Najokrutniejsza jest późna wiosna

Bo po sennej zimie zaczyna się nawał imprez literackich, nominacji do nagród lub ich wręczeń, spotkań  z pisarzami. Jest też tradycyjny wysyp premier, a to w związku z Targami Warszawskimi. Zatem z tej czy owej okazji czytam i czytam, i czytam,  bez szansy na to, żeby cokolwiek z tego przetrawić w stosownym czasie, choćby tutaj.  A w maju przeczytałam m.in. trzy zbiory opowiadań: jeden zaległy, w związku z tym, że książka trafiła do ścisłej piątki gdyńskiej, mówię o „Back in the DDR i inne opowiadania” Andrzeja Kasperka, oraz dwa premierowe: „Wiązkę” Filipa Surowiaka i „Imigracje” Kaji Malanowskiej. Summa summarum opowiadań zaliczyłam więcej, bo na jesień szykujemy antologię, która będzie dodatkiem do tegorocznego MFO. Nic o niej na razie nie mówię, żeby nie zapeszyć, ale miałam z tej pracy moc radości. Konkrety, czyli obsada, już wkrótce.

Marcin Królik: Światła nad grobami

Pod koniec listopada, podczas nagłego ataku zimy, Ulka się potknęła i dość poważnie skręciła kostkę. W kwietniu już nie utykała, ale dłuższe chodzenie wciąż sprawiało jej ból. Nasze sezonowe spacery z kijkami, które inaugurowaliśmy z wielką pompą, gdy robiło się ciepło, musieliśmy niestety ograniczyć do miejskiego parku. Tego wieczoru żeglujące po niebie obrzękłe fioletowe chmury nie pozostawiały złudzeń, że fala słonecznej pogody załamie się jeszcze przed Wielkanocą.

– No, i tyle marzeń o ładnych świętach – powiedziałem do Ulki. – Raz od wielkiego dzwonu wypadają w ostatni kwietniowy tydzień i pewnie akurat zacznie lać. Nie mogliby ustalić stałego terminu? Po co ta heca z pełniami księżyca?

– Zawsze mnie rozśmieszało, kiedy ateiści próbują pouczać Watykan – odparła i zatrzymała się. – Odpocznijmy chwilę. Ta cholerna noga znów mi dokucza.

Tym razem zamiast kręcić się w kółko po upstrzonych psimi gównami alejkach, pokonaliśmy park na przełaj i wydostaliśmy się na drugą stronę, gdzie rzeka Biała – przecinająca Cisów od wschodu na miasto właściwe, a od zachodu na tak zwany Kołomierz, administracyjnie przyłączony do Cisowa chyba w osiemnastym wieku – kończyła swój leniwy bieg pod licznymi mostami jako mały staw obrośnięty po brzegach zdziczałą trawą i łoziną. W pierwszym tygodniu wojny podobno gdzieś niedaleko rozbił się samolot i okoliczni mieszkańcy zbiegli się cali rozradowani, w nadziei, że strącono Niemca, ale z dymiącego wraku wygramolił się przerażony młodzik z polską biało-czerwoną szachownicą na kurtce.

Jako dzieciaki przychodziliśmy tu w lecie, kiedy nie było nic lepszego do roboty, albo gdy zbytnio zaleźliśmy za skórę woźnemu z pobliskiego liceum Nałkowskiej i poganiał nas z boiska. Rzucaliśmy do wody kamieniami i ganialiśmy dziewczyny, ale nikt z nas nigdy nie odważył się tam wykąpać. Baliśmy się trupiego jadu. Stara część cmentarza, otoczona spękanym niskim murem, znajdowała się na przeciwległym brzegu, a wzdłuż ulicy biegnącej równolegle do stawu spod kościoła świętego Jakuba i kończącej się przy głównej cmentarnej bramie, były zakłady kamieniarskie, z których zawsze dochodził łomot maszyn. Ekspozycyjne modele pomników wystawione za drucianymi siatkami sprawiały przygnębiające wrażenie. Szczególnie w oczach dziecka.

