Strzelanki w podświadomości

Film „Incepcja” Christophera Nolana trwa ponad dwie godziny. Z czego niestety niewiele obejmują te efektowne sceny, które widać na trailerze: składające się na pół miasto albo miasto sypiące się jak domek z kart i inne komputerowe sztuczki z architekturą. Nie bardzo spełnia się też obietnica zawarta w imieniu jednej z bohaterek, Ariadna, zatrudnionej do ekipy wędrującej po podświadomości po tym, jak zaprojektowała trudny do przejścia labirynt. Czekałam, kiedy odtworzy go we śnie, ale się nie doczekałam. Zrekompenowała mi to jednak przecudna sekwencja przygotowywania grupy „inceptorów” do zrywu ze snu w warunkach grawitacji i pomysłowe upakowanie ich razem, by ważyli nieco więcej.

Takich właśnie kwiatków oczekiwałam, ale może nie w zamian, lecz chyba na zasadzie waty zastępującej brak pomysłów na stworzenie zagrożenia i poczucia, iż bohaterowie mają niewiele czasu, otrzymałam kilka scen szalonych pościgów i strzelanki. Co oznacza, że świadomość  twórców filmu wypełniają gry komputerowe.  Szkoda, bo przecież sen dostarcza tyle ciekawych podpowiedzi, czego można się bać  i dlaczego chce się przyspieszyć wyjście z labiryntu własnego umysłu. Czyli się obudzić.

Trochę tych obrazów zostaje w pamięci, z reszty, z tej waty, łatwo można się  otrzepać i wolne miejsce wypełnić własnymi wyobrażeniami. Bo przecież nie dywagacjami na temat tego, czy życie jest snem.

Podróż dookoła mojego pokoju

A właściwie: mojej sypialni (Voyage autor de ma chambre). Taki tytuł nosiła książka Xaviera de Maistre, o której w swojej z kolei książce „Sztuka podróżowania” wspomina Alain de Botton. Dodając, że francuski podróżnik nie ujechał w swojej wyprawie zbyt daleko, zatrzymawszy się gdzieś w okolicy sofy czy tam szafki nocnej.  Sam Botton nawet nie próbował posunąć się dalej, gdyż jego sypialnia jest za mała. Ale sam pomysł, zainspirowany przez pascalowską z kolei myśl o tym, iż nieszczęścia człowieka biorą się stąd, iż nie potrafi wytrzymać sam ze sobą w pokoju, sympatyczny. Jeśli się go potraktuje jako alternatywę do wiecznego miotania się w poszukiwaniu czegoś z zewnątrz, co nas wybawi od samych siebie.

De Botton przypomina banalną skądinąd myśl, że gdziekolwiek się ruszamy i tak zabieramy tam siebie, więc jeśli uznać za cel wyzwolenie się od trosk czy przywar, to może warto pokusić się o chwilę skupienia i rozmowy ze sobą we własnym łóżku. Wyjdzie taniej.  A jeśli już musimy gdzieś wyjść, to może zróbmy sobie spacer po własnej dzielnicy i spróbujmy popatrzeć na nią tak, jakbyśmy odwiedzali ją po raz pierwszy. Tu przypomniała mi się rada, jakiej młodszy z rabinów udzielił profesorowi Gopnikowi w najnowszym filmie „Braci Coen”: żeby spróbował spojrzeć inaczej na niby doskonale znany sobie parking.  Pewno to bardziej inspirujące niż spojrzenie na poduszkę czy lampkę nocną, ale chodzi tylko o mechanizm. O wydobycie czegoś innego z tego, co oswojone do tego stopnia, że aż przezroczyste.

Jakub Lepiorz

Rocznik 1985. Ukończony kierunek: dziennikarstwo i komunikacja społeczna, co nie oznacza wcale jego sprawności w komunikowaniu ze społeczeństwem. Od niedawna współpracownik studenckiego magazynu “Ferwa”. W wolnych chwilach pisze dziwne opowiadania , dla wyrzucenia z głowy tego, co się w niej nie mieści. Słowo pisane okazuje się być o wiele bardziej pojemne. Uzależniony od książek i czekolady.

Jakub Lepiorz: Światło

– Dorosłam tu, dojrzałam… dojrzałam jakoś tak nie wiem, od środka, wewnętrznie…– tak mówi teraz do milionów wlepionych oczu w ekrany, co żują telewizyjną gumę do żucia dla oczu każdego niedzielnego wieczora. Od telewizora idą kolorowe rozbłyski na blade, spracowane pyski, prosto pod opadające od zmęczenia, popuchnięte od pracy powieki wciskają się figurne panie i fikuśni panowie. Fiku miku, jakże uroczo i niepostrzeżenie się wciskają. Jak lewatywa, bez mydła, tam gdzie trzeba, prosto przed oczy nasze, przyodziani w pantofle i tiule, koronki i postronki, porwani na części pierwsze i drugie i trzecie przez objęcia rytmu, wirujący seks przed 23, dzieci też na to patrzą, no przecież się nie domyślają jeszcze, co między nimi wiruje i dobrze, niech widzą tylko to piękno, tą sztukę kochania, ars amandi na parkiecie miłe dzieci, skażone w nadfiolecie pod czerwonymi stringami.

