Pociecha dla przegranych ?

Chcąc nie chcąc, kontynuuję cykl „nagrodowy”, bo świetnie wpisuje się w niego najśmieszniejsza książka Thomasa Berharda. Tak, „Moje nagrody” to jest zabawny zbiór i – co dotąd nie wydawało mi się aż tak oczywiste, autor „Mrozu” miał poczucie humoru. Przekazywane zazwyczaj w bardziej zawoalowanej formie: sarkazmu, złośliwości, ironii i autoironii. Tu też używa całej skali wypróbowanych już sposobów wyrazu, ale jest też czysty humor, np. w scence, gdy razem z ciotką Bernhard ukrywa się przed organizatorami uroczystości, której ma być głównym bohaterem. Nie musi się w tym celu kamuflować, nikt z fundatorów nagrody nie wie po prostu, jak laureat wygląda, co oczywiście niedobrze świadczy o tych, którzy honory przyznają. Inna rzecz, że mistrz tu ewidentnie przeciąga strunę, by bawić się absurdem sytuacji.

Nagród otrzymał Bernhard kilka, marna kondycja finansowa zmuszała go do tego, żeby żadnej nie odrzucić, nawet tej, którą zwyczajowo przyznawano znacznie młodszym i dopiero początkującym pisarzom jako rodzaj stypendium twórczego. Pisarz źle znosił wystąpienia publiczne, odgryzał się w swoich mowach dziękczynnych i na koniec odreagował , zabraniając druku swoich książek w rodzimej Austrii.

Na szczęście książka nie jest tylko manifestem jego neurozy czy niechęci do mecenasów. Bardzo ciepło, jako były sprzedawca, przyjmuje nagrodę od handlowców i odnosi się do nich z sympatią. W innej z kolei opowieści samo wręczenie przedstawia jako epizod, a skupia się na opowieści, w jakich to okolicznościach natychmiast stracił samochód, który sobie ufundował za jedną z nagród. Opowieść o niefortunnej wycieczce jest symboliczna i kończy się niespodziewaną puentą – pisarz dostał odszkodowanie w sumie przewyższającej straty. Wartość odszkodowania powiększona została o koszt rzekomo luksusowego ubrania, jakie uległo zniszczeniu podczas wypadku. W zasadzie mowa jest tu więc o dwóch nagrodach.

Czyta się to wyjątkowo dobrze, bo w tej książce Bernhard pisze leciutko, rezygnując ze swojego zwyczajowego, ciężkiego rytmu i pierwszeństwo dając tokowi opowieści.  Opowieści pokazującej i tego artystę, i twórców w ogóle, od nieznanej strony.  O tym przecież, jak się odreagowuje przegrane nie wygrane, wie każdy. Albo, jeśli nie doświadczył na sobie efektów urazy i rozczarowania, może się domyślić.

Jakub Lepiorz: R.i.P.

R. martwi się, że P. się nie realizuje. Że siedzi i nie robi tego, co mógłby, gdyby tylko. Jest taki cały właśnie (no jaki), R. nie wie, jak to do końca powiedzieć. Ale przecież widzi, że ma wszystko, co trzeba. Że tyle w nim tkwi, potencjał budowany przez lata, tyle przeżył przecież. Zawsze wszystko szybko łapie, znaczy się, rozumie. Wystarczy mu dwa słowa, jak ochłap, podrzucić i on już wie. Łapie sens i znaczenie, nawet głębiej sięga, przekręca, przeinacza, podnosi w górę i zagląda od spodu; przewraca na drugą stronę i od podszewki rozpruwa i zszywa z powrotem, bawi się tym wszystkim, skubaniec. Bawi się życiem całym, każdym przejawem najmniejszym, w jego rękach to jak kostka Rubika, jak kostki Rubika, puzzle, origami i sudoku w jednym. R. patrzy, jak P. beztrosko sobie z tym wszystkim poczyna. R. tak nie potrafi, więc odruchowo co jakiś czas wypycha P. w wielki świat; chce, żeby się zaangażował w coś większego. Większego od niej i niego razem wziętych i wszystkiego, co kiedykolwiek dane im było przeżyć. Jemu jest chyba dane więcej przeżyć, tak myśli R. czasem przed zaśnięciem. Wtedy, gdy jego żebra wznoszą się i opadają, bo musi oddychać, jak każdy, ale robi to w jakiś taki wymuszony sposób. Nie może się oderwać od tej przyziemnej, tlenowej czynności. Uwiązany jest w ludzkie oddychanie, to takie krępujące. R., gdyby jej pozwolił, całą sobą by zakryła jego życiowe czynności, nikt by nie widział, że on też to wszystko robi; podawałaby mu tlen dyskretnie, pod stołem, wywierciłaby dziurkę tam gdzie trzeba i by tłoczyła – nawet by nie poczuł. Mocz mogłaby wypić, wchłonęła by go ciałem, to przecież nawet leczy. Urynoterapia moczem P. to byłoby coś niecodziennego; w ten sposób R. mogłaby jakby się podczepić pod niego tak bardzo prawdziwie, poznać coś z jego środka, chociaż w postaci cieczy słomkowej barwy.

