Bezdomni i szczeniaki

Pewno nie raz tu utyskiwałam, że polscy wydawcy nie palą się do publikowania zbiorów opowiadań debiutujących autorów. Chlubnym wyjątkiem, jeśli chodzi o stawianie na ten gatunek, jest krakowskie wydawnictwo Amea, gdzie już za chwilę ukaże się debiut Marty  Szarejko. Jej opowieści o bezdomnych mieszczą się właściwie na pograniczu opowiadania i reportażu, autorka zaczerpnęła materiał z warszawskich ulic i schronisk, ale obrobiła i skomponowała te historie po swojemu. Co istotne – zachowując język swoich bohaterów, a więc pokazując ich tak blisko, jak to tylko możliwe. Czy raczej niemożliwe, bo niewiele osób ma odwagę złamać barierę wstrętu i uprzedzeń. Wbrew tytułowi „Nie ma o czym mówić” – jest o czym.

W większym stopniu o wyjątku można mówić w przypadku „Szczeniaków” Sylwii Siedleckiej. Książkę tę firmuje samo W.A.B, a ukazała się ona dosłownie parę dni temu, 18 sierpnia.  O czym mówię z tym większą radością, że Sylwia została dwa lata temu wyróżniona ogłoszonym przy festiwalu opowiadania, a jej konkursowe opowiadanie „Theo” znalazło się oczywiście w zbiorze, więc jest takim trochę naszym „dzieckiem”. Czego nie stwierdzam na chwałę warsztatów i tego, co uczestnicy z nich wynoszą, ale po prostu – fajnie jest wiedzieć, że się zaprzyjaźnionym talentom wiedzie i że dostają błogosławieństwo na formę wypowiedzi, która im najbardziej odpowiada. I z której to formy potrafią złożyć spójną, pełną charakteru całość, dowodzącą, że mamy do czynienia z osobowością.  Coś jest na rzeczy, że jedna powieść  o indywidualności zaświadcza mocniej niż jedno opowiadanie, ale już mając do czynienia ze zbiorem, możemy dojść do tego samego wniosku.

Nie próbuję się w tej chwili specjalnie zbliżyć do recenzji, bo pisałam o tej książce dwa razy w innych miejscach. Ale nie o tym, jak się  cieszę z tego, że ze „Szczeniaków” nie wyleciało opowiadanie „Meblościanka”, choć podobno odstaje swoim klimatem od reszty. Bo jest takie trochę meta narracyjne, sporo mówi o tym, jak kształtuje się ten rodzaj dziwnej wyobraźni, pokazuje ją „in statu nascendi”, zanim jeszcze wyda na świat potwory zaludniające inne opowiadania. Szczególnie lubię tez ostatnie zdanie tego opowiadania, które brzmi „Taka historia”  Jakby autorka chciała zaznaczyć: wiem, że to może nic takiego, niewiele tu można dodać, trochę mi wstyd, a zarazem jestem ciekawa, jak zareagujecie. Albo może jeszcze coś innego… Taki sygnał własnego niedosytu, a zarazem znak, że jeszcze ją usłyszymy.

Bohaterka naszych czasów

Słowo „obyczajówka”  od kilku tygodni kojarzy mi się z cyklem felietonów Michała Witkowskiego publikowanych w „Przekroju”. Jak sama, celnie dobrana nazwa wskazuje, poświęca je Michaśka dywagacjom o różnych zjawiskach, które składają się na naszą obyczajowość, a której znawcą bez wątpienia jest  – choć lubi się przechwalać, jak często go tu, w Polsce znaczy, nie ma. Ale zapewne to niebywanie pozwala mu osiągnąć niezbędny dystans do rodzimych śmiesznostek: częściowo wrodzonych  i dzielnie opierających się globalizacji, a częściowo nabytych na skutek tej ostatniej.

Cykl oczywiście fajny, „Przekrój” pod wodzą Katarzyny Janowskiej chyba najbardziej zbliżył się do tego pisma, w jakim zaczytywali się nasi dziadkowie i rodzice, a stała reprezentacja pisarzy w nim wyborowa, że wspomnę tylko o pozostałych felietonistach: Jerzym Pilchu (biorę w nawias to, że występuje on tu jako autor „Dziennika”) i Łukasz Orbitowski.  