W każdym razie dorosła właśnie tutaj i teraz w takiej atmosferze, dojrzała…tak mówi  kobieta dojrzała już zupełnie, licząc na to, że inni tego nie dojrzą, a nawet jeśli dojrzą, to mogą się przeliczyć, licząc na jej porażkę i licząc jej kolejne wiosny. Kolejne wiosny niezmywalnymi koleinami przejechały się bowiem po jej ciele, ale od czego są kolejne zimy, spędzane w malutkich przytulnych jednoosobowych izolatkach-klatkach, gdzie się zapomina o latkach i żegna niezbyt czule z żółcią plików nowych polskich dwusetek. Zorganizowała to wszystko dobrze, w swoim życiu chce mieć same wesela, wyklucza opcję pogrzeb. Pogrzebała trochę we flakach, przemieściła tłuszczowe priorytety i już stanęła do boju w tej nowej konkurencji, tańczy teraz, teraz wszyscy tańczą, śpiewają, publicznie tresują własne niedowłady mięśniowo-umysłowe, to co? Ona niby gorsza? Cyborg na posyłki XXI wieku nie mógł być gorszy, cyborg musiał wziąć udział w wyścigu, dzisiaj tacy ludzie jak ona nie mają czasu na urlopy; urlopy automatycznie wciskają w ich życiu przycisk CANCEL, kasują ich pracowicie wypracowane nicnierobienie medialne, same bycie medialne po prostu. No chyba, że na tych urlopach się przebiera w chłopach jak w ulęgałkach, chyba, że się ulega ich urokom nazbyt często niezbyt kuszącym aczkolwiek trzeba, trzeba. No żyć trzeba.

– Czuję się zupełnie inaczej, niż się przedtem czułam, to jest nie do opisania zupełnie to uczucie, każdemu życzę takiej przygody, moje życie ulega właśnie cudownej przemianie .. – gada jak najęta, jak wynajęta, telewidzom do mętnych mózgów, zszarzałych jak szynka za komuny, do tych, co się nigdy tak nie poczują, gdzież by tam im telewizja dała taką możliwość, chyba tylko po to, żeby się trochę pośmiać z kontrastu między ich przeszłością a cudownym odwróceniem kolei losu, na chwilę, na taki powiedzmy 25 minutowy program – przerywka obyczajowo-społeczna pomiędzy reklamami. Teraz, o proszę, pokazują krótki materiał filmowy, jak to ona (Ona, ona, nie jacyś tam szarzy spawacze z pianą z piwa w ust kącikach) prawdziwie się poci, kiedy sztucznie się uśmiecha wywijając bolesne kozły przed lustrem ze szkła i lustrem z młodszego pokolenia. Odbija się w tym pierwszym, jak odbija jej na punkcie tego drugiego; nie, nie tego kamera nie pokazała, dobrze, bo akurat nie chciała, krwiożercza bestia bez imienia, skrupułów i czasu. Od czasu wakacji w 74-tym nie pokazuje, jak jej zależy, wtedy nie wiedziała, pokazała i zabolało przed publicznością z całej koloni, przed wychowawcami płci obojga i nawet przed rolnikiem, który akurat nawiózł im świeżego siana do gier i zabaw pomiędzy szarością namiotów. W szarości namiotów ją zwiodło własne serce (gorące jeszcze wtedy), każąc sprostać zadaniu dwuosobowemu, jednak zawiodło przy wyjściu z progu, przed niecierpliwym wejściem do jej wnętrza zawyła wewnętrzna syrena i ona wyjąc jak syrena wybiegła z chrzęstem polowym sprężyn na poranną śniadaniową zbiórkę, wprost z męskich chudych, spoconych ramion na bezlitosne słońce, podświetlające niczym aureolę jej wzburzone kołtuny i zaślinione policzki. Rozpiętością bluzki i wygnieceniem spódniczki wypełniła ciszą jak dzwon tak przedtem gwarne półkole z twarzy rozmaitych, pyzatych, wychudłych, bladych i spalonych, teraz jednak spojonym jak klamrą zaskoczeniem dziecięcym, ukrywanym nieumiejętnie, a raczej umiejętnie nieukrywanym. Spłonęła wtedy po raz pierwszy i ostatni doszczętnie od słońca i wewnętrznego ognia, co się okazał wrogiem jej samej. Stała tam tak, sama już pewnie dzisiaj nie pamięta jak długo, słońce na wskroś odsłaniało po kolei, sumiennie jak nigdy, jej wszystkie chcenia, poskręcane z brudu myśli, nieprzyzwoite ruchy i zupełnie niedziecięcy rumieniec. Naturalny reflektor reflektował na jej upokorzenie, wyłażąc akurat na środek nieba i na sam środek sceny ją wynosząc, roznosząc po wszystkim widzach sprawiedliwie refleksje świetlne z jej łez, w których sam diabeł się wtedy przeglądał; sam diabeł, co ją pokusił do tego czynu, do serca na dłoni i dłoni tego jedynego na jej sercu, a najpierw na piersiach, bo od razu do serca się jej wybranek nie dokopał, choć jego ręce pracowite były a czoło wysiłkiem zroszone perliście. Spłynęła w tym słońcu kaskadami swojego wstydu mokrymi, płonąć i tonąc w tym samym momencie, nie wiedząc już, jak jej imię brzmi i jak imię wyjątkowego tym bardziej, tym bardziej że właśnie przed chwilą okazał się taki jak wszyscy inni i doprowadził do takiej sytuacji, że ona (właśnie Ona) stała się na ponad tydzień pośmiewiskiem wszystkich, od najmłodszych (nie rozumiejących do końca, skąd ona taka gorąca) po najstarszych; nawet u opiekuna jej ulubionego Igora, o tyle przecież starszego i tak przystojnego dostrzegła nie raz, nie dwa, jakby taką drwinę minimalną pomiędzy nosem a górną wargą, drgania znaczące skóry czoła na jej widok samotny z książką pod drzewem iglastym. Odtąd siadała już tylko tyłem do nich wszystkim, przodem wystawiona ku własnym marzeniom, przyszłym lśnieniom własnej wielkości i wyjątkowości jedynej; tak, tak było o wiele lepiej myśleć, o wiele łatwiej przetrwać przezwiska chłopców (puszczaaaaaalska, wskoczyła mi do łóżka, mięciutka jak poduuuuszka) i chichoty dziewcząt, które podczas wspólnej kąpieli przy miednicy z wodą rozprawiały piskliwie o jej miednicy ciekawskiej, co chciała koniecznie poznać smak drugiej płci, ale nie wiedziała, że zamówiła z przystawką także drugie, główne danie wieczoru, do którego konsumpcji dąży każdy męski, 15-letni koneser. Nigdy więcej nie było takich sytuacji, żeby ona stała się łakomym kąskiem i nigdy więcej nie było takich słońc, raczej już potrafiła sama świecić własnym blaskiem nawet w cienistych pomieszczeniach, raczej już nigdy nie pokazywała, że czegoś chce i nie dostaje przed okrutną publicznością. Świeciła własnym światłem, nie chciała niczego, to raczej od niej już zawsze chciano.

