Jedno zdanie

Tak się zastanawiam, czy skoro i tak poznajemy Bolano z opóźnieniem, „Amuletu” nie należało wydać najpierw, aby taką małą dawką zachęcić czytelników do zanurzenia się w świat chilijskiego pisarza na dużo dłużej, a to dzięki obszernym „Dzikim detektywom”. Z  drugiej strony narratorka „Amuletu”, Auxilio Lacouture, pojawiła się wcześniej w „Dzikich…” właśnie i choć jej opowieść można oderwać od tamtego kontekstu, to w połączeniu cieszy bardziej.

Cieszy o tym na przykład: „Taka wiadomość, że jak o tym usłyszałam, skurczyłam się i zaczęłam dygotać, a jednocześnie byłam pełna zdumienia, bo wiadomość była oczywiście zła, fatalna, ale zarazem fantastyczna, zupełnie tak, jakby rzeczywistość powiedziała ci do ucha: stać mnie jeszcze na wielkie czyny, stać mnie jeszcze na to, żeby cię zaskoczyć, głupia, i wszystkich innych też, stać mnie jeszcze na to, by poruszyć niebo i ziemię dla miłości” (przełożył cudownie Tomasz Pindel). Jedno zdanie, fakt, złożone, niemniej mówiące tak wiele o tej, która do nas mówi.

Drugie wydania

Czas leci, nie da się ukryć. Lata „robienia w literach” odczuwam w różny sposób, ale najczęściej myślę o upływie czasu wtedy, kiedy na półkach księgarskich (najczęściej tych: www.tajnekomplety.osdw.pl ) widzę drugie wydania książek, jakie miały swoją polską premierę za mojej krytycznej „kadencji”. I nie chodzi tu o dzieła sprzedawalne, doczekujące się wznowień i dodruków z naturalnych powodów, lecz o czytelnicze rarytasy, dla tych, których nie trzeba gonić do lektury. Ciekawe, swoją drogą, jaki procent z nikłego polskiego procenta miłośników książek, czyta ich rocznie powyżej 50. Studentów filologii nie liczę, jakkolwiek nawet i co do nich nie byłabym optymistką, niestety. No, ale do rzeczy. Właśnie wtedy, kiedy studiowałam, czyli w epoce lodowcowej, wyszło w Polsce pierwsze wydanie „Papugi Flauberta” Juliana Barnesa. Dzięki tej książce z miejsca polubiłam angielskiego pisarza, przy czym miałam to szczęście, że jakoś w podobnym czasie ukazała się jego „Historia świata w 10 i pół rozdziałach”, jedna z moich ukochanych książek w ogóle. Widząc drugie wydanie „Papugi” (wydał je Świat Książki, który przejął po Prószyńskim Barnesa i wydał dwie jego najnowsze książki), pomyślałam, że a nuż na półkach zobaczę znów „Historię”, choć nie zamierzam sprawić sobie obu książek w dwu edycjach. Cokolwiek się zdarzy – każdy człowiek robiący w literach, po wspaniałą „Papugę” kpiącą sobie z literaturoznawczych metodologii i biografistyki sięgnąć powinien.

„Abaddona – Anioła Zagłady” Ernesta Sabato na półkach nie było blisko trzydzieści lat. Pożyczyłam egzemplarz z biblioteki, tak jak i „O bohaterach i grobach”. Obie książki szczęśliwie wznowiono, przy czym nieposzatkowany przez cenzurę „Abbadon” wydaje się na oko dwa razy grubszy. Co oznacza większą ucztę.

I jeszcze wznowione niedawno „Autobiografie” Thomasa Bernharda, „Goldi” Ewy Kuryluk i jeszcze kilka, jakie Państwo znacie, albo – dorósłszy do nich – możecie poznać. Przy czym słowo „kilka” jest w czasach nieustannego kalkulowania zysków znaczące.

Katarzyna Gondek

Absolwentka filmoznawstwa na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu oraz kursu dokumentalnego w Mistrzowskiej Szkole Reżyserii Filmowej Andrzeja Wajdy. Autorka wierszy i opowiadań.
Publikacje (m.in.): „Pro Arte”, “Verte”, “Kultura miasta. Miasto w kulturze”.

Katarzyna Gondek: Trzecie osoby (miniatury)

KARUZELA

Stoi przed lustrem, a przecież powinna klęczeć nad kiblem. Strasznie jej niedobrze.
A jednak stoi i próbuje zajrzeć sobie w usta.

