Miłosz Bagiński: Dzień zmęczonej wiosny

Kochałem Berghaus. Choć kochać to za duże słowo. Szukając innego, przychodzi mi na myśl wielbić ale i ono jest po części przesadzone. Nie myśląc długo, wybiorę lubić, byle się nie zatracić.
To, co powiem, jest nudne, banalne, mało – a właściwie w ogóle – (nie)odkrywcze. To p o c z ą t e k. Bo wszystko, czy tego chcemy czy nie, ma swoje źródło, swój zwij, z którego po rozwinięciu dobiega do najrozmaitszych zakątków. Bywa przecież, że sprawy dla nas nieistotne odciskają w naszych zdezelowanych umysłach najwyraźniejsze piętno.
Ponurego Kosiarza, a jest on nieodłącznym elementem tej historii, znałem długo wcześniej. Widywałem go, kiedy przychodził do prababci z czekoladkami. Później znajdywali je dziadkowie i pytali, skąd się wzięły. Prababcia milczała, a ja kłamałem. – Przyniósł je taki pan – mówiłem. Ta, pewnie fan, żartowali w duchu. W głębi serca wierzyli, że są one moją sprawką. – Biedny chłopiec – usłyszałem kiedyś – tak będzie tęsknił za babcią. Za prababcią, poprawiałem w ciszy.
A kiedy podrosłem, mimo dobrego wychowania i wrodzonej stateczności, z tajemnic utworzyłem górę. Dawniej nazwałbym ją zwykłym stosem, ale teraz, gdy wiedziałem więcej niż inni, czułem się wybrany. W milczeniu zbierałem dowody własnego wyobcowania. Ponury Kosiarz nie ukrywał się przede mną. Ponury Kosiarz mi ufał.

***

       Do Berghausu wpadaliśmy zazwyczaj we dwójkę, ja i mój kuzyn. Tym razem jednak, jako, że reszta wybrała się na nabożeństwo, zostałem sam. Nie zwlekając, narzuciłem na plecy kurtkę i ruszyłem w stronę Lasu za Zakrętem. Las za Zakrętem, powinniście wiedzieć, nie musiał skrywać niczego niesamowitego, by budzić pożądanie. Skrywał typowość, której tak mi brakowało.
Kawałek za wjazdem do Lasu, za kamieniem pokutny, znajdują się ruiny pałacu. Ochrzciliśmy je Berghausem. Dom na górze, przetłumaczyłem, gdyż na tyle było mnie stać przy tej mojej marnej znajomości niemieckiego. Albo dom-góra. To nieistotne.
Warto napomnieć, że był świetnym miejscem na samotne wyprawy. Siadało się gdzieś z tyłu albo skrywało w jego wnętrzu i popijało w samotności. Najpierw duszkiem, póki odrapane ściany zachowywały pozory przyzwoitości. A kiedy zaczynały krzyczeć, ba, kiedy zaczynały wrzeszczeć, bez chwili zastanowienia wlewało się w siebie niedopitek i uciekało możliwie najdalej.
Tym razem, sam jak palec, przysiadłem na schodach. Niespodziewanie, dosłownie nie wiadomo skąd, zza któregoś drzewa wyskoczył kot. No, kotek, jeszcze taki niewielki, drobniutki. Oryginalny, muszę przyznać, z sierścią w trzech kolorach – białym, czarnym i rudym. Inny powiedziałby, dziwadło, ja powiem – szczęśliwy występek natury.
Za kotem wbiegł pies. Ta para stanowiła niezłe zestawienie – dog jak bydlę i kot wielkości skromnej paczuszki.
Wzajemnie się podgryzały, podskakiwały, szamotały. Aż odbiegły gdzieś daleko.
Ledwie wyprostowałem kolana, poczułem na karku czyjś oddech. Odwróciłem się. To on, Kosiarz. Stoi za mną, czeka.
- Kojarzysz mnie? – pyta sympatycznie. – Wi…
- Kojarzę – wchodzę mu w słowo. – Przychodziłeś do mojej prababci, pamiętam dokładnie.
Chyba się uśmiechnął.
- … a później zrzucaliście na mnie winę – dokończyłem. Wówczas zgiął się lekko.
- O ile pamiętam, to szło o czekoladki – powiedział. – A to chyba nic złego, dawać babci upominki.
- Za takie pieniądze? Myśleli, że zostałem neurochirurgiem.
Na jego twarzy znów zagościło rozbawienie.
- Wiedziałem, że prędzej czy później o tym zapomną. Nie myliłem się.
- To było do przewidzenia – dodałem. – Przyszedłeś po mnie? Kim był ten człowiek, który się ciebie trzymał?
Ponury podparł się na kosie. – Lupus – wyjaśnił. – To znaczy Wilk, po prostu podoba mu się, jak go tak nazywamy. Nie, nie mam planów co do twojej osoby. Przynajmniej jak na razie.

