Prawdziwy Raymond

W jednym z październikowych numerów „Le Nouvel Observateur” znalazłam recenzję z dwóch nowych, francuskich edycji opowiadań Raymonda Carvera. Recenzja ta sprowadza się właściwie do opowieści o demonicznym wydawcy, który wprawdzie wylansował pisarza i poniekąd uratował mu życie (ok. 1973 roku Ray donosił komuś, że nie robi nic innego poza piciem), ale notorycznie „odchudzał” złożone przez autora opowiadania, tworząc w efekcie słynny „minimalizm”. Carver początkowo machał na to ręką, lecz i bardzo przeżywał, iż to, co dostaje do ręki czytelnik, nie jest zgodne z jego zamysłem. Ów zamysł można poznać właśnie dzięki wydanym teraz książkom.

I poniekąd dzięki wydanej u nas właśnie „Katedrze” (Świat Literacki). W posłowiu do książki tłumacz Jerzy Jarniewicz  także wspomina o  ingerencjach redaktora-wydawcy (nazywał się on Gordon Lish), zaznacza jednak, że w przypadku tego tomu były one minimalne, bo sam już wtedy przestał pić i wyciągnął wnioski ze współpracy.  Część opowiadań wydaje się jakby znajoma, ale właśnie: miewają inne zakończenia. Zgodne z intencją autora, który aż tak lakoniczny wcale nie był.

Zawsze się dziwiłam, o co właściwie cały ten szum z wygrzebywaniem papierów po zmarłych pisarzach, z szukaniem oraz rekonstruowaniem pierwotnych wersji i zastanawianiem się, w którym momencie książka jest gotowa. I teraz już wiem. Choć wiem też doskonale, że traktowanie wydawców i redaktorów jako z zasady złych duchów jest grubą przesadą.

Terapeutyczna rola warszatatów pisarskich

Tym razem wystąpię nieco inaczej, bo jako rozmówczyni Filipa Modrzejewskiego, znakomitego redaktora W.A.B., który opiekuje się m.in. “Mroczną Serią” i to jemu zawdzięczam debiut w nowej roli. Pozwalam sobie opublikować fragment tej rozmowy, bo trochę miejsca poświęciliśmy i warszatatom, i adeptom pisarstwa, a to w związku z tym, że na zbliżającym się wielkimi krokami Międzynarodowym Festiwalu Kryminału (25.11 – 2.12) wystąpię w roli “trenerki”. Na ten temat poniżej, a jeśli ktoś chciałby poznać resztę, zapraszam tutaj: http://wab.com.pl/?ECProduct=1036

REDAKTOR Zastanawiającym zjawiskiem jest prawdziwy wysyp warsztatów i kursów pisania, które koncentrują się na klasycznych gatunkach literackich. Jak sądzisz, czy pisania można nauczyć? Jak uczyć tych, którzy nie czytają, a na pewno mało przeczytali?

