Mądrości Maraiego

Dawno już nie czytałam żadnego zbioru opowiadań – pewnie jakiś czeka w kolejce, ale musiał ustąpić miejsca powieściom i różnym pracom redakcyjnym, związanym z krótkimi tekstami. By jednak nie zrywać czytelniczo z miniaturami, sięgnęłam po świeżo wydaną książkę „mądrościową” Sándora Máraiego, zatytułowaną „Niebo i ziemia” (wyd. Czytelnik, przełożył Feliks Netz). Może cokolwiek przesadzam stwierdzając, że musiałam aż szukać pretekstu, lubię go bardzo i dobrze wspominałam inną z trzech tego typu pozycji w dorobku Węgra – „Księgę ziół”. 

W zasadzie nie wiem, jak powstawały te książki, być może gdzieś o tym czytałam, ale nie zachowałam w pamięci, na doraźny użytek stworzyłam więc teorię, że pisarz składał je z luźnych notatek, może wyjmował z pisanego systematycznie dziennika (który, co już pamiętam, składa się z autorskiego wyboru notatek), ale równie prawdopodobne jest, iż te miniatury od początku miały się znaleźć w danym zbiorze. Każda z trzech części „Nieba i ziemi” podporządkowana jest bowiem dominującej idei. Część „Niebo i ziemia” mówi o zderzeniu wzniosłości z przyziemnością, rozumu z cielesnością, sztuki z naturą, „Ars poetica” poświęcona jest pisarstwu, a „Sól i pieprz” o czasie między młodością i starością, konkretnie o czasie między czterdziestką i pięćdziesiątką.

Najpierw przekartkowałam tę książkę, zatrzymałam się gdzieś na środku, czyli w okolicach drugiej części, zobaczyłam, że mowa jest o pisaniu, i pomyślałam, że wypiszę tutaj jakąś celną mądrość. Potem jednak zaczęłam od początku i po wybornej (być może przez to, iż najbardziej pojemnej tematycznie) części pierwszej, druga mnie rozczarowała. To nie jest „mój” Marai z „Dziennika”, ale może w większym stopniu, to po prostu nie jest bliskie mi myślenie o sztuce takiej zbliżającej się do dużego S. Do misji, posłannictwa, artyzmu, że ujmę to w górnolotnie brzmiącą wyliczankę. To nie jest moja filozofia, która staje się filozofią w swojej mądrościowej kumulacji. Gdybym te miniatury czytała osobno, zapewne każda wydałaby mi się świetna i godna przemyślenia – w masie są nieznośne. Z drugiej strony, myślę sobie teraz, czy aby nie jest tak, że tej artystowskiej patyny nie nabrały z czasem lub dopiero w zderzeniu z tym, co się o sztuce myśli dzisiaj – jeśli w ogóle się myśli. Jeśli tak na to popatrzeć, a coś mi się wydaje, że to jedyne wyjście, to właściwie można Maraiemu zazdrościć tej pychy. Tej archaicznej, niczym nie zakłóconej pychy.

I reszty zapisków też, do nich już nic dodać, nic ująć.

Nieobchodzenie

Odwiedzam rodziców. Jest sobota rano, 16 kwietnia. Mama, której dzień wcześniej zafundowałam odwyk od telewizora (moim nieoczekiwanym sprzymierzeńcem okazały się niestrawne dla nas obu „Lejdis”), poprosiła, żeby włączyć na „Dzień dobry TVN”. „Włączmy”, zgadzam się, „Może się zdarzy jakaś katastrofa”  A w nim krótki reportaż, w którym TVN- owy dziennikarz wypytuje angielskich pilotów o ich przyjaźń z księciem Wiliamem. Niezbyt się wgłębiam w żołnierskie perypetie drugiego w kolejności następcy brytyjskiego tronu, bo w tym czasie przekartkowuję nowy „Twój Styl”, gdzie natrafiam na obszerny materiał dotyczący zbliżającego się ślubu owegoż Wiliama i Kate. Trzy albo cztery ilustrowane artykuły, razem, liczę, 16 stron. Słownie: szesnaście.  Idę po kolejną kawę, żeby się dobudzić z dziwacznego snu.  Telewizyjne pogawędki trwają niczym niezakłócone, tylko na pasku odwracającym uwagę od nóg Kingi R. leci nius o nożowniku, zatem moje życzenie się w miarę spektakularnie spełnia. Utwierdzając zarazem w przekonaniu, że na jaką cholerę mi telewizor i kolorowe pisemka.

