Anderman zatrzymuje w kadrze

„Fotografie ostatnie” Janusza  Andermana to też jedna z książek, które przeoczyłabym, gdyby nie konieczność stworzenia autorskiego bilansu roku.  Nie żebym coś miała przeciwko pisarzowi, ale jakoś tak nie było zlecenia na recenzję, to i nie było przymusu, a „Wyborczą”, gdzie te opowiadania były drukowane, czytam od przypadku, przeważnie w sieci. Tak czy inaczej – jako strażnik polskiego opowiadania uznałam, że trzeba ten jeden z nielicznych polskich zbiorów uwzględnić, no i bardzo dobrze się stało.

Zakodowałam sobie w pamięci, iż na tych fotografiach utrwaleni są znani ludzie, bardziej ci znani jeszcze nie dzięki tabloidom, ale znani  z tego, że coś osiągnęli. Górnolotnie rzecz ujmując – zasłużeni dla polskiej kultury. I takich portretów parę w tej książce jest, najzabawniejszy chyba ten utrwalający Hłaskę i Osiecką, a ściślej historię tajnego listu od … do, który Anderman przemycał. A najbardziej wzruszający kawałek poświęcony Barbarze Łopieńskiej, mądrej i poważnej dziennikarce, autorce niezwykle przenikliwych wywiadów, która wyjątkowo głupio zginęła.  Dobre te portrety, ale lepsze tych przypadkowych ludzi, czasem anonimowych, czasem nie (choć to tylko jacyś sąsiedzi). Kadry z krótkiej wizyty we Wrocławiu, migawki z kolejek, obrazki z cyklu, którym można by opatrzyć tytułem zapożyczonym z Dąbrowskiej „Tu zaszła zmiana”. A wszystko oddane żywą mową, prawie idealnie podsłuchane (bo trochę nie bardzo wierzę w dialog reżyserki z młodą dziennikarką, tzn. przypomina raczej skecz kabaretu Elita) i skrojone do odpowiednich wymiarów. W sumie to taka książka, która nie zmienia świata, ale która z pewnością uczy, jak się to robi. Jak powinna wyglądać krótka forma.

***

A teraz już wszystkiego dobrego na Nowy Rok. Przede wszystkim dobrych lektur,

Jazgod: La Dolce vita

 Akakijowi Akakijewiczowi Baszmaczkinowi, Makarowi Aleksiejewiczowi Diewuszkinowi i im podobnym

Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje. Najwcześniej ze swoich legowisk zrywają się złomiarze. A miłościwy stwórca, w swej szczodrobliwości, hojnie wynagradza im wszelkie wyrzeczenia, wszystkie te na wpół urwane sny, ledwie zarysowane marzenia. Masz tu, mówi, moja owieczko, ranny ptaszku, masz tu mój maluczki człowieczku puszeczek bez liku. Masz tu, mówi, niedopałeczki swieżusie, jeszcze skwierczące, wyrzucone przez roboli z nocnej szychty, którzy nie mieli już siły ich dopalić. Masz tu ogryzki, skórki chleba, ścinki, zlewki, obierki, masz tu dary nieba.