Teraz ona nie myśli o takich zamierzchłych czasach; kiedy to było, oj kiedy, kiedy, dzisiaj 2010 rok i jej posuwisty, pewny siebie krok, nie jeszcze nie – zaraz ruszy do finalnego boju, zaraz zatańczy, fiksuje cała na niby za kurtynką, ciężką od potu i łez poprzedników, cała przyklejona dzięki błogosławionej konwencji do jakże przyciągającego ramienia partnera, biały podkoszulek uwydatnia jego niepodobieństwo do niczego, czego by się spodziewała u swojego męża, czego może by i się doszukała, gdyby tylko była chirurgiem z prężnie działającym ssakiem na tłuszcz, liposukcją chodzącą ze zbiornikiem bez dna. DNA by swoje chętniej oddała temu tutaj obok, tancerzowi jak się patrzy (jak się patrzy, to aż oczu nie można oderwać) młoda krew, młoda krew, aż się gotuje jej stara krew, to natury zew czy ostatni dzwonek, kto to ma wiedzieć, jeśli nie genialni prowadzący – on i ona cali w błonach nieprzejrzystych żartów i gagów właśnie zapowiadają występ.

Mąż ukryty w bezpiecznym mroku widowni obgryza pazury, flak bury, jakby się wsłuchała usłyszałaby chrupanie i gruchotanie jego pozostałości po chitynowych płytkach przodków, jak ze świstem tną powietrze, przynajmniej tyle sobie mąż potnie, nie musi tak zaraz podcinać żył patrząc, jak jego kiedyś wyśniona teraz śni swój sen na jawie z młodszym o 20 lat i 20 kilogramów don żuanem w rozpiętej po pas koszuli. W jego szczupły pas się tuli, luli luli laj, graj im orkiestro graj a ty im kobieto medialna, daj! Daj popalić konkurencji, pokaż jak się tyłkiem kręci, jak celullit znika z ud, taki cud!

Patrzaj, mężu! Łupnęła łuna gęstego, mlecznego światła prosto na jej upudrowaną i umalowaną część twarzową, łupnęły trąbki i flety, gorąca melodia samby podgrzała parkiet do konsystencji zupy. W tej zupie brnie teraz po kostki i już uwolnić się nie zdoła. Błyska wybielanymi niedawno zębami jak wampirzyca. Mąż zerka jakby od niechcenia, jednak widzi, że ona uwolnić się wcale nie chce, że ona te dwie minuty z tym żółtodziobem nieopierzonym rozciągnęła by na dwie dekady a może i więcej; mąż nie chce tego widzieć, bo to jest coś, czego nie kontroluje swoimi pieniędzmi, mężowe pieniądze nie pozwalają mu jeszcze odsysać takich ilości starości ze steranych kości, młodszym już nie będzie, chociaż co środę gra w tenisa i wylewa hektolitry żółtego potu za idealnie białą koszulę ze znanym, łukowatym znaczkiem. Młodszym już nawet być nie wypada, nie na jego stanowisku.