MARTA MIZURO Na to akurat pytanie wolałabym odpowiedzieć po zakończeniu Międzynarodowego Festiwalu Kryminału, gdzie razem z Mariuszem Czubajem i Andrzejem Ziemiańskim poprowadzimy warsztaty literackie. Sama jestem ciekawa, do jakich wniosków dojdę po pierwszym tego rodzaju doświadczeniu i jak będą wyglądały dalsze losy moich podopiecznych. Powiedziałam pierwszym, bo wiąże się ono oczywiście z tym, że przestałam być tylko teoretykiem. Wcześniej jednak prowadziłam zajęcia z adeptami dziennikarstwa, a od trzech lat mam do czynienia z uczestnikami warsztatów organizowanych w ramach Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania. Dobór uczestników odbywa się na zasadzie konkursu, w którym jestem jedynym z „selekcjonerów”, potem naszych wybrańców biorą w obroty Natasza Goerke i Janusz Rudnicki, a ja im tylko po przyjacielsku kibicuję.
Na te warsztaty trafiły trzy lata temu Gosia Rejmer i Sylwia Siedlecka. Ich już chyba nie trzeba było wiele uczyć, ale na pewno u nas otrzymały potwierdzenie, że są gotowe do debiutu, i nabrały odwagi. Jestem w stanie wskazać jeszcze kilkanaście ciekawych osób, które objawiły się na ostatnich trzech edycjach MFO, są utalentowane, mniej więcej wiedzą już, czego chcą i nie trzeba ich zmuszać do pracy nad sobą, ale też mają w sobie wiele pokory i nie zamykają się na cudze dokonania w przeświadczeniu, że zrobią sobie krzywdę, odkrywszy, iż ktoś już wpadł na ten sam pomysł. Nie wiem więc, czy pisania można nauczyć od podstaw, zwłaszcza kogoś, kto bazuje tylko na swoim zapale, lecz z pewnością można pokazać kursantom ich słabe i mocne strony. W przypadku zajęć, o jakich mówię, sytuacja jest dość nietypowa, bo są bezpłatne i dlatego trafia na nie tylko dwanaście wyróżnionych osób. Ale, jak sądzę, prawie wszyscy, którzy w takich kursach uczestniczą, i to tłumaczyłoby popularność owych kursów, mają potrzebę ujawnienia się ze swoim cichym hobby i konfrontacji z nauczycielem. Oraz co ogromnie ważne, z grupą i w efekcie ze sobą. Zatem uczą się na nich nie tylko pisania. Co zrobią z całą wyniesioną z kursów wiedzą, to już ich sprawa. Nawet jeśli potem mieliby dalej pisać sobie do szuflady.

REDAKTOR Rozumiem, że podkreślasz sens warsztatów jako… terapii wspierającej. Ale oprócz pogodnej rozmowy, wysłuchania, utwierdzenia i dawania rad mówisz w istocie o tym, co uważasz za wartość w literaturze. Czegoś zawsze się trzymasz. Powiesz parę słów o tym?

MARTA MIZURO Oczywiście, że się trzymam. Nie znoszę w literaturze odwoływania się do najniższych instynktów, np. epatowania makabrą dla zabawy i świadomego odnoszenia się tylko do elementarnych ludzkich potrzeb: tego, że każdy chce się fajnie zakochać, być bogaty i absolutnie bezproblemowo przelecieć przez życie. Jak to kiedyś ładnie ujęła Kasia Leżeńska (a rozmawiałyśmy sobie o literackich romansach): nic w naszym życiu nie potwierdza tego, co romanse nam próbują wmawiać. Komedie romantyczne kończą się przecież zwykle tam, gdzie w rzeczywistości zaczynają się schody. Jak najbardziej, literatura jest rodzajem terapii wspierającej: daje nam nadzieję, że po jakiejś tragedii warto wciąż cieszyć się życiem. Ale nie może odbierać czytelnikom prawa do cierpienia czy słusznego przeświadczenia, że dobro nie zawsze zwycięża. Mocno to upraszczam, rzecz jasna.
Drażni mnie też, niestety zwłaszcza w literaturze popularnej, kiedy autor udaje idiotę, tłumacząc to sobie wymogami konwencji. Nie twierdzę, że musi się od razu popisywać erudycją, ale mógłby wykazać się chociaż inteligencją emocjonalną. Jeśli więc wyczuwam za czymś trzeźwy, dojrzały pogląd na ludzką kondycję, to jestem w stanie wybaczyć fakt, że czytanie nie daje aż takiej frajdy, jak lektura dzieł wysokoartystycznych.

paweł f. majka: Życie to bajka

Pogrzeb Żurawskiego odbył się zgodnie z Bożym przykazaniem. Ceremonii przewodniczył miejscowy proboszcz, w domu umarłego zebrały się płaczki i odprawiły zawodzącymi głosami jakieś prastare modlitwy. Ich wysoki głos, ograniczony sufitem poprzecinanym grubymi belami, rozchodził się wokół niczym gaz. Po chwili odsłonięto okna i nieśmiało wpuszczono światło. Dało się słyszeć jakby westchnienia ulgi, zeszłe ze wszystkich powietrze zajęło miejsce po zawodzeniu płaczek, wznosząc się powoli do góry i wypełniając każdą szczelinę pomieszczenia. Wdowa stopą trąciła niewielki kamyk, potem ruszono na cmentarz. Woźnica wyglądał na roztargnionego i zaczął kropić deszcz.