*  *  *

Mój dawny przyjaciel z okresu młodzieńczego dorastania – Adam, przypomniał mi o swoim istnieniu dość nieoczekiwanie, po mniej więcej dwudziestu latach od naszego ostatniego spotkania. Wówczas żegnaliśmy się w pośpiechu przed blokiem, a jego rodzice pakowali cały dobytek życia do bagażnika Fiata 125p, którego dumnym posiadaczem był stryj Adasia, człowiek impulsywny, non stop posyłający wulgarną wiązankę pod każdym adresem, nawet tym bliżej nieokreślonym: poste restante – Sfery Niebieskie. Tamtego dnia stryj również nie omieszkał zbluzgać tego i owego, od czasu do czasu popędzając nerwowo całe towarzystwo, żeby szybciej pakowali te swoje gówniane manatki, bo pociąg do Berlina nie będzie na jaśniepaństwo czekał do osranej śmierci, choć w rzeczywistości do odjazdu pozostawał jeszcze szmat czasu. Poniekąd jednak miał rację, bo rodzice Adasia, nie zważając na dość ograniczoną przestrzeń bagażową auta, taszczyli ze sobą dosłownie wszystko, każdy najmniejszy duperel, który w ich wciąż pozbawionej innych odniesień (aniżeli do peerelowskich realiów) wyobraźni, mógłby im się za granicą przydać. Upchnęli zatem pod nogami chociażby spory zapas papieru toaletowego[i], święcie przekonani, że dzięki temu na pewien czas oszczędzą sobie trudu stania w kolejkach do niemieckich sklepów. Był mroźny, grudniowy poranek, 1990 roku. Mur berliński zburzono ostatecznie jakieś dwa miesiące wcześniej i Ossis wraz z Wessis na powrót zjednoczyli się w jedną Rzeszę. Tymczasem u nas szalała inflacja, Wałęsa darł koty z Mazowieckim, czego omal nie wykorzystał Tymiński, co bardziej niecierpliwi już zaczynali narzekać, że żyje im się gorzej, niż za komuny, zaś rodzice Adasia postanowili nie czekać, aż coś się w tym kraju zmieni, skorzystać ze swego niemieckiego pochodzenia, nawiedzić swój Heimat, którego dotychczas nie zdołali nawet zobaczyć, i zapuścić tam korzenie. Jechali praktycznie w ciemno; cała ich rodzina pozostała w Polsce, a brat dziadka Adasia, jedyny, który po wojnie ostał się w Niemczech, zmarł przeszło kilkanaście lat przed zjednoczeniem, za życia skrzętnie ukrywając fakt istnienia familii po drugiej stronie żelaznej kurtyny (nie słał swoim bliskim nawet paczek i korespondencji, żeby jego czcigodnej persony nikt przypadkiem nie skojarzył z tymi wschodnimi barbarzyńcami). Pamiętam, że owego mroźnego poranka, zupełnie nie bacząc na chłód, długo stałem przed blokiem i machałem za wzniecającym kłęby dymu i niknącym na horyzoncie pojazdem. I oto teraz, po dwudziestu latach od tamtego pożegnania, znowu pojawia się Adaś, chociaż właściwie już nie Adaś, właściwie już Herr Adam Schulz.

 *  *  *

Zaczęło się od tego, że przeszło miesiąc do naszego teraźniejszego spotkania, nawiązaliśmy wirtualny kontakt na jednym z popularnych portali społecznościowych. To Adam odnalazł mnie pośród kilkudziesięciu innych Grzegorzów Korzyckich, następnie zaś wysłał mi zaproszenie do znajomych (po czym – by dopełnić formalności – musiałem już tylko potwierdzić, że faktycznie się znamy). Mniej więcej tydzień później, w skrzynce na moim profilu pojawiła się wiadomość od użytkownika Adam Schulz, że jego wypikselowana facjata, którą miałem okazję widzieć na monitorze, niebawem się przede mną zmaterializuje, wszak on już od dawna nosi się z zamiarem, by nawiedzić wreszcie naszą mieścinę i że jak się tylko pojawi, to koniecznie musimy się spotkać przy piwie. Odpowiedziałem, że owszem, przekonany, iż jak w wielu podobnych przypadkach, kiedy znajomi z odległej przeszłości nagle przypominają sobie o swoim istnieniu, na takiej, kurtuazyjnej wymianie zdań poprzestaniemy. I rzeczywiście – przez kilka następnych miesięcy nie napłynęły od niego żadne wieści. Toteż byłem autentycznie zaskoczony, gdy wczorajszego wieczoru, przykładając do ucha słuchawkę domofonu, usłyszałem w niej głos dawnego kolegi.

– No i jestem stary. Poznajesz? To co z tym browarem? Czekam na klatce.

 Okazało się, że nadal doskonale włada ojczystym językiem, jak gdyby wyjechał z kraju nie dwadzieścia lat temu, a najwyżej dwa miesiące. Być może często tu przyjeżdża, choćby w interesach, pomyślałem.

– Adaś! A to ci niespodzianka! Zaraz Adaś. Moment. Może wejdziesz? Muszę się ogarnąć. Uprzedzić żonę.

– Raczej nie. Zaczekam tutaj. Nie chcę tak oficjalnie, rozumiesz. Co innego, jakbym przyprowadził swoją Frau. Zapalę, a ty się streszczaj.

Tym razem zdawało mi się, że przez krótką chwilę słyszę w jego głosie ową charakterystyczną szorstkość germańskiej wymowy (jednak możliwe, że się tylko przesłyszałem, albo zwiódł mnie ten niemieckojęzyczny wtręt a propos żony).

– Dobra. Postaram się. Daj mi parę minut.