Ale to właśnie o Michale i „Obyczajówce” pomyślałam, kiedy w jednym z babskich pism znalazłam taki oto uroczy kwiatek, którym zrazu chciałam się podzielić z kolegą, ale po namyśle doszłam do wniosku, że nie będę go ganiać po Edynburgach czy innych Izraelach, bez gwarancji, że mu się spodoba i  z jeszcze mniejszą gwarancją, że odda mi copy right na „wiekopomne” odkrycie.

Którego dokonałam w pewnym miesięczniku traktującym o modzie, urodzie i lajfstajlu (od razu zaznaczę, że nie chodzi tu o „Zwierciadło” ;) ). Miesięcznik ów, korzystający częściowo z materiałów amerykańskiego pisma-matki, zamieszcza zwyczajowo „Listę gości”, którzy współpracują przy jakichś. sesjach mody czy też robią materiały z gwiazdami (wywiadowcy są często gwiazdami w swojej branży, pisarzami nierzadko, co jednak niezbyt rzutuje na jakość materiałów, ale mniejsza o to). W rzeczonym numerze jednym z gości, czy też po genderowemu mówiąc – jedną z gościń,  była pani K.  Przy krótkim biogramie, kto zacz, zamieszczono jej parę ciepłych słów o gwieździe, z którą współpracowała przy sesji:  „M. to bardzo pozytywna, skromna osoba. Bez wahania poświęciła ładnego frencza na rzecz fioletoworóżowych  paznokci”. 

To już mniej więcej jasne, że pani K. to manikiurzystka i pedikiurzystka, właścicielka dwóch warszawskich salonów , do których chadzają gwiazdy, w tym sama Doda. I zapewne redaktorki pisma, które reklamując usługi pani K. zagwarantowały sobie wzorcowe frencze na rok, może nawet ze zniżką. Natomiast pozytywna i skromna gwiazda to młoda aktorka serialowa, która – powtórzę z rozkoszą – p o ś w i ę c i ł a kolor paznokci, żeby móc zaprezentować ciuchy m.in. Kenzo, Vivien Westwood, Burberry i Soni Rykiel, z którymi lepiej harmonizował odcień fioletoworóżowy.

Krótka wypowiedź, a tyle mówi o języku, hierarchii społecznej, części rzeczywistości, która leży gdzieś na przeciwnym biegunie krzyża pod pałacem. A może jednak nie? Może temu szczególnemu „poświęceniu”  blisko jest do wiadomych „poległych”?  Oba traktuję jako przykłady na to, że język nam cokolwiek zwariował. Przy czym ten przykład oddaję gratis, by dowieść, że inspirację da się czasem znaleźć na stoliku u fryzjera.

Do Ciebie mówię, proszę Pana

A to a propos czytania opowiadań nadesłanych na konkurs pod hasłem „iMan” w ramach Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania, któremu to konkursowi po raz kolejny juroruję. Nie tylko w  tekstach owych, ale i w  tych rozlicznych, jakie napływają na skrzynkę opowiadania,org, odnajduję coś, co starałam się zasygnalizować w tytule. Mianowicie wielu z respondentów- autorów opowiadań, nie wiedzieć czemu stosuje zaimki osobowe i dzierżawcze dużą literą, jakby pisało list – bo właśnie w tej formie używa się wielkiej litery, według reguł naszej gramatyki. I nie tylko – zdarza się, że niektórzy okazują w ten sposób szacunek Matce i Ojcu, względnie jakimś nacechowanym symbolicznie przedmiotom czy zjawiskom. Wszystko to razem wzięte interpretuję tak, jakby bohaterem opowiadania był sam Bóg Ojciec, dla  którego dotąd ta duża litera była zarezerwowana w formach, które nie mają nic wspólnego z epistolografią.

Na jednym z autorów wymusiłam obniżenie tonu (czy też czcionki), nie wydawał się zbytnio przekonany taką argumentacją, ale się dostosował. Do czasu, w swoim konkursowym opowiadaniu robi dokładnie to samo, przy czym w tym przypadku to graficzne wyróżnienie ma jeszcze mniejszy sens. Bo niby sens miał być taki, że chodzi o okazanie szacunku, no właśnie – jak w liście do drogiego nam lub szanowanego przez nas adresata.

