Domagałam się kolejnej i następnej, aż nieistnienie urosło do niewyobrażalnych granic.
Kim jest człowiek?
Kim jest człowiek?
Powiedzcie mi, kim jest człowiek.

 Czy to ten który zgadza się na ból i krzyk? Tonie zamrażany jak mała, nic nie znacząca rybka? Tli się na kaganku woskowej świeczki, niezdolny do wołania o pomoc… Pozwala zadawać sobie ciosy, oceniać, krzywdzić… Nie umie powiedzieć dość. Dni przeciekają mu między palcami? Czy to ten, który chce dokądś biec, po ratunek…, a może na ratunek, dając z siebie wszystko. Albo to ten, który pozwala zabierać sobie życie?? Czy to ten, który nie umie zawołać NIE, a zamiast tego, wije się i zachłystuje, próbując dać spragnionym ustom łyk wody? Nie nauczono go jak istnieć, aby nie stać się tylko i wyłącznie tłumem.
Spacja?
 Teraz siedzi i zadaje sobie pytanie, jaka była zima.
 I nie potrafi napisać jakiejkolwiek litery, ułożyć wyrazu albo zdania, żadnego prócz spacji.
 Tego roku zima go poniżyła. Jesteś taki mały, szepnęła, z łatwością cię zdepczę. Jeden palec już ci obmarzł. Myślisz, że to stan przejściowy? Mylisz się. Jestem skuteczna. Zmrożę cię tak bardzo, jak uczyniłam to z innymi.
Jesteś słaby. Wierzysz we wszystko co słyszysz i powtarzasz wszystko co ci powiedzą. Uczynisz to, co pozostali, nie przeciwstawiając się im.

 Tego roku zima była nieludzka.

 A ja… ciągle jeszcze pozwalam sobie wegetować jako Namibia.

                                               ***
wyjaśnienie:
Namibia – słowo pochodzące od pustyni Namib. Namib w języku Buszmenów oznacza : “miejsce gdzie nic nie ma”.

Przed drugą turą

Można sobie pomarzyć. Co by było gdyby do wyborów prezydenckich stanęła kobieta i dlaczego nie jest to pomysł pozbawiony sensu. Inspiracją do tych rozważań jest zbiór dramatów Hanny Samson” Ja, prezydenta i inne głosy”. Dramaty w formie książkowej to rzadkość, choć ostatnio swoje dwa zebrała w tom Dorota Masłowska (tzn. jej wydawca zebrał, żeby zapewnić ciągłą obecność pisarki na rynku).Tak czy siak, podoba mi się ta idea obcowania z dramatycznym tekstem z pominięciem wyczynów dzisiejszych realizatorów, którzy klasycznych tekstów nie uznają za godne zademonstrowania w formie nienaruszonej przez tzw. adaptatorów, krojących oryginały niemiłosiernie i uzupełniających powstałe luki czymkolwiek, co zapamiętali ze szkoły, a może nawet i adaptacji robionych po bożemu. Jak tak dalej pójdzie, to książka pozostanie jedyną okazją do obcowania z niewykastrowanym Szekspirem czy Słowackim.
Wracając jednak do rzeczy samej, czyli „Prezydenty”, to trudno mi sobie, no może poza dwoma aktami dopisanymi do „Moralności pani Dulskiej” wyobrazić na scenie, przy czym mówiąc to, nie chcę zapeszać, tylko chyba stwierdzić, że po wielu złych doświadczeniach nie chce mi się już chodzić do teatru, by się przekonywać, jaki koszmar ktoś z tego wysmaży. A tak w spokoju mogę to sobie sama wizualizować i wczytać się w przekaz. Niby żartobliwy, ale tak w pierwszej odsłonie nie do końca, zwłaszcza w sekwencji, kiedy udręczone kobiety niby na zbiorowym seansie psychoterapeutycznym, opowiadają o domowej przemocy. Brzmi to wstrząsająco i autentycznie, bo w ogóle Samson ma najlepsze ucho do kobiecego głosu, epizody z samymi mężczyznami pobrzmiewają jakoś bardziej teatralnie (cokolwiek to dziś oznacza), a może po prostu nie chciałam ich przyjąć do wiadomości w całym groźnym absurdzie. Nie wsłuchuję się w kampanię, ale pewno wszelkie inne kampanie wyborcze znajdują tu jakieś odbicie, co również daje do myślenia. To rzadki przykład teatru zaangażowanego w najlepszym tego słowa znaczeniu. Mądrzejszego i ciekawszego formalnie niż nowela filmowa „Jezus na prezydenta”, gdzie zresztą kobiety sprowadzone zostały dosłownie do parteru. Nie chciałabym w ogóle o tym wspominać, lecz tylko dać znać o lekturach politycznych w rozpolitykowanym, gorącym okresie.