– Czas operacyjny: dwie minuty.

– Dobra, dobra. Nie zapominaj, że jesteś w kraju, gdzie czas nie płynie na skróty. Wręcz przeciwnie. Nie spodziewaj się więc po mnie niemieckiej punktualności. Mogę tylko obiecać, że za ein moment będę.

I oto siedzimy wspólnie na ławce przed blokiem, tej samej, która pełniła niegdyś zaszczytną funkcję swoistej loży szyderców, gdzie cała nasza osiedlowa ferajna, z braku lepszego zajęcia dłubała pestki słonecznika i hałaśliwie komentowała wszystko, co ją otacza i co tylko nie zdołało umknąć jej szczeniackiej percepcji. Trzymaj, mówi Adam, browara, i wyciąga z reklamówki Żywca. Trzymaj, mówi, za stare czasy wypijemy. Bo to najlepsze miejsce do tego, żeby się z fumflem za czasy stare stuknąć browarem. Wiesz Adam, nie wiem, czy wiesz, ale w Polsce to jest teraz zabronione, bronię się, jednak puszkę biorę. W Polsce to jest miejsce publiczne. Możesz pić na umór w ogródku byle lokalu, choćby w centrum na widoku. Możesz nawet zasnąć w rzygowinach na stoliku, bo to jest miejsce prywatne. Ale tutaj, na osiedlu, jest miejsce publiczne. Tutaj nawet jak się z zero-trójką zaszyjesz w krzakach, to zabulisz mandat. To jest ustawa o wychowaniu w trzeźwości. Niedopracowana, bo ją w sejmie po pijaku uchwalali. Sram na tą waszą władzę i wasze mandaty, śmieje się Adam. Sram, bo to gówniane pieniądze są dla mnie. Dzisiaj mi za prędkość wlepili i tylko mnie rozbawili. Pij, mówi, ja za ciebie zapłacę. Nie trzeba było długo czekać na okazję.

– Dzień dobry panom. A co to, nie wiemy, że tutaj się nie pije? Niewiedza nie zwalnia. Dokumenciki.

Spisywanie, łączność z bazą, sprawdzanie danych, karani/niekarani, wszystko się zgadza, ołwer baza.

– Wyrażają panowie zgodę na mandat, czy do grodzkiego sprawa?

– Ale ile będzie, panie władzo?

– Tradycyjnie, po stówce.

– Nie dałoby rady jakoś spuścić? – przekomarza się Adam i widać po jego twarzy, że niemałą przyjemność mu to sprawia.

– Spuścić to se możecie wiecie co. Byle nie w miejscu publicznym, bo za to są surowsze kary.

– Panie władzo, a co z tymi puszkami? – ciągnie zabawę Adam, wskazując na piwo, które wciąż dzierży w dłoni.

– Teraz, jak już macie po mandacie, to se możecie pić ile wlezie.

*  *  *

Rzecz jasna, skwapliwie skorzystaliśmy z sugestii stróża prawa i społecznego ładu, jednak na dogrywkę udaliśmy się – mimo wszystko – do lokalu. Czas sączył się tego dnia niespiesznie, wprost proporcjonalnie do piwa w lokalach. Rozmowy krążyły nieustannie wokół wspomnień, i jeśli choć na chwilę oddalały się od przeszłości, to zaraz do niej wracały, niczym zagubiony na morzu okręt, który szczęśliwie dotarł do bezpiecznej przystani. Tak, po tylu latach rozłąki, jedynym, co jeszcze łączyło nas ze sobą, było dzieciństwo. Niemniej nasza wzajemna paplanina okazała się do tego stopnia niewymuszona i szczera, że dopiero dobrze po północy oderwaliśmy od krzeseł swoje cztery litery i chwiejnym krokiem wyszliśmy z pubu. Adam zameldował się w „Polonii”, hotelu położonym nieopodal osiedla, toteż większość drogi powrotnej przebyliśmy wspólnie. Przechodziliśmy właśnie obok podwórza jakiejś kamienicy, kiedy przypadkiem staliśmy się świadkami sceny, która znów (mimowolnie) rozpętała w naszych głowach wartki strumień wspomnień. Pierwszy zareagował Adam.

– Popatrz, czy to nie Tadek?

– Tak, to on.

– Czego on szuka w tym śmietniku? – zapytał i zanim zdołałem otworzyć usta, by udzielić odpowiedzi, zgarbiona nad kontenerem postać zdążyła się wyprostować, a w jej dłoni błysnął na moment maźnięty snopem latarnianego światła walcowaty przedmiot.