Albo w poście, rozmowie przez komunikator, e-mailu, który tę formę grzecznościową zapożyczył z tradycyjnego listu i ok. Jeśli już jednak jesteśmy na tym gruncie, to przypomnę, że wielka litera, a właściwie cały szereg wersalików oznacza krzyk.  Pojedynczy wersalik użyty od czapy oznacza jedynie to, że autor lepiej zna reguły pisowni po angielsku niż reguły stosowane we własnym języku.,

Mnie , polonistkę, razi to i drażni, bo mając do czynienia z tyloma przypadkami, po pierwsze widzę, że coś co rzekomo obdarzone jest dodatkowym znaczeniem znaczenia jest pozbawione, po drugie, boję się zwyczajnie takiego niczym nie uzasadnionego zachwaszczenia ojczyzny-polszczyzny.  Jasne, język ewoluuje tak, by idealnie pasować do potrzeb użytkownika, ale powiedzmy sobie to, co można zaobserwować w Internecie, trudno nazwać ewolucją, to regres i promowanie niechlujstwa. Pal licho, jeśli to niechlujstwo uprawia ktoś, kto nie ma aspiracji pisarskich, wypadaloby jednak, żeby ktoś, kto je przejawia przyjął za punkt honoru pisanie ładne pod każdym względem.

Męczy mnie ten problem od dawna, po przyswojeniu dawki, o jakiej mówię, męczy jeszcze bardziej, ale dopiero teraz przyszedł mi do głowy cudowny argument. Jeśli ktoś ma wątpliwości, niech sobie zajrzy do jakiejkolwiek powieści i przekona się, że tam pan, pani, jego, jej, twoje napisane jest właśnie tak, jak to zrobiłam w zdaniu, które właśnie kończę.