Pijąc ten (jeszcze ciepły) mocz myślała by o tym, że ten świat premiuje średniaków i słabiaków, co idą do zwykłej pracy lub do pracy zapracowanej, wystudiowanej, wykursowanej, przygotowani do niej i ufryzowani jak na jarmark. Dla wybitnych jednostek, takich jak P. nie ma w nim miejsca, nikt ich nie ceni, nie promuje. Czy nikt nie rozumie, że wybitność nie chodzi do szkoły, nie studiuje i się buntuje przeciwko wszelkiego rodzaju programom? Bo wybiega, bo wystaje ponad, zza kratek od zeszytów, zza gumki do gumowania i od spodni. Od góry z i z boku, wszędzie wystaje, nigdzie się nie da zakwalifikować. Czy naprawdę nikt oprócz niej nie rozumie tego, że P. nie musiał studiować? On to wszystko ma w małym palcu i w głębokim poważaniu, opanowane dawno już informacje, przetrawione na wskroś przez jego pracowite soki mózgowe, leżą w jego głowie popakowane w ładny celofan z napisem „ready to export”. P. miał co innego na głowie. Zawsze coś innego. Dla niej to zawsze był zupełny kosmos, nawet nie próbowała tam dojść.

P. nie jest byle kim, jakimś jednym z wielu. Kiedyś nawet wydawało mu się, że miał widzenie, klikając w kolorowe klocki w takiej jednej grze na komputerze, co tam trzeba było zbijać kwadraty tego samego koloru. Więc pewnego razu mu się te wszystkie klocki najpierw jakby zlały w jedno, w jeden absolut a potem rozwiązanie samo się ukazało, majacząc mu przed oczami niewyraźnie. Co prawda nic z tego potem nie wyszło, ale P. żył od tego czasu w przeświadczeniu, że miał widzenie, że najgłębsze pokłady jego intelektu, jego podświadomość po kryjomu podpowiedziały mu co robić, że w głowie ma jeszcze zupełnie nie odkryty potencjał, nieoszlifowany diament, co do którego niczego nie można być pewnym, bo to jest absolutny chaos jego geniuszu.

Sam niewiele robi w kierunku wykorzystania swojej mocy. W małym mieszkanku na drugim piętrze strzelającego w niebo wieżowca, w którym już dwudziesty czwarty rok mieszkają z R., skromnie i nieefektownie, zupełnie po cichutku pielęgnuje bajeczne ogrody swojego umysłu. Na zewnątrz nie jest to zbyt dobrze widoczne. A właściwie w ogóle tego nie widać.

R. chodzi do pracy, chodzi po sklepach, chodzi do znajomych i chodzi po domu, a on niby chodzi wszędzie z nią, ale tylko po swoich ogrodach. Wszystko przepuszcza przez niezgłębioną plątaninę swojej psychiki. To działa w dwie strony – bodźce docierają do niego o wiele dłużej, bo o wiele więcej muszą przejść po drodze analiz, syntez, rozbiórek i zbiórek, on sam jednak również jest słabo widoczny, jakby za mgłą z własnych przemyśleń przemykał tylko między ludźmi i przedmiotami chyłkiem, tuż przy podłodze. P. się rozpłaszcza jeszcze przed zdjęciem płaszcza, całą swoją osobę zbija jak najmocniej do swojego środka, inploduje, żeby tylko nikt do tego środka nie dał rady się dostać. I tak nikt by nic z niego nie zrozumiał, to po co się siłować, zaburzać regularne obiegi materii w myślowych ogrodach, męczyć się? Energię należy oszczędzać na prace ogrodnicze w umyśle. P. zawsze oszczędza, w czym dzielnie sekunduje mu R.