Dotarliśmy do przystanku, gdzie zatrzymywały się prywatne autobusy jadące na Pawłówkę, i usiedliśmy na pustej ławce. Ulka wysunęła dłonie z uchwytów i oparła kijki o poręcz. Zaczęła kręcić prawą stopą.

– Jak dalej tak pójdzie, to cienko widzę nasze góry w tym roku – stwierdziła, masując energicznie udo.

Miało się już pod wieczór. Zachmurzone niebo świeciło matowo, przez co pejzaż, a wraz z nim także i my, nabrał tej szczególnej dwuwymiarowości, jakby zmienił się w fotografię tylko pozorującą realne istnienie. Słońce czaiło się tuż za tą pastelową kurtyną – podobne do kropli różu, zbyt słabe, by się przebić i zwrócić nam głębię. Za naszymi plecami od zastygłej powierzchni stawu ciągnął chłód.

– To, że nie jestem wierzący – postanowiłem nagle wrócić do przerwanego wątku – nie znaczy, że nie mogę czerpać radości ze świąt.

Ulka zagarnęła włosy za lewe ucho. Dalej ćwiczyła stopę.

– Przez twoje niedowiarstwo i ja się odwróciłam od Kościoła – westchnęła. – Nie mogę w ogóle zrozumieć, co się z tobą stało. Przecież praktykowałeś, kiedy się poznaliśmy. Nie mówię już nawet o ślubie.

Wzruszyłem ramionami. Nie pierwszy raz toczyliśmy tę rozmowę i wiedzieliśmy, że oprócz wymiany poglądów, nie osiągniemy żadnych rozstrzygnięć. Ot, zwykły intelektualny sparing, który nic nie wnosi, ale pomaga utrzymać w formie żelatynę pod czaszką.

– Po prostu – zrozumiałem, że religie to protezy, za których pomocą ludzkość oswaja strach przed bezsensem i przypadkowością egzystencji. Nikt nie lubi myśleć, że pojawił się na ziemi bez ściśle określonego przeznaczenia, i że świat w zasadzie doskonale mógłby się bez niego obejść. A Bóg to idealne alibi.

– A ty?

– Co, ja? – zdziwiłem się.

– No jak, nie mając tego wygodnego alibi, radzisz sobie z własną incydentalnością? Bo chyba musisz sobie radzić.

– Akceptuję to, że jestem po nic. Sens to jest coś, moja mała, co każdy musi nadawać sobie sam. Świat cię nie potrzebuje, więc spróbuj go przekonać, że jest inaczej. Mi póki co ta dewiza nienajgorzej się sprawdza.

–A śmierć? Naprawdę sądzisz, że nic po niej nie ma?

– Absolutnie.

Mój nihilistyczny stosunek do śmierci skutkował tym, że uważałem ludzkie zwłoki za odpad sanitarny, który należy poddać utylizacji. Ja sam chciałem zostać spalony i rozsypany bez żadnych ceremonii pogrzebowych. Tym, co się dla mnie liczyło, była pamięć. Jeżeli człowiek może w jakikolwiek sposób bytować po biologicznym końcu życia, to jedynie w niej. A kiedy pamięć umiera, człowiek bezpowrotnie ginie wraz z nią. Najbardziej uświadamiały mi to samotne groby, zasłane warstwami gnijących liści, zmurszałe, obrośnięte przez chwasty wciskające się w pęknięcia płyt, ciemne we Wszystkich Świętych i Zaduszki.

Wraz z religią, porzuciłem też zwyczaj odwiedzania rodzinnych grobów i palenia zniczy. W ogóle nie odczuwałem takiej potrzeby. Moich zmarłych bliskich – zwłaszcza dziadka Stacha, który w dzieciństwie zastępował mi ojca – miałem zachowanych w głowie ze wszystkimi ich gestami, brzmieniem głosu i charakterystycznymi powiedzonkami. Mogłem w każdej chwili ich przywołać i realnie czułem ich obecność przy sobie. Nie chciałem tego psuć widokiem pomnika i natrętnie powracającą myślą o rozkładających się, cuchnących resztkach ich ciał o parę metrów w głąb, tak blisko mnie.

