Po ogórkach

Jesień idzie, nie ma na to rady, ale po spóźnionym ataku lata w minionym tygodniu (34 stopnie we Wrocławiu), myśl o ochłodzeniu nie jest taka przykra. Zwłaszcza jeśli zmniejszenie temperatury na zewnątrz zrekompensowane zostanie przez jej zwiększenie w księgarniach. Za sprawą gorących nowości, z których kilka miałam już okazję poznać i chętnie je wskażę „po nazwiskach”, choćby po to, żeby się zrehabilitować za ostatnie komentarze do przypadków niekoniecznie arystycznych.

Do rzeczy zatem: już za chwileczkę nowa Alice Munro i jej przedostatnia, jak dotychczas, książka „Widok z Castle Rock” (Wydawnictwo Literackie), zbiór opowieści rodzinnych i autobiograficznych,  w których prawda ściga się ze zmyśleniem. Nie wiem, czy nie za wcześnie na taką akurat rzecz, bo choć „Zbyt wiele szczęścia” przyjęte zostało entuzjastycznie, to przydałoby się, żeby pozycja pisarki u nas bardziej się ugruntowała. Z drugiej jednak strony, Munro to Munro, w każdej odsłonie na wysokim poziomie, więc moja wątpliwość dotyczy tylko tego, że tego rodzaju pozycje zwykle pozostają w cieniu dokonań arcymistrzowskich, przychodzą raczej jako ich uzupełnienie, wyproszona przez czytelników odpowiedź na pytania o prywatne życie pisarza, o jego pochodzenie i to, jak pisarzem został.

Za jeszcze szybszą chwilę wspaniała biografia Zofii Nałkowskiej spisana „sangwiną” przez Hannę Kirchner, która sugestywnie pokazuje, że miejsce tej pisarki w naszej literaturze powinno być takie, jak Virginii Woolf w brytyjskiej. Ale i ona, jak w swoim czasie autorka „Pani Dalloway”, została wsadzona na półkę z „błonkami i koronkami”.  Bardzo mnie Kirchner zachęciła do tego, by popatrzeć na twórczość Nałkowskiej raz jeszcze. „Nałkowska albo życie pisane” wydane zostanie przez W.A.B., w serii „Fortuna i Fatum”.

I dalej panie: nowa, choć chronologicznie wczesna, książka Elizabeth Gilbert, niemająca nic wspólnego z jej największym bestsellerem (który zresztą szczerze lubię). I mówiąc o tym  braku zbieżności nie odkrywam Ameryki, o czym wie ten, kto sięgnął po jej wspaniałe opowiadania zawarte w zbiorze „Imiona dziewcząt i kwiatów”. „Ostatniego takiego Amerykanina” wydał już Rebis i jest to biografia. Napisana jak zwykle stylem wybornym. Można się nie ekscytować prywatnymi perypetiami Liz, ale jej talent pisarski nie ulega wątpliwości. Tak jak i talent Norweżki Anne Ragde, której „Ziemia kłamstw” mnie rozwaliła, a to pierwsza część trylogii, której kontynuację trzymam już w ręku. Nosi tytuł „Raki pustelniki”, wydawcą jest Smak Słowa.

Z ciekawych panów: nowy Coetzee (eseje o cenzurze, wydaje jak zwykle Znak), po raz pierwszy w Polsce jeden z czołowych pisarzy amerykańskich, kontynuator wielkiej literatury realistycznej Jonathan Franzen z „Wolnością” (Sonia Draga), „Mapa i terytorium” nowa powieść Michela Houellebecqa, który podobnie jak Laurent Binet zgarnął w ubiegłym roku Nagrodę Goncourtów, tylko ten drugi w kategorii debiut, za „HHhH”. Oczywiście zaraz sobie to będziemy mogli poczytać. Pierwszego wydaje W.A.B., drugiego WL.

A z ciekawych nowinek polskich wyliczę trzy powieści ze zbrodnią w centrum lub w tle:  językowo odjechane „Bogactwo” (W.A.B.), druga powieść Marty Syrwid, „Drwal” (Świat Książki) debiutującego w tej konwencji Michała Witkowskiego oraz oczekiwana aż cztery lata powieść Zygmunta Miłoszewskiego, oczywiście kontynuacja losów Teodora Szackiego. Dzięki „Ziarnu prawdy” (też W.A.B.) już mi zapomniałam o  rozczarowaniu filmowym „Uwikłaniem” . Świetna literatura bez ingerencji poprawiaczy to jest jednak to.

W takim układzie może sobie lać i wiać, prawda?

Motyle są wkurzone

Wydruk sygnalny tej książki dostałam jeszcze w czerwcu. I już na poważnie miałam się brać do czytania i recenzowania, kiedy dowiedziałam się, że na mocy wstępnego wyroku sądowego nie można jej sprzedawać, dopóki nie zakończy się sprawa pomiędzy autorką i ludźmi, którzy stali się pierwowzorami bohaterów jej powieści. Krytyk też poniekąd książkę „sprzedaje”, w tym przypadku zaś trudno było handlować czymś, czego fizycznie nie ma, podkręcając oczywiście całą aferę.  Ale już na użytek własny.. .

