Keret na MFO

Etgar Keret będzie jednym z gości tegorocznego finału Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania (Wrocław, 11-17.10.2010).

Urodzony w Tel Avivie w 1967 roku Etgar Keret uznawany jest za mistrza krótkiej formy i najpopularniejszego pisarza w swoim kraju. Obecnie wykładowca Wyższej Szkoły Filmowej w Tel Awiwie, jest również dziennikarzem i scenarzystą. Nazywany przez krytyków „izraelskim Quentinem Tarantino”, współtworzy musicale, filmy telewizyjne, programy satyryczne oraz komiksy. Publikuje regularnie w The New York Times, Le Monde, The Guardian, The Paris Review, Zoetrope, a także w Gazecie Wyborczej. Na podstawie jego opowiadań nakręcono ponad 40 krótkometrażowych filmów, z których jeden zdobył nagrodę Amerykańskiego MTV. Jego książki przełożono na 29 języków i wydano w 34 krajach, m.in. po koreańsku i arabsku. Kilkukrotny laureat izrealskich nagród Book Publishers Association`s Platinum I Ministry of Culture`s Cinema Prize oraz Jewish Quarterly Wingate Prize (Wlk. Brytania 2008) oraz St Petersburg Public Library`s Foreign Favorite Award (Rosja, 2010); finalista prestiżowej nagrody Frank O`Connor Short Story Collection Prize (2007). Nakręcony wspólnie z żoną film Meduzy otrzymał Złotą Kamerę na festiwalu w Cannes. W lipcu 2010 roku Keret został odznaczony francuskim orderem „Książę Sztuk”. W Polsce ukazało się sześć zbiorów opowiadań Kereta: Gaza blues (2000), Pizzeria „Kamikaze” (2001), Osiem procent z niczego (2006), Rury (2007), Tęskniąc za Kissingerem (2008), Kolonie Knellera (2009).

Autoreklama

Od dziś w księgarniach i pod pręgierzem opinii publicznej.

Ażurowa robota

I znów blogowo-filmowo, ale to pewnie dlatego, iż o książkach piszę za dużo gdzie indziej, a o filmach nie mam gdzie, a niektóre tak mnie męczą, że muszę się wygadać. Ten, „Matka Teresa od kotów” w reżyserii Pawła Sali, wczepił się we mnie jak kleszcz. Niby po wyjściu z kina napięcie szybko opadło, ale potem znowu wróciło.  Trawię go cały czas, próbuję dodać element do elementu, nie łączy się to w nic, co miałoby sens – lecz taki był zamysł reżysera.

Opowiadanie od końca do końca, nie jest novum w historii kina, tak skonstruowane zostały  choćby z „Memento” czy „Nieodwracalnego” (drugiego z filmów wprawdzie nigdy nie miałam odwagi obejrzeć, ale  wiem przecież), które, co ciekawe, są historiami zbrodni, ale nie kryminałami,  skoro z miejsca wiemy, kto zbrodnię popełnił i że został ukarany. Nie wiemy jednak, dlaczego dwaj chłopcy zamordowali swoją matkę. Sala stawia nas zatem w sytuacji porucznika Colombo, każąc rozwiązać rebus, zebrać potencjalne przyczyny. Narracja cofa się aż 18 miesięcy wstecz, do momentu, kiedy wszystko jeszcze było dobrze, a rozpadająca się na naszych oczach rodzina jeszcze trzymała się razem. W każdym razie ustawiała do sielskiej fotografii. Na tym pozowaniu jednak ostatni epizod się nie kończy. Rodzina wraca z pikniku, Artur szalejący na rowerze wpada do strumyka, ojciec nie wiedzieć czemu, szydzi, że w takim układzie  syn wróci sobie do domu metrem. I to jest sygnał, że ta historia zaczęła się jeszcze wcześniej, a kto słyszał o mentalności wojskowych, ten się może domyślić, kto  wcześniej sprawował w rządy w domu. Nie wiadomo też kiedy i dlaczego Teresa zaczęła przygarniać  bezdomne koty, których w finale (czyli na początku) jest już cała armie. Może wtedy, kiedy zrozumiała, że nici z jej ambicji? Niewiele o nich wiemy, bo wspomina tylko  że „jakieś miała”.

