Swoją drogą (premiera jesienią)

Moja praca zakończona. Antologia ma wreszcie tytuł (uprasza się dyr. Hamkałę, żeby go już nie zmieniał, bo się przyzwyczaiłam) i powędrowała w ręce tych, którzy tekst w wersji elektronicznej przerobią na pełnowymiarową książkę.  Pękam z dumy, umieram ze strachu, cieszę się ogromnie, jeszcze bardziej polubiłam wszystkich autorów itd, itp.  Przedpremierowo podaję spis treści:

  1. Ewa Oleszczuk, Zero
  2. Sylwia Siedlecka, Allegro
  3. Marcin Królik, Przepustka
  4. Justyna Pobiedzińska, Never stop exploring
  5. Jacek Świłło, Przypadek sędziego Kellera
  6. Jakub Tabaczek, Szuflada
  7. Małgorzata Rejmer, Bukareszt. Kurz i krew.
  8. Grzegorz Czekański, Bara-bara
  9. Iza Klementowska, Goście
  10. Miłosz Bagiński, Wiola
  11. Barbara Piórkowska, Koronka
  12. Aleksander Wenglasz, Matematycy w basenie
  13. Małgorzata Chaładus, Dziewczyna z naprzeciwka
  14. Marta Szarejko, Grymas

Adwokat diabłów?

Na 20 lipca W.A.B. zapowiada zbiór opowiadań Ferdinanda von Schiracha „Przestępstwo”. Wiele o tej książce mówi już biogram autora, który przepisałam ze strony wydawcy. Zatem: Urodził się w 1964 roku w Monachium. Niemiecki prawnik i pisarz. Studiował w Bonn, odbył praktykę prawniczą w Kolonii; specjalizuje się w prawie karnym. Od 1994 roku mieszka i pracuje w Berlinie, zasłynął jako obrońca w głośnym procesie Güntera Schabowskiego, prominentnego enerdowskiego polityka. W 2009 roku ukazał się jego debiutancki zbiór opowiadań „Przestępstwo”, który natychmiast znalazł się na liście bestsellerów. Do dziś rozszedł się w nakładzie pół miliona egzemplarzy. Rok później został opublikowany kolejny zbiór opowiadań von Schiracha, Schuld, i również spotkał się z ogromnym zainteresowaniem”.

Narrator tych opowiadań,  adwokat uczestniczący w różnych sprawach, jest jak najbardziej prawdziwy. Jego opowiadania chyba raczej nieinspirowane faktami, bo pewnie ujawniając tajemnice swoich klientów, von Schirach by ich wrobił, spowodował rewizję procesów itp. Ale prosty pomysł, by pokazać te niuanse spraw kryminalnych, na które sędziowie nie mają czasu ani serca – bezcenny.  Większość opowiadań przedstawia bohaterów zarazem winnych i niewinnych. Dokonali zbrodni, najczęściej zabójstw, lecz mieli ku temu uzasadnione powody, które autor przedstawia czytelnikowi, prowokując czytelnika, by wytoczył swój własny proces. Na przykład staremu lekarzowi, poczciwemu ze wszech miar, który w porywie młodzieńczego zauroczenia i litości poślubia prymitywną kobietę. Przez ponad pół wieku połowica robi mu z życia piekło, ale bohater trwa w nim, bo kiedyś złożył prywatną przysięgę, że jej nie zawiedzie – nie może się więc tak po prostu rozwieźć. W końcu skrajnie już wycieńczony z powodu znoszenia kilkudziesięcioletniej przemocy psychicznej, zabija.  Jeszcze bardziej skomplikowany jest przypadek prostytutki, nieszczęśliwej dziewczyny, potwornie doświadczonej przez los, której przypadkiem, na zawał, umiera klient. Życiowy partner Iriny, do niedawna zamieszkały na ulicy, pokochany przez nią i przygarnięty, nie wie, co się stało i z miłości postanawia usunąć ślady rzekomego przestępstwa. Stężenie melodramatu w „Szczęściu” wydaje się wprost nieznośne, ale von Schirach równoważy je gorzką ironią, a reszta opowiadań  jeszcze po wielokroć dowodzi, że życie pisze przedziwne scenariusze. Sam autor zaś pokazuje, że można napisać opowiadanie kryminalne dalekie od stereotypu. Zbiór ukazuje się w samym środku sezonu ogórkowego, lecz jakością i wagą przewyższa typowe wakacyjne czytadła. Warto go nabyć i odłożyć lekturę na poważniejszą porę.