Przy tej tanecznej, znakomitej okazji mąż rozważać zaczyna paradoksy życia swojego i chyba nawet życia ogólnie. Oni wywijają botafogosy mu przed nosem i przed nosem ten młody, ten… nie będzie się mąż wyrażał, sprzed nosa zabiera mu żonę, choć to on harował całe życie, żeby się mogła stroić w drogocenne piórka, to on zamieniał noce biurowe na noce domowe, ciepłą miękkość domowej pościeli na skórzastą i zimną napiętość materii pikowaną kanapy w gabinecie, żeby jej było lepiej na tym świecie; on znosił humory i nie raz za okno wyrzucił honory, kiedy mu przyszło kajać się przed jej ojcem, uznawać jego słowo za jedyne właściwe, żeby rodzina zgodną była i szczęśliwą.. To on! Całe życie mu przelatuje przed oczami (tamci trzeci raz okrążają salę prezentując całkiem naturalnie wyćwiczony baunsing bioder), był przecież taki sam ja ten tutaj, nawet szczuplejszy, z żebrami bardziej na wierzchu i nie nosił trzewiczków na obcasach takich, ale tak samo go pożerano wzrokiem jak tego tutaj dzisiaj pożerają stare matrony a również młode siksy, tak samo chodził z głową podniesioną do góry, wyginając plecy w łuk, z pośladkami spiętymi zszywaczem pewności siebie, świadomy atrakcyjności opakowania ze swego ciała, co mu matka natura dała; wtedy go ona właśnie pokochała…Bez kasy nawet! Bez grosza przy duszy, za to z marzeniami naokoło duszy, podtrzymującymi całą duszę, nierealnymi na tamte realia, z firmą całą w głowie rozpracowaną aż po najmniejszy szczegół, po dress-code sprzątaczek i zabawne hasła na firmowych długopisach; tak jej o tym wszystkim opowiadał z pasją i ogniem i mieczem, że uwierzyła może trochę, w każdym razie została przy nim, bo przystojnym był, a ona miała nie lada wygórowane ambicje, wiele wymyśliła sobie wtedy na obozie, siedząc pod tym drzewem, patrząc odważnie prosto w słońce i wszystko z tego miała zamiar krok po kroku zrealizować. Przystojny i obrotny życiowo mąż był punktem numer dwa w jej chytrym planie na wygodne bytowanie, zaraz po prestiżowej uczelni, której ukończenie miało zadać kłam wszelkim plotkom o jej płytkości i oddawaniu się jedynie cielesnym, namiotowym przyjemnościom. Męża zrealizowała więc trochę w ciemno, bo bez grosza przy duszy pięknisiem był, aczkolwiek intuicja jej nie zawiodła; zawiodła go do ołtarza, by już po roku stać się panią prezesową prężnej firemki produkującej piaskowe foremki w kształcie tak niespotykanym, że aż rozchwytywanym w skali kraju a w przyszłości być może nawet Europy. Nie był taki, jak inne chłopy.

- Nie jestem i nie byłem jak inne chłopy – myśli mąż a refleksje własne przysłaniają mu gorszące sceny z parkietu i bardzo dobrze, bo właśnie jedna z części sukienki, co i tak zakrywała o wiele za mało, odleciała z furkotem w ciemną nicość pozaparkietową, by odsłonić jeszcze więcej jego żony przed ciekawskimi oczami całego kraju (ciekawe jak jej zatuszowali ten cellulit, na pewno ma już TAM cellulit). Nie jestem taki, bo chciałem jej cały świat do stóp darować a inni chcieli raczej całego świata u swoich stóp; opasłe rekiny finansjery, z jakimi się stykał, rzadko wspominały o własnych żonach, traktowane były one raczej jak oddychające marionetki na nadętych przyjęciach, damskie ozdoby przy męskim ramieniu, coś, jak złoty zegarek, ale bez potrzeby wymiany baterii, samowystarczalny gadżet do rodzenia dzieci i robienia.. dobrego wrażenia. Rekiny finansjery nie miały żon o imionach, miały małżonki; słowo „małżonka” kojarzyło się mu z małymi małżami czy też małżowinami usznymi w najlepszym wypadku, z bezosobowymi tworami pełzającymi gdzieś na marginesie prawdziwego, męskiego życia. On był więc rekinem nietypowym, bo nie zapomniał, jak się jego żona nazywa, nie zapominał nawet o jej urodzinach, urodzinach dzieci, rocznicach ich pierwszego spojrzenia w oczy i pierwszego pocałunku. Innym rekinom się nie przyznawał, nie chciał odstawać zbytnio, przystając w pędzie życia zbyt długo przy żonie, nie chciał sprawiać wrażenia staromodnego pryka, który wypadnie z gry przy pierwszej możliwej okazji, bo akurat kupował żonie tulipany w maleńkiej kwiaciarni na rogu. Tulipany więc kupował i rekinom nic do tego, a ona brała i się uśmiechała, urozmaicał jej trochę tymi kwiecistymi zabiegami cały skrupulatny plan, aż takiego chłopa nie planowała mieć, wystarczały jej jego konta rozliczne a na nich sumy magiczne, no ale jak już taki był, to brała, co miała nie brać. Głupia nie była przecież.