– Popatrz Grzechu, on zbiera puszki! Cholera, nic się sukinsyn nie zmienił. Jakby w ogóle nie dorósł. Jakby dalej był tym samym dzieciakiem.

– W pewnym sensie masz rację. Nie dorósł. Albo my dorośliśmy już tak bardzo, że nie jesteśmy w stanie się pochylić…

– Co ty mówisz? Nic z tego nie rozumiem.

 *  *  *

Kiedy w 1962 roku Andy Warhol malował swoje 32 puszki zupy Campbell’s, nie przewidywał zapewne, że dwadzieścia parę lat później kolekcjonowanie puszek (wprawdzie nie po zupie, a z reguły po piwie lub innych napojach orzeźwiających), że owa swoista puszkomania ogarnie znaczną część populacji pewnego środkowoeuropejskiego kraju, sąsiadującego z ojczyzną jego rodziców[ii]. Być może jednak to właśnie słowiańska krew, płynąca w jego żyłach, sprawiła, że postanowił ów zwykły przedmiot użytkowy uwiecznić na płótnie i przekształcić go tym samym w symbol malarskiej estetyki. I być może ta sama, słowiańska krew, płynąca w naszych żyłach, przyczyniła się do tego, że w połowie lat 80-tych z upodobaniem ozdabialiśmy piramidami z puszek meblościanki.

Mieliśmy wówczas po jedenaście lat i stanowiliśmy nierozłączną paczkę. Ja, Adaś i Tadek, niemal codziennie dosiadaliśmy naszych składaków, i pędziliśmy na złamanie karku na parking dla tirów, mieszczący się na skraju miasta. Pamiętam nasz pierwszy raz, kiedy czailiśmy się długo, skuleni pod kabiną ciężarówki, czekając, aż przez okno wysypią się upragnione puszki. W pewnym momencie zdało nam się, że kabina dziwnie się chybocze. Myśleliśmy, że kierowca śpi i nerwowo przewraca się na boki. Szarzało już i byliśmy bliscy rezygnacji. Nagle przez opuszczoną szybę wychyliła się dłoń i rzuciła coś przed siebie. Tadek szybko pobiegł w to miejsce. Po chwili wrócił prezentując nam znalezisko – lepką od spermy prezerwatywę.  Wściekli  na  szofera-cudzoziemca,   klnąc  pod  nosem  na własną głupotę, wskoczyliśmy na rowery  i  z pustymi rękami wróciliśmy na osiedle. Obiecaliśmy sobie, że na parking już nigdy nie wrócimy. Jednak puszkowa pokusa, wabik mieniący się niespotykanymi w codziennej szarzyźnie kolorami, był silniejszy. Z kolejnych wypraw wracaliśmy już z łupami. Byliśmy dumni ze swoich zdobyczy. Pełne puszki można było kupić jedynie w PEWEX-ie, za dewizy. Któregoś dnia wylazłem na podwórko z puszką po 7UP, napełnioną uprzednio w domu wodą z syfonu, zarazem głosząc wszem i wobec, że woda z syfonu to totalny syf i że się nie umywa do tego oto napoju. Pokazówka się opłaciła. Przez następnych kilka minut byłem w centrum uwagi. Kontynuowałem spektakl pozostając wyniośle obojętny na zaczepki towarzystwa w rodzaju: uła-spóła, kopsnij puchacza, obstaw łyka.

*  *  *

Ostatnimi czasy rzadko spotykam Tadka. Jeszcze parę lat wcześniej – owszem, widywaliśmy się (a w zasadzie to ja go widywałem) często. Zazwyczaj leżał wtedy bezwładnie na ławce w parku, naprzeciw osiedla, a kiedy usiłowałem dawnego kumpla jakoś ocucić i przemówić mu do resztek świadomości (huraoptymistycznie zakładałem, że je jeszcze posiada), wpierw bełkotał tylko coś niezrozumiale, następnie zaś okazywało się, iż miast mojej osoby widzi przed sobą niezliczone projekcje innych postaci, które na głos nazywa. Mieszkał wówczas u babci, bo rodzice, nie mogąc ścierpieć widoku blisko trzydziestoletniego pasożyta i nie potrafiąc wyciągnąć go z uzależnienia (które sukcesywnie rujnowało ich własne życie), wyrzucili syna na bruk. Staruszka zlitowała się nad wnukiem-pijakiem i postanowiła przygarnąć banitę. Któregoś razu poderwałem jego truchło z ławki, przerzuciłem je sobie przez ramię i zatargałem pod babciny adres. Na dworze było chłodno i obawiałem się, że jeśli go tak zostawię, niechybnie zamarznie. Zastukałem w drzwi.