Cmentarz znajdował się na wzgórzu, stąd potrzeba kopania niezwykle głębokich dołów. Zdarzyło się nieraz, że spływająca woda podmywała niższe groby, wypluwając tych, których wcześniej pod łopatą przyjęła. Żałobnicy skupili się wokół samotnej topoli. Jedynego na i pod ziemią połączenia tych ludzi. Ksiądz kropić nie musiał, bo już kropiło. Pobrudził sobie jedynie szatę, odmówił modlitwy; odmówił też uczestnictwa w stypie i poszedł w stronę kościoła. Grabarze zasypali zalanego uprzednio przez deszcz Żurawskiego i poczłapali śladami księdza. Reszta zebranych ruszyła szosą w górę albo w dół wsi, zbierając po drodze na podeszwach swych butów ciężkie, lepkie grudy gliny. Na cmentarzu została tylko Danuta.

 Nie wiadomo, czy chciała chwilę porozmawiać z tym człowiekiem, który teraz powoli, skacząc z kropli na kroplę, piął się do nieba. Czy raczej myślała o tym, jak z kroplami spadając, wciska się w ziemię i przeciąga swoją duszę w dół. Pewne, że wcześniej, jeszcze za życia Żurawskiego, połączyła ich silna zależność. Niekoniecznie sprawiedliwa, taka po równo. Prędzej działająca jak huśtawka, przy czym jedno z nich było ciągle na górze. Niemniej dało się zauważyć płynący z na wpół otwartych oczu Danuty, prawie materialny, skrystalizowany smutek i żal. Jakby mówiła – Źle. Niedobrze się stało. – Stała na deszczu i patrzyła. Z daleka wyglądała jak jeden z nagrobnych pomników.

 Pewne letnie popołudnie, mógł to być lipiec albo sierpień. We wsi akurat trwały żniwa, które zaczynają się tutaj później niż na zachodzie. To z powodu chłodniejszego klimatu. Tego jednak popołudnia kanikuła wlewała się w krajobraz pogórza, wypełniając każdą dolinę i przeganiając cień. Cień uciekł ze wsi, zostawiając świat na łaskę słonecznych sztyletów, które przebijały gęsty od młóconego zboża dzień. Danuta była wtedy małą dziewczynką, miała może pięć lat i dlatego nie musiała jeszcze pomagać przy pracy. Przeciwnie niż jej siostry, których Danuta miała cztery, od świtu wiążące zboże w snopy i układające je w przemyślny sposób na piramidę. Pola roiły się już od żytnich, pszenicznych i owsianych chochołów. Siłą rzeczy Danuta spędzała mnóstwo czasu w samotności, bawiąc się sama ze sobą, podczas gdy rodzice i siostry pracowali w polu. Wykształciło to w niej rodzaj wrażliwości, bardzo dośrodkowej, jednak równocześnie otwartej na zewnętrzne. Taka zwrotna empatia, zogniskowana na żyjących w świecie istotach, niemożliwa jednak bez tego silnego motoru, jaki uruchomił się wewnątrz. Danuta nie tylko rozmawiała ze sobą, jakby było jej co najmniej kilka, ale też lubiła reżyserować otoczenie, mówiąc do drzew, ptaków i w ogóle do wszystkiego. Nawet do swoich trzewików albo suszącego się prania, które przypominało Danucie tańczące na niebie stado latawców. Dziewczynka potrafiła wlewać życie w zwyczajnie martwe formy.

 Tego letniego popołudnia, snująca się po polu jak foliowy worek na wietrze Danuta po raz pierwszy starła się z dusznym i gęstym doświadczeniem śmierci. Lepkie jak ten dzień doświadczenie spotkało ją pod jednym ze snopków, ponad sadem, gdzie pole ześlizguje się z górki ku dolinie zarośniętej bukowym lasem. Wszyscy dorośli pracowali albo w stodole, albo na innych polach, dlatego nie mogli słyszeć cichych pisków, które wezwały Danutę w tamto miejsce. Pod snopem, ściśnięte w nie większą od dziewczęcego podołka masę, leżały trzy małe zające. Futerka miały obłożone ciemną skorupą zaschniętej krwi. Wzdłuż linii, na której leżały, biegły ślady szerokich opon drabiniastego wozu. Danuta wzięła zwierzęta na kolana, ułożyła na podołku i zaczęła do nich mówić. Po chwili zające zdechły. Po prostu przestały drżeć.