Nie ma sensu tłumaczenie, o czym myśli P., to tak jakby tłumaczyć budowę akceleratora cząstek elementarnych za pomocą młotka. Młotkiem są ludzie wokół, uderzający za mocno, zbyt celowo w konkretne punkty. Proszę was, przecież P. znajdował się wszędzie pomiędzy konkretem a celem, pomiędzy niedzielą a poniedziałkiem. Te przestrzenie były jego specjalnością, tam prostował związane w supeł ręce i nogi mentalne. P. ma wszystko, co jest, co istnieje, w głębokim poważaniu. Ale tak naprawdę głęboko (tak naprawdę) ma on to, co nie jest, czego podobno nie ma. Czego ani widu ani słychu, czego nie można dostrzec w telewizji, kinie i w supermarkecie, nawet na najniższej półce, gdzie jest taniej.

R. chciała to od zawsze wszystkim dookoła opowiadać, gdyby umiała ubrać to w słowa, słowa pochować w odpowiednie szufladki, pospinać w kolejności, na którą P. skinąłby aprobująco swoją zamyśloną głową. Ale nie umiała i nie umie do dziś i nie można się dziwić takim sytuacjom, to jest samo życie, życie samo się tak układa, że prawy do lewego, czarne do białego.

Co jak co, ale nie można zaprzeczyć, że P. od czasu do czasu otwiera specjalny kanał w mózgu, przez który wszystko (mielonka słów, obrazów, myśli, snów), przelatując, uzyskuje nowe właściwości, a może właśnie odzyskuje stare, wracając do pierwotnej, mistycznej i radykalnie niezrozumiałej postaci, przy czym P. tym kanałem to wszystko ogarnia. Filtrator jeden.

Od maleńkości posiada takie połączenie z siłami nie z tego świata. Kiedy on to ogarnia R. zazwyczaj ogarnia mieszkanie, bo on przecież się tym nie zajmuje, na pewno zrobiłby tylko większy bałagan a poza tym co ona ma robić, kiedy on ten kanał otwiera? Nie da się wtedy z nim rozmawiać, przytulić, potarmosić, nic właściwie, co by się akurat chciało z niego wyciągnąć, no nie da się. To, czego by się wyciągać nie chciało, na co się akurat nie ma ochoty – wyłazi. Jakieś słowa zaczepione o sufit, jakieś pomrukiwania groźne, euforyczne odkrycia nieodkrytego chrząkające, zaplątanie ramion wynikłe ze splątania wewnątrz siebie i wzmożonego ruchu w kanale. Kiedy to puszczało, odpuszczało i zostawiało P. wyzutego z sił, smętną foremkę, to znowu niebyło za dobrze i R. nie korzystała z P., bo wtedy pojawiała się mu ta pustka. Wtedy znowu narzekał nieustannie, nawet nie otwierając ust, że brakuje mu tej akcji, adrenaliny myśli, ślinotoku koncepcji spływających z mózgu wprost do żołądka, grzejących tam sobie miejsce, jak kaloryfer na full. Ale nie miał co tego zalatanej R. tłumaczyć. To tylko utrata energii i czasu i niech R. też tego nikomu nie tłumaczy, to jej to tylko wyjdzie na zdrowie.