 – Matko przenajświętsza! Skaranie boskie z tym pijusem! Całą noc ja nie spała, bo się bała, że po niego kostucha przyńdzie.

– Znalazłem go w parku…

– Dziękować Bogu, że się taki dobry kawaler natrafił, co tego czorta do dom przyprowadził.

– Kiedyś, za dziecka, przyjaźniliśmy się z Tadkiem. Szkoda chłopaka.

– A jaka tam szkoda panie! Żyć cholera jedna nie daje. Ostatni raz, jak ja się spać kładła, to musiała rentę przed nim chować do cyckonosza. A potem ino czuję w nocy, że mnie ta zaraza po cyckach maca. Na leki panie nie starcza, bo ten zbój wszystko wykrada. Czym ja sobie zasłużyła, że mnie tak Pan Bóg na stare lata pokarał?

Po tym zdarzeniu jeszcze parokrotnie zdarzało mi się odprowadzać Tadka, jednak ani razu już nie odważyłem się zajść do mieszkania. Po prostu zostawiałem zwiotczałe ciało na półpiętrze, robiłem w tył zwrot na pięcie i ulatniałem się niepostrzeżenie.

*  *  *

Miasteczkowa fama głosiła, że Tadek puścił się w tany, jak to zazwyczaj bywa, przez kobietę. Że była to jedna z tych typowych, nieszczęśliwych i tragicznych, młodzieńczych miłości. Że ona dawała mu wszelkie przesłanki ku temu, by wierzył, że go kocha, potem zaś nieoczekiwanie rzuciła się w ramiona najlepszego przyjaciela Tadka. Nie wiem ile jest w tym prawdy. Przestaliśmy się kolegować zaraz po podstawówce. Tadek poszedł wówczas do innej, aniżeli ja, szkoły średniej, zaś rok wcześniej przeprowadził się z rodzicami na nowo wybudowane osiedle, znajdujące się na przeciwległym krańcu miasta. Teraz zdarza mi się go sporadycznie spotykać, zwykle w okolicach osiedlowego śmietnika. Czasem nawet udaje nam się wspólnie zamienić zdanie, jednak Tadek nigdy przy tej okazji nie rozdrapuje bolesnych ran, przeciwnie – stara się sprawiać wrażenie, że u niego wszystko w porządku, wprawdzie bieda, ale kto jej nie ma.

  Po spotkaniu z Adamem długo zastanawiałem się, dlaczego ten, widząc  Tadka wydobywającego puszkę ze śmietnika, pomyślał, że nasz niegdysiejszy kolega nadal bawi się w kolekcjonera. Czyżby dostatni żywot za granicą oszczędził mu podobnych widoków? Raczej niemożliwe, przecież w Niemczech nie brakuje niedoszłych Gastarbeiterów, którzy po nieudanym poszukiwaniu pracy przekwalifikowują się na żebraków. Możliwe, że to nasze wzajemne odkurzanie wspomnień, nasunęło mu takie a nie inne skojarzenie. Nie pytałem go wtedy o to, a Adam następnego dnia opuścił naszą prowincjonalną mieścinę, i razem z żoną pojechał do Juraty, by przez resztę pobytu w kraju pławić się w luksusach hotelu „Bryza”. Od tamtej pory już się nie widzieliśmy.

*  *  *

Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje. I tak na ten przykład Tadek, zerwie się o piątej w poniedziałek i wyruszy na poszukiwania aluminiowego runa, obficie zalegającego na trawnikach i w krzakach po weekendowych ostatkach. Następnie doczłapie z całym tym zdobycznym tałatajstwem do skupu, a po południu zajmie swoją miejscówkę na dworcu. Wieczorem rzuci garść uciułanych miedziaków na ladę w nocnym sklepie, i wysoko podnosząc opuszczoną cały boży dzionek głowę, zamówi trunek z najniższej półki – „Wino Dolce Wzmocnione”. I zanim wreszcie, po ciężkim dniu, po swej powszedniej golgocie, osłodzi sobie gorycz istnienia pierwszym łykiem owocowego soku zmiksowanego ze spirytusem, jeszcze może tylko rzuci okiem na etykietę butelki i mruknie pod nosem: „Dolce, kurwa, wzmocnione, a za liche złotówki ze skupu i dworca stać mnie co najwyżej na tą marną namiastkę krwi chrystusowej”.