Głupia nie była, ale teraz trochę głupiała, przyznać to musiała przed samą sobą, siebie się nie oszuka, że się serca w gardle szuka a teraz trochę musiała poszukać. Te wszystkie dźwięki wwiercające się do głowy, do najgłębszych warstw mózgu, sprawiły, że w jej głowie też te wszystkie kolorowe światła zaczęły świecić, zapaliła się też największa, czerwona lampka z napisem ALARM KRYTYCZNY; krytycznym okiem nie umiała bowiem od minut dwóch spoglądać na swojego męskiego partnera, zupełnie bezkrytycznie wyszarpnął ją, małą dziewczynkę oślepioną słońcem z kobiecego planu na nieskazitelne życie; zabolało jakby na początku, to coś jak poród, trzeba się przebić przez latami narosłą błonę, ona nie chce tak łatwo puścić, dobrze jej było na niej i dookoła, była taka rozpieszczana i dokarmiana luksusowo; nie wiadomo dokładnie kiedy to się stało, ale zaczęło się od rąk, za ręce ją wyciągnął z harmonogramu ruchów i spojrzeń, a ona, przyzwyczajona, że w tańcu to on prowadzi, przyzwyczajona powierzać się w ręce profesjonalistów, nie stawiała oporu; zapatrzała się tylko jakoś w to wszystko naokoło niewidzącym spojrzeniem, szukając spotkanie z jego oczami, rękami wywijając w powietrze, głodnymi jego rąk. To wszystko ramach tańca, to wszystko w ramach figur, bezpieczne, estetyczne i piękne; takie już gotowe do opakowania i sprzedaży w medialnej skorupce, opatrzone gotowymi nagłówkami w szmatławcach, zaszytymi gdzieś pomiędzy nimi; więc ona tutaj, przy okazji zapatrzała się na niego całkiem nie medialnie i bynajmniej nie prowokując kolejny skandal – normalnie tak z wewnętrznego głosu i przymusu, nie z parcia na szkło tylko na jego oczy. Jak dawno już tak nie czuła, aż musiała rozprostować pozaginane gdzieś w głębi czaszki prawdziwe i szczere odczucia, aż chrupnęło siarczyście i soczyście; ciurkiem zaczęły się sączyć po niej, jakoś tak od mostka ciążyły ku ziemi, pełzły po jej zabalsamowanej skórze jak stado mrówek-samobójczyń. Samobójczo nie powstrzymywała ich, ponieważ fala ta wzbierała na sile z każdym jej oddechem i każdym jego oddechem w jej stronę, a oddychali szybciej i częściej, jak to w męczącej sambie, pośród kołysań bioder, wyrzutów ramion i wyrzutów sumienia – tak, właśnie się pojawiły! Tego też nie czuła tak dawno – ta mumia ze sztucznym sercem – musiała przypomnieć sobie powoli (w tym pędzie szalonym i dzikim), jak na nie reagować, nawet nie zdążyła sobie uświadomić, co właśnie poczuła (że chce, że chce!) a już musiała za to pokutować tymi wyrzutami.

A mąż na to wszystko: niemożliwe. Nie, nie, on by nie uwierzył, że ją coś obudziło ze snu, siedzi teraz nadal będąc wielkim nieobecnym tego szaleństwa. Widzi i nie widzi, co z jego żoną się dzieje. Jego wybranka lat młodości odlatuje na oczach milionów. Nie, on tego teraz nie widzi, bo właśnie przykuło jego uwagę coś zupełnie odmiennego od tej tam, do której już tak długo jest przyzwyczajony, że się czasem zastanawia, czy istniało cokolwiek w jego życiu zanim ją poznał; oto teraz urzekła go postać przed nim siedząca, której zupełnie niespotykany wcześniej przez niego profil tak cudownie ogranicza mu właśnie pole widzenia. Nie widzi na razie nic poza czarnym obrysem, mrocznym konturem, ale wystarczy mu to, żeby się oderwać po raz kolejny od cierpkiej rzeczywistości, wywijającej żony – tym razem nie ucieka w rozmyślania o przeszłości, tym razem zostaje pochłonięty przez zupełne tu i teraz. Tu i teraz z przechyloną lekko ku dołowi głową z uwagą śledzi ruchy tamtej pary. Tamta para właśnie skończyła wraz z ostatnim taktem wybębnionym przez orkiestrę. Podbiegają żwawo w stronę stolika jury; tuż za stolikiem siedzi piękny kontur twarzy, tuż za konturem znajduje się mąż. Kontur wpatrzony w parę z nietypową intensywnością, bardziej chyba w jej część męską, mąż pojmuje po chwili tą konfigurację, ale jest już za późno, żeby przestać się wpatrywać i doszukiwać coraz trafniejszych określeń tego cudownego kształtu nosa, tych ust rozchylonych bezradnie (budzi się w mężu ratownik medyczny, taki specjalnie do ust rozchylonych szkolony). Jury wydaje swoje wyroki, a kontur przysuwa się coraz mocniej do nich, jakby chciał ich przeniknąć i tam na parkiecie się znaleźć, mąż z trudem powstrzymuje swoje ręce, które by przytrzymały tą twarz, bliżej jego twarzy, tak mu się marzy… Jury już kończy, gdy mąż w napięciu jak struna drga wewnętrznie najpiękniejsze melodie swojej młodości. Prezenter jak zawsze dowcipny, zapowiada przerwę na reklamę, która okazuje się wcale nie być żartem, nie, już tancerze mogą zejść ze sceny, co ochoczo robią, w podskokach niemal żona jego, tancerka nie wyżyta, biegnie za kulisy; zrywa się piękna twarz mężowi z pola widzenia, także biegnie za nimi, więc mąż też nie ma wyjścia, dawno się już tak nie poderwał, zaskoczone mięśnie i ścięgna aż skrzypnęły w swoich posadach. Biegnie, wnikając pomiędzy mroczny, ciasny tłumek pachnący drogimi zapachami.