Adrian Hyrsz: Leksykon muzyki rozrywkowej. B – Biesiada po Polsku

 Początek lat dziewięćdziesiątych, tych kilka pierwszych wiosen tuż po odzyskaniu niepodległości, były czasem totalnego braku umiaru i przesadnego rozpasania formy. Prawie wszystko, co przychodzi do głowy, każdy niemal duperel, który wcześniej nie mógł zaistnieć w oficjalnym obiegu, usiłował zaznaczyć swą obecność praktycznie na każdym kroku. Przy czym moda na to, co do niedawna stanowiło tabu, zawładnęła w największym bodaj stopniu sztuką użytkową. Na etykietach butelek, przeróżnych opakowaniach, okładkach czasopism i kaset magnetofonowych rozpanoszyła się niczym nieskrępowana golizna. Tanie owocowe wina nazywano imionami kobiet, których roznegliżowane wizerunki miały być wystarczającym powodem, by konsument skusił się na zakazany owoc wprost ze zroszonego świeżymi sokami łona Sandry czy Samanty, a nie na źle kojarzącą się w tym kontekście Nalewkę Babuni. Jednakże dla niektórych, mnożących się niby grzyby po deszczu, nowopowstałych trendów, niekiedy trudno było znaleźć jakieś logiczne uzasadnienie. Bo oto w kraju o dość mocno zakorzenionym wśród ludu antysemickim światopoglądzie, nagle stało się pożądane nazywanie wszelkiego jadła i picia koszernym, zaś doskonałą ilustrację dla tych produktów spożywczych stanowić mieli pejsaci rabini (czasami uwieczniani na etykietach z Talmudem w dłoni), symboliczne gwiazdy Dawida i siedmioramienne świeczniki. I właśnie w takich, delikatnie rzecz ujmując pokiełbaszonych realiach, kiedy ludzie niczym wygłodzony kundel rzucali się na każdy kęs wolności, w realiach wyzutych z najmniejszej cenzury, ogarniętych niedającym się poskromić żywiołem swawoli, muzyczną scenę suwerennej Polski opanowali discopolowi chałturnicy. To prawda, nurt ten świetnie wpisał się w ówczesną kiczowato-anarchizującą rzeczywistość. W całkowite pomieszanie z poplątaniem. Bezkrytyczne stawianie na jednym piedestale arcydzieła z bohomazem. Albowiem zaburzona wskutek nadmiaru nowych bodźców percepcja, nieumiejętność odróżnienia rzeczy mikroskopijnych od monstrualnych, sprawiała, że Małą Apokalipsę Konwickiego, dzieło najwyższych literackich lotów, po blisko dziesięciu latach wydane w końcu w pierwszym obiegu, wykupywano na pniu wraz z bestsellerem ze znacznie niższej półki – erotycznymi wynurzeniami Fanny Hill. Bo to właśnie w tamtym okresie wykształcił się specyficzny typ czytelnika – polującego na każdy, do niedawna zakazany tekst, i bez względu na jego treść oraz artystyczne walory, czytającego go z jednakowymi wypiekami na twarzy. Ponieważ zaś nakazy i zakazy, szablony i kanony, nie zdążyły jeszcze na powrót dobrać się rzeczywistości do dupy, toteż cisi zwolennicy teorii dokręconej śruby nawet nie próbowali łamać sobie głowy tym, by w tych okolicznościach przyrody coś komuś narzucić, lub czegoś zabronić. Tym sposobem kultura chodnika i bulwaru podążała równolegle, czasem nawet w tym samym kierunku, co kultura czerwonego dywanika i salonowych korytarzy. Podążała nierzadko do tego samego odbiorcy, który choćby i był personą ze środowisk bliższych salonowi, wcale nie musiał się ukrywać ze swym umiłowaniem dla chodnikowego kiczu i tandety. I mimo iż w pierwszych latach wolnej Polski telewizja i prasa zdawały się ignorować istnienie tej plebejskiej ścieżki kultury, to ta i tak zataczała coraz szersze kręgi. Rozrastała się w iście imponującym tempie, docierając już nie tylko do strzechą krytych chałup wiejskich, ale i do wielkomiejskich blokowisk, zamieszkałych przez konglomerat mieszczańskiego proletariatu i inteligencji. Cóż, uporczywe milczenie bywa zwykle odbierane jako ciche przyzwolenie. I dopiero 29 lutego 1992 roku, kiedy było już dawno po ptakach, kiedy ta dziecinnie prosta muzyka dobywała się już z co drugiego jamnika, taszczonego przez wcale nienominalnego discopolomelomana do parku, na skwer, na plażę, bez najmniejszego skrępowania, bez żenady, a nawet – niczym niegdyś radia tranzystorowe – z dojmującym poczuciem szpanerskiej satysfakcji, otóż dopiero wtedy sternicy z lekka chybocącej się łajby – naszej oficjalnej kultury, która gdzie jak gdzie, ale w kapitalizmie winna kierować się misją czerpania zysków pełnymi garściami, i korzystając ze sprzyjającej koniunktury dla byle szmiry promować ją jako wysoce reprezentatywny dla naszego słowiańskiego kręgu kulturowego gatunek muzyczny, oparty na wielowiekowej tradycji uwypuklania w sferze tekstu elementów ludycznych, zaś w materii stricte muzycznej wykorzystujący bogactwo dźwięków charakterystycznych polskich instrumentów ludowych: syntezatorów Casio, Roland, Yamaha lub Korg, dopiero więc 29 lutego 1992 roku, kiedy impresariat nad discopolowymi artystami od ładnych paru lat obejmował pewien prywatny przedsiębiorca z Żyrardowa, dopiero wtedy te zakute pały zorientowały się, że dalsze ignorowanie wszechobecnej discopolomanii to zwyczajne frajerstwo i brak biznesowej smykałki. I tak oto data 29 lutego 1992 roku zapisała się złotymi zgłoskami w krótkiej historii niezależnej i swobodnej Telewizji Polskiej, bowiem właśnie tego dnia, do spółki ze Stołeczną Estradą, zorganizowała ona Galę Piosenki Popularnej i Chodnikowej, nazwaną później pierwszą galą, dla odróżnienia od gali drugiej, trzeciej i kolejnych, gdyż sukces tej pierwszej, w zamierzeniu niecyklicznej imprezy, sprawił, że niebawem powstały kolejne jej odcinki. Wpierw jednak było pamiętne lato 1991 roku, kiedy to artyści kojarzeni do tej pory z oficjalną, dotowaną przez państwo sceną, mianowicie aktor Marek Kondrat i piosenkarka Marlena Drozdowska, nagrali kasetę, która w sposób oczywisty parodiowała muzykę chodnika. Tymczasem prosty naród raczej się w tym wszystkim nie połapał, raczej nie wychwycił dominującej w tym wybryku artystycznym nuty kpiny (a nawet jeżeli się połapał i nawet jeżeli wychwycił, to nijak nie dał tego po sobie znać), zaś piosenka „Mydełko Fa”, od której zaczerpnęła tytuł cała kaseta, w okamgnieniu stała się największym przebojem owego pamiętnego lata. Tak, nie ulega wątpliwości, że tamto lato trwale zapisało się w zbiorowej pamięci naszego świeżo oswobodzonego z okowów narodu. Bo oto nasz znamienity rodak, Papa della Chiesa Cattolica – Papież Katolickiego Kościoła, dwukrotnie w tamtym lecie nawiedza tą, właśnie zmieniającą swe oblicze ziemię. Bo w ciągle budzącej u nas trwogę Moskwie, tysiące do niedawna zaszczutych grażdan tworzy żywy pierścień, powstrzymując swymi ciałami tanki, które bezskutecznie usiłują sforsować gmach Rady Ministrów ZSRR i zwieńczyć tym samym przejęcie władzy przez samozwańczy GKCzP*.   Jednak  jeśli  chodzi  o mnie,   to ja   –  podówczas  typowy