***

       Później rozmowa jakoś się kleiła. Zaproponował koniak, odmówiłem. Popadać w nałóg, to nierozsądne.
- Widzisz – mówił, już nieco podpity (moja odmowa do napicia się z nim nie oznaczała, że zrezygnował z tej przyjemności. Powiem więcej, wychylił nie mniej niż zrobilibyśmy to wspólnymi siłami) – ja naprawdę lubię ludzi.
- Jak politycy? – nie będę kłamał, słowa pijanego chciałem poddać w wątpliwość.
- Politycy, nie… politycy są ludźmi, a to ważne. A ja nie jestem człowiekiem – rozłożył ręce. – Ja jestem kimś albo więcej, albo mniej – podniósł kieliszek. – Skąd mamy takie szkła, co?
Powtórzyłem jego gest. – Nie wiem, skąd je wziąłeś.
Wzruszył ramionami. – Ja też… no nic, pora kończyć – dopił resztki. – Powiedz mi, ale tak szczerze, tęsknisz za babcią? No, za prababcią, wybacz.
Jako, że nie odpowiadałem, nieco się zdziwił. Mimo swojej czerwonej gęby, całkiem sprawnie odegrał zaskoczenie.
-Zabrałem już tylu ludzi – teraz wzięło go na wspominki. – Ale nigdy nie podchodziłem do nich jak do nadwyżki, którą należy ukrócić – czmychnął ręką. – Odciąć, przeciąć, wyciąć w pień… słyszałeś, że śmierć zostawia kosę i włącza kombajn?
- Dobrze to ująłeś – przyznałem. – Gdzieś, kiedyś. Dlaczego pytasz?
- A tak, bez powodu. Śmierć jest samym złem, co? Przychodzi i zabiera. Ale wiesz, że to tak naprawdę wy odpowiadacie za moment, w którym przyjdzie – urwał. – W którym przyjdę – poprawił.
Odsunąłem butelkę. Same moje oczy zdawały się krzyczeć; okrągłe jak pięciozłotówki, podkrążone, szkliste. Wcześniej o tym nie wspominałem, ale nie spałem od tygodnia.
- Dlaczego tu przyszedłeś? – spytałem. – I dlaczego ze mną rozmawiasz?
- Jesteś zimnym draniem, stąpasz twardo po ziemi, to ważne – podniósł kieliszek. – Twoje zdrowie, przyjacielu… wiesz, nikt nie rozumie zimnych drani. No, oprócz innych zimnych drani, oczywiście.
Kiwnąłem głową, przyłączając się do toastu. – I wzajemnie – dodałem. – Zdrowie nas wszystkich, jeżeli w ogóle jest coś warte… może życzmy sobie szczęścia?
Chwilę później Ponury padł. I nie minęła minuta, kiedy wydał pierwsze charczące odgłosy. Spał. Nawet on, Kosiarz. Nosiwoda Charona.

***

       Krótko po tym, jak się obudził, coś mi wyznał:
- Nie wierzę w koniec świata. I ty również w niego nie wierz.
- Nie martw się, jak dla mnie to bujda. Mam swoje argumenty. Bardzo proste, zresztą. A jakie są twoje? – wypytywałem. – Masz pewność? Jeśli tak, to skąd? Cholera, jesteś… nie stąd, rozumiesz, co mam na myśli.
- Rozumiem – przytaknął. – Nie wierz w koniec świata, bo on jest niemożliwy. To znaczy jest możliwy, ale ludzie sami go sobie zgotują. I nigdy nie obejmie każdego. Skuteczny, z tym, że nie w stu procentach… no i mało marketingowy.
Westchnął. Następnie podniósł się ociężale i podał mi dłoń. A raczej chciał podać. Przechylił się i wpadł na mnie jak kostka domina. Podtrzymałem go i poprowadziłem ku drzwiom. – Przepraszam – powiedział. Ale za co? – pytałem w duchu. Za to, że się upił? Bądź co bądź był schlany, co racja to racja.
Otworzyłem usta, by zapytać, ale jakaś nieokreślona siła złączyła mi wargi i nie pozwoliła się odezwać. Mniejsza z tym, skwitowałem.