Nawet nie usłyszała opinii jury, nawet nie zobaczyła, kiedy zaświecili więcej świateł i na nią skierowali – snop światła tym razem ją ominął, zobaczyła zbyt wiele światła w tych młodych oczach, które choć patrzały w inną stronę, wciąż ją trzymały w objęciach, trzymały ją w potrzasku. Ramię faliste od mięśni drgało tuż przy jej ramieniu w oczekiwaniu na werdykt jury, ona już tylko w oczekiwaniu na zejście ze sceny. Sekundy porozciągały się nieznośnie, gdy tkwili tam niepotrzebnie zupełnie, ktoś jej powiedział na wizji, że rozmazany makijaż, nie zrozumiała, dlaczego powinno być to dla niej istotne, ten ktoś także nie zrozumiał jej niezrozumienia, przykrywając je niezręcznym śmiechem, który brzmiał jak krótki kaszel. Tylko prezenter wymówił słowo reklama, tak to było to, na co czekała; ciach i polecieli sprintem ze sceny jak kukiełki z papieru gnane podmuchem sprężonego powietrza; ciach i nagle byli zupełnie za kulisami, za tą ciężką kotarą, w której krew, pot i łzy. Teraz oni w tą kotarę zamotani, on zdecydowanie bardziej zamotany, bo ona nad nim rozpostarła swe uroki niemłode – nie przypuszczał, że aż tak zadziała kilka uśmiechów, kilka minut wytańczonych, ale w sumie może i dobrze – kalkuluje szybko i ekonomicznie, jak go na uczelni wyuczyli, to się opłaci – ten wysiłek przyniesie zysk; czy ten pan i pani są w sobie zakochani? Nie, ale ta pani tego pana chce, a ten pan chce poznać panie i panów, których zna ta pani i na ich plecach wspiąć się o wiele wyżej, niż teraz jest. Więc ten młody pan, który istotnie miał za jakiś czas stać się właśnie młodym panem, panem młodym – teraz szykuje się do awansu innego typu, inną ścieżką, składając usta w dzióbek dotyka wstępnie swoich marzeń – jej usta nawet nie są takie złe, nawet, nawet, nie jest to wszystko takie złe, nie wiadomo czego tak się obawiał w tej jednej tysięcznej sekundy, gdy się wahał; dziecinne obawy, infantylne podejście, do normalnych, życiowych spraw. Mroki kurtyny pomagają jej nie pamiętać, ile ma lat, ile ma za sobą dat i wyrwanych kartek z kalendarza. Zwariowała tutaj sobie po cichu, dyskretnie, w programie o oglądalności liczonej w milionach, ciekawe, czy ktoś zauważył, czy którekolwiek z kilku milionów oczu widzów wychwyciło w jej oczach błysk szaleństwa. Zwariowała, nogi i ręce są nie jej, głowa jest nie jej no i przede wszystkim usta, one to już sobie zdecydowanie pozwalają na wszystko, co chcą – całują się z tym młodym tancerzem, którego zna trzeci tydzień…

Mąż myśli: jak ta twarz dobrze biega. Mąż nie biega już tak dobrze, kiedy gra w tenisa, nie musi tyle biec w jednym kawałku, robi sobie krótkie biegi i długie odpoczynki. W końcu twarz mu znika za jakimś materiałem.

Twarz: Gdzie on jest, musze mu powiedzieć, pokazać, wziąć jego rękę przytknąć do… Co to ma znaczyć, co to za kobieta?! Mówi jej się to, choć myślała, że tylko to pomyślała:  o to do cholery ma być!! Co tobie się wydaje, że co!! Ty gnoju ty, gnoju jeden…ty !!!!!!

Światłolubna na to: wtargnęła tam jakaś młoda w ciąży z brzuchem jak piłka lekarska, zatrzymała ruchy jego warg na jej wargach, jak ona śmie, wrzeszczy coś jak opętana, o gnoju, co ze wsi przyjechała – nie odbierajcie mi go!! Nie teraz, kiedy mnie otworzył! No gdzie on biegnie za nią, co to ma być! To dla niej miał być prezent, znowu jej zabierają, jak wtedy na obozie, znowu nie tak się miało skończyć, i co to znowu to światło tak oślepia… no jasne, znowu on, cielak jeden, co on tu robi, mąż niezawodny, w każdej sytuacji z nią uczestniczyć chce, czy co! I co on tak patrzy z jakimś smutkiem, jakby nie wcale za nią tu przybiegł?

Rozbłysły światła, nikt nie zauważył, że właśnie jej przed chwilą zależało; tym razem było zupełnie inaczej, tym razem to nie ona uciekła. Tym razem się zupełnie nie liczy, bo ona przecież od początku liczyła się z porażką, ona się w ogóle nie zaangażowała tak, jakby mogła, gdyby chciała, phi, to wszystkie nieważna błahostka, którą trzeba zmiąć w ręce jak ja kartkę i schować do kieszeni, bo znów za ciężką kurtyną bije jej dzwon i bije jej po oczach reflektor, gdzieś w żołądku jeszcze bije (z rozmachu) jej obudzone serce. Ale jednak coraz wolniej, spokojniej, wszystko wraca na swoje miejsce. The show must go on, gdzie jesteś mężu, o jesteś, rozchmurz się, co ci jest, podprowadź mnie na scenę. Na MOJĄ scenę.