_________

okaz szczeniackiej ignorancji, najlepiej zachowałem w swej pamięci (którą w końcu udało mi się odzyskać, ale póki co – sza…) nie pielgrzymkę Ojca Świętego do Polski i nie heroizm mieszkańców Moskwy, a w żaden sposób nielicujące z wagą tamtych wydarzeń wspomnienie ze szkolnej wycieczki do Szklarskiej Poręby, gdy będąc uczniem szóstej klasy podstawówki przekroczyłem pierwszy z przeklętych progów dorosłości, kiedy urżnąłem się do nieprzytomności mieszaniną gorzały i siary, przy czym do tej swoistej inicjacji w niemałym stopniu przyczyniło się – a jakżeby inaczej – „Mydełko Fa”.

Było tak:

 Autokar podjeżdża pod szkołę  STOP Walki na łokcie o zajęcie jak najlepszych strategicznie miejsc  STOPAutokar rusza  STOP

Nuda  STOP

Nuda i kurewsko ponura cisza  STOP

 

; by używając telegraficznego skrótu zrelacjonować sam początek wojażu.

 Na szczęście po mniej więcej trzydziestu kilometrach towarzycho ździebko drgnęło – ktoś nagle wyczarował z rękawa jakieś karty, ktoś inny próbował bajerować panny na grę we flirty, dały się słyszeć z początku stłumione, później coraz śmielsze śmichy-chichy, i narastające wprost proporcjonalnie do nich połajanki wychowawczyni. Po następnej trzydziestce zrobił się z tego wszystkiego już taki harmider, że kierowca (wyraźnie rozjuszony) zaproponował żebyśmy zamiast drzeć mordy, zaśpiewali lepiej jakiś smęt wyuczony na lekcjach muzyki. Propozycja skwitowana została w sposób jak najbardziej adekwatny do naszego ówczesnego pojmowania świata – buczenie i piski, czyli gówniarskie artykułowanie dezaprobaty. W odpowiedzi kierowca wyprowadził kontratak, usiłując przy pomocy autobusowego kasetowca zagłuszyć nasz wrzask, a broń, jakiej użył wobec nas, okazała się tyleż konwencjonalna, co skuteczna, bowiem bronią tą była kaseta z największym przebojem tego lata. I kiedy tylko zabrzmiały pierwsze akordy tej idiotycznej melodii, niektórzy z nas całkowicie skapitulowali – śpiewali ochoczo, wtórując za Kondratem i Drozdowską, refren piosenki, zaś najgłośniej czyniła to nasza wychowawczyni, nauczycielka chemii. Tak, ona z pewnością potrafiłaby rozłożyć mydło na czynniki pierwsze, nie posiłkując się przy tym widocznym na opakowaniu składem chemicznym. Natomiast dokonanie tej samej operacji na jednoznacznie parodystycznym utworze muzycznym, mimo iż doskonale znała przecież jego słowa, wykraczało poza analityczne możliwości jej mózgownicy. Wyrzucała więc z siebie bezwiednie: „Sza-ba-da, ty i ja, ty i ja…”, całkowicie zaabsorbowana tą czynnością, podczas gdy ja i pozostali klasowi odszczepieńcy, korzystając z chwili jej nieuwagi, przeprowadzaliśmy na tylnich siedzeniach eksperymenty, wlewając w siebie naprzemiennie, to CH3OH, to H2SO4. A potem już jeno tańce, hulanki, swawole, od których autobusem kołysało na wszystkie strony, jak gdyby to nie był autobus, tylko rozbujany na fali statek wycieczkowy, i nieodłączny lejtmotyw tej podróży: stale powracająca melodia, nieustannie odtwarzana przez szofera-kapitana-didżeja trzy w jednym, bez mydlenia oczu, za to z mydleniem uszu, największy przebój tego lata, na pohybel wszelkim detergentom, ku czci i pamięci natomiast poczciwego szarego mydła, pieśń nad pieśniami – „Mydełko Fa”.