[i] W czasach demokracji ludowej papier toaletowy był w naszym kraju towarem deficytowym. I chociaż bywało, że brakowało w sklepach dosłownie wszystkiego, to z jakiegoś powodu właśnie zdobycie produktu pieszczotliwie nazywanego srajtaśmą, powszechnie uważano za synonim sukcesu. Współcześnie to głównie konsumenci po pięćdziesiątce, ci sami, którzy niedobór papieru toaletowego w epoce PRL  

odczuli na własnej skórze najdobitniej, stanowią najlepszy target dla markowych producentów tego wyrobu. Osobiście udało mi się zaobserwować, że klienci marketów zaliczający się do tego przedziału wiekowego, nawet gdy dysponują ograniczonym budżetem, częstokroć oszczędzają na produktach spożywczych, kupując jakąś paskudną mielonkę, blok seropodobny, czy najtańszy pasztet, jednocześnie wrzucając do koszyka najdroższy, aksamitnie miękki, kilkuwarstwowy i zapachowy papier toaletowy.

[ii] Rodzice Andy’ego byli Łemkami (właściwe nazwisko – Warhola, Warhol to jego zamerykanizowana wersja) i pochodzili z wioski Miková, mieszczącej się nieopodal miasta Medzilaborce na słowackim Podkarpaciu (tuż przy granicy z Polską). W Medzilaborcach znajduje się (założone w 1991 roku przez jego brata – Johna) Muzeum Sztuki Współczesnej im. Andy’ego Warhola

Niecodzienna codzienność

Przygotowując się do podsumowań roku, gorączkowo pochłaniam różne lektury. Nie tylko dlatego, że chciałabym uwzględnić jak najwięcej tytułów. Z doświadczenia wiem, iż jeśli teraz nie wyłuskam tegorocznych książek ze stosu egzemplarzy recenzenckich, wkrótce znikną mi one z oczu, przykryte przez kolejne nowości, a ja będę się (i je) fałszywie pocieszać, że wszystko nadrobię na emeryturze… Na którą się póki co nie wybieram. Dużo tego, dużo, więc nakręcona przez histerię czytania budzę się o czwartej lub piątej rano, całkiem przytomna i cokolwiek zdziwiona tym, że oprócz mnie nikt w całej kamienicy nie chce jeszcze zacząć dnia. Czasem paru nastoletni pies sąsiadów nie może wytrzymać ciśnienia w pęcherzu, czasem ktoś przemyka cicho przez nasze podwórko-studnię albo wysoko nad nim – i głośno – przebija się samolot. Gdy słyszę go bardzo wyraźnie, zawsze myślę o tym, że mieszkam na ostatnim piętrze, a kawa, którą trzymam w ręku może być ostatnia, taki syndrom WTC.

Kiedy ja się budzę, Alina z opowiadania Ewy Schilling zwykle zasypia, resztką świadomości rejestrując, że „ Światła lamp na parkingu świeciły dla nikogo, puste ulice zamierały wypełnione zimną mgłą”. Mgłą grudniową, przedgwiazdkową, bo to otwierające zbiór „Codzienność” (Ha!art) mówi o wigilijnym, przełomowym dla bohaterki spotkaniu z równie jak ona samotną kobietą. Spotkanie z gatunku tych, które zdarzają się teoretycznie tylko w literaturze, ale poprzedzone cierpliwym przygotowaniem się do niego. Wyborem, obserwacją, wyszukaniem idealnego miejsca, w którym rozpocznie się właściwa akcja. Wtedy się rozpocznie, kiedy (jakże lubię ten chwyt) Alina i Ewa się z nami żegnają, by ustąpić miejsca kilkunastu innym bohaterkom. Przeważnie kobietom kochającym kobiety, ale nie tylko: np. Wanda, wdowa po sławnym pisarzu, dopiero uczy się kochać siebie (znów już po ostatniej kropce postawionej przez autorkę), Emilia przygotowuje się do radzenia sobie po śmierci ukochanej matki, Bożena z kolei poprzestaje na pocałunku, którym zarazem wita się i żegna z możliwością być może ciekawszego życia, ostatecznie jednak wybiera heteroseksualną małą stabilizację. Nie jest hipokrytką, tylko – jak wiele innych bohaterek – ma prawdopodobnie skłonności biseksualne.