Ale same cmentarze darzyłem rodzajem paradoksalnej w tych okolicznościach sympatii. Ich aura mnie uspokajała.

– A wiesz, że kiedy studiowałem w Pułtusku, chodziliśmy z Teresą na cmentarz uczyć się do wiosennej sesji? – zwierzyłem się Ulce.

– Teresa to ta twoja przyjaciółka poetka, z którą mieszkałeś? – zapytała Ulka z lekkim przekąsem.

– Tak. To był jej pomysł. Pamiętam, że kiedyś spędziliśmy tam całe popołudnie, czytając „Poetykę” Arystotelesa.

– Przynajmniej nikt z obecnych wam nie przeszkadzał – zażartowała Ulka, najwidoczniej niezadowolona, że ośmielam się przywoływać jedną z moich byłych dziewczyn. Choć akurat z Teresą nie łączyło mnie nic, o co mogłaby żywić zazdrość.

Podniosłem się z ławki i wyciągnąłem do niej zachęcająco rękę.

–Zajrzymy?

– Gdzie? Tam? – Wzdrygnęła się.

– No co ty, chyba nie pękasz? – zacząłem się z nią droczyć. – Jak się zgubimy i stróż zamknie bramę, przeskoczymy przez mur.

– Też wymyśliłeś! – żachnęła się, ale podała mi dłoń i pozwoliła sobie pomóc wstać.

– Jak kostka?

– Lepiej. Ale chyba powinnam się zapisać na rehabilitację.

Skierowaliśmy się do bocznej bramy, do której prowadziły trzy betonowe stopnie, wypolerowane na gładko tysiącami butów. Była uchylona. Popchnąłem ciężkie skrzydło. Zazgrzytało nieprzyjemnie. Znaleźliśmy się w tej samej starej, parafialnej części cisowskiej nekropolii, co do której jako smarkacze żywiliśmy obawy, że zatruwa wodę substancjami wysączającymi się z pochowanych w gołej ziemi trumien. Ani na rozciągającej się przed nami alejce, ani w wąskich uliczkach między okazałymi pomnikami nie było nikogo – przynajmniej nikogo żywego. Tylko kamienne anioły, krzyże, kontenery na śmieci, przywiędłe kwiaty i ta cisza przesycona zapachem stopionej parafiny.

Nagle ogarnęła mnie dławiąca świadomość, że wszędzie wokół nas leżą te wszystkie martwe ciała. Naparła na mój mózg niczym niewidzialna, ale niedająca się rozbić ściana śmierci i rozpadu podniesionych do entej potęgi. Trwało to nie dłużej niż kilka sekund, ale wystarczyło, żeby zrobiło mi się duszno i potwornie zimno zarazem.

– Myślisz, że go wyjmą? – Głos Ulki dobiegł do mnie jak z surrealistycznego snu, w którym przestrzeń rozciąga się niczym guma.

– Kogo i skąd? – nie zrozumiałem.

– No, papieża, na beatyfikację – sprecyzowała. – Myślisz, że otworzą trumnę i wystawią go na widok publiczny?

– Nie wiem. Chyba nie. – odparłem roztargniony. Sprawa beatyfikacji papieża była mi równie obca, jak pomysły, że kogoś kto, mimo wszystkich swoich nietuzinkowych zasług, jednak był tylko człowiekiem, można czcić jak coś w rodzaju pół-bóstwa.

– Zwłoki niektórych świętych podobno się nie rozkładają. Pamiętasz, widzieliśmy taki film na Discovery?

– To kwestia warunków, mikroklimatu, rodzaju gleby…

– Dobrze się czujesz? Zbladłeś.

– Ja? Tak. Chłodno mi się jakoś zrobiło. Szkoda, że jednak nie wzięliśmy swetrów. Albo i wiatrówek.