Coenów opowieści zawieszone

Bracia Coen robią się niestrudzeni jak Woody Allen: co roku realizują nowy film, a ich plany obejmują pięć pozycji do przodu. W zdobyciu funduszy na kolejne projekty, bo przecież rozmach twórczy ściśle się z tym wiąże, zapewne pomógł im Oskar za „To nie jest kraj dla starych ludzi”, ale najważniejsza jest dla mnie ich doskonała passa.
Obejrzałam wczoraj „Poważnego człowieka” i po wyjściu z kina stwierdziłam, że trzy ostatnie filmy układają się w formalny tryptyk, tworząc opowieści bez zakończenia. Przy czym w każdym z nich, a mówię o „To nie jest kraj dla starych ludzi”, „Tajne przez poufne” i najnowszym brak konkluzji przedstawia się inaczej. W pierwszym mamy do czynienia z eskalacją przemocy, dla której brak przeciwwagi w postaci kogoś, kto wymierza sprawiedliwość mordercy. W drugim kompletna idiotka wygrywa nie tylko z innymi kretynami, ale i CIA, bezradnym wobec absurdu, o jakim nie ma mowy w procedurach. Wreszcie trzeci to opowieść o człowieku, którego bez powodu dotyka szereg kataklizmów, przy czym kiedy wydaje się, że może już odetchnąć, okazuje się, iż to dopiero początek jeszcze gorszych wydarzeń.
Rozprawa z literą pisma (Tory konkretnie) jest chyba najciekawszym filmem w tej krótkiej serii „opowieści bez morału”, bo jest rozprawą z własną żydowską tożsamością twórców. Kiedy zgnębiony i bezradny profesor Lawrence Gopnik zwierza się przyjaciółce ze swoich problemów, ta pociesza go niczym zagubionego chłopca, że „przecież są Żydami” i zawsze mogą znaleźć pomoc u mądrzejszych. Gopnik udaje się więc do trzech rabinów, którzy częstują go enigmatycznymi radami. Jeden każe spojrzeć na rzeczywistość oczyma kogoś innego, drugi serwuje niewytłumaczalną przypowieść, przy pomocy której pozbywa się wszystkich potrzebujących, trzeci, najstarszy nie przyjmuje petenta, gdyż właśnie zajęty jest rozmyślaniem. Kiedy się jednak w innej scenie odzywa, wyraża swoje błogosławieństwo słowami wyjętymi z piosenki Jefferson Airplane. Jest i czwarta powieść włączająca się w ciąg bezużytecznych rad – otwierający film epizod z rzekomym dybukiem. I tajemnicza teoria wszystkiego budowana przez niesfornego wuja bohatera. W efekcie skazany na samego siebie profesor pogrąża się coraz bardziej, a zestawiona z jego dramatem scena solidarnych śpiewów podczas bar micwy ma wymiar jeszcze bardziej ironiczny. Film mówi więc o żydowskiej samotności.
I będzie się łączył z przygotowywaną przez Coenów ekranizacją powieści Michela Chabona, „Związek żydowskich policjantów” opowiadającej o młodym człowieku, który ucieka od przeznaczenia i odpowiedzialności, wyrzeka się tego, w co profesor Gopnik wierzy, choć nie ma ku temu żadnych przesłanek. To adaptacja cudzego dzieła, ale wpisuje się w krąg zainteresowań twórców „Fargo”, zmusi ich jednak do kolejnego zwrotu formalnego. Niekonwencjonalny tryptyk z lat 2007-09 warto jednak zapamiętać jako przykład tego, jak narracyjnie poradzić sobie z tym, co wymyka się zdroworozsądkowemu pojmowaniu. Czasem warto to pozostawić w stanie zawieszenia.

Opowiadania Schlinka

Siedem lat temu, urzeczona „Lektorem”, sięgnęłam po wydany niewiele później zbiór opowiadań Berharda Schlinka. W wersji Wydawnictwa Poznańskiego i przekładzie Ryszarda Wojakowskiego nosił on tytuł „Miłosne ucieczki”. Natomiast w wersji Muzy i tłumaczeniu Marty Szafrańskiej-Brandt nazywa się „Coraz dalej od miłości”. Nie pamiętałam tytułu, mój egzemplarz leżał upchnięty w drugim rzędzie, więc nie skojarzyłam, że chodzi o ten sam tom. Aż tu nagle wszystko mi się przypomniało dzięki pierwszemu z opowiadań, „Dziewczyna z jaszczurką”, potem odszukałam całą książkę, no i już wiem, że chodzi o inną jej edycję.
Co jest znakomitą okazją, by ten zbiór, a zwłaszcza utwór otwierający całość polecić, bo – może z wyjątkiem dość wydumanego konceptu, na którym opiera się „Groszek cukrowy” – zawiera on perełki. Budowane w zasadzie tak samo – coś się w życiu bohaterów rozstrzyga, dochodzi do momentu kulminacyjnego, po którym spodziewalibyśmy się szczęśliwego rozwiązania, a tu nagle autor skręca w zupełnie inną ścieżkę. Drogowskazem dla niej jest jednak tytuł.
To przykład tomu konceptualnego, w którym fabuły podporządkowane są konstrukcji, a nie tematowi, choć oczywiście tematem opowiadań jest miłość (do kobiety, ale także syna czy obrazu). Lecz właśnie takie przemyślane książki dowodzą, że czasem temat to za mało, żeby mówić o zbiorze. I jeszcze opowiadań jest w sam raz (siedem), gdyby bowiem było ich więcej to ta dyskretna zabawa z formą stałaby się nużąca. Polecam zatem – i na wzór, i dla pierwszego opowiadania, które chętnie dodałabym do swojej złotej listy najpiękniejszych.