To tylko jedna z wielu niewiadomych, a wszystkie razem wywołały tzw. kontrowersje. Jedyni widzowie (mówię o wypowiadających się na którymś z forów filmowych) mówią, że beznadzieja z lukami, inni twierdzą, że rewelacja. Sama zaliczam się do tych drugich i jak sobie porównam ten film z łopatologiczną „Różyczką”, to się dziwię gdyńskiemu jury, ale to nieistotne.  Ważne jest to, dlaczego tych niedopowiedzeń jest tak wiele. Bo nie dopowiadając reżyser zatrzymuje się przed granicą, za którą zaczyna się piekło. „Gdybym się nie zgodziła” – stwierdza w którymś momencie Teresa do młodej kuzynki „to doskonale wiem, co by się działo”. My nie wiemy, lecz możemy się domyślić. I za tę możliwość domyślenia się, dopowiedzenia sobie reszty, czuję ogromną wdzięczność do reżysera. Opowiadając o czymś tak potwornym, robi to z niebywałym taktem, z rzadkim poszanowaniem dla inteligencji widza. Nie trzeba widzieć krwi, by czuć, że się polała albo dopiero pulsuje pod skórą. Psychopatyczny syn nie również nie musi się na nikogo rzucać z nożem, no do czasu, w dodatku tego rzucania się nie obejrzymy, młody aktor gra tu ciałem, przytłacza nim, upokarza innych jakimś swoim bezwstydem (choć reżyser wcale mu nie każe paradować zupełnie nago) i to zupełnie wystarczy. Precyzyjne to wszystko, przemyślane, zwyczajnie mądre w tej swojej bezradności wobec zagadki.  Sala udowodnił, jak wiele waty jest zupełnie niepotrzebne i jak dobrze czasem ugryźć się w język. Z wielkim pożytkiem dla opowiadania.

Wszystko o kryminale

Niewiele razy w zupełności zgodzić z wydawcą, ale tym razem podpisuję czterema kończynami pod słowami gdańską Oficynki ,która reklamuje opublikowany przez siebie tytuł tak: Najlepsza książka o literaturze kryminalnej na polskim rynku!.  Chodzi o  Etnologa w Mieście Grzechu autorstwa  Mariusza Czubaja, ubiegłorocznego zdobywcy Nagrody Wielkiego Kalibru za powieść „21:37”,   dwu pisanych w duecie z Markiem Krajewski powieści kryminalnych: „Aleja samobójców” i „Róże cmentarne”  oraz sporządzonego wraz z Wojciechem Bursztą leksykonu prezentującego „Krwawą setkę” kryminałów wszechczasów.

Już dzięki czterem wydanym wcześniej książkom Czubaj zasłużył sobie na miano wybitnego znawcy tematu, który łączy praktykę z teorią, ale dopiero „Etnolog” czyni z niego w Polsce znawcę najwybitniejszego.  Wręcz Cesarza Kryminału, zasługującego na specjalny Kaliber Największy za to, co dla gatunku robi.

Chyba przede wszystkim dwie rzeczy – przedstawiając monografię naukową (zachowującą wszelkie akademickie rygory, ale wyróżniającą się lekkością stylu, więc świetnie się ją czyta) wyciąga popularny gatunek z getta, do którego uczeni zwyczajowo wrzucają rzeczy, jakimi nie wypada się zajmować. Po drugie demonstrując cały szereg narzędzi interpretacyjnych, jakie wypracowali światowi historycy literatury krytycy, filozofowie, pisarze, antropologowie i etnologowie, którzy nie dość że w tej „drugorzędnej” literaturze gustują, to jeszcze się do tego przyznają. Tu drobna dygresja: Nie pamiętam, gdzie wyczytałam, iż ktoś kiedyś przyłapał na lotnisku Jacquesa Derridę, który w długą podróż zabrał ze sobą stos powieści kryminalnych, co w książce Czubaja poniekąd się potwierdza, bo Derrida jest w niej przywołany jako autor eseju poświęconego „Skradzionemu listowi” Edgara Allana Poe, czyli jednego z prekursorów opowieści detektywistycznej. I wracając do tematu: to właśnie te narzędzia, to pokazanie, ile ciekawych treści zawiera w sobie powieść i jak intrygująca formalnie może być powieść kryminalna, jest największą zaletą tej książki. Innymi słowy: na pewno można i warto poddawać ten gatunek solidnemu krytycznemu oglądowi.