Owszem, był taki czas, że było R. i P., a może raczej P. i R. Początkowe czasy, kiedy dwa nagie umysły zetknęły się i prysły na kształt fontanny, i oblały ich słodkim nektarem bez skarg i zażaleń. Nie było wtedy nic a nic, wcale a wcale, więc skąd się miała wziąć niezgoda? Nie wymieniali ze sobą słów, bo mieli wspólne, nie krzyżowali myśli, bo o czym tu myśleć, kiedy płonie głowa, ręce palą się do siebie, szuka się tylko miejsca w wymiarze dwa na dwa, żeby tam jeden na jeden – patrzeć na siebie, wypatrzeć w oczach wszystko, czego się dotąd szukało, a się nie wiedziało. Wydrapać zza skóry odpowiedzi, na to co głęboko w trzewiach siedzi. Był to taki czas samoukładających się puzzli. Idealnego koła wpisanego w kwadrat i odwrotnie. Z którejkolwiek strony by się wtedy nie spojrzało, tworzyli komplet, parę, płynęli parostatkiem w piękny rejs. To trwało nawet spory kawałek czasu, w którym jednak powierzchnia tej figury, którą razem stworzyli dzień po dniu dojrzewała do małych pęknięć. Puchła i nabrzmiewała połączeniem dwojga światów. Kiedy pojawiła się pierwsza rysa, przykryli ją zasłoną dymną z jakiegoś zwykłego kłopotu, który przyszedł z zewnątrz. Kolejne szczeliny ukrywali tak samo, aż któraś z kolei odsłoniła za dużo z P. Były to na początku należące do niego pół głowy i kawałek ramienia, którego R. za nic nie umiała rozpoznać, patrzała na P. jak na obcego człowieka. Obcość, która idzie od znajomego jest obcością dwa razy straszniejszą, mrozi strumieniem zagubionych myśli i trudno cokolwiek o tym więcej opowiedzieć.

Trudno powiedzieć, więc i ona nie mówiła na ten temat, mówiąc za to zastępczo o wiele więcej na inne. O pogodzie i o nowych meblach, pracy i płacy, koleżankach i trwałej ondulacji. Skundlone tematy zapchały im wewnętrzny dialog jak knebel. Knebel nasączony był substancją znieczulającą i zniechęcającą do ratowania siebie nawzajem a także zagęszczania konsystencji tej nitki, niewidzialnego spoiwa między nimi.

Nic tylko codzienne pękanie, przymykanie powiek na to, co było coraz bardziej jasne.

P. się różnił i R. się różniła.

Różnice mają taką dziwną moc, że najpierw biegną do siebie ze stukotem a potem biegnąc uciekają z powrotem. P. odkrywał się coraz bardziej i R. zauważyła, że król jest nagi. Wszyscy dookoła mają coraz lepsze ubrania, samochody, wykładziny, lodówki i płyny do naczyń a P. jest goły jak święty turecki, albowiem nie obchodzi go zupełnie, co ma materialnie na sobie i wokół siebie. Wtedy R., od zakochania w nim przeszła do zaskoczenia a z niego do pewnego rodzaju uwielbienia i podskórnej czci. Oto ona zwyczajna dziewczyna zupełnie na ślepo sięgnęła ręka w gąszcz chłopaków, którzy ją otaczali i wyłowiła właśnie jego. Jak ślepa kura diament.

Więc teraz R. i P. byli już lata, lata razem, ale tylko formalnie. Na kanapie, w sklepie, na balkonie przy kawie. W łóżku chrapali w jedną zmechaconą rozpadlinę poduszki. Tak, to wszystko było razem. Umysły wiodły jednak żywot zupełnie niezależny, w tym umysł P. oczywiście żył na sposób alternatywny, a R. wpisywała się idealnie do szeroko pojętego mainstreamu. Mimo że myślała jedynie tak, jak jej natura dała, nic ponadto, widziała po prostu, że P. się nie realizuje. Na jej oczach wysypywał się z niego prawdziwy potencjał na rzeczy wielkie, jak piasek z dziurawego worka. P. każdego dnia krwawił nie zagospodarowaną kreatywnością, aż się na podłodze robiły plamy, a ona je tarła taką szmatą z froty, bo co miała innego do roboty w sumie.

Kiedy oboje byli młodsi, miło było przy herbacie rozmyślać wspólnie, co zrobią z tym całym jego niedopowiedzeniem osobowym, nieokreśleniem czynów i myśli, w szczególności myśli. Snuli plany, nadziewając je na wątłe rusztowania nadinterpretacji. Zbierali żniwa niewykonanych działań, niewypowiedzianych słów, które w zamyśle były tworami P. Świat nie mógł koło kogoś takiego jak P. przejść obojętnie. Tak, stanowczo miło było zanurzać koniuszek języka w mocno pocytrynowanej herbacie i wyzywać świat na pojedynek z niezwykłością P., przy tym wierząc, że milczenie świata oznacza zachwyt. Cierpka herbata i słodkie marzenia, jak im się to wtedy po prostu dopełniało.