I choć od tamtego wydarzenia minęło wiele lat, siostry Danuty wyjechały ze wsi, a rodzice zmarli, ona dalej układa na swoim podołku głowy, do których mówi, pomagając im przestać drżeć. Ktoś nazwał ją kiedyś Charonem. Przyjęło się i zostało. Chociaż jest kobietą małomówną, wzrokiem ucieka zawsze tam, gdzie nikt nie patrzy, zachowuje się przy tym ze zdystansowaną uprzejmością, nie zniechęcając do siebie, ale też nie wchodząc z nikim w żadną zażyłość. Mówiono, że cierpliwość i uśmiech ma tylko dla tych, którzy we wsi żyją połowicznie, jedną nogą będąc gdzieś dalej. I to prawda. Danuta potrafi rozmawiać ze śmiercią. Jak najlepszy pośrednik. Na każde swoje urodziny kobieta piecze tort, chociaż rzadko ktoś przychodzi. Zapala na nim tyle świeczek, ile razy była przy kimś, komu kończyła się umowa na życie. Ale nie wiadomo, ile ona sama właściwie miała lat, gdy po raz drugi spotkała Żurawskiego. Na pewno była kobietą dojrzałą, może nawet w podeszłym wieku, ukoronowaną gęstymi siwymi włosami. Na torcie, jak na ironię, płonęło blisko sto świeczek. Danuta nigdy ich nie zdmuchiwała, czekając, aż same spłoną. Nie można przecież zdmuchnąć ducha.

 Odkładały się w Danucie te wszystkie sytuacje. Trudne podwójnie albo nieskończenie, jak wtedy, gdy mężczyzna z numerem wytatuowanym na ręce szarpał ją za włosy i krzyczał – Zrób coś! Porozmawiaj z nią, no! Ty kurwo! Zabij albo ją, albo mnie! – Nieśmiertelność dla tego, kto zabije śmierć. I jeżeli mówi się, że nie ma piekła, Boga i tych innych dodatków do życia, to powiada się, że piekłem mają być inni ludzie. Kto przez takie piekło przeszedł, ten znalazł się już poza nawiasem, jakby nie dotyczyły go wszystkie ustalone gdzieś i kiedyś, nazwane moralnością, reguły bycia. Mężczyzna tam był, zrobił więc potem to samo u siebie w domu. Pod łóżkiem trzymał pistolet i siekierę, obok łóżka butelki pełne spirytusu, którymi balsamował się od środka. Żona mężczyzny, cyganka porzucona jako niemowlę w szpitalu, stała się kimś w rodzaju wielkiej bani pomyj, których on wciąż dolewał, mimo że oboje brodzili w nich już po kolana. Istnienie jednak w tych końcowych sytuacjach liczy się jak kreska w zeszycie, każda tak samo. Danuta wiedziała o tym, chociaż doprowadzało ją to do wewnętrznego drżenia, głębokiego jak studnia.