Awantura wzmogła moją czysto ludzką ciekawość, o co właściwie poszło, więc postudiowawszy najpierw zdjęcia –istotny element w tej historii – zapoznałam się z sekretami motyli. Meandry alpinizmu i wspinaczek wyższego lub niższego stopnia są mi i będą najszczerzej obojętne, dlatego  zielonego pojęcia nie miałam o „Boskiej Parze” i jej wyczynach, dopóki nie prześledziłam medialnych ech afery. Nie chce mi się także specjalnie wnikać w echa, powiem więc tylko, że rozumiem ich gwałtowną reakcję na książkę, w której bez trudu się rozpoznali, jak i poparcie udzielane im przez tych, którzy owe wyczyny w różny sposób wspierają: finansując je czy udostępniając szacowne łamy na ich propagowanie. Piszę w czasie teraźniejszym, bo jakkolwiek sprawa się potoczy, smród zostanie, wsparcie i podziw zapewne zmaleją. A odwet się dokona. Odwet za upokorzenia i straconą kasę.

Kasę… W społeczności motyli kasa to słowo równie często używane jak wolność, co akurat średnio służy wzbudzeniu empatii wśród bezstronnych  obserwatorów. Z drugiej jednak strony, antagoniści w słowach nie przebierają, niezbyt sobie radząc z PR i być może umiarkowanie dbając o sympatię kibiców mimo woli.

Pretensje Boskiej Pary zostawiam na boku, bo bardziej mnie tu interesuje kwestia wykorzystania literatury do wendetty. A zarazem kwestia różnicy między fikcją inspirowaną faktami oraz faktami lekko przykrytymi fikcją. Tak lekko, żeby nikt przypadkiem nie miał wątpliwości, o jakie wydarzenia i jakich ludzi chodzi. Nikt wtajemniczony w niuanse towarzyskie, podkreślam.

Ale tak sobie patrząc z boku: czy rzeczywiście nie można było zapobiec awanturze? Korzystając po prostu z tego, co literatura ma do zaoferowania? Jak najbardziej. Rozpoczynając od zmiany wyglądu postaci, przez zmianę miejsca, w którym rozgrywa się akcja czy odpuszczenie sobie aluzji do dokumentów, które bez trudu da się odnaleźć, żeby sobie porównać wersję pierwotną z przetworzoną  i stracić ewentualne wątpliwości. To już połowa sukcesu – większe puszczenie wodzy wyobraźni.

Dalej: można było poczekać. Nabrać dystansu, choćby po to, by część przypadków nabrała komediowego zabarwienia, dzięki czemu autorka dostarczyłaby przynajmniej dowodu na to, że ma poczucie humoru, o którego organiczny brak oskarża sprawcę nieszczęścia. Sorry, ale nie widać wielkiej przeciwwagi, za to od początku czuć w tym niepohamowaną nijak urazę i niechęć. Zadziwiającą o tyle, że właściwie cały czas zadawałam sobie pytanie, jakim cudem doszło do wspólnego wyjazdu i jak znany od wielu lat człowiek mógł się zmienić w tak groteskową kreaturę? Niby były jakieś symptomy, lecz przez dojrzałych ludzi zupełnie ignorowane. Kurczę  – z iloma swoimi przyjaciółmi chciałoby się spędzić kilka tygodni non stop nawet nie w ekstremalnych warunkach?  Ok, różne przełomy i rozpady się zdarzają, ale jeśli już pisze się książkę, to wypadało je pokazać bardziej ewolucyjnie, nie na skróty mało czytelne dla nieznajomych. To raz, a dwa –  czy człowiek szalenie zabiegający o swój wizerunek , a jednocześnie – w co trzeba uwierzyć na słowo, bo właściwie w tej opowieści nie ma na to żadnych dowodów – bardzo inteligentny, nie wziąłby pod uwagę tego, że od czasu do czasu musi być czarujący wobec tych, od których jest zależny? I jaki właściwie był wcześniej „przez wiele lat znajomości”, zważywszy, że w krótkim czasie zdyskredytował go praktycznie każdy gest i słowo. Tak sobie pytam jako czytelnik, bo się w tej sprawie czuję odstawiona na bok, za bandę areny, na której rozgrywa się prywatna jatka. Mniej więcej te same pretensje mam do skonstruowania postaci Lizy – kiedy ona się daje lubić i za co? Ta rzekoma przyjaźń niczym się nie tłumaczy, a mogłaby, jeśli  retrospekcje ukazałyby dobre chwile.

Itd., itd. Dość Teraz już wyjaśniam, dlaczego tak się dziwię: bo mam wrażenie, że takie  nie padły w czasie pracy nad książką. Debiutantki bądź co bądź. Miał być skandal przede wszystkim – i jest. Kto za niego zapłaci, wszystko jedno.  Ale nawet miło, że nie wciągnięci w prywatną wojnę obserwatorzy.