Historie cmentarne

Duża wieś, gdzie od lat spędzam urlop, liczy w tej chwili ok. 1700 mieszkańców.  Znajdują się w niej dwa cmentarze.

 Jeden stary i od dawna… martwy. Tubylcy twierdzą, że to nekropolia żydowska,  ale napisy na niszczejących nagrobkach są po niemiecku nie po hebrajsku, a nielicznych symboli, jakie zachowały się na płytach, też raczej nie przypominają tych, które można znaleźć na kirkutach. Wydaje mi się więc, że Peter, Hilde czy Hermann byli przodkami  dawnych miejscowych, czyli Niemców. Lepiej od nagrobków zachowały się ich domy, przejęte przez przesiedleńców. Oczywiście wyremontowano je, ale  nie usunięto dat rytych na frontach: 1924, 1929, 1931. Być może rzekoma żydowskość cmentarza to taki eufemizm, mający na celu zatarcie śladu po, było nie było, wysiedlonych. Nie zakonserwowano też śladów po osadnictwie słowiańskim, lecz w opisie dziejów miejscowości, dumnie podkreśla się, w którym miejscu stał spalony później gród.

Piszę „też nie zakonserwowano”, bo stare miejsce pochówku zostało już prawie pożarte przez wzgórze, a historie  tamtych Hild i Peterów wessał w siebie las.

Na nowym cmentarzu jest kilkaset grobów. Sporo rodzinnych, więc pewno przy dokładnym policzeniu wyszłoby na to, że liczba zmarłych mieszkańców zbliża się do liczby żywych. Najwcześniejsze groby pochodzą z lat. 40, spoczywają w nich ci, którzy zginęli w czasie wojny. Groby, także te symboliczne, upamiętniające ofiary zsyłki na Syberię, są zadbane, czyli opiekują się nimi krewni. Nazwiska tych krewnych po części znam z szyldów sklepów czy pensjonatów, z rozmów z moimi stałymi gospodarzami i ich sąsiadami. Stąd też wiem, co było przyczyną wielu przedwczesnych śmierci.

Na kilku nagrobkach widnieje napis „zginął tragicznie”. Co oznacza, że zabrało go  —to głównie młodzi mężczyźni — jezioro. Jedno z najczystszych w Polsce, bo najgłębszych. Ale za największą tragedię, której ofiarami zostali dwaj bracia, jedenasto i dwunastolatek, woda nie odpowiada. Sygnalizuje to data ich śmierci: 7 listopada. Chłopcy się zaczadzili, dowiedziałam się, bo zapytałam. Przy okazji usłyszałam, że ich siostra, nieco młodsza, przez ten tragiczny wypadek stała się inna. „Inaczej się zachowywała, inaczej ubierała, tak jest do dziś”. Tak czy siak, nie oszalała, pracuje w miejscowym urzędzie gminy, wyróżnia się tylko introwertyzmem, co bywa wystarczającym powodem do alienacji w niewielkiej społeczności. Gdzie była feralnego 7 listopada 29 lat temu? Nie wiadomo. I gdzie był dziadek chłopców ? Jego grób znalazłam 30 metrów dalej. Zmarł 3 grudnia tego samego roku.

Nie, nie spędziłam na tym cmentarzu dwóch tygodni, tylko w sumie jakieś trzy godziny. Tyle wystarczy, by natrafić na historię, która ma być może wymiar antyczny. W każdym razie nabiera go w wyobraźni niezbyt normalnej letniczki.

Krótko i treściwie

Siedem kobiet” to zbiór opowiadań Rebeccy Miller, który jakoś w lipcu ukaże się nakładem Muzy. Sięgnęłam po niego zachęcona lekturą powieści tej autorki— „Prawdziwe życie Pippy Lee”.  Lubię takie pisanie. Właściwie powinnam sprecyzować: lubię takie pisanie o kobietach. Emocjonalnie wyważone, podszyte ironią.  Mądre. „Prawdziwe życie…” zaintrygowało mnie z powodu zaskakującej fabuły, historii idealnej gospodyni domowej z burzliwą przeszłością. Kameralne opowieści przedstawione w  drugiej książce nie traktują o aż takich życiowych rewolucjach. Ta ich oszczędność, skupienie się Miller na życiu wewnętrznym bohaterek, mniej odwraca uwagę od jej stylu.  Od umiejętności nadzwyczajnego wręcz kondensowania treści w krótkich zdaniach. Dwa przykłady z otwierającej zbiór „Grety”. Pierwsze w tym utworze: „Greta Herskovitz spojrzała pewnego ranka na buty męża i  pojęła z przerażającą klarownością, że go opuści”. Któż by nie chciał wiedzieć dlaczego.  I z tego samego opowiadania, jedno jedyne zdanie opisujące macochę bohaterki: „Żylasta żona Avrama powitała Gretę i Lee dwoma kieliszkami szampana, trzyletnia Ania trzymała ją za nogę”. Czy potrzebne jest  dodawanie czegokolwiek, co by dookreślało relacje łączące główną bohaterkę z następczynią jej matki i przyrodnią siostrą?  Nie, bo zająć tu mają dokładnie tyle miejsca, ile zajmują w myślach Grety.  Natychmiast znikają ze sceny. Błysk,ciach i już, jakby za biurko służył stół montażowy.