***

       Kolejny z przyjaciół. Hm, to piękne. Bierzesz się znikąd i jeszcze masz wystarczająco szczęścia, by natknąć się na Ponurego Kosiarza. Niesamowite.
Wyszedłem przed pałac. Przystanąłem na werandzie i poczułem się niezwykle lekko. Jak bym lada moment miał się unieść. I to wbrew woli. Zaczynałem się bać, choć był to strach nieco inny, taki z uśmiechem.
Tę lekkość przerwało wpadnięcie czworonogów. Kota i psa. Jednak tym razem zachowywały się inaczej, donioślej. Przeszły obok mnie, wyprostowane, by za rogiem rzucić się sobie do gardeł.
- Przyjaciele – prychnąłem. Z Bożej łaski.
Przeszedłem kawałek, rozkoszując się haustami mroźnego powietrza. Odkryłem, że traci dawny urok, że jest w nim coś nowego. Coś innego. A kiedy połapałem, w czym leży sedno owego odkrycia, zdjąłem kombinezon.
Ponury wydarł mnie siłą. Próbował już na werandzie, lecz uznał, że jest odpowiedzialny za swoje poczynania, za tę świeżo nawiązaną znajomość. Za naszą przyjaźń. I postanowił się usprawiedliwić. Pokazał kota i psa. Pokazał, jak najwierniejsi przyjaciele zmieniają się w najwierniejszych wrogów.
Przyznaję, żałowałem. Ale ani razu nie przekląłem Boga. Nie Jego wina, pocieszałem Ponurego, przeliczając w dłoni białe tabletki. Obok stał kieliszek.

***

       Wypadałoby się przymknąć. Spuścić łeb i okazać skruchę. Ale nie, jak zwykle sięgnę wyżej niż powinienem. Biedaczysko, słyszę za plecami. Tak, to Ponury Kosiarz. Mogę się odwrócić i spojrzeć mu prosto w oczy, lecz tego nie zrobię. Zaczekajmy z tą przyjaźnią. Póki nasza brudna wiosna nie jest zmęczona.

Miłosz Bagiński

Publikowałem w Allarte i PKPzinie, gdzie byłem, bardzo krótko, redaktorem prozy. Opowiadanie „Dzień zmęczonej wiosny” to część większego cyklu o Ponurym Kosiarzu. Urodziłem się w ‘95, mieszkam w Głogowie.

Alice po raz drugi

Już jest i wygląda jak na obrazku. Po raz drugi, bo wcześniej w 2009 wyszła „Uciekinierka” i wtedy przedstawiałam kanadyjską mistrzynię opowiadania. Ale dopiero teraz wszyscy się w niej zakochali, więc nie trzeba się specjalnie naszukać, aby znaleźć recenzję (moja własna w bieżącym numerze „Przekroju”). Nie podzielam przy tym obaw niektórych, że skoro tyle rzeczy wyjdzie na raz (w drodze jeszcze dwie), możemy poczuć przesyt. A jeśli nawet, to chyba tylko chwaleniem, które, no cóż, nie przystaje do polskiej mentalności.

Swoją drogą, poczytałabym sobie jakieś zestawienie obrazujące to, jak się dany, powiedzmy –narodowy – system wartości przekłada na recepcję dzieła sztuki.  Niekoniecznie takiego, które celuje w jakieś lokalne tabu, bo to by było za proste. Pytanie tylko, czy nie wyrywam się z takimi pomysłami za późno? Nie przypominam sobie albowiem żadnej obcej książki, która ostatnimi laty wywołałaby u nas skandal. Czy szczera obojętność nie jest aby lepszym kryterium do zmierzenia poziomu czytelnicta od suchych statystyk?

Tamara, kuchnia i łabędzie

Czyli styczeń na ekranie. I trzy różne filmy, w tym jeden, co podobno będzie się mocno liczył w rozgrywkach oscarowych, którym to rozgrywkom zawdzięczamy to, że do marca w kinie można znaleźć nie tylko superprodukcje i polskie komedie. Chociaż – jeśli już przy komediach jestem – to nie odpuszczę sobie „Wojny żeńsko-męskiej”, bo przy chyba żadnej polskiej powieści komediowej nie spłakałam się ze śmiechu tak, jak przy „Wojnie żeńsko męskiej i przeciwko światu” Hanny Samson, a to ona jest autorką scenariusza, choć, jak mi mówiła, w wielu drażliwych punktach musiała iść na kompromis. Film na ekranach w lutym, w roli Barbary Patryckiej Sonia Bohosiewicz, co stanowi dodatkową zachętę, bo komu się ona nie podobała w innej ekranowej „Wojnie”?