Co stwierdzam, bo sama czuję się pełna winy (choć nie aż tak wielkiej, od dawna jako recenzent grasuję po „peryferiach”), głównie za powodu tego, że największą dbałość wkładam w niezdradzenie, kto zabił. Do czego właściwie w większości sprowadzają się polskie recenzje z powieści kryminalnych, nie mówię oczywiście o tych, jakie znaleźć można na  Portalu Kryminalnym czy prowadzonym przez właścicieli Oficynki, państwa Świetlikowskich, serwisie Zbrodnia w Bibliotece.

No cóż, po wyjściu wspaniałego „Etnologa”, pretekst, że nie wiadomo, jak to robić, staje się niestety nieaktualny.

***

15 września upłynie termin ogłoszonego w ramach Międzynarodowego Festiwalu Kryminału konkursu na  opowiadanie lub szkic  opowiadania kryminalnego, którego akcja rozgrywa się we Wrocławiu. (szczegóły na www.portalkryminalny.pl )  Nagrodą dla najlepszych będzie zaproszenie do udziału w tygodniowych warsztatach pisarskich. Poprowadzą je Mariusz Czubaj, Andrzej Ziemiański i Marta Mizuro.  A dlaczego ja, to się wyjaśni już za niecałe dwa tygodnie.

 

Powrót do kina

W kinie bywam często, ale nie aż tak często, by się nim zmęczyć i  je znielubić jak (od czasu do czasu) czytanie. Dlatego od dwóch lat odpuściłam sobie zupełnie Erę Nowe Horyzonty i dlatego jednak zdecyduję się na American Film Festival (www.americanfilmfestival.pl), bo jest o połowę krótszy, co teoretycznie da się wytrzymać.

Chadzam więc, jak chadzam, ale kiedy nie mam w czym wybierać a tym samym nie mam pretekstu, to trochę cierpię. Zwłaszcza w lecie, kiedy coś ciekawego można obejrzeć podczas któregoś z festiwalu. Na osłodę latem został chyba tylko nowy film Patrice Chereau, nie wiem, dlaczego nazwany przez polskiego dystrybutora „Zagubieni w miłości”, skoro francuski tytuł „Persécution”, czyli nękanie, oddaje treść tego filmu. O którym, hmm, wiele dobrego nie mam do powiedzenia, bo opowiada historię, która zdarzyć by się nie mogła. Myślę o tej głównej historii, jak to po trzech latach bardzo luźnego związku Daniel (straszliwy Romain Duris) nagle zaczyna mieć dość życia razem, lecz nader osobno i zaczyna nachodzić swoją dziewczynę Sonię (Charlotte Gainsbourg), robić jej sceny i w ogóle szaleć. Dowcip polega na tym, że jeśli trzy lata wcześniej, kiedy ten związek się zaczynał, facet był równie narwany, jak to sugeruje w swojej nadekspresyjnej interpretacji Duris, rzecz nie przetrwałaby więcej niż pół roku, jeśli miałaby się rozgrywać na zasadach podyktowanych przez zrównoważoną, dojrzałą kobietę. Może kiedyś były to inne zasady, szkoda jednak, że reżyser każe widzowi samodzielnie wymyślać uzasadnienie dla czegoś, co na milę jedzie fałszem.

Dowodem na prawdziwy koniec sezonu ogórkowego był więc dla mnie dopiero „Tetro” Francisa Forda Coppoli, pierwszy od lat jego film, do którego napisał scenariusz. Dzieło również przegięte w swojej ekspresyjności rodem z opery, kiczowate, ale w swojej kiczowatości podobne do dzieł Almodovara i być może Felliniego, który pewno nie powstydziłby się scenek obrazujących ognisty temperament mieszkańców dzielnicy La Boca w Buenos Aires. To wszystko jakoś nam się z Coppolą nie kojarzy, ale jest poprowadzone bardzo konsekwentnie, więc film obejrzałam z przyjemnością, z przekonaniem, że twórca nie próbuje mnie (ani siebie) oszukać.

Wczoraj zaś do kina wróciłam pośrednio, dzięki wydanej właśnie powieści Huberta Selby’ego jrRequiem dla snu”. O tym twórcy pisałam jakiś czas temu przy okazji wydania „Piekielnego Brooklynu”, innej książki, która także stała się kanwą adaptacji. I być może to dwa w jednym, lektura, jakiej towarzyszyły wspomnienia z seansu, była doświadczeniem najbardziej przyjemnym.