Besson, nie ten

Nie Luc, ani dość dobrze u nas znany Phillipe (dziwne, swoją drogą, że nie było w końcu polskiej edycji „Jego brata”, czyli książki, na podstawie której Chereau nakręcił jeden ze swoich najlepszych filmów), lecz mający największy dorobek Patrick Besson, jakiego poznałam, dzięki wydanej przed czterema laty „Mojej bratowej Annabel”. Mówiąc o nim, mogę się posiłkować jedynie tym, co znalazłam na okładce drugiej opublikowanej w Polsce powieści, która, mam nadzieję, utoruje mu drogę do polskich księgarń. A zatem rocznik 1956, autor kilkudziesięciu książek, w tym reportaży i wywiadów. „Lubi prowokować kontrowersyjnymi poglądami politycznymi”, jak jednak sądzę, już po lekturze „Lecz zabije rzeka białego człowieka” (wyd. Noir sur Blanc), są to rzeczywiście prowokacje, które mają skłonić do myślenia. Na przykład o tym, dlaczego Hutu nienawidzili Tutsich do tego stopnia, żeby ich unicestwić  i dlaczego tak mało mówi się o odwecie pokrzywdzonych. Nie żeby Besson opowiadał się po owianej fatalną sławą stronie, ale rzeczywiście mówi rzeczy zastanawiające, sam będąc najbliżej stanowiska Angele, lekarki pochodzącej z Hutu, która oczywiście potępia zbrodnię, lecz i na trzeźwo umie ocenić jej przyczyny. Kwestia tragedii w Rwandzie jest wprawdzie bardzo istotnym, ale tylko jednym z wątków tej powieści. Nawet nie niby szpiegowskiej, bo w rzeczy samej wokół szpiegowskiej misji się kręcącej, ale pisarskim poziomem znacznie przewyższającym typowe sensacyjne produkcje. Już ogląd wydarzeń przez różnych narratorów, w tym niekoniecznie zaangażowanych w intrygę, to odstępstwo, tak jak odstępstwem jest duża ilość wątków psychologiczno-obyczajowych czy retrospekcja historyczna, w której przedstawione zostają dzieje dwóch rwandyjskich rodzin, które w czasie wojny stają po dwu stronach barykady. Dalej wspaniałe postaci kobiece, na czele ze podstarzałą agentką Blandine, krasawicą Jeleną, studentką filozofii Tessą, marzącą o tym, by zostać prezydentem Konga (o ile nie zabije jej wcześniej AIDS, którym jest zarażona) czy Japonką-nimfomanką lubującą się w ciemnoskórych kochankach (oględnie rzecz ujmując). No i wreszcie typowo francuski, kąśliwy humor, a zarazem skłonność do budowania sentencjonalnie brzmiących passusów, które z lubością łowiłam co chwilę. Np. taki: „Prawdziwi artyści żyją ze swoją twórczością, wychodzą ze swoimi kumplami, uprawiają seks z byle kim i sypiają u swojej matki. Wakacje? Nie wyjeżdżają na nie. Jak księża” albo „Eksagentka przywykła do tego, że ludzie na nią nie patrzą, ani mężczyźni, ani kobiety. Najlepsze, czego się teraz mogła w życiu spodziewać, to że zostanie zauważona i nikt jej nie potrąci”(przekład Krystyna Arustowicz)