Autor? Autor?

Nie pierwszy raz już stwierdzam, że jestem wielbicielką nowoczesnych metod marketingowych. Ich próbki otrzymuję pocztą elektroniczną. Najnowszą odebrałam dzisiaj. Ponieważ nie zamierzam włączać się w promocję, pomijam wszystkie nazwy własne, nie o konkret chodzi, tylko o tendencję.

Wydawnictwo X ogłasza najgorętszą premierę końcówki tego lata
– audiobook (pod tytułem) w mistrzowskim wykonaniu Znanej Głównie z Seriali Aktorki (w skrócie ZGzSA).  Ta emocjonująca, momentami bulwersująca opowieść (o tym i owym) rozgrzeje nasze serca i zaspokoi nawet najbardziej wygórowane oczekiwania poszukiwaczy mocnych wrażeń.

Dalej mamy wypowiedź rzeczonej Wykonawczyni i rekomendacje Gwiazd Muzyki obeznanych z Tematem, a może i z literaturą, co jednak nie jest przedmiotem zainteresowania mediów, które na zainteresowaniu Gwiazdami estrady, małego ekranu i salonów zarabiają.

Gdzieś tam w środku (nie w tytule listu) bladym druczkiem podano nazwisko autorki książki, dzięki której ZGzSA mogła się wykazać mistrzowskim wykonaniem. Uff, westchnęłam, nie zapomnieli, chociaż informacja, iż audiobook zrealizowano „na podstawie”, ma w sobie coś niepokojącego, bo oznaczałaby, że nadchodzi era neoaudiobooków, nieopierających się jedynie na przeczytaniu stworzonego przez kogoś tekstu, ale wykorzystaniu go przez kogoś, kto skreśli dłużyzny, wywali filozoficzne wtręty, przykroi co należy do znanego z ekranu i zdjęć na pudelku imidżu wykonawcy, po czym skasuje 80 procent honorarium za wkład twórczy, to jest pewno o połowę mniej od ZGzSA, bo ta przecież już nie jest aspirująca i za byle dwa tysiące nie odłoży na później wizyty w paznokciowym SPA. Jeszcze raz robię uff i przepraszam za to tasiemcowe zdanie, trwające tyle, ile zdumienie, co to się na tym świecie dzieje i jak ten świat swoim wyćwiczonym przez indywidualnego trenera pośladkiem spycha tych, co mają wyobraźnię i potrafią swoje wizje wyłożyć fantazyjną polszczyzną, drżąc ze strachu w oczekiwaniu, kiedy to ZGzSA w liczbie mnogiej postanowią wziąć sprawy w swoje wypielęgnowane rączki i zechcą mówić wyłącznie od siebie. Ghostwriterzy, również czekający na ten moment i rekrutujący się w większości spośród nikomu niepotrzebnych pisarzy, zadowolą się z pewnością drobnym procentem od gaży. Są przyzwyczajeni.

Ale może w tym szaleństwie jest jakaś metoda: na zastąpienie masowego nieczytania przez masowe słuchanie.

I już hula

I już hula

Po lipcowych wywczasach wracam do czytania, pisania i przeczesywania redakcyjnej poczty. Wyłowiłam z niej na razie dwa opowiadania, których autorzy konsekwentni są pod każdym względem, co mi się naturalnie podoba.

Za lipcową nieobecność przepraszam najmocniej, mam nadzieję, że pewną rekompensatą będzie to, co już zapowiadałam – książka, która ukaże się jesienią. Jeszcze sobie o niej pogadam bliżej premiery, na razie tylko sygnalizuję, że nikt już nie będzie musiał czekać na odpowiedź. Przypominam przy okazji, że publikacja w serwisie jest dobrowolna i nieodpłatna, mamy zwyczaj dołączać biogram  autora i dla przyspieszenia sprawy warto go od razu wysłać. Także dlatego, że listów nie odbiera automat, tylko  żywy człowiek, znaczy ja, i jakoś mi niemiło, kiedy dostaję  sam załącznik.  Wyjąwszy takie urlopowe antrakty, zaglądam do poczty na bieżąco, ale czasem nie reaguję od razu, bo muszę chwilę pomyśleć, co odpowiedzieć. Zwłaszcza tym osobom, które odsyłam z kwitkiem, zatem o odrobinę cierpliwości proszę. I jeszcze o jedno: wzięcie pod uwagę, że serwis poświęcony jest opowiadaniu, osoby proponujące utwory reprezentujące inne gatunki proszone są więc o wyrozumiałość i udanie się do innych literackich schronisk.

Piotr Rybczyński

ur. 1975 r. we Wrocławiu. Obecnie związany ze Szczecinem i Kołobrzegiem. Nauczyciel akademicki, dziennikarz. Pisze
wiersze, opowiadania i artykuły. Wydał 2 zbiory wierszy: "Gambit pionka" (oficyna wydawnicza MAK - Szczecin 2004) i "Brak potrzeby lotu
(wydawnictwo Fabrica Librorum - Kraków 2007).