Ale to (i nowe dzieło braci Coenów, i „Jak zostać królem?”) przed nami, a za nami cudowna „Tamara i mężczyźni” Stephena Frearsa z pisarzami w tle, podszyta zgryźliwym brytyjskim humorem i z kapitalnymi postaciami, film, który z samym życiem miał tyle wspólnego, co „Soul Kitchen” z „Grekiem Zorbą”. Opowieść o pechowym Greku zauroczyła mnie tylko odrobinę mniej, bo niemiecki humor jest nieco cięższej próby. Obie te opowieści obsadzone były  ludźmi, a nie postaciami, w przeciwieństwie do „Czarnego łabędzia”, który przy całej efektowności realizacyjnej sprawił na mnie wrażenie wydmuszki, prawdziwej tylko w momentach, kiedy palce krwawiły, a puenty skrzypiały przy kontakcie  ze sceną. Przejąć się tym jednak nie przejęłam, bo czy można  się przejąć odkrywczym przesłaniem „Nie spinaj się tak, bo oszalejesz?” Albo zestawieniem pluszowych króliczków z ekspresjonistycznymi portretami malowanymi przez stukniętą matkę? Albo emerytowaną baleriną, która ledwie wychodzi z pracy, rzuca się pod samochód, a potem dźga (to w wizji tracącej kontakt z rzeczywistością głównej bohaterki) pilnikiem, trafiając przy tym precyzyjnie w sam środek policzka? Może i można, ale mnie to nie wzięło. W konkurencji sens plus odpowiednia  forma przekazu zwyciężyła więc dla mnie „Tamara”.

Ze skrajności w skrajność

„Bóg. Życie i twórczość” Szymona Hołowni to książka z ubiegłego roku, ale tak się złożyło, że czytałam ją już w tym, bo trafiła na listę bestsellerów Empiku (co niedawno ogłoszono) i nie broniłam się przed lekturą tak, jak przed zgłębianiem cudownej diety, życiowych mądrości Katarzyny Grocholi czy uniwersalnych magicznych formuł, które zawierają się na mniejszej ilości stron i ostatecznie – przegrały z wykładnią prawd objawionych, autorstwa popularnego dziennikarza, znanego zarówno z „Mam talent”, jak i z kilku podejść do zakonu.  Oraz kilku książek czy występów w TV Religia. No i ze swojej wiary, której propagowanie łączy z pracą prezenterską oraz pisarską, łącząc przy okazji metody, jakie w obu stosuje, by w efekcie stworzyć zgrabną, przystępną wykładnię tego, w co teoretycznie wgłębia się wierząca większość. Poczytałam,  bawiąc się luźną i dowcipną formą wykładu, który wprawdzie na jotę nie zmienił mojego stanowiska, ale i utwierdził w szacunku dla „przeciwnika”, bo jest w tym i pomysł, i niewątpliwa erudycja, połączona z elokwencją, która już takiego uznania nie budzi.

A raczej nie budziła do momentu, gdy sięgnęłam po książkę z drugiego bieguna, sygnowaną przez Krytykę Polityczną. I będącą kolejną, po próbach ha!artowych, które mentalnie bliskie są temu, co chcą nam poprzez literaturę przekazać orędownicy nowej lewicy. Nie jest to dalekie ode mnie, gdy przekazane jest w formie niebeletrystycznej, ale gdy poza poprawnością polityczną, rozumianą tu jako manifestowanie światopoglądu, który scedował środowisko KP, wchodzi artyzm w normalnym pojmowaniu tego słowa, to się nadziewam.  Pół biedy, kiedy szło o „Lata walk ulicznych” koncentrujące się na relacjach pomiędzy indywidualizmem i miłością (albo na gejowskiej miłości w czasach popkultury), gorzej było z „Kobietami” Islandczyka Bragiego, no i wreszcie – to moje trzecie podejście – zetknęłam się z „Masakrą profaną” Jarosława Stawireja.  Przeczytałam w całości, choć moja cierpliwość skończyła się w miejscu, kiedy to Matka Boska – która ma się objawiać jedynie narratorowi, źle prowadzącemu się i oczywiście sceptycznemu „brand managerowi”, przez co zostaje on uznany za wariata – ni stąd, ni zowąd staje się ciałem potrzebnym do odprawienia satanistycznego obrzędu. Jako dziewica, było nie było. By dać pojęcie o tym, jaki mniej więcej wygląda poczucie humoru autora, dodam, że narrator ratuje MB z opresji wyrzynając szwadron  satanistów przy pomocy piły łańcuchowej. Dalej jest jeszcze śmieszniej, co tłumaczę sobie tym, że poczesne miejsce w umysłach panów ( i pań?) obok wszystkich wyrafinowanych filozofów, zajmuje Taratino, o czym wszystkie wymienione tu książki zaświadczają. Przy czym rozgraniczyłabym tutaj gust od odporności na takie klimaty. Chodzi mi o to, że w obu przypadkach (wracam tu do Hołowni), język jest dość podobny: lekki i adresowany do młodzieży, niekoniecznie kalendarzowej,  panów autorów dzieli jednak różnica klas. W pierwszym przypadku brzmi to populistycznie i kokieteryjnie, w drugim populistycznie i głupio.

