Piosenka dla Dexa

Od kilku tygodni chodzi za mną piękna książka Davida Nichollsa „Jeden dzień” (Świat Książki, premiera jakoś teraz chyba).  Chodzi, siedzi, wierci się, przypomina różnymi obrazami. Szczególnie mocno wryła mi  się w pamięć  sekwencja, kiedy Dex słucha kasety, którą jego przyjaciółka Emma podarowała mu w prezencie ślubnym i która zawiera różne „ich” kawałki. Słucha, tańczy i usiłuje okiełznać swoją maleńką córkę, a że średnio nadaje się na troskliwego tatusia, tęgo popija w czasie tego seansu wspomnień. Na szczęście dziecku nie dzieje się żadna krzywda, choć patrząc na rozpaczliwe zabiegi Dexa, do samego końca nocy się o to obawiamy.

Powieść Nichollsa to historia miłosna. Taka szkocka wersja „Kiedy Harry poznał Sally”, nasycona jednak europejską melancholią, dzięki której trudno tę książkę nazwać komedią romantyczną, zwłaszcza że jej akcja wykracza poza ramy tradycyjnej opowieści o tym, jak się ludzie wciąż się zejść nie mogą, ale im się wreszcie udaje i znikają ze sceny zaraz po wybrzmieniu weselnych dzwonów.  A to dlatego, żeby czytelnik czy kinowy widz nie zwątpił w siłę uczucia, które wszystko zwycięża – dla tej nadziei przecież serwuje się mu takie opowieści.  Co robi Nicholls? Drażni postawą swoich bohaterów i poniekąd karze ich za opieszałość. Abstrahując jednak od fabuły – drażni przede wszystkim zmysły. Zapachem oleju z meksykańskiej fastfoodowni, widokiem plam potu na sukience Emmy, której nie stać na kreację z prawdziwego jedwabiu, piskliwym głosem telewizyjnej prezenterki  czy muzyką, co wybija się z tła, by pełnić rolę komentarza. Ową wspomnianą przed chwilą składankę otwiera „Unfinished Sympathy” Massive Attack i to ona właśnie sprawia, że trochę mieszają mi się porządki rzeczywistości jako takiej i tej przedstawionej. Słucham i myślę: „To ta piosenka, którą Emma dedykowała Dexowi”. I zapominam, że Emma ani Dex nie są realnymi bytami.

Autor, bohater, czytelnik

„Praktyka morderstwa” Kerstin Ekman (wyd. Czarna Owca, 2011) nie jest powieścią kryminalną, choć właśnie od nich szwedzka autorka zaczynała swoją literacką karierę. Czego ślady znaleźć można nie tylko w tytule książki, ale także w jej fabule  (jej bohater, lekarz, z zimną krwią zabija innego lekarza, by przejąć po nim praktykę) oraz konstrukcji, w której autorka wykorzystuje wątek prywatnego śledztwa prowadzonego przez jeszcze inną przedstawicielkę świata medycyny.

Nie chodzi tu jednak o zdemaskowanie i skompromitowanie sprawcy zbrodni, lecz o literackie śledztwo w sprawie tego, jak przed laty inny szwedzki pisarz, Hjalmar Södberg ukazał postać lekarza-zabójcy. O literacką grę, w której domniemany pierwowzór walczy o swoją wiarygodność z autorem „Doktora Glasa”. W liście skierowanym do Södberga pisze on m.in. „ Pan być może zapyta: cóż stoi na przeszkodzie, bym na nowo nie użył swoich literackich postaci? Przecież są moje. Tak, są Pańskie, ale są także czytelnika.(…) Ponowne użycie takich postaci może nie zatrzymać ich w granicach zakreślonych przez literaturę. Kto jest właścicielem bohatera powieści? Uważam, że autor i idealny czytelnik wspólnie i obaj powinni dbać o tę swoją własność jako o coś unikalnego i drogocennego” (przełożyła Anna Węgleńska) I właśnie ta dbałość powoduje Pontusem Revinge, postanawiającym przedstawić swoją wersję prawdy; prawdy należącej do domniemanego pierwowzoru.