Piotr Rybczyński: Czołówka

”Miałem już wracać, gdy bogowie zatrzymali mnie jeszcze w Egipcie,

bo nie złożyłem im ślubowanej hekatomby, a bogowie nie lubią,
żeby zapominać o ich prawach. Jest tam na grzmiącym morzu
wyspa, nazywa się Faros, oddalona o dzień drogi okrętem,
gdy się ma ostry wiatr za rufą”

„Odyseja” pieśń IV

PERSONALNA
– Dzwonili z infrastruktury, oddają dziś Rondo Cyklopa o szesnastej! – uaktywnił się werbalnie Ściema.
–  No i bomba, półdługi na czołówkę i panoramiczne zdjęcie. Bez żadnych typów. Tylko samo rondo, zasłużyło sobie. Dwie kadencje je budowali?
–  Trzy. Chyba, że nie liczyć tej odwołanej – Bodek zdjął z ramienia urządzenie przypominające bardziej narzędzie snajpera niż aparat fotograficzny –  nawet ty Kubuś tyle tu nie siedzisz.
–  Jedziesz do zdjęcia. Żadnych dwunożnych i samochodów. Żadnych maszyn budowlanych. Żadnej budowy. Tylko rondo – zakreśliłem rondo ręką.
–  Na wylocie stoją betoniary i walce, na wlocie będą otwieracze z wstęgą. Jak otwieracze przetną taśmę, tiry ruszą na Szczecin.
–  Bodek. Ja nie chcę żebyś fotografował zimorodka łapiącego ukleje w locie, proszę cię tylko o kawałek asfaltu. Możesz to dla mnie zrobić?
–  Żadnych garniturów?
–  Żadnych, jest środek ogórków. Jak garnitury to tylko prywata, ustaliliśmy. Chyba, że Kodżak pokaże wacka.
–  A on jest do tego zdolny, zaproponuj mu. Ten nowy Peo się nie wścieknie?
–  Wścieknie. Słyszałem jak odsłuchiwał rano jakiś zdyszany wywiad z burmistrzem.
–  Na bank? Słyszał, że słyszałeś?
–  Podejrzewam. Puścił przy otwartych drzwiach dyktę z głośnikami na ful, przynajmniej z pięć razy. Bodek westchnął i ostentacyjnie powlókł się do ciemni.
–  A ty Ściema z czego rżysz? Dzwoń do wykonawcy robót, dowiedz się czegoś o rondach, porozmawiaj z jakimś inżynierem osobiście. Po co się je buduje, co dają, ciekawostki – banan na twarzy Ściemy zmienił nagle kierunkowskaz.
–  O nie! Trzeci dzień z rzędu od 6 rano jestem na dyżurze. Na dworze jest ze 100 stopni, a ja fatalnie znoszę skwar i jeszcze rozmawiać o asfalcie… Ten wentylator robi obrót na minutę.
–  Szkoda, bo od jutra biorę urlop. Będę musiał znaleźć kogoś mniej wrażliwego. Na niedzielę zapowiedzieli jeszcze większy upał, a Miss Zalewu wymaga spędzenia całego dnia na rozgrzanej plaży. Jako pracodawca nie mogę pozwolić, żeby stażysta tak się narażał. Jeszcze dostanie ud…
–  To szantaż!
–  Wokół Zalewu nie ucieka się do szantażu. Zwykła manipulacja. Darmowe piwo… środeczek dla gazety z finalistkami… wywiadzik na jedynce z Miss..
–  Kocham słoneczko i wszystkie ronda na świecie! – Ściema wykrzyczał jednym tchem.
–  Znów rozkładówkę mam robić? – rozległ się nieudolnie starający ukryć zadowolenie głos z pracowni – z opisami?
–  Tylko grube podpisy. Rok temu miał być reportaż z info, ale używając języka dyplomacji dziewczęta nie okazały się przeintelektualizowane.
–  Jestem Kasia, 19 lat, pracuję jako cleaning manager w zachodniej sieci sprzedaży i studiuję zaocznie na I roku marketing i zarządzanie, interesują mnie języki obce i równikowe lasy chronione – doleciał słodki głos Bodka – na imię mi Ania, mam 18 lat, studiuje zaocznie prawo na I roku, chcę być adwokatem i walczyć o sprawiedliwość na świecie. Interesują mnie sztuki walki i taniec techno.
–  Kto wygrał rok temu?
–  Ta w tym kostiumie… jakby ją lampart przestraszył. Ale lepsza była ta z Idola.