Niedopowiedzenie nie musi być regułą – zdarza się i seks, będący chyba najlepszym uzasadnieniem dla krzyczącego z okładki hasła anonsującego zbiór: „Chleb powszedni lesbijek w dzisiejszej Polsce”. Ale wolę te teksty, kiedy on się może zdarzyć już post fatum, po tej ostatniej kropce, a bohaterki piją wspólnie herbatę. Wolę nie dlatego, że to, co dla tych kobiet składa się na codzienność, jest dla mnie niecodzienne. Po prostu: kiedy obraz spowija mgła (ciepła, nie zimna) wychodzi mu to na dobre. Na lepsze, sprecyzuję, bo te niedługie opowiadania są dobre. Dopracowane, ciekawie zaaranżowane, pełne treści. Pojemne. I, co również bardzo lubię, mnóstwo w nich bezinteresownych epizodów. Choćby ten, migawka z warszawskiej ulicy, z policjantem i kobietą „ w złachanym futrze”, która na ulicy demonstruje bieda-zawartość swojej torebki: „tubki i fiolki, kości i zabawki, i – wyglądało to jak zakrwawiony gołąb”.

Dzieje jak żywe

Nie było mi dane w bardziej papierowym medium (które jakoś osobliwie popiera książki ograniczając ilość stron na ich recenzje), więc chociaż tutaj, w swoim kąciku, wyrażę swoje uwielbienie dla tego, co robi Elżbieta Cherezińska. A ponieważ tu się nie muszę silić na sformatowane sądy, powiem wprost dla tego, co robi ze mną swoimi powieściami. To mianowicie, że mnie, mocno zniechęconą do dziejopisarstwa systematycznie na nie nawraca, dzięki swojej pasji, umiejętności przedstawienia przeszłości tak, jakby zakończyła się wczoraj i nadzwyczajnej lekkości pisania.

W życiu bym nie pomyślała, że nagle z uszami wpadnę w świat Wikingów, a tu nagle nie mogę się doczekać na kolejną  część „Drogi Północy” (na szczęście Ela, pracowita i systematyczna, nie każe swoim fanom długo czekać  – saga Einara ukaże się już na wiosnę). Jeszcze mniej podejrzewałabym siebie o to, że jednym tchem pochłonę opowieść ogniskującą się wokół zjazdu gnieźnieńskiego, ale daję słowo, że od „Gry w kości” (ukazała się pod koniec listopada) nie mogłam się oderwać, tak plastycznie, smakowicie, i szalenie współcześnie został przez autorkę pokazany.

Powieści historycznej ci u nas niedostatek i pisarze niechętnie do niej sięgają.  Trochę próbuje ją reanimować Eustachy Rylski, ale na razie poprzestał na „Warunku”, który wszelako był w większym stopniu powieścią drogi z wątkiem sensacyjnym.  Niedawno sięgnął po nią Jarosław Marek Rymkiewicz, alem go nie czytała, więc nic mądrego nie powiem, poza tym że nie zmienia ona specjalnie obrazu niedostatku. To panowie, pań też za dużo nie ma, ale za to jakie są ciekawe.  Poza Cherezińską warto tu wspomnieć o wspaniałej Ewie Stachniak, która wprawdzie pisze po angielsku i u nas musi być dopiero tłumaczona, ale jej książki –„ Ogród Afrodyty” i „Dysonans” – ukazały się albo zaraz po kanadyjskiej premierze, albo jeszcze przed nią. I nie dość że cudownie ożywiają świat przełomu XVIII i XIX wieku, to jeszcze są odzwierciedleniem nowoczesnej „her story”, mającej na celu zrewidowania miejsca kobiet w historii czy może przywrócenie tego miejsca po prostu.