Obraz chwieje się i pełza po gardle. Za długo tu siedzi. Stoi. Przed lustrem. Chociaż chce jej się leżeć, nawet na podłodze.

Patrzy w tunel rozmazanych warg. Za dużo piła. Za drzwiami gęsta muzyka, tańce i piski. Ona zamknęła się w łazience. Niech się dobijają. Jest zajęta. Gapi się w usta.

Przez cały wieczór czuła, że coś tam jest. Coś się ciśnie w gardle. Piła żeby to przełknąć. Gadała z kim się da, żeby wypchnąć. A jednak tkwiło mocno osadzone. Dała się nawet oprzeć o ścianę i wepchnąć sobie w usta cuchnący jęzor. Rozwarła wargi tak szeroko, że ten obcy, spocony gość prawie w nią wleciał. Zachęcała, by przy okazji wygrzebał z niej to coś, co tkwi i przeszkadza. Ale koleś nie chciał. Wolał się pieprzyć i strasznie ją usmarował.
A teraz ona, cała rozmazana, wbija oczy w odbite lustrem usta. No już!

I wreszcie!

Widzi jak pełznie do niej po języku i macha maleńką ręką. Dzielne różowe ciałko. Ociera się pieszczotliwie o ściany policzków. Łasi się po nierównościach języka. Takie odważne. Przypełzło tu aż z brzucha. Zdolne. Szybciutko się życia nauczy. I pomyśleć, że chciała się go pozbyć. Pomyśleć, że pozbyła się przecież dzisiaj rano, za tysiaka, czyli promocyjnie.
A może to nie ona tylko jej siostra? Może koleżanka? No nie ważne, przecież ono jest, zbliża się i rośnie. Ona się nim zajmie. Jest kochane.

– No chodź, chodź – kusi starając się nie połykać śliny.

Podaje mu rękę i prosto w odbitą taflę twarzy wybucha gęstą falą wymiocin.

Znowu nie udało się zatrzymać karuzeli.

RÓŻOWA MURAWA

– Nie mam teraz czasu, przegrywamy – rozłączył się głuchy na pojękiwania
niepotrzebnej żony.

Po co mu ona, skoro nie ma dla niej ani pożądania, ani miłości. Od początku wiedział, że to się nie uda. Ona tyła z dnia na dzień, jemu stawał na widok kolegów z szatni. Rzucił dla niej piłkę. Idiota. Na tym jednym w życiu na prawdę mu zależało. Nie był dobry, ale dobrze mu było na murawie. Lubił się porządnie zziajać. Teraz, idąc w wiek i łysiejąc, gapi się na chłopaków i ssie tłustą wargą zużyty ołówek. Pisze do lokalnej, a potem strzepuje się w męskim kiblu. Wącha pot. To go bierze jak murawa. Ludzie go czytają, bo podobno pisze z mięsem. Serce ma do piłki.

A ona czego właściwie chciała? Jego chłopaki przegrywają 2:3, a ta się pyta: kasza, ryż, czy ziemniaki. Każe wybierać, bo jej to obojętne. Byle czym się zapcha. Nawet dzwoniąc dojadała wczorajsze.

I pomyśleć, że jego kiedyś trener reprezentacji zapraszał na spacery. Że się ściskał
z najlepszymi. Potem tych wszystkich, co się lubili spotkać z chłopakami wyrzucili za niemoralność. On się uchował, bo go ta jego baba po pijaku zaciągnęła do łóżka. To był mecz, tak swoją drogą! Po takiej akcji to i z babą można spać. No ale dzieciak mu wylazł z tej pijanej spermy. Też tłusty. Boiska na raz nie przebiegnie. Matematyką się woli zajmować dojadając resztki po matce.

–Dajesz! Dajesz! – drze się plując z podniety, bo chłopaki mają szansę na rewanżowego – Jak trafisz, to jutro wszystko rzucam w chuj i życie zaczynam od nowa – dopowiada sobie w rozpalonej głowie – Jezu! Jest! Gol kurwa panowie!

I zachwycony nowym początkiem świata odbiera wibrujący po kieszeni telefon, wybiera ziemniaki i telenowelę o 18:30, rzucając piłkę raz na zawsze w kąt. Po powrocie do domu przekonuje się, że żona wcale nie jest taka gruba, wręcz przeciwnie, talię ma jak oska, syn wbrew złudzeniom to kawał silnego chłopaka, który pod książką od matematyki chowa pismo porno i wtedy, jak to w życiu bywa, przez chwilę wszyscy żyją długo i szczęśliwie.