Poprawianie na gorsze

Na ekranizację „Uwikłania” czekałam głównie po to, żeby nacieszyć się powrotem na duży ekran Marka Bukowskiego. Szkoda, że nie w roli Teodora Szackiego, który za sprawą reżysera i scenarzysty (Zygmunt Miłoszewski występuje w czołówce jedynie książki, na której motywach itd…) zmienił płeć, co dla wielbicieli książki musiało być niemałym szokiem. Jako że się do wielbicielek zaliczam, też się skrzywiłam, a zainteresowanie zmalało do połowy, czyli do Bukowskiego, którego postaci w książce nie ma. Tak drugi raz wspominam o cudownie przywróconym na ekran aktorze nie dlatego, że jestem kobietą i uważam obsadzanie Karolakaszyca w rolach amantów za ukłon w stronę męskiej części publiczności, która może się z nimi identyfikować i wzmacniać swoje i tak niezachwiane przekonanie, że też mogą, ale ze względu na to, co Bukowski powiedział w reportażu z „making off”. Że jego postać jest komiksowa. Myśląc, że się przesłyszałam – reszta obsady zgodnie podkreślała, jakież to pełnokrwiste typy im się trafiły, a jeszcze dla porównania miałam pierwowzór książkowy  – puściłam tę wypowiedź po raz kolejny. Kiedy zobaczyłam finał filmu, zrozumiałam, o co mu chodziło. Nie powiem, w czym rzecz, bo nie jestem aż taką małpą, ale wszelkie dane przedstawione w filmie wskazywałyby na to, że komisarz na supermotorze rączo dopieprza na zesłanie do Kielc. Wreszcie się rusza, bo poza tym stoi i patrzy wzrokiem zakochanego kundla, no i strzela, żeby jakoś to się wszystko uwiarygodniło. I chociaż wizualnie oczywiście daje radę, to jednak dla nadelektowania się nim wolę sobie po raz kolejny włączyć „Nad rzeką, której nie ma”, skądinąd wyborną ekranizację prozy Stanisława Czycza.

No bo właśnie. Kryminał czyta się zasadniczo raz, a jeśli się już do niego wraca, to po latach i po lekturze kilkuset innych kryminałów, kiedy to zwiększa się prawdopodobieństwo, że się już zapomniało intrygę, która przecież stanowi główne źródło uciechy. Pierwsze wydanie „Uwikłania” ukazało się w 2007 roku, książka została uhonorowana rok później Wielkim Kalibrem, co jej przedłużyło rynkowe życie, doczekała się już trzech wydań i niezależnie od tego wszystkiego jest świetna. Nietrudno więc odgadnąć, że większość widzów filmu ją zna i idzie do kina po to, aby się przekonać jak to wyszło na ekranie. I czemu miała służyć ta wolta płciowa – poza wyrugowaniem pisarza z zysków, naturalnie. Nie jako pierwsza stwierdzam, że pokazaniem wdzięków Mai Ostaszewskiej, na którą rzeczywiście patrzy się nie mniej miło niż na Bukowskiego (choć ten się, niestety, nie rozbiera), ale która tymi wdziękami przesłania to, co w książce było ważniejsze.

Wróciwszy z kina, sięgnęłam po egzemplarz, żeby szybko przypomnieć sobie konstrukcję, zwłaszcza to, kiedy w książce pojawia się wątek esbecki. Grubo po połowie, podczas gdy w pierwszej połowie autor trzyma się klasycznego, a przecież wspaniale odświeżonego w powieści schematu „zamkniętego pokoju”, zgłębiając motywację ograniczonej liczby potencjalnych sprawców. Dopiero potem drzwi do klasztoru otwierają się, a tym samym akcja otwiera się na przestrzeń i czas. Tego efektu w filmie nie ma w ogóle, jak i zabawy z kontrowersyjną metodą terapeutyczną, jednym z najciekawszych pomysłów zastosowanych przez Miłoszewskiego. W zamian mamy gadki-szmatki Seweryna z Pieczyńskim, którzy są tak dobrymi aktorami, że to szczęśliwie da się wytrzymać, co nie znaczy, że da się przy tym trwać w napięciu. Budowanym tutaj banalnie aż do bólu – scenką nocnej wizyty szantażystów u pani prokurator, która miota się po domu z nożem.

To nie jest żadna recenzja, więc jeszcze tylko słowo o dialogach, pod którymi podpisuje się Bromski, a które jednakowoż w dużej mierze wzięte zostały z powieści. Chyba najlepsza scena w filmie (znów nie tylko ja się pod tym podpisuję), to ta, kiedy pani prokurator odwiedza Karola Wenzla –niezłomnego psa na esbeków. Stroiński gra ten epizod tak, że nawet lecąca wciąż na jednej nucie Ostaszewska jakby dostała skrzydeł i nagle, na ten jeden moment, film robi się taki, jaki  można sobie było wymarzyć.  Gdzie tkwi haczyk? Na stronie 262 – 271.