Dwie pierwsze części „Drogi Północy” też się do tego nurtu kwalifikują, bo ich narratorkami są kobiety, ale już w trzeciej głos zabierze mężczyzna. Dwaj mężczyźni Bolesław Chrobry i Otton III są też protagonistami „Gry…”  Gry o władzę albo suwerenność, gry nie na śmierć i życie, bo obu wielkich władców łączy przyjaźń, gry o imperium (to Otton) i przyszłe państwo oraz koronę. Tak to „blurbowo” ujęłam, a o tej książce myślę przez pryzmat postaci (nie tylko historycznych) i sekwencji. Takich na przykład jak pospieszne przygotowanie pielgrzymki i aranżowanie jej nieomal w spektakl teatralny, jak torturowanie antypapieża,  jak wizyta w jaskini, gdzie pogrzebany jest Karol Wielki czy jak pokutne zabiegi Ottona III, który,  wszystko na to wskazuje, sam siebie zamęczył na śmierć. I wiele, wiele innych: żywych, pełnowymiarowych czy bardziej – pełnokrwistych. I przede wszystkich pełnych emocji a nie inkrustowanych podręcznikowymi sentencjami.

Takie to odległe, a żywsze od niejednej współczesnej historii. I nie sądzę, żeby to była tylko kwestia odpowiedniego dystansu czasowego.

Podać tekst

O podawaniu tekstu literackiego w teatrze dotąd nie pisałam, ale wreszcie mnie naszło, tak rocznicowo, po pięciu edycjach „Angelusa”. Nie każdą z nich pamiętam dokładnie, nie wszystkie występy, w których prezentowano kawałki nagrodzonych książek.  Na pewno jednak bywało lepiej w tych latach, kiedy na scenie prezentowały się teatralne gwiazdy i po prostu dobrze, z wyczuciem podawały tekst, nie próbując go jakoś na siłę ogrywać. Nie, żeby wczorajszy spektakl był lepszy czy gorszy, ba, nawet nie był specjalną niespodzianką, bo przedsmak tego, co można zrobić poezji czy prozie (tak: prozie i poezji, a nie z prozą i poezją) mieliśmy już nie raz na uroczystościach wręczenia dwu wrocławskich nagród literackich. Ale tym razem  po prostu nic nie słyszałam zagłuszona intrygującą, lecz zbyt głośną muzyką Karbido, zdekoncentrowana ruchem scenicznym w stylu zbiorowego ADHD, zmylona pomyłkami aktorów i łykaniem końcówek wyrazów.

Nie chodzi o recenzję tego spektaklu, więc nie będę wytykać po nazwiskach, premiować jedne interpretacje i potępiać drugie. Na pewno widać było (taki prezencik dla panów) i słychać Justynę Szafran prezentującą fragment nagrodzonych „Mesjaszy” Spiro. Wyczuwało się też, że aktorka rozumie tekst, ale to żadna sztuka, bo opis seksualnych praktyk Ksawery był tak oczywisty do pojęcia, że jedyne, co można było zrobić, w każdym razie zostało na scenie zrobione,  to go sugestywnie odegrać omdlewającym z podniecenia głosem.  I skorzystać z niebezpieczeństwa, że firanka mogła się obsunąć – a nie chyba raczej nie powinna – co uwalniało interpretatorkę od gestykulacji.  Fragment ze Spiro szedł  jako drugi, po nim bodaj kawałek „Achtung! Banditen” hecny jak diabli, ale kompletnie nieoddający charakteru tej książki. A potem już było coraz mniej słychać po prostu, przeto najbardziej przechlapane miał Norman Manea – tyle zrozumiałam, że chodzi o wiezienie Żydów wagonem bydlęcym w roku 1941. Idealnie dobrany fragment do tego, żeby młodzi aktorzy wreszcie mogli się rozebrać, nie wiem, czy do rosołu, bo za daleko siedziałam, ale blisko tego i mięśnie było widać.  Konwulsyjny balet umęczonych ciał poprzedziły inne ekspresyjne tańce i krzyki,  tudzież bieganie aktorów z komórką i gadanie jeden przez drugiego. Suma summarum tekst liczył się do trzeciego kawałka, potem już coraz mniej, bo ustąpił sprawności fizycznej aktorów.

Lepszy spektakl odegrali potem Natalia Gorbaniewska , prezydent Dutkiewicz i Katarzyna Obara, ale już mniejsza o to. Reżyserował dramaturg, czyli człowiek, dla którego słowo powinno być istotne, lecz może mu się poodmieniało. Mi jednak nie, choć i od reżysera Mana i części wykonawców nie dzieli mnie pokoleniowa przepaść. Lecz chciałabym rozumieć, co do mnie mówią i wierzyć, że to, co mówią, w ogóle zrozumieli.  Na to ostatnie nie było wczoraj zbyt wielu dowodów. I dlatego wolę sobie poczytać, usłyszeć, co trzeba tylko w głowie.