Od mojego ateistycznego „zawsze’ burzyłam się, że sformułowanie „nie wierzę” zawiera w sobie pułapkę,  bo wymusza konieczność odbijania się od grubszej ściany, odnoszenia się do czegoś, co w zasadzie powinno się mieć gdzieś i „dokładnie tam” , jak śpiewał Lech Janerka w „Konstytucjach”. A jeśli tak, to chwaląc wielką pustkę, jak to mniej więcej określa Hołownia, trzeba znaleźć dla niej jakieś umeblowanie.  Inna rzecz, że wiele się tu nie wymyśli, tylko jakiś „nie stół” i „nie łóżko”, i  już w samym procesie  kreowania z niczego, a nawet w samej potrzebie, zawiera się gest małpowania ruchów adwersarza. Odbijania od ściany właśnie. Umacnianie jej się udaje, próba rozwalenia piłą łańcuchową i wątpliwej jakości dowcipasami – wychodzi żałośnie. Z braku laku zgodziłabym się na to, że może najbliżej tego doszedł Houellebecq w „Możliwości wyspy” , chociaż obraz, jaki nakreślił jest przerażający i zniechęcający. No ale: albo-albo.

Dorothy et consortes

Nie wiem, na czym polega zmienianie świata w przypadku niektórych bohaterek „Niepokornych” Cristiny De Stefano. Dlatego dziwię się, że podtytuł książki brzmi właśnie „Kobiety, które zmieniały świat” i nadał go polski wydawca, czyli Wydawnictwo Literackie, rezygnując z jakże wdzięcznych „Amerykańskich awanturnic”, co wydaje się bliższe prawdzie, choć – drążąc dalej  – nazwać awanturnicą piękną i nieśmiałą Ruth Benedict?  Do niej akurat pasuje to średnio, ale już do Dorothy Parker jak najbardziej. Od niej zaczęłam, bo oczywiście czuję jakieś dalekie powinowactwo z legendarną amerykańską zoilką.

Sportretowane bohaterki są, rzecz jasna, ciekawe, ich dobór  – patrząc na to z punktu widzenia polskiego czytelnika – nieoczywisty. Ale zwracam uwagę na tę książkę ze względu na talent portrecistki, która bynajmniej nie dba o to, by stworzyć pełny wizerunek, lecz wybrać z niego kilka charakterystycznych rysów i ująć je w wymowne skróty.  To w większości przypadków kilka, kilkanaście najwyżej stron, a pamięta się owe heroiny lepiej niż z sążnistych biografii.

Tak na przykład, niby subtelnie, a jednak dosadnie opisuje De Stefano alkoholizm Parker: „ W czasach prohibicji wypiła chyba cały alkohol, jaki udało jej się zdobyć w Nowym Jorku; z wyjątkiem ginu, po którym źle się czuła.(…) Nikt nigdy nie widział jej pijanej, ponieważ była prawdziwą damą, ale niewielu przyzna, że spotkało ją całkowicie trzeźwą” I jeszcze o panu Parker: ”Nie jest jej wart, ale przynajmniej potrafi ją rozśmieszyć; zwłaszcza gdy jest pijany, czyli prawie zawsze”. Ironia zawarta choćby w tych trzech zdaniach, jest także częścią portretu, bo autorka nie zawsze się do niej ucieka, lecz stara się dopasować ton do osobowości.

Małe portretowe dziełka De Stefano skojarzyły mi się z innymi portretami kobiecymi, jakie wciąż mam w pamięci. Sporządził lat temu kilkanaście Janusz Rudnicki wyciągając materiały z dzienników Dąbrowskiej i Nałkowskiej. Sięgnęłam do tego tekstu (opublikowanego w tomie „Tam i z powrotem po tęczy”) nie dalej jak wczoraj, na wieść o tym, że zapowiadana przez W.A.B biografia Nałkowskiej pióra Hanny Kirschner zostanie przesunięta w czasie. I wyczytałam: „Włóczę się, za nimi, gdziekolwiek się ruszą. Stoję obok lustra, kiedy się malują. Słyszę ich śmiech, płacz. Raz z jedną, raz z drugą kładę się do łóżka, zaglądam w ich sny, jak puma chodząc między jednym i drugim” I tak przez ok. 40 stron, które jak nic zachęcają do poczytania dzienników obu pań. A ja przy okazji zachęcam do sięgnięcia po „Mękę kartoflaną”, której drugie wydanie już za chwileczkę.