Dość już o książce, bo chodzi mi głównie o to prawo współwłasności do wytwarzanej postaci. O  świadomość współkreowania, jaką być może warto wziąć pod uwagę będąc autorem. Nie być może tylko na pewno, starając się o to, by ktoś inny, niekoniecznie czytelnik idealny, nie tylko zobaczył postać , ale przede wszystkim ją usłyszał i zrozumiał jej motywację. Sam skrupulatny opis wyglądu czy ubrania nie wystarczy, aby postać oderwała się od kartki i zaczęła żyć w głowie odbiorcy. Nie wystarczy zwłaszcza w opowiadaniu, gdzie – co powtarzam zawsze – nie ma się dużo miejsca na oddanie esencji. Innymi słowy: opisując postać warto rozważyć, czy lepiej powiedzieć o średnim wzroście, czy o obgryzaniu paznokci. Który z rysów niesie w sobie więcej treści? To chyba jasne, prawda?

Prawo jazdy

Przez kilka dni zastanawiałam się, czy dodać swoje trzy grosze do debaty na temat fatalnego stanu czytelnictwa w Polsce, która na całe dwa dni opanowała facebooka. Już ucichła, jak większość gorących debat na tym wirtualnym targowisku, pozostawiając po sobie ślad następujący: http://www.facebook.com/#!/event.php?eid=202810309732437 . W tej chwili liczba czytających dobija do 6 tysięcy, lecz, jak to zasugerowała jedna z pań: „Boję się, że część osób kliknęła “wezmę udział” odruchowo lub by wypaść dobrze na tablicy znajomych…” Jeśli chęć dobrego zaprezentowania się na tablicy czytających (?) znajomych, może wygenerować taki snobizm, to okej, każda nawrócona duszyczka się liczy.

Nie chcę więc komentować tych procentów, ale przy okazji pomyślałam sobie o tym, co złorzecząc na wywalenie z telewizji „Telewizyjnych Wiadomości Literackich” i „Hurtowni książek” zasugerował Krzysztof Varga – że większość piszących książki także nie czyta. I nie chodzi o to, że przed wysyłką w świat nie czyta własnych tekstów, choć to także. Nie czyta klasyki ani „bieżączki”, odwraca się tyłem do literatury z własnego podwórka i do tej, która mogłaby otworzyć oczy na nowe obszary. Nie czyta eseistyki, jaka niekoniecznie chce być podręcznikiem typu „Jak w pięć minut nauczyć się pisać powieść” (kłaniają się te statystyczne trzy strony przeczytane ze zrozumieniem), bo jej autorom, na ogół pisarzom, nie przyszło to do głowy. Że już nie wspomnę o wykładach z teorii literatury, choć te niekoniecznie muszą być napisane w sposób niezrozumiały i hermetyczny. Skąd ta alergia? Z potrzeby spędzenia jak największej ilości czasu w świecie własnej fantazji, która zachowuje dziewiczość do momentu, aż się okaże, że ktoś już jednak napisał „tysiąc wierszy o sadzeniu grochu”? Z potrzeby chronienia się przed wpływami? Z przekonania, że jest jeszcze możliwy fenomen genialnego naturszczyka?  Tak zgaduję, bo o ile rozumiem, że książki niekoniecznie potrzebne są reszcie świata, to jak może obejść się bez nich pisarz lub kandydat na pisarzy, tego nigdy nie pojmę. Przecież to jak kierowca, który przystępuje do egzaminu z prawa jazdy, nie mając pojęcia, gdzie jest sprzęgło, a gdzie bagażnik.

Dlatego właśnie z różnymi kolegami, którzy prowadzą warsztaty twórczego pisania, nie uczymy, jak pisać, tylko jak czytać. Na razie nie mamy innego wyjścia.