Ulka zatrzymała się przy jednym z grobów.

– Hortensja Nowak – odczytała – zmarła w 1957 roku. Boże, żyła tylko dwadzieścia cztery lata! Ale zobacz, cały czas ktoś dba o jej grób.

Pieczara, podobnie jak większość tutaj, należała do tych wystawnych, przypominających w zasadzie niewielkie kapliczki. Kolejny argument przeciwko zapełnianiu powierzchni planety szczątkami ludzi, których nie wskrzesi już żadna moc – ziemska ani boska. Niedawno czytałem w jednym z naszych lokalnych tygodników, że proboszcz z którejś z ościennych wsi chce kupić ogromną połać malowniczego gruntu pod lasem, by zrobić z niej kolejny odcinek składowiska tych niehigienicznych znaków ludzkiego nieradzenia sobie z determinizmem natury. I po co się tak oszukiwać?

Twarz Hortensji Nowak, uwięziona w szklanym owalu, była piękna w jakiś staroświecki sposób, co jeszcze wzmacniała sepiowa tonacja fotografii. Wydatne kości policzkowe, duży, a przy tym nadzwyczaj kształtny nos i długie, ciemne włosy zebrane w obfity kok skojarzyły mi się z Virginią Woolf. Z łatwością mogłem wyobrazić sobie tę dziewczynę w białej letniej sukience – takiej odrobinę plisowanej, jakie modne były w latach pięćdziesiątych – zbiegającą ze schodów do ukochanego, który czekał na nią z dyskretnym bukiecikiem, albo jedzącą lody w kawiarnianym ogródku z gracją właściwą porządnym prowincjonalnym kobietom, które nie dadzą się zbałamucić byle komu.

A potem znowu wszystko popsuła myśl o rozkładzie. Zobaczyłem ją, jak w wilgotnej ciemności zmienia się w organiczny gulasz, jak ze wszystkich jej otworów zaczyna się wysączać ta wstrętna czerwonawa maź, jak cofające się wargi odsłaniają zęby, powieki zapadają się nad rozpływającymi się gałkami ocznymi, a pod coraz cieńszą, coraz bardziej zieloną skórą rysują się kości. I tylko włosy i paznokcie rosną jak opętane. Ale i to się zatrzyma.

– Zmarłych naprawdę powinno się palić, zanim bakterie zniweczą resztkę tego, czym byli za życia – odezwałem się do Ulki.

Przysunęła się do mnie, wciąż wpatrzona w twarz na zdjęciu.

– Łatwo ci powiedzieć. Możliwe, że ty jesteś wyjątkiem, ale większość z nas – ja na pewno – potrzebuje konkretnego miejsca, gdzie mogłaby zyskać choć namiastkę kontaktu z utraconym bliskim. I wiesz, tu nawet nie chodzi o jakieś głębokie religijne konotacje. Nie wyobrażam sobie, żebym nie mogła ci przynieść kwiatów albo zapalić świeczki, gdybyś umarł wcześniej niż ja.

– Symboliczny grób by ci nie wystarczył?

– To chyba jednak nie to samo. A tak w ogóle, po co o tym mówimy?

– No fakt – zgodziłem się.

W tym momencie słońce przebiło się przez chmury. Odcinało się tak wyraźnie na tle zamglonej płaszczyzny, że odruchowo zmrużyłem oczy. Wąska, ale intensywna smużka pomarańczowego światła zagrała na marmurowych i lastrykowych płytach. Trzeci wymiar ponownie stanął otworem, zwrócił przestrzeni jej pełnię. Kolory rozjarzyły się delikatną wieczorną akwarelą. Słoneczna tarcza umiejscowiła się dokładnie między dwoma wysokimi krzyżami wieńczącymi czyjeś rodzinne grobowce. Zachwyciła mnie absolutna doskonałość tego układu, jego malarska kompozycja, prawie jak z holenderskich płócien. Było to takie wrażenie, jakby wszystkie jego elementy ustawiły się w takiej pozycji wyłącznie w służbie mojemu oku – zwłaszcza, że koniunkcja była wyjątkowo ulotna i wystarczyło nieznacznie zmienić kąt patrzenia, by ją zniweczyć. Stałem dokładnie tu, gdzie powinienem był stać, w epicentrum, na wprost źródła.