Dekada

Jak w roku 2009 trwało prawdziwe szaleństwo podsumowań ostatniego dwudziestolecia, tak w tym podsumowuje się chętnie pierwszą dekadę 21 wieku. W najbardziej skrótowej formie takie podsumowania sporządzili Krzysztof Varga i Juliusz Kurkiewicz, w „Gazecie Wyborczej”. Do ich wyborów odsyłam tu:

http://wyborcza.pl/1,75475,8908277,Dekada_w_literaturze___Swiat,,ga.html

http://wyborcza.pl/1,75475,8909663,Dekada_w_literaturze___Polska,,ga.html

I muszę przyznać, że w wielu punktach się z nimi zgadzam, choć u Vargi zdziwiła mnie obecność książki Alice Munro. Właściwie nie wymienia jej nazwiska, czyni tylko aluzję do tego, kogo ostatnimi czasy honoruje się Bookerem, ale obrazek – okładka „Uciekinierki”  wśród 10 wybranych – mówi swoje. I tu mi trochę zabrakło podkreślenia, że ten świat, o jakim jest mowa, to świat pokazany z naszej perspektywy, z której to raczej wybitnej nowelistki nie mogliśmy oglądać. Będziemy to mogli robić dopiero od tego roku, więc zamiast niej dałabym chyba jednak Elfriede Jelinek, jako żywą inspirację dla polskich pisarek. Stylistyczną.

A jak już jestem przy Munro, to anonsuję z przyjemnością jej zbiór „Zbyt wiele szczęścia”, który już w tym miesiącu trafi do księgarń (do mnie zasię trafił już w szczotce i został przeczytany) Jak wiem z najlepiej poinformowanych źródeł – drugi zbiór także w bieżącym roku, a Wydawnictwo Literackie nie będzie jedynym wydawcą wspaniałej Kanadyjki.

Joanna Marat: Waldi Superniania

Superniania mi umyła lodówkę. Lśni jak psu jajca. I nawet dziczyzna mi się nie rozmroziła. Bo ty wiesz, że to Szwab jest. Poznałam go kilka lat temu w solarium.

Psy

Wpadają te mewy i tak: wa, wa , wa, o piątej rano, kurwa mówię wam. Psy się pedalą. SODOMIA i GOMORIA. Kupię sobie dubeltówkę i powiedzą, że jakaś wariatka strzela z okna. A ja powiem tak: nienawidzę psów i mew. Krew mnie zalewa. Jak ja bym chciała mieszkać, gdzie nic nie ma, drzew żadnych, żeby nic nie latało. Człowiek nie ma spokoju za życia. Ja nie wiem, że muzyka tym starym babom przeszkadza, a ten pies nie. Jak można puszczać psa po podwórku, on cały czas biega bez kagańca? Żeby dzieci oglądały takie rzeczy. Tatuś mówi: „zobacz jak się pieski rozmnażają.” Ten rudy cały czas się gapi w moje okno. A ja krzyczę: „wont ty pedale!” Superniania powiedziała, że mu dała kopa w dupę i uciekł.  Nienawidzę przemocy, ale to jest nie do zniesienia te psy z rybitwami na podwórku. Idę sobie do domu, a tu pies na psie siedzi. Ja zacznę donosić do Straży Miejskiej. Pismo napiszę. To się pieniactwo nazywa. Psy codziennie dają, bo one są potrzebujące. A Superniania to mówi tak: w marcu koty, w kwietniu psy, a w maju my!

Solarium

W solarium niestety Alka ciągle nawalona siedzi. A wiesz dlaczego? Bo każdy przynosi po dwa piwa dla siebie i jedno dla niej. I ona do mnie tak mówi, żebym uwzględniła, że ja jestem po jednym, a ona już po pięciu. Na kauczu (tak Superniania nazywa kanapę) siedzi Budda. Budda też jest ciągle nawalony, bo pije małpki. W ciągu dnia wypija kilka małpek. A ja mu mówię: „Kup sobie pół litra, będzie taniej”. A on mówi, że nie może, bo by pół litra wypił od razu. Leon pije te małpki codziennie po kilka. I to wszystko w koszu leży i widać, ile on wypił. Aha, i oni się cały czas kłócą, Alka z Buddą, znaczy się z Leonem.