–  Młody! Co ty tu jeszcze robisz? – Ściema z otwartą gębą wlepiał wzrok w ciemnię widząc już siebie pośród wilgotnych brązowych zwierzątek. Nim zdążył udać się w asfaltową rzeczywistość, dotychczas lekko uchylone drzwi jedynego nie koedukacyjnego pomieszczenia redakcji z enigmatyczną tabliczką Naczelny wypluły małego wąsatego człowieczka w czerwonym krawacie.
–  Może ktoś by tak mnie zapytał o zdanie? Chyba mam coś tu do powiedzenia?
–  Na kolegium omówiłem tych kilka koncepcji….
–  Koncepcji? To decyzje, odniosłem wrażenie panie Konieczny, nie koncepcje.
–  Myśleliśmy, że jest pan czymś ważnym zajęty.
–  Byłem. Na początkową stronę chciałbym opublikować wywiad z burmistrzem, który udało mi się wczoraj przeprowadzić, a dotyczący planów zagospodarowania przestrzennego gminy do końca roku. To chyba jest ważniejsze od jakiegoś wypisywania o rondach! – twarz zmieniła kolor na krawatowy.
–  Panie… dyrektorze, w środku lata turystyczna miejscowość nie przepada za tego typu newsami, co do zasady pisze się o pierdołach, robi dodatki turystyczne. Bez urazy, ale sztygara z Wałbrzycha niezbyt pasjonuje strategiczna lokalizacja szamb, ustawiane przetargi, sesje rady miejskiej. Woli wiedzieć gdzie kupić piwo i posłuchać szant.
–  Jako redaktor naczelny mam prawo być o wszystkich planach informowany jako pierwszy. W szczególności o posunięciach sekretarza redakcji!
Czekałem, aż młody zniknie za drzwiami.
Bodek z ciekawością wychylił się ze swojej nory.
–  Dziennikarz dyżurny powinien sporządzać….
–  Nie przerywałem panu, dokończę. Papierowymi przychodami i rozchodami nie zajmiemy się wcale, za rzeczywiste weźmiemy się we wrześniu, macie kreta w radzie. Jeżeli pan naczelny już chce koniecznie pana burmistrza oglądać w jutrzejszej gazecie to proponujemy interesujący materiał, jak próbuje powstać pod „Bajką”, świetny reportaż. Skarbnik go podnosi, ale padają razem. Dalej każdy z flachą i koleżanką, bo przecież nie kurwą, drą mordy maszerując przez centrum Szczecina ze śmietanką naszych włodarzy. Pan zdaje się jakoś też się przewija, ale na drugim planie…
–  Na pierwszym – wtrącił Bodek –  wykadrowałem.
–  Co mają znaczyć te pomówienia! Do sądu…
Wreszcie drzwi za Ściemą zatrzasnęły się.
–  Stul pysk!
Stulił.
–  Dziękuję. Wyjaśnijmy kilka dość palących kwestii w zakresie naszych wzajemnych relacji. Nie chciałem przy stażyście robić sobie i gazecie obciachu. Otóż sekretarz redakcji Jakub Konieczny, czyli ja, nasz fotoreporter Gerwazy Bodecki i nieobecny dziś redaktor Purgał mamy pana głęboko w dupie – ciągnąłem dalej.
–  Co?!
–  Mamy pana głęboko w dupie. Co w tym niejasnego? Pozwoli pan, że postaram się wszystko po kolei objaśnić. Jest pan tutaj dwa tygodnie i jak dotąd współpraca układała się nam doskonale. Obdzwania pan na koszt redakcji wszystkie komórki w mieście, za darmo zamawia żarcie, chleje i tnie wstęgi na bankietach, czekając aż kolesie po kluczu wyrzeźbią jakieś lepsze koryto. Rozumiem to, a nawet jestem w stanie zaakceptować. Ale w news– roomie rządzi tylko i wyłącznie sekretarz. Może pan się poruszać się po nim swobodnie i udzielać na kolegiach, byle nie w takim imperatywie kategorycznym, tego nie będę znosił. W swojej izolatce może pan przyjmować całe to swoje szacowne grono. Nazwiska na drzwiach nie wygrawerujemy. W zeszłym roku zrobiliśmy dwie imienne tabliczki, zwykłe marnotrawstwo. Dla nas jest pan panem nikt. Powietrzem. Czytał pan „Iliadę” Homera?
–  Taki ślepy – wtrącił Bodek.
Obaj mieliśmy słabość do heroicznych epopei. Po wewnętrznej stronie drzwi redakcji napisaliśmy markerem na ostrym rauszu wiersz Herberta:

Dokąd płynie Dionizos przez morze czerwone jak wino,
Ku jakim wyspom zmierza pod znakiem  winorośli
Spity winem nic nie wie, więc my także nie wiemy
Dokąd płynie z pnia bukowego łódź lotna.

Nieważne. W decyzji o przydziale stanowiska napisano –  pełniący obowiązki. Na drzwiach napisano –  naczelny. To mniej wyraziste i bardziej bezosobowe logo niż kółeczko czy trójkącik w kiblu. My mamy wszystko podpisane, od kubków, długopisów po komputery i biurka.
Bodek pokręcił głową. Za mocno.
Naczelny alias P/O cofnął się w stronę swojego bunkra.
–  W większości wydawnictw na świecie przyjęta jest praktyka, że naczelny reprezentuje redakcję na zewnątrz, a gazetą rządzi i nadaje jej rytm sekretarz redakcji.
–  Naprawdę? – inny głos zapytał z nadzieją.
–  Od Timesa po Nowego Wampa.
Pełniący Obowiązki powoli odwrócił się i nerwowo– spacerowym krokiem wrócił do bazy.
Bodek nie wytrzymał i ryknął śmiechem.

OSOBISTA

Zostałem sam i zabrałem się za reportaż, który nosiłem w głowie już kilka miesięcy jako awaryjną czołówkę i jednocześnie wyrównanie ubiegłorocznych rachunków. Idealny temat na sierpień, a co więcej zemsta prywatna. Pozostało przelać luźne refleksje na monitor i poukładać fakty. Rozpocząłem osobistym wyznaniem, iż czułem się bezpiecznie w Ameryce Łacińskiej i na Bliskim Wschodzie, a prawdziwym lękiem napawają mnie krainy typu Benelux i Skandynawia. Nawet stonowany muzyk Lou Reed wypowiedział się kiedyś o Szwecji z przerażeniem: „Otwieram apteczkę, a tam zestaw na wypadek samobójstwa”. Wczesną jesienią zeszłego roku wybraliśmy się do Bromoli na południu Szwecji łowić łososie w jednej z najsłynniejszych na świecie rzek wędkarskich. W ramach rozgrzewki wynajęliśmy domek nad jeziorem i trzy dni moczyliśmy w nim kije. Akwen na folderach zdawał się wędkarską Mekką. Kilka tysięcy rzutów spinningiem przy kilkudziesięciu wariantach blach dało efekt w postaci okonia (nie chwaląc się sekretarz redakcji go złowił) i szczupaka (tenże), który został zaliczony tylko z tego tytułu do trofeów, że przezornie go ukatrupiłem zanim ojciec Bodka zdążył dobiec z miarką. W końcu zniesmaczeni pojechaliśmy na górski odcinek Morum, słynący z metrowych troci i łososi. W ośrodku przy tamie znaleźliśmy informację, kasy biletowe i rzeczywiście wielkiego półtorametrowego, spreparowanego łososia, aż poczułem się, jakbym wylądował w powieści Jerome K. Jerome. Najpierw postanowiliśmy jednak zobaczyć, jak żerują te waleczne ryby, wyruszyliśmy więc na rekonesans wzdłuż rzeki. Po dwugodzinnej penetracji i rozmowie z napotkanym Walijczykiem rzucającym „for trenning” odkryliśmy, że nie ma tu nie tylko żadnych szlachetnych ryb, ale nawet tych najbardziej plugawych, czegokolwiek z ichtiologicznego punktu widzenia. Wróciliśmy do postmodernistycznego  budynku na zaporze. Analiza cenników, a szczególnie zasad połowu urągała nawet naszej śladowej godności wędkarskiej. Łososie były, pływały sobie obok rzeki w basenie z tlenioną wodą. Opłata startowa grupy zapaleńców powodowała wpuszczenie kilku wygłodniałych sztuk na kilkusetmetrowy górski odcinek, którego przepłynięcie i ominięcie rozstawionych muchówek powodowało triumfalny powrót do basenu, zaś łowcy oszczędzało osobnego wydatku od kilograma złowionej ryby (kilka razy większego od świeżutkiego norweskiego łososia, kilka godzin wcześniej pływającego sobie w Atlantyku). Wiem, to o przygodę chodzi, a nie cenę. Zdecydowanie jednak nie o taką.
Poza tym wszystko verbieten. Nie chodzi mi o limity prędkości, które zredukowały śmiertelność w wypadkach drogowych o połowę, ale o daleko posunięty brak własności państwowej. I ten system detalicznej dystrybucji towarów spirytusowych (sklepy monopolowe odbiegają od słowiańskich ideałów). Puste ponumerowane butelki stoją w gablotach, klient zapisuje numerki i wręcza sprzedawcy, który idzie na zaplecze z karteczką po trunki. Rozumiem, że statystyczny Sven przez zimno, brak słońca, alienację (obszar dwa razy RP i niewiele ponad dziesięć milionów ludzi) chla okrutnie, ale czy to może pomóc? Również wywindowane nawet jak na Skandynawię ceny powodują indywidualne pędzenie na potęgę (in margine –  browar w sklepie maximum 2,8%). Kraj osiągający pewien pułap konsumpcji zaczyna fiksować, mam na ten temat swoją teorię. Wydawałoby się niczym niezmącona kraina północnych fiordów krzywdę wyrządziła sobie w dziedzinie prawodawstwa. Patologiczna wykładnia dopuszczalności eutanazji i praw dziecka, motywowana chorym rozumieniem praw podmiotowych, dopuszcza ukatrupienie kogoś wbrew jego woli, jeżeli na ten przykład rodzina uzna, że się nieludzko męczy. Będąc dziadziem z milionem baksów na koncie odczuwałbym pewien dyskomfort psychiczny, czy troskliwi zstępni nie uznają przypadkiem, że nie mogą już na moje katusze patrzeć i postanowią zgodnie, iż należy mnie uśpić. Dziewczynka, której tatuś zabronił oglądać TV po dobranocce dzwoni na policję i informuje, że jest molestowana seksualnie przez ojca. Ten trafia od razu do pierdla, dziecko zostaje oddane do adopcji parze gejów na metadonie po odwyku heroinowym. Szwedzkie prawo dopiero po wojnie zakazało małżeństw spokrewnionych w linii bocznej, które zawierano często ze względów majątkowych. Kiedy zaczęło się z w/w przyczyn rodzić zbyt wielu kretynów, na gwałt zaczęto ściągać cudzoziemców, przez co typowa Szwedka XXI wieku jest czarna i nosi dredy. O tym, że ich psy mają psychoanalityków, nie wspomnę.