Ich dwudziestka i trzydziestka minęły na słodkim oczekiwaniu, wzburzanym czasem tylko lekką czkawką niecierpliwką. Częściej cierpiała na nią R., bo przecież nie dostrzegała niewidocznych postępów P. na drodze do czegoś niezwykłego, miała tylko tą swoją wiarę, wbite w niego wierne oczka.

P. wiedział, że idzie do przodu, kroczy dumnie w raz obranym kierunku, walczy z kanałem myśli, wykręca go jak szmatę coraz umiejętniej wyciskając z niego to, co najlepsze.  Kiedy czterdziestka wybiła dzwonem dwóch biologicznych zegarów, zrobiło się jakby ciszej. I inaczej, bo chociaż R. nadal wierzyła , ale sobie myślała, że jednak powoli zbliżałby się ten czas działań. Ale tylko ktoś nieznający P. uwierzyłby w to, że przystąpi on do ataku, nie będąc do końca pewnym wygranej. Musiał wiedzieć, opierać się na prawdach betonowych, nie dla niego były biegi po łące i niestabilne argumenty. Jeszcze się zbierał.

A wiecie, że P. kolekcjonował pudełka? Tak, pudełka. Kartonowe, plastikowe i drewniane. Zbierał je gdzie się dało, nawet pod supermarketem koło swojego bloku. Czekały tam jakby specjalnie na niego, poustawiane w eleganckie stosy. Jak mógł ich nie brać? Pudła i kartony dawały mu pewien psychiczny komfort. Ich forma dawała mu wiele do myślenia. Zamknięte w ich przestrzeni przedmioty były bezpieczne. Składujący swoje kartony P. był bezpieczny. Komplementarność ścianek i spójność równych kantów pozwalała mu odpuścić myślom na kwadratowe chwile. R. nie lubiła tych pudeł, klockowatych zawalidrog. Ani pod nimi przetrzeć szmatą, ani zetrzeć kurzu, bo to się rozsypywało wszystko, przemieszczało pod pracowitymi kobiecymi palcami, nienawykłymi do delikatnych muśnięć. P. się denerwował wtedy, niesamowicie się pienił, nie wiadomo o co. R. zawsze chciała dobrze, ale jak zrozumieć, czym jest dobro dla tak wyjątkowego umysłu jak P.? No to pozwalała mieć mu pudła, bo pewnie coś tam w nich widział, czego ona dostrzec nie umiała.

Intymność P. i R. to były pudła i myśli, z każdym rokiem coraz bardziej niemieszczące się w niewielkim mieszkanku. Tłok niewypowiedzianych teorii, półmrok przymkniętych drzwiczek do kanału P.

Dla R. każdego roku stawało się jasne i jaśniejsze to, że można żyć z kimś takim, że można żyć na każdy sposób, jeśli się tylko wystarczająco mocno chce i podziwia.

Któregoś dnia, dobiegając już pięćdziesiątego roku niezwykłego życia, P. się zebrał. Teoria strun do białego w szare paski, alternatywne światy do małego metalowego po perfumach, obserwacje socjologiczne mikroświata spod budki z piwem zmieszczą się w kartoniku po ciasteczkach. Lubił gładzić proste i ostre krawędzie, zamykające cały ten chaos tak szczelnie i tak porządnie. Po kolei przenosił do tych nośników z każdym rokiem coraz więcej zawartości głowy, teorię po teorii, zagadnienie po zagadnieniu, olśnienie po olśnieniu, w paczkach z myślowych cegiełek. Bogactwo wybujałych ogrodów słowo po słowie ładowane w pudła. To wszystko, kiedy R. nie widziała. To wszystko jakoś bokiem, chyłkiem, nieznacznie, bojąc się by nagle dla siebie nic nie znaczyć. Opróżniał także kanał, gdy się tenże ożywiał i działał, produkował za dużo i za gęsto utkanych intelektualnych budowli. Metodycznie i na spokojnie im był starszy, tym więcej inwestował w pudła. Mówił coraz mniej, coraz krótsze i prostsze zdania, ale jeśli była konieczność, to wypożyczał jakieś wyrażenie z pudła, wkładał sobie w usta, wymawiał, zaraz jednak chował z powrotem. Skoro przenosił swój nadmiar w pudła, to przenosił.