Niewiele się zastanawiając, z kieszeni na nogawce spodni wyjąłem telefon i zrobiłem zjawisku zdjęcie. Spodziewałem się, że elektronika w połączeniu ze słabą rozdzielczością aparatu zepsują efekt, lecz gdy spojrzałem na wyświetlacz, okazało się, że jakaś nieduża cząstka magii mimo wszystko się zachowała.

– Dla takich widoków warto żyć – stwierdziłem. – Kiedy się nie ma nadziei na zaświaty, to musi wystarczyć.

– Chodźmy, zimno – orzekła Ulka.

Ruszyliśmy z powrotem do bramy. Z zakamarków powoli wypełzał siny mrok. Przy jednym z grobów zobaczyliśmy mężczyznę z konewką. Obejrzałem się na słońce. Gasło, powlekając się purpurą i ponownie niknąc za fałdzistą zasłoną, zza której wyglądało jak niewyraźny krążek unoszący się niepewnie nad ziemią.

W nocy kochaliśmy się przy akompaniamencie przebojów z lat sześćdziesiątych z internetowego radia. Nie ma nic przyjemniejszego, niż dochodzenie w rytmie Petuli Clark śpiewającej wesoło, że na smutki najlepiej wypuścić się w miasto, gdzie czekają kina i małe knajpki, w których, nim się spostrzeżesz i nim skończy się noc, będziesz tańczył wraz z innymi fajnymi poszukiwaczami przyjaznej dłoni.

Po wszystkim Ulka obróciła się na plecy i zapaliła papierosa.

– Słabo się skupiałeś. Właściwie powinnam zażądać powtórki – poskarżyła się.

– Przepraszam.

– Coś z tobą nie w porządku?

– Nie.

– Jesteś pewny? – Podciągnęła lewe udo.

– Nie mogę przestać myśleć o tym dziwnym słońcu na cmentarzu. A może nie tyle o nim, co raczej o znaczeniu, jakie mógłbym mu nadać.

– Jesteś pisarzem. Pokombinuj.

Uniosłem się na łokciu i zajrzałem jej w oczy błyszczące w przytłumionym żółtawym świetle lampy.

– Interpretacja metafizyczna byłaby zbyt trywialna, kotku – powiedziałem.

– Czasem rzeczy trywialne okazują się najbardziej wartościowe. Po co tak wikłać tylko dla zasady? Żeby uciec od szablonów?

Opadłem z powrotem na wznak i też zapaliłem.

– Nie, to nie takie proste. Mnie chodzi o intencję, o pragnienie ujrzenia w obrazie czegoś, co nie zawiera się w nim samym, tylko w nas. Malarstwo samo z siebie to tylko plamy chemikaliów na jakiejś powierzchni odbijające fale elektromagnetyczne o różnych długościach. Literatura to ułożone w linie graficzne znaki, a muzyka – działania matematyczne zapisane za pomocą dźwięków. Żeby nabrały znaczenia, muszą wejść w kontakt z umysłem, w którym są zakodowane desygnaty pozwalające je rozszyfrować.

Słuchała mnie, choć po jej minie poznawałem, że nie rozumie. Zresztą, ja też nie byłem do końca pewny, do czego zmierzam.

– Chodzi mi o to – wiłem się, nie mogąc znaleźć słów na kłębiące się we mnie refleksje – że całe piękno tego widoku, wraz z jego wszelkimi metaforycznymi implikacjami, istnieje jedynie w sferze moich oczekiwań. Zobaczyłem w nim to, co chciałem, albo to, co w czymś takim może upatrywać kultura. Ale przecież ani Słońca, ani Ziemi, ani chmur to w ogóle nie dotyczy. Cały ten układ skalibrowały wyłącznie moje oczy wrażliwe na poszczególne częstotliwości i zwrócone w takim a nie innym kierunku.