NEUTRALNA
–  No i czego dowiedziałeś się o rondzie i o rondach – obróciłem się na krześle.
–  Rondo ma usprawnić ruch pojazdów i pieszych oraz zmniejszyć liczbę wypadków. Rozwiązanie istniejące dotychczas nie spełniało podstawowych wymogów bezpieczeństwa. Widoczność…
–  Sam na to wpadłeś?
–  Jak informuje projektant inżynier Alfred Domański, była niezgodna z przepisami. Kąty przecięć ulic były bardzo małe, co stwarzało duże zagrożenie dla pojazdów i pieszych…
–  Biura inżynieryjne, podwykonawcy, wszyscy którzy od początku byli zamieszani w całe to zamieszanie. Background. Trzeba czytelnikowi naświetlić historię choroby.
–  Statystyki dowodzą, że zastosowanie małych i średnich rond zmniejsza liczbę kolizji – Ściema dalej cytował zatłuszczony notatnik – co prawda notuje się na nich nieco więcej drobnych stłuczek, ale za to maleje liczba poważniejszych wypadków, które często kończą się śmiercią. W perspektywie obok Ronda Cyklopa będzie możliwa przebudowa niestrzeżonego wiaduktu. Prace mają zakończyć się jesienią.
–  Ważny jest rok – słusznie zauważył Bodek.
–  W związku z wprowadzeniem nowej organizacji ruchu od dnia 3 sierpnia, przystanek z…
–  Czytasz komunikat o zmianie organizacji ruchu czy główny artykuł wydania? Trochę się pogubiłem.
Mina Ściemy przypominała psa, z tych niesłusznie bitych.
–  Co można o rondach napisać interesującego? Mam zadzwonić do budowlańców i opisać skład betonu?
–  Jeżeli już to asfaltu. Jest pełnia sezonu, lud chce czegoś z jajem.
–  Teraz to już pan przegiął. Najpierw zmusza mnie do podjęcia tematu fascynującej wszystkich naokoło budowy, potem ma pretensje, że wykonałem polecenie tak jak mi kazał.
–  Nie panujemy sobie w redakcji, powinieneś już zapamiętać. Dalej nie wyciągasz wniosków, a jesteś tu ponad miesiąc. Ten sam materiał można zredagować w diametralnie różny sposób.
–  W kółko pan Bodek to powtarza. Z szóstki trzeba umieć robić dziewiątkę, żeby było tip– top.
–  Numerując zdjęcia i ograniczając się do dwóch linijek opisu redaktor Bodecki rzeczywiście mógł dojść do tego typu konkluzji. Siadasz do klawiatury i redagujesz tekst jeszcze raz. Poszperaj też w sieci. Za dwie godziny chcę mieć gotowca na biurku, dead– line o szóstej i nikt nie będzie już nikogo katował asfaltem. Wypływam z Julią na Zalew i przez najbliższy tydzień nie istnieję, potem mam Targi Wydawców i Dziennikarzy Prasy Lokalnej. To twoja składanka Grechuty? – dostrzegłem okładkę obok odtwarzacza, z którym Ściema starał się nie rozstawać. Nie wiem czy bardziej chodziło mi o muzykę czy sprawdzenie odporności nowego nabytku redakcji na stres.
–  Moja, ale…
–  Jest na niej Korowód? – przerwałem brutalnie.
–  Jest – wydął obojętnie wargi.
–  Rekwiruję na godzinę. To pomoże zintensyfikować wysiłki i skupić się wyłącznie nad korektą tekstu.
–  Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy –  doleciało z ciemni –  ważnych jest tylko kilka tych chwil, tych na które czekamy…
–  A za dwie godziny i minutę wysyłam mail– a do Radia Zalew i ceduję na Arbuza sobotni materiał.
–  Radio Zalew nie zalewa… – tym razem dotarła linia melodyczna radiowego spotu.
–  Arbuz za to owszem.
–  To wszystko? – czułem jak gotuje się pod kamienną twarzą.
–  Niezupełnie, przydałby się jakiś dowcipny lead.
–  Jasne.
–  Mniej wypadków, więcej stłuczek… Mam! –  triumfalnie zawołał redaktor Bodecki.
–  To niemo…
–  Więcej pracy dla blacharzy, mniej dla grabarzy!
Dwie linijki. Ale jakie. Zacząłem się głośno śmiać.
OSTATECZNA
–  Pierdolony redaktorek – mruknął do siebie Naczelny na widok sobotniego wydania na biurku. Z niesmakiem do niego dotarło, że zanim gazetę umieści w koszu gdzie jej miejsce, będzie musiał spojrzeć na rondo, którym wczoraj został tak upokorzony. Już z daleka jego wzrok zarejestrował duży fragment ulicy i jakieś postacie. A przecież sekretarzyk wyraźnie powiedział, że ma nie być żadnych postaci, rozchmurzył się PO. Może ten Bodecki tak naprawdę to nie jego ma dupie i można będzie się z nim jakoś dogadać. Chociaż fotek to pstrykać nie umie. Wszystko zamazane jakby w biegu, na pierwszym planie jacyś mundurowi uchwyceni bokiem, kupa świateł w tle –  przyjrzał się z niesmakiem. No i gdzie są teraz ci wszyscy dziennikarze. Fakt, przyszedł dwie godziny po kolegium, ale ktoś musi telefony odbierać. I z tą drukarnią trzeba zrobić porządek. Dostają kasę za sześć kolorów na pierwszej stronie, nie za czarne drukowane litery pogrubioną kursywą: „NA RONDZIE”. Od niechcenia zjechał wzrokiem na kilka wytłuszczonych zdań poniżej. I w jednej sekundzie wszystkie wcześniej skumulowane myśli znikły, nawet nie zmieniły się, znikły jakby ich poprzedni tor nigdy nie istniał, bo przecież w każdej gazecie czai się gdzieś to coś, wystarczy tylko trafić numer. Nieważne co, wywiad z burmistrzem, reportaż z Szwecji, nowe rondo. Nieważny motyw, temat, zasięg, nieważna siła. Ważny punkt jej przyłożenia, żeby poczuć to podniecające uczucie niedowierzania, ukłucie pod codziennością przetartych trybów przerdzewiałej od zawsze maszyny.
Wczoraj około północy na otwartym kilka godzin wcześniej Rondzie Cyklopa zginął 31– letni mężczyzna. Jak ustalono śmierć na miejscu poniósł sekretarz redakcji „Wokół Zalewu” Jakub Konieczny. Jak mówi asp. Karol Buczyna z Biura Prasowego KMP dziennikarz prawdopodobnie z przyzwyczajenia zjechał na przeciwległy pas jezdni i zderzył się z nadjeżdżającą z naprzeciwka ciężarówką.