Marcin Szylko

Ur. 1975. Mieszka w Jeleniej Górze. Do tej pory pisał wyłącznie do szuflady.

Marcin Szylko: Kolacja

Światło żarówki zalewa siedzących przy stole. Spływa po leniwych powiekach, kapie na kamienne policzki i zsuwa się cicho po wyblakłych ubraniach. Twarze pozostają nieruchome, jedynie żuchwy równomiernie mielą znajdujący się na talerzach posiłek. Światło niekiedy przygasa, ich twarze nigdy się nie rozjaśniają. Bo nie ma pieniędzy.
Jej ręce szybko wędrują od talerza do ust. I od ust w kierunku talerza. Wcześniej wyjmowały garnki z kredensu i obierały kartofle. Przestawiały też słoiki w piwnicy, ale tam zamiast podłogi jest gruba warstwa szlamu po powodzi. Nikt tego nie sprząta. Na remont i tak nie ma pieniędzy. Jej ręce znają wszystkie zakamarki tego domu. Chowają w nich różne przedmioty i z nich wyciągają w zależności od potrzeb. A kiedy nikt nie patrzy, zastanawia się, czy oni sobie poradzą, gdyby jej zabrakło.
Jego ręce są zniszczone i starsze niż nieruchoma twarz. Niektóre palce bardziej żółte od pozostałych, oprócz papierosów trzymają w ciągu dnia maszynkę do golenia, narzędzia, długopis oraz łyżkę. Czasem na chwilę wyjmują z kieszeni pieniądze, które już tam nie wracają, choć przez całe życie jego ręce starają się, aby pieniądze wędrowały w odwrotnym kierunku. Palce odliczają dziesiątki, dwudziestki oraz setki, przekazują je w zamian za prąd, gaz, wodę i mieszkanie. Kiedy nikt nie patrzy, zapalają kolejnego papierosa w oknie i próbują odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego inni mają lepiej.
Ręce dziewczyny, która jest ich córką, mają pomalowane paznokcie i skórki obgryzione niemal do krwi. Prawa wędruje od talerza do ust i z powrotem, lewa nie rozstaje się ani na moment z telefonem. W ciągu dnia wielokrotnie piszą te same słowa na urzędowym papierze i wkładają je do różnych kopert. Potem na poczcie odliczają dziesiątki na znaczki i żegnają koperty znikające w czerwonej skrzynce. Dopóki nie będzie pieniędzy, tak musi być dzień po dniu. Telefon milczy podczas posiłku. Ręce dziewczyny pozostają spokojne pomimo poobgryzanych skórek. A kiedy nikt nie patrzy w nocy, zapalają światło w łazience i długo trzymają lustro przed nieruchomymi oczami. Przesuwają lustro niżej wzdłuż ciała, czasem rozchylają brzegi nocnej koszuli, unoszą lekko obie piersi i zatrzymują lustro na kilka minut. Wtedy nie myślą o życiu, gdzie nie ma pieniędzy i zastanawiają się, czy oni sobie bez niej poradzą.
Jej usta milczą. On nie lubi wysłuchiwać skarg, a nic innego nie przychodzi jej do głowy. Gdyby przynosił do domu coraz mniej pieniędzy, na pewno jej usta zadałyby pytanie, potem następne. Lub gdyby przyniósł nagle znacznie więcej niż normalnie. A tak nie muszą pytać o nic. Lecz, kiedy nikt nie patrzy, jej usta wędrują wraz z ciałem do kuchni i odczytują szeptem jedyny list, jaki chowa w jednej z szafek pod ceratą. Czasem jej ręce wycierają wtedy powieki.
Jego usta napchane jedzeniem nie za bardzo wiedzą, co mogłyby powiedzieć. Gdyby jedzenie okazało się gorsze niż zwykle, może odezwałyby się, lub gdyby uznały, że jedzenie jest wyjątkowo dobre. Jedzenie jednak napotyka na wielkie trudności, aby po trzydziestu latach być wyjątkowe. Zresztą na wyjątkowe jedzenie po prostu nie ma pieniędzy. Jego usta mogłyby poskarżyć się, że nie ma jak naprawić dachu, uszkodzonego przez wichurę i że podczas burzy woda zalewa poddasze, ale milczą wytrwale, gdyż jej usta nie wspominają nic o powodziowym szlamie w piwnicy. Kiedy nikt nie widzi, jego usta zaciągają się kolejnym papierosem, a choć mają wtedy szansę, nie potrafią zebrać się na słowa.
Usta dziewczyny mówią nocą do lustra w łazience. Pozostawiają na nim modlitwy, od których jest im lżej. Mówią do szyby w oknie samotnego pokoju i do każdej wysyłanej koperty, mówią wszystko to, czego nie słychać od nich w czasie posiłku. Mogłyby wyrzucić z siebie jedno, drugie i trzecie, ale szkoda, bo jak oni sobie z tym poradzą. I tak nie ma pieniędzy. Kolacja nie jest od mówienia. Światło żarówki zalewa siedzących przy stole, przygasa jedynie, gdy pod lampą przelatują marzenia. Wspólna kolacja spaja i cementuje rodzinę cementową formą w cementowej kuchni.