Może po taką, żeby nie fruwać w próżni niczym mickiewiczowska pastereczka Zosia, tylko wiedzieć, czym jest rzeczywistość i czym naprawdę żyje świat, a szczególnie polska obywatelka prześwietlona na wskroś dzięki badaniom fokusowym. Ślubem żyje drugiego w kolejności następcy do brytyjskiego tronu.  Hmm.

Odrywam się od prawdziwego życia jeszcze tego samego dnia. Czytam starego-nowego Barnesa, tj. „Papugę Flauberta”, potem całkiem nowego DeLilo. To w drodze do kina na „Krzyk 4”, serię, do której przywiązana jestem od 15 lat, bo tyle minęło od premiery pierwszej części filmu Wesa Cravena. Starzeję się razem z bohaterami i może w ogóle się starzeję, bo nie bawię się tak dobrze jak kiedyś. Ani się nie boję, bo doskonale wiem, w którym momencie Ghostface rzuci się na któregoś z bohaterów, ani nie śmieję, co może jest efektem tego, że i realizatorzy już nie najmłodsi i już nie czerpią tyle przyjemności ze swojej pracy.  Ale ok, akceptuję motyw zbrodni. Po powrocie zaglądam do stopklatki i lekko zdumiona czytam, że ten motyw ma wydźwięk „pedagogiczno-demagogiczny”. Cóż, trochę inaczej rozumiem słowo demagogia, za to znam inne, lepsze w tym kontekście – moralizowanie, pomijając jednak kwestię adekwatności słowa, dziwię się przede wszystkim  oporowi recenzenta wobec  tej choćby odrobiny dawki powagi, która jak najbardziej mieści się w konwencji.  Takiej konwencji, jaka jeszcze mi była bliska.  I znów dochodzę do wniosku, że nie rozumiem potrzeb kolejnej grupy społecznej, choć, jak mi się wydaje, to właśnie ją chcieli twórcy filmu pokazać w satyrycznym świetle.

I tak właściwie niewiele robiąc, można dojść do wniosku, że się jest outsiderem mimo woli. Pytanie brzmi, czy to w sobie zwalczać, czy uznać to za cnotę?

Serial killer, pietruszka i zapalenie płuc

Jak zapewne wiele osób, nie potrafię już wymienić wszystkich skandynawskich „mistrzów kryminału”. Jeszcze w miarę mogę zliczyć kobiety, których jest mniej, ale już nazwiska mężczyzn zaczynają mi się ze sobą zlewać. Mimo tego, wciąż się lubuję w powieściach kryminalnych, siłą rzeczy nie mogę się więc obrażać na pisarzy z Północy. I nie chcę, choć z tym przyznawaniem każdemu tytułu mistrzowskiego, to gruba przesada. Arne Dahla zostawiłam sobie w pamięci, bo w jego biogramie, jeszcze w katalogu zapowiadającym książkę wyczytałam, że jest krytykiem teatralnym, a takie połączenie zdarza się rzadko (chociaż wielu z kryminałopisarzy zaczynało od dziennikarstwa i krytyki literackiej, choćby wspomniany już tutaj Johan Teorin czy Ian Seghers). Ech teatralnych w powieściopisarstwie Dahla się wprawdzie nie uświadczy, ale za to wynalazłam u niego coś, co jednak się potwierdza – zaplecze wysokokulturowe, które rzutuje na pisanie. Nie na temat, nie na eksperymenty służące przełamywaniu konwencji, ale na styl. Ujął mnie już w pierwszej powieści „Misterioso”, pierwszej, a więc jeszcze pisanej z pewną taką nieśmiałością, za to w drugiej rozszalał się na dobre, pokazując, jak dobry pisarz może bez wielkiego wysiłku rozluźnić schematy tylko i wyłącznie dzięki językowi. Intryga „Złej krwi” (obie powieści wydała Muza) budzi bowiem sporo wątpliwości i momentami wydaje się wręcz głupawa przez swoje nieprawdopodobieństwo, choć granic parodii nie sięga. Ale nic to – u Dahla czuje się radość pisania jak u mało kogo z twórców literatury niby rozrywkowej, ale gdzieś u podłoża śmiertelnie poważnej w swoim założeniu, by przestraszyć czytelnika, budzić grozę wyczynami psychopatów, sugerować, że każdy mógłby paść ich ofiarą.