 Wieś Danuty, mimo że niewielka, zawierała w sobie całe bogactwo świata. Nie dlatego, że było w niej kilka okazałych chałup, zamożny dziedzic czy bliski dworzec wąskotorowej kolejki, lecz ze względu na niezliczoną ilość ludzkich charakterów, zaplatających gęste dzieje tego miejsca. Danuta pamiętała wszystkich, z którymi odeszła. Niektórych jednak tak, jakby z nimi odeszła ona sama. I nie chodziło o żal po stracie czy poczucie materialnej pustki. Raczej o coś silniejszego, silniejszego nawet niż wszystkie nazwane więzi. Taka wspólna żyła, jeden przedsionek serca, który dzieli się jak korytarz między pokojami. Pewna kobieta drżała długo i nie mogła przestać, pertraktacje były wyjątkowo trudne. Nocami budziła się i wołała o wodę, którą Danuta podawała jej w metalowym kubku, czerpiąc ze stojącego przy wezgłowiu wiadra. Ta jednak nie gasiła pragnienia, kobieta chciała wody święconej. Mówiła, że pieką ją wewnętrzne narządy, że czuje ogromne gorąco, jakby ktoś palił jej pod łóżkiem ognisko z wielkich pni. – Daj mi wiadro święconej wody! Nic nie pomoże! Pić! – Kobieta była wierząca, mówiło się, że śniła jej się nawet Maryja i kazała wybudować kaplicę na wzgórzu. Kaplicę postawiono w końcu obok starej lipy. Niedawno w lipę uderzył piorun. Mimo że kobieta odeszła lata temu, Danuta wciąż o niej myślała. Możliwe, że bardzo polubiła jej gruby i siwy jak łańcuch warkocz, możliwe, że właśnie nim przywiązała się do życia.

 Nie wiadomo, ile czasu Danuta stała na cmentarzu, ale kiedy wróciła do domu, było już ciemno. Zapaliła naftową lampę, dziś rzadko kto takich używa, cała wieś jest zelektryfikowana. Mokry płaszcz powiesiła przy kaflowym piecu, napaliła pod kuchnią, używając cienkich szczapek drewna i wyciętych w kształt jaja kawałków starej dętki. Spod łóżka wyciągnęła garnek z ugotowanymi ziemniakami, pokroiła je w plastry i usmażyła na rozgrzanym smalcu. Wypiła do tego kubek zsiadłego mleka. Danuta lubiła czasem zapalić machorkę. Wyjęła skądś zawiniątko z tytoniem przypominającym spróchniałą deskę i nabiła fajkę. Fajka miała rzeźbiony cybuch, prężył się na nim rogacz, fajka należała prawdopodobnie do dziadka. Danuta zaciągnęła się głęboko, aż do dna płuc. Dym zakręcił się w powietrzu, zrobił piruet, taki jaki zrobiła Danuta tamtego letniego dnia. Wciśnięta w kłujący snop z małymi zającami na podołku płakała. Mężczyzna podszedł i wziął ją na ręce, mówił, żeby nie szlochała, że jest już dużą dziewczynką i że ma piękną sukienkę, w której wygląda jak pani. Kręcił nią młynki w powietrzu, powiedział, że wraca ze świata, mówił, że widział tam dziewczynki niewiele większe od niej. Trzymały się za ręce, jakby chciały tańczyć, sukienki miały poplamione i leżały wgniecione w ziemię jak gruszki, które spadły z drzewa. Mężczyzna trzymał Danutę wciąż w powietrzu, obracał szybciej i szybciej. Mówił, że widział straszne rzeczy, opowiadał o mężczyznach, jak się śmiali do dziewczynek, kiedy mówiły, że chcą się tylko bawić. My też, mówili, chcemy się bawić. Powiedział też, że tamtych dziewczynek nikt nie trzymał na podołku, że zające to nic, to nic. Trzymał mocniej i mocniej, kręcił, zające to nic. Przecież tamtych dziewczynek nikt nie trzymał na podołku.

Danuta pomyślała, co będzie, kiedy na nią przyjdzie drżenie. We wsi była sama, jej najbliżsi  już odeszli. Gdy jest się ostatecznie samemu, nie ma mowy o egoizmie, więc i śmierć egoizmu nie uznaje. Danuta zawsze trwała przy tych ludziach delikatnie jak obrazek, jak krzesło, szafa pełna miłych wspomnień. Jej obecność była niezauważalna i pomocna, jak ciepły oddech na zmarzniętym karku. Żurawski mocno ściskał dłoń Danuty, aż strzelały kości i rama łóżka, na którym leżał. Opowiadał, że był w świecie i widział złe rzeczy, bardzo złe. Mówił, że widział małą dziewczynkę w ładnej sukience, jak bawi się albo jak płacze. I ślady na ziemi po samochodzie albo ciężkich butach, wszystko powgniatane w ziemię. Ściskał mocno rękę Danuty, opowiadał o zającach. Danuta nie jest pewna, czy usłyszała dobrze, łóżko wygrywało jakiś drapieżny marsz, ale chyba powiedział –. A, to bajka! – Pod sufitem zakręcił się dym, złe myśli zaciemniły Danucie obraz.