DAMA DO SNU

Nie ma w co się ubrać. Dziesiątki sukien wiszą przede nią, obrażone. Na ten występ, jak widać, żadna nie ma ochoty.

Instrument nie przyjmuje jej palców, ze wstrętem podkurcza klawisze. On też nie chce mieć z nią dziś nic wspólnego.

Nie wie o co poszło. Przedmioty brzydzą się jej i boją, jakby źle pachniała.

Buty uciekają w kąt. Dywany wstydliwie podwijają brzegi. Prysznic szoruje się po jej kąpieli.

Przeganiają ją. Bardzo chcą żeby sobie poszła, załatwiła TĘ sprawę i ewentualnie wróciła, jeśli to możliwe, w dawnej, znośnej postaci. Domowe sprzęty dąsają się, ale obiecują, robiąc przy tym nieszczere grymasy, że jak tylko zapach zniknie będzie mogła wrócić i stać się częścią domu. To śmieszne! Przecież to ona powinna nimi rządzić.

Oburzona, wychodzi na ulicę w starych dżinsach i koszulce, zza drzwi słysząc, jak cały dom oddycha z ulgą. Idzie do pobliskiego sklepu, gdzie ciepło i w pełnym zrozumieniu przyjmują ją w siebie tylko czarne sukienki i pantofle. Potem wybiera się po kwiaty, których głowy przytulają się współczująco do jej piersi i siada w chłodnym, wyrozumiałym na ból kościele, splatając kość w kość, marznące dłonie.

– Połóż się – szepczą wiszące nad jej głową organy. To miłe, że się troszczą. Dziękuje. I umęczona wrażeniami, spokojnie udaje się na drzemkę w wygodnym, pachnącym świeżym drewnem, pudle rezonansowym.

Ryż z cebulą

Prowadząc spotkanie z cudownym Johanem Theorinem, postanowiłam sprawdzić, jak to jest ze skandynawskim poczuciem humoru i zapytałam go, czym należy się żywić, żeby osiągnąć taki poziom jak autorzy skandynawskich kryminałów. Śmiejąc się jak najbardziej, autor „Zmierzchu” wyjaśnił, że kiedy pisze,  może się posilać choćby i ryżem z cebulą, bo nie chce sobie nie zawracać głowy jedzeniem. Co w pełni rozumiem i  też realizuję w praktyce (chociaż wolę makaron z pesto). Nie tylko, kiedy zajęta jestem jakimś pisaniem albo tak pochłonięta lekturą, że nie chce mi się stać przy garach.  To prosta kwestia wyboru pomiędzy przyjemnościami. Albo postawienia sprawy tak, jak to zrobił Michał Witkowski w swoim „przekrojowym” felietonie, proponując taką definicję: „Człowiek jest tym, co czyta + naddatek cielesny”, ściślej rzecz ujmując kulinarny, bo to o tym była mowa.

A ta wzmianka o ryżu i zwierzenia na temat moich zwyczajów żywieniowych to stąd, że do skrzynki pocztowej wpadła mi wczoraj kolejna propozycja z gatunku” pełna ciepła i humoru powieść o przyjaźni  + dodatek z przepisami”, zmuszając po raz kolejny do refleksji o co u diabła chodzi z taką literaturą. O to, żeby mieć czym wypełnić czas oczekiwania na dojście pieczeni, ciasta czy czegoś tam? Się nie da – bo albo się przypali, albo się nie doczyta.  O przypomnienie, że jak się spotykasz z przyjaciółmi, to trzeba coś zjeść? No tak, zwłaszcza jak u przyjaciół nie można palić. Tylko pytanie, ile można produkować takich rzeczy i czy istnieje ktoś, kto kupuje sobie takie rzeczy na tony, wszystkie, żeby przypadkiem nie przegapić przepisu na tort bezowy z buraczkami?  Może i.  Co nie oznacza, że to moda staje się dla mnie bardziej zrozumiała i interesująco. Bo co mam z tym recenzencko robić, zważywszy, że  jestem w stanie wyobrazić sobie żywienie kroplówk ą, choć, oczywiście, lubię czasem zjeść coś smacznego – w restauracji, a nawet coś przygotować, lecz z czyjąś pomocą, żeby skrócić czas czynności, która go średnio bawi. Średnio, bo jeszcze mniej bawi mnie czytanie o żarciu (także w mikrodawkach obejmujących opis zakupów na śniadanie czy robienie kanapek). Chyba że to wielkie żarcie opisane przez Karen Blixen.