————-

* mowa o puczu mającym udaremnić planowane na 20 sierpnia 1991 roku podpisanie traktatu przyznającego suwerenność republikom radzieckim. GKCzP (Gosudarstwiennyj Komitiet po Czriezwyczajnomu Położeniu – Państwowy Komitet do spraw Stanu Wyjątkowego), twór powołany przez członków kierownictwa Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego i szefów resortów siłowych, miał na celu odsunąć od władzy Michaiła Gorbaczowa i zapobiec rozpadowi ZSRR. W nocy z dwudziestego na dwudziesty pierwszy sierpnia wojskowe czołgi, działając na mocy rozkazu ministra obrony Jazowa, szturmują budynek rady ministrów ZSRR, nazwany później Białym domem, napotykając na barykady utworzone z przewróconych trolejbusów i opór ludzi, którzy broniąc dostępu do gmachu uciekają się nawet do heroicznych prób zastępowania drogi czołgom. W wyniku tej bohaterskiej obrony śmierć ponoszą trzy osoby, zaś datę 21 sierpnia 1991 roku przyjmuje się traktować jako cezurę wyznaczającą ostateczny kres istnienia imperium ZSRR.

No i ?

Przeglądając dziś Internet, znalazłam taką informację podaną przez pap. „Zmuszona do opuszczenia swego domu amerykańska rodzina znalazła w nim komiks wart milion dolarów. Poinformowała o tym stacja telewizyjna ABC. Rodzina z Nowego Jorku miała sądowy nakaz opuszczenia domu. Podczas pakowania swoich rzeczy nieszczęśnicy znaleźli w piwnicy prawdziwy skarb, który prawdopodobnie odmieni ich życie – wart milion dolarów komiks sprzed II wojny światowej. To pierwszy zeszyt z rysunkową historią Supermana z 1938 roku.”

Pod zdjęciem okładki komiksu jest jeszcze informacja, co to zacz i dlaczego jest tyle warte – bo to unikat po prostu i za tyle sprzedano inny egzemplarz tego samego wydawnictwa. Ale, ale –  a co się stało z tą rodziną w sytuacji rozpaczliwej. Ubarwiła newsa, spakowała manatki, względnie dostała znaleźne na pociechę? Ani słowa o losie  „nieszczęśników”, którzy w jednej chwili stali się, być może, szczęściarzami. Rodziną Hioba, której zostało wybaczone, obiektem zainteresowania mediów a nie opieki społecznej. Albo czymś tam jeszcze, najlepiej brzmiałoby : ludźmi, których życie odmieniła jedna książka.

Być może czytelnicy amerykańscy wiedzą już o nich wszystko, my możemy sobie jedynie pozmyślać. Mając kapitalny punkt wyjścia na opowiadanie