To wszystko dla R. nie dla siebie, bo coraz bardziej prosty i zwykły dla siebie był coraz mniej istotny. To wszystko dla R., żeby wyjść z kanału, wyjść bardziej do niej na stare lata.

Los, ten nieuchwytny złośliwy rzemieślnik, zaplanował jednak dla nich coś jeszcze. Dla R., co tu dużo mówić, miało się wydarzyć coś bardzo ważnego. Zapowiedziała się bowiem z wizytą jej rodzina z Pomorza, ciocia Helena, wujek Stanisław. Oboje lekarze, na bóg wie jak wysokich stanowiskach i stołkach. Bo w salach operacyjnych dawno już ich nie można było spotkać. Tak więc światłe umysły i gibkie, wspanialsze od umysłu R., która polegała przede wszystkim na swoich zakasanych rękawach.

Na tamten dzień R. wyjątkowo porządnie przeprowadzała poranne  sprzątanie. Miejsce po miejscu oceniała bardziej surowym niż zwykle okiem, tak jak będą patrzyli Hela i Stasiu, pewnie jakoś inaczej, przyzwyczajeni do sterylności i oślepiającej bieli. No ale te pudła na to wszystko, jak to tak, stojące po kątach, ponastawiane jak w jakimś magazynie. Przełamało się w niej na ten widok i na tą okazję i chwyciła jedno nieśmiałymi palcami, rozejrzała się na boki. P. był akurat na balkonie. Zaczęła od najmniejszych, najłatwiej ukryła je wśród śmieci w koszu. Potem zabrała się za większe – poszły w dwóch wielkich, niebieskich worach. Nareszcie porządek był.

Stasiu i Hela przyjechali o siedemnastej, tak jak się zapowiedzieli. Od progu Stasiu wzburzony komentował politykierów, że jak to tak można, to jest granie na zwłokę, traktują nas jak żywe zwłoki. P. zaraz się zapalił do rozmowy, aż się wyprostował, jednak zaraz jakby łypnął okiem w lewo, prawo i przygasł. Podrapał się w pomiętą fryzurę i pobiegł za szafę. Miał wiele myśli, jednak całkiem dziurawych, niekompletnych. Kanał zionął suchą pustką. Przydreptał więc co sił do R. i zduszonym głosem wyszeptał jąkając się, prosto do wnętrza jej kanału słuchowego: gdzi-ee pu-udła? Www puu-udłach jjjesst wszzzystko, ccoo-o mammm, mmmooo-ojja gggłooowaa!

 - Jezusmario, głowa P.! W pudłach, które ona..! Ach! – myślała R. potykając się najpierw o zdziwionych gości a potem o schody, biegnąc pod śmietnik, bo może jeszcze nie wywieźli, może się dzisiaj spóźnili, może jeszcze zdąży? No jezu, czego ona by dla męża nie zrobiła, szczególnie dla takiego, jakim go uczyniła, niekompletnego! Po dwa, trzy schody skacze, kołysząc się R., metalowa poręcz ślizga się w jej spoconych dłoniach. Drzwi klatki stoją przed nią otworem, więc susem w ten worek ze śmieciami, niebieściutki. Taki, jakim go tu zostawiła. Rozwiera jego gardziel pojemną (120 l.) i są! Pudła i pudełka układa na rękach, przytrzymuje policzkiem, nosem, powieką, byleby donieść w całości, żeby jej R. stał się znowu całością, wyjątkowością wytuloną.        

Schody znowu, tym razem w górę, idzie jej prawie tak samo gibko. Szkoda, że Marcinek spod czwórki zostawił na siedemnastym stopniu resztki bananowe. Szkoda, że na nie akurat ona teraz, przysłoniona naręczem pudeł naskakuje z kobiecą energią. Tosąsekundy. Podłoże traci przyczepność, leci na nią sufit a zaraz za nim pudła i pudełeczka, bezwstydnie otwierając się przed nią po raz pierwszy. Oczy są szybsze niż rozum i zerkają, zerkają ciekawie do środka. R. leży jak zlodowaciała rozgwiazda na klatce schodowej i milczy. Pudła są puste.