 Fajka była już prawie pusta. Żuki stukały w szybę, próbując przebić się do dogasającej lampy, noc była wyjątkowo ciemna. Z oddali słychać było przeciągłe szczekanie psów niesione południowym wiatrem. Danuta wyszła do wilgotnej sieni z klepiskiem, dzielącej dwie części domu jak głęboki, ciemny kanion. Z puszki po konserwie wyciągnęła zapas machorki, wróciła do izby i usiadła na sienniku. Ktoś zaskrobał w drzwi, delikatnie, jakby w zamyśleniu. Danuta siedziała chwilę w bezruchu, potem wstała i otworzyła. Do kuchni wślizgnął się stary szary kot z poszarpanym uchem. Danuta wróciła na siennik, zwierzę lekko wskoczyło jej na kolana, jakby robiło to co wieczór i ułożyło się wygodnie na podołku. Danuta nabiła fajkę, odpaliła i spojrzała na kota. Położyła mu rękę na ciepłym grzbiecie, trącając naderwane ucho. Ustami wypuściła snop dymu. Noc gęstniała w sobie, psy szczekały coraz ciszej, a oni siedzieli razem, wyglądając z daleka jak płonący na polu chochoł, z małym kotem na podołku.

Tropem trupa

Trochę ostatnio zaniedbałam moją ulubioną formę literacką, czyli opowiadanie. Ale właśnie nadrobiłam zaległości dzięki antologii „Mogliby wreszcie kogoś zabić”, opublikowanej w tym roku przez kryminalną  Oficynkę.

Ten zbiór czytałam nieco interesownie: przygotowując się do warsztatów w ramach Międzynarodowego Festiwalu Kryminału, który zacznie się już za niecałe trzy tygodnie.   Przed spotkaniem z adeptami pisarstwa chciałam zobaczyć, jak sobie z krótką formą radzą znani już autorzy z kręgu kryminału, powieści sensacyjnej czy horroru (ten ostatni, jako jedyny w antologii, reprezentuje Łukasz Śmigiel). I muszę przyznać, że miałam z tego tomu dużo uciechy, bo rzeczywiście co opowiadanie to inny styl, kompozycja, narracyjny pomysł przy zachowaniu znanego już skądinąd pomysłu na samego siebie, co widać i u wspomnianego już autora „Nocy wszystkich trupów”, i np. u Ewy Ostrowskiej, znanej głównie jako autorki obyczajowych powieści dla młodzieży i opowiadającej o tu o zbrodni maltretowania dziecka,  o jego śmierci symbolicznej.  „Kraina Czarów Alicji Nowak” może jedyne opowiadanie, w którym mowy nie ma o zabawie konwencją.

Bo oczywiście większość pisarzy się nią bawi. Z wyczuciem, z zachowaniem proporcji i ze smakiem. Inteligentnie. Zbiorowo udowadniając,  że opowiadanie sensacyjne wyjątkowo dobrze pisze się na zamówienie. Byleby tylko temat nie był zbyt precyzyjnie sformułowany i za bardzo nie ograniczał, tu jeszcze dodam, że „Mogliby w końcu kogoś zabić” to tylko tytuł zapożyczony z finałowego opowiadania, a wcześniej (choć nie w każdym wypadku) trup ściele się gęsto. Ale prawie nigdy bez sensu i  nie w ilości nadmiernej, co prowadzi do wniosku, że w krótkiej, skondensowanej formie najlepiej jednak poprzestać na jednym denacie czy denatce.

I jeszcze uwaga dla miłośników polskich powieści kryminalnych, którzy poznali duetu Gacek & Szczepańska. W tej antologii Katarzyna Gacek i Agnieszka Szczepańska występują jako pojedyncze podmioty twórcze.