Leon był kiedyś bardzo bogaty. I jeździł po świecie. A teraz wykupuje w secondhendach ciuchy i sprzedaje niby, że dostał paczkę ze Stanów, albo ze Szwecji. Leon nie sprzątnie nigdy. To jest taki nierób, że nigdy nie sprząta. Superniania nienawidzi go, bo kocha się w Alce. I mówi tak: „Trzeba nie mieć nic i taką fajną babkę mieć. Leon przecież nie ma nic, nawet mieszkania, żadnych opłat nie robi. A ja tak, ja zrobiłem opłaty za grudzień. Ja bym Alkę wziął. I ciebie też bym wziął, nawet z Ziemkiem, ale bez Nygusa.” Superniania ostatnio chciała się bić z Mieszkiem, to znaczy z Nygusem, ale Warzywko mówi: „Ty weź się opanuj człowieku.” Superniania ostatnio się zapytała, jak może to robić ktoś z takim brzuchem jak Budda, który połknął dużą piłkę lekarską ze skóry? Jak on się kochać z tą Alką może w ogóle? A Alka mu powiedziała na to: ”Jak sobie wyhodujesz taki brzuch, to będziesz wiedział.”

Alka to ma chorobę taką. Ja nie wiem, co jej się stało, czy ona ma jakąś schizofrenie, czy coś. Ona pokonuje tylko odległość z pracy do domu i z domu do pracy. Nie wiem, o co w tym wszystkim chodzi. Jak idzie do lekarza to musi iść z córką, bo się boi drogi dalej niż do solarium.

Wieczorem patrzę, a koło solarium idzie kaczka.  A za nią kaczor. Pilnował ją. A koty jakie brudne przy tym solarium. Zawsze tam leży rozwalony taki kot brudas.

Kto przychodzi do Solarium? Już teraz prawie nikt, bo boją się Buddy. A i jeszcze jedno – Budda ma w ogóle cukrzycę i cały czas je i zasypia na kauczu. Jak się pierdolnie na kauczu, to ja tylko czekam, aż kałcz się pierdolnie razem z nim, bo on z bambusa jest . Kaucz nie Budda.

Koleżanki Superniani

Koleżanki Superniani to: Kociamorda, bo ma buzię jak kot zupełnie i Ciułała, bo straszna kutwa jest.  I jeszcze Piotruś Warzywko, co sprzedawał w warzywniaku, ale tak naprawdę cieślą jest okrętowym . I zrobił mi szafę komandor i jeszcze szafkę na buty robi. No bo wiesz, ja mam sto pięćdziesiąt par butów i gdzieś muszę je pochować, żeby się nie walały po przedpokoju. Ale nie zbaczajmy z tematu.

Więc Ciułała to była kiedyś pani dyrektor przedszkola. Ona też bardzo lubi wypić. I jak przychodziła do solarium, przynosiła cztery piwa. Jedno dla Alki i trzy dla siebie. Dla Buddy nic. Wiadomo Ciułała. Ale za to Kociamorda przynosiła mu seteczkę i jedzonko na gorąco w takim opakowaniu. Są psychiczne te baby, no nie? Jakimś dziadom nierobom noszą chlanie i jedzenie. Bo Kociamorda też by chciała, żeby u niej Budda zamieszkał. Też szuka faceta. Superniania nie chce dlatego z Kociąmordą, bo ona ma pysk kota i jest straszną brudaską osobistą. A nasz kolega Artur mówi: „Waldi ty nie kłam, musiałeś być z Ciułałą.” Waldi na to: ”Musiałem chyba litra wypić.”

Ciułała się na niego strasznie obraziła, bo jest o mnie zazdrosna. „Jak tylko Mirka zadzwoni, to zaraz lecisz!” Zrobiła mu karczemną awanturę na Gildii, gdzie ona pracuje, bo dorabia sobie do emerytury. A Waldi na to: ”Ja nie jestem twoją własnością! Po co ty dzwonisz do mnie do domu po nocach?! I napieprzyłem coś po niemiecku. Cała Gildia to słyszała. I poszłem!” A Ciułała dalej swoje: ”Jak Mirka zadzwoni, to biegniesz.” A Superniania na to: ”No i dobrze, bo Mirka daje mi zarabiać. Ziemkiem się opiekuję, supernianią dla niego jestem.”