W październiku można tylko o…

…nagrodach. Już wiadomo, że tym razem komitet noblowski nie popisał się oryginalnością i sięgnął wreszcie do listy wiecznych kandydatów, honorując Mario Vargasa Llosę. Tego autora czytuję z przyjemnością i bez takich błogosławieństw, więc szybko przechodzę do laureata tegorocznej Booker Prize. Czyli Howarda Jacobsona.

U nas znanego tylko z jednej książki, wydanych w 2008 przez Cyklady „Wieczorów kaluki”. Książkę pochłonęłam i recenzowałam w „Odrze”, pisząc m.in., że: To historia żyjącego w Manchesterze rysownika komiksów, Maxa Glickmana, który jak wielu jego rówieśników z generacji urodzonej w czasie wojny i Holocaust znających tylko ze wspomnień bliskich, próbuje się w jakiś sposób wykorzenić. Nie do końca, bo jego dzieła poświęcone są cierpieniom narodu żydowskiego, ale fakt, że nie cieszą się nadmiernym zainteresowaniem, tylko utwierdza Maxa w przekonaniu, iż należy zerwać z „wiktymologią stosowaną” i żyć w miarę normalnie. Co mu się nie udaje, bo głęboko przeżywa dramat swojego przyjaciela, związany ściśle z powojenną ksenofobią, jaką ocaleni z Zagłady żywią wobec swoich oprawców, a właściwie ich potomków.

Urodzony w 1942 roku Jacobson jest autorem 11 książek, ta najnowsza i nagrodzona „The Finkler question” również (jak wyczytałam) oscyluje wokół tematyki żydowskiej tożsamości. Ważnej choćby dla Woody’ego Allena, z którym brytyjskiego pisarza łączy zamiłowanie do satyry i ironii.  Ale u Jacobsona pojawiają się też elementy tragizmu, jego książka w zasadzie ku niemu zmierza. Na te dziesięć nieznanych książek pewnie sobie trochę poczekamy, a w międzyczasie warto wypełnić sobie jesienne wieczory „Wieczorami kaluki”.

Wiecznie typowani i inni wygrani

Już jutro koło południa poznamy kolejnego szczęśliwego zdobywcę Literackiej Nagrody Nobla. Dawno nie przyznano jej za poezję, więc typowani są ci sami poeci, co zwykle, a dostanie pewnie jakiś inny z egzotycznego kraju, choć zainspirowana przez to odwieczne typowanie chciałabym się wreszcie zapoznać z liryką poety Adonisa, choć zważywszy na to, ile lat czeka, pewnie nie jest ani młody, ani piękny jak jego mityczny patron.

Kilka dni temu wręczono Literacką Nagrodę Nike sugerując, że rasowa nie jest ani polska poezja, a ona dominowała w siódemce, ani polska proza, której w tym roku nie dopieszczono nominacjami (choć  ogromnie żałuję, iż jednak nie nagrody nagród nie zgarnął Janusz Rudnicki, bo zapewne napisałby cudny kawałek  poświęcony straszliwym konsekwencjom wyróżnienia), jeno zapomniany nieco przez wydawców dramat.

A już w sobotę wręczona zostanie Nagroda Kościelskich, którą w tym roku ku zaskoczeniu wielu poetów, co sami siebie typują,  otrzymał debiutujący późno Marcin Kurek. Za poemat, który jak ktoś przytomnie zauważył, oparty jest o historię, jaka mogłaby się stać kanwą kapitalnego opowiadania. Marcin wybrał formę bliższą sobie i pokazał, że poezja może być jednak nośnikiem fabuły, a czytając Oleandra trudno znaleźć dla tej historii kształt bardziej odpowiedni, niż ten, jaki autor mu nadał. I ku swojemu zaskoczeniu przekonał do niej innych, i z dnia na dzień wygrał to, czego inni się nie doczekują. Może więc tajemnica sukcesu polega na tym, żeby na nic nie liczyć i dać się zaskoczyć?