– Chcesz wiedzieć, co myślę? – Ulka położyła mi głowę na piersi, a jej potargane włosy połaskotały mnie w brzuch. – Według mnie tak naprawdę ty przed samym sobą próbujesz to unieważnić. Postępujesz nie fair, kotku.

Później, gdy Ulka zasnęła, a ja wciąż przewracałem się z boku na bok, nie mogąc wyrzucić z głowy tego niesamowitego zjawiska, poczułem w piersi po lewej stronie lekki ucisk. Lekki, ale przenikliwy. Znikł po kilku sekundach, jednak pozostawił po sobie jątrzący lęk. Kiedy nad ranem obudził mnie przymus skorzystania z toalety, zmienił się w odległe echo, które łatwo zbagatelizować.

Jakub Lepiorz: Reset

 Odklejają się powieki.

W głowie:

Mam 24 godziny, żeby udowodnić.

24 nowe, świeże godziny, żeby przekonać wszystkich.

Z kuchni:

- Zosia! Zoo-ooosia! Już siódma!

W rękach i nogach:

Błyskawiczne ruchy mechaniczne. Ręka zakrywa podchodzącą do gardła koszulkę (zasłonić jak najwięcej ciała). Te dwa flaki tłuszczu jak zawsze turlają się po klatce piersiowej. Tłumi odruch wymiotny. Bandaż wprawnym ruchem wiruje wokół smukłej  kibici (zapiąć, schować, znihilować, zabić) Migiem wsuwa się w majtki zwinięta w podłużny rulon skarpeta. Włosy na żel, do góry (skrócić optycznie, zabrać zza uszu).

- Zoooo…..! (nie słuchać, zamknąć uszy, schować zwoje mózgowe)

W łazience:

Szybko szurają szorstkie tkaniny. Spodnie szerokie na cały świat, bluza. Krótkie dzięki rzucone półgębkiem Bogu za wymyślenie ubrań XXL. Krótkie skrzywienie warg do skrawka lustra w przedpokoju. Nie uśmiechnie się, póki nie udowodni.

W innych otworach gębowych:

- Patrz na tą idiotkę, co ona ma z tymi włosami, no czysta debilka. Jakiś irokez czy co to jest. I ta wielka szmata jakaś zamiast kurtki, ja pierdzielę, no weź se zobacz.

Ulicą:

Dogłębna analiza siebie w odbiciach sklepowych witryn. Czy dobry krok, czy na dobrym poziomie wzrok? Check-pointy fosforyzują w oczach mijanych ludzi. Wszystko jednak chyłkiem, w ścisłym uścisku z murem, elewacją.

W autobusie:

Proszę ja ciebie, jest idealnie. Niebo i ptasie mleczko. Dziewczyny na siedzeniu naprzeciwko patrzą, świdrują wzrokiem. Ślizgają się mu te balsamiczne spojrzenia po kościach. Stoi rozparty na całą powierzchnię siebie (bandaż trochę ściska, bo serce rośnie w klatce żeber). Ma dla siebie te siedemnaście minut siebie. Blaszana frytka na kołach stwarza mi mikrokosmos z sennych marzeń, rojeń na jawie. Dziewczyny, te blondyny, jak on by was całował. Nie wyobrażacie sobie.

Nagle siwa baba, wielka jak śniegowa góra zerka i

-        Przepraszam pana, ma pan zegarek?

-        Ekhm … (głosem jak najbardziej tubalnym, na ile się da wycisnąć z płucek ściśniętych bandażem) … Mam.. Taa-ak. Za dwadzieścia ósma (gorzej nie mogło wyjść)

-        Jessu…Przepraszam panią bardzo, ja myślałam.. że pani, to pan.. to znaczy…ja przepraszsz…!

 Tak. Pani na pewno wiele myślała. Świeże 24 godziny, co nie.

A chłopaki nie płaczą.