Muti

Superniania nic nie je. Spodnie mu z dupy spadają. Muti pewnie zadzwoni w środę i powie, że jej synuś znowu schudł, i że mu spodnie z dupy spadają. Bo nie ma na jedzenie. Więc mu podeśle pewnie jakieś 150 ojro, żeby z głodu nie umarł. Na szczęście została butelka wódki i była cały czas w lodówce. I Superniania mówi: „Muszę się napić”. I poszedł i napił się. On jest strasznie chudy i ręce robi tak jak krakowiak i mówi: „Kurwa, kiedy ja znowu maszynę nastawię u siebie w domu i wszystko wypiorę. To wszystko, kurwa, przez ten remont u Mirki.” On na pralkę mówi maszyna, po szwabsku pewnie to jest jakaś waszing maszine, czy jakoś tak, a może inaczej. Jakieś wiszi waszi, czy jak on tam mamrocze. A homok to jest śmietnik, też po szwabsku chyba. Świstak, co mi dwa siedemset świsnął, obiecywał Superniani superżyrandol. A Superniania się wypięła i mówi: ”Ale ja wolę mój żyrandolek, co wisi u mnie w pokoiku, a nie świstakowy z homoka .” Jak on wtedy pojechał po materiały na szafę z tym Świstakiem, wrócił do domu i mówi: „Waldusiowi tak nóżki zmarzły.” Stary dziad, piędziesieciodwuletni i tak gada.

Muter, albo Muti (nie wiem jak jest poprawnie), dzwoni co środę punktualnie o dwunastej do Waldusia. Ale jego ojciec nie chce, żeby synuś wrócił do Rajchu. Wszystko przez to ćpuństwo. On przez to właśnie ma takie oczy wywalone.

 

 

Polska

On w ogóle ma ciągle pretensje, że go wyzywam od Szwabów. I mówi do mnie kiedyś: ”A jak zadzwoniłaś z Frankfurtu, to mówiłaś – wiesz Waldi – tam inne życie jest, z twojego kraju dzwonię Waldi i wiem , co mówię.”

Waldi nic nie czyta, Waldi tylko niemiecką telewizję ogląda i „Czterech pancernych”. Superniania mówi: „Przez ciebie nie obejrzałem mojego Szarika. Dwa odcinki leciały w telewizorze.” Filmu z nim nie obejrzysz, cały czas nadaje, że aż jestem posikana.

Pewnego razu strasznie się spiliśmy – poszły dwie krowy (dwa razy po trzy czwarte litra). I ja poszłam spać do Ziemka. I raptem słyszę przez sen: ”JA NIENAWIDZĘ TEGO KRAJU. Nienawidzę Polaków i wszystko, co jest polskie. To jest gówno, a nie kraj! Tu się nie da żyć. Ja na kolanach poturlam się do granicy, tylko tatuś niech się zgodzi, żebym wrócił.” A ja jeszcze w łóżku mówię: ”Ja tego słuchać nie mogę!” Wstaję i mówię tak: „KURWA MAĆ w moim domu obrażasz mój kraj, ty Szwabie zajebany!” A on mówi do mnie: ”To jest wszystko prawda.” A ja mówię: „To wypierdalaj!” A on był grzeczny, wstał, zubrał się i mówi tak: „Ja już wychodzę, tylko proszę do mnie nie dzwonić.” A ja: „Nie zamierzam. Szafę sama zrobię z Warzywkiem.” Ja wtedy musiałam nadawać tak głośno, że sąsiedzi pewnie pomyśleli, że kochanek u mnie jest, a to tylko Superniania była. I wyrzuciłam ją z domu. Przyszedł na drugi dzień. To go przeprosiłam, ale powiedziałam, że kwestie polsko – niemieckie zostawiamy w spokoju już.

O Boże ja mam znowu czerwoną twarz, to przez ten remont! A może po prostu mam czerwoną skórę? Poleżę kilka minut z maseczką, jak tylko wyjdzie Superniania. Bo ona tak nawija, że nie idzie tego wytrzymać. Superniania jest zboczona i cały czas mnie molestuje, żebym mu laski wybierała w Internecie. A ja nie wchodzę na takie strony. Co mnie w ogóle obchodzi Superniania!

Osoby:

Waldi – Szwab

Mirka – Matka Polka, remontująca mieszkanie pod nieobecność ślubnego małżonka

Ziemek – młodszy syn Mirki, którym opiekuje się Superniania

Nygus, albo Mieszko – dorosły syn Mirki, z którym chciała się pobić Superniania, ale na szczęście do tego nie doszło

Alka – właścicielka solarium, do którego już nikt nie przychodzi, a szkoda, bo to bardzo ciekawe miejsce jest

Leon zwany Buddą – facet Alki, który całymi dniami leży na kauczu

Warzywko – cieśla okrętowy, który kiedyś pracował w warzywniaku, a teraz remontuje u Mirki

Świstak – też remontował u Mirki, ale niestety świsnął jej dwa siedemset gotówką i przepadł gdzieś

Kociamorda – już dobrze już po sześćdziesiątce, ale ciągle szuka nowego faceta, mógłby to być nawet Leon

Ciułała – kutwa po prostu, nie daje spokoju Superniani