Mała próbka? „(…) Byłem też w tej chacie w Riali i rozmawiałem z technikami. Chyba się już poddali, są na Maksa sfrustrowani tym, że nie znaleźli ani jednego śladu. Z wyjątkiem rzeczy w lodówce, mam nawet listę: masło, kilka opakowań chrupkiego pieczywa, hamburger, serek Philadelphia, miód, pietruszka, woda mineralna, banany”

„Byli przemoknięci do suchej nitki. Nawałnice wespół ze szkwałami. Dwa zapalenia płuc unosiły się w powietrzu, szukając swoich prawowitych właścicieli” (przekład Dominika Górecka)

Katarzyna Kubiak

Jestem studentką trzeciego roku socjologii, studiów licencjackich na SGGW. Mieszkam pod Warszawą, a po ukończeniu studiów planuję pracę w dziale marketingu lub PR. Z zainteresowań myślę, że warto zaznaczyć fascynację malarstwem surrealistycznym, a głównie jego prekursorem i moim idolem Salvadorem Dali. Uwielbiam czytać, głównie książki o zabarwieniu psychologicznym, jak twórczość Durrenmatta, ale także wiele innych, poczynając od literatury iberoamerykańskiej, a na utworach Hanny Kowalewskiej kończąc. Kocham kino i jestem fanką filmów psychologicznych i  Hitchcocka, co nie przeszkadzało mi trzymać kciuków za wygraną”Incepcji”w tegorocznych Oskarach. Marze by kiedyś móc utrzymywać się tylko z pisania, bo to moja największa pasja. Ulubiony sposób spędzania poranka w wolny dzień: kawa, papieros i książka, najlepiej na nasłonecznionym balkonie (bo choć żałuję, to ogródka nie posiadam).

Katarzyna Kubiak: O północy

Przyszedł o północy. Po dwóch latach nieobecności. Po ucieczce, jak dezerter, bez słowa, bez zapowiedzi. Mała miała wtedy 3 latka. Ona 23. Rok zajęło jej przywyknięcie do tej sytuacji. Kolejne pogodzenie się z tym. Zapomnieć, nigdy nie zapomniała.

Przyszedł o północy. Dokładnie w drugą rocznicę swojego odejścia. Wślizgnął się cicho, przez otwarte okno od strony ogródka, które, kiedy jeszcze był z nimi, zawsze zostawiał uchylone, w razie gdyby się coś stało, żeby można było bezszelestnie uciec. To on miał taki nawyk, takie swoje małe wariactwo. Może dlatego, że był policjantem. Pracował w wydziale antynarkotykowym. Nie jeden szmugler, którego wsadził za kratki, miał ochotę pokazać mu, jak to jest stracić wszystko… Pewnie dlatego to okno. Przyzwyczaiła się do tego. Teraz sama odruchowo zostawiała okno otwarte.

Przyszedł o północy. I nic nie mówiąc, wsunął się pod jej kołdrę. Od razu poczuła jego ciepło przy sobie, takie odmienne od jakiegokolwiek innego ciepła, dawanego przez maszynę czy człowieka. Otworzyła oczy i od razu się do niego przytuliła. Przylgnęła do niego całym ciałem, a on szeptał jej słowa przeprosin, prosił o wybaczenie, mówił że ją kocha i zawsze kochał, ale nie potrafi wytłumaczyć dlaczego odszedł. Powtarzał, że nie odszedł na zawsze, a ona o nic nie pytała.

Kochali się długo, aż do świtu. Pamiętała każdy jego ruch, który teraz był taki sam, jak dwa lata wcześniej. Całował tak samo, jak kiedyś. Był czuły i ciepły. Kochający i delikatny, ale jednak stanowczy. Był idealny, doskonały. A ona starała się nie krzyczeć, zduszając jęk na jego ramieniu, byleby tylko dziecko, śpiące za ścianą, się nie obudziło. Zasnęła wtulona w jego ramiona, opleciona wyćwiczonymi od pianina – jego pasji – dłońmi.

Przyszedł o północy, a kiedy się obudziła, już go nie było. Wstała spokojnie, wzięła prysznic, ubrała się i poszła obudzić Małą. Pomogła jej umyć ząbki i ubrać się, a później zrobiła dla nich obu śniadanie. Sobie nalała do tego kawy z ekspresu, a Małej dała kakao. Przed wyjściem zamknęła jeszcze szczelnie zawsze otwarte, podczas jej obecności w domu, okno i zatrzasnęła za sobą drzwi.

Odprowadziła dziecko do przedszkola, a sama pojechała do pracy. Kiedy tylko weszła do biura, włączyła komputer i uruchomiła Internet. Weszła w skrzynkę pocztową i rozpoczęła pisanie wiadomości:

„Miałam przepiękny sen. Przyszedłeś o północy…”.