Wciągnęła go, wessała do środka nośność, bo co bardziej absorbuje niż mocna czołówka.

Sławka Grabowska

Ur. 1983 w Warszawie. Nigdzie nie mogła na dłużej zagrzać miejsca. Mieszkała

w Białymstoku, Łodzi, Krakowie, a od półtora roku – w San Sebastian w Kraju

Basków. Absolwentka socjologii UJ. Zafascynowana kotami, filmami o

seryjnych mordercach i książkami oczywiście. Od zawsze pisała do szuflady,

wymyśliła sobie, że najwyższy czas spróbować wyjść na światło dzienne.

Sławka Grabowska: Nieśmiertelnik

Nieśmiertelnik

Zbudziłam się z twarzą pełną czarnych zaskórników. Kusiło mnie żeby każdy z nich, po kolei ścisnąć i poczekać aż wyskoczy spod napiętej skóry, zostawiając po sobie jedynie maleńki, ledwo widoczny otworek. Oczywiście się nie opanowałam. Wychodziły od razu, przy lekkim tylko naciśnięciu. W zasadzie nie zostawiały żadnych śladów. Niezadowolona ochlapałam twarz zimną wodą. Prysznic mnie rozbudzi, pomyślałam z niesmakiem wpatrując się w swoje odbicie w lustrze.

Szybko ściągnęłam przez głowę rozciągnięty podkoszulek z ledwo już widocznym „I ♥ NY”. I wtedy zobaczyłam TO. Duża nabrzmiała gula, pełna ropy dumnie sterczała z prawego ramienia. Byłam jak w transie, po prostu nie mogłam oderwać od niej oczu.

Ręce w zasadzie same, jak zahipnotyzowane ruszyły w jej kierunku, a ja już oczyma

wyobraźni widziałam, jak biała, glutowata wydzielina wypływa, aż dochodzę do krwi, widzę ten rowek w skórze, odkryte mięso. Przełknęłam ślinę i jeszcze przez moment z trudem się powstrzymałam. W końcu wybrałam miejsce, umieściłam po jednym palcu z każdej strony guli (nie była mała, miała średnicę jakieś 2 centymetry) i nacisnęłam. Lekko, ale zdecydowanie. Wyskoczyła twarda kulka zbitej ropy. Wypłynęło mnóstwo białego, na wpół przejrzystego płynu. Naskórek

zmarszczył się i jakby sam zszedł. A tam pod spodem kryło się dużo więcej. Wewnątrz gula cała była lepka, aż się prosiła o więcej. Miałam wrażenie, że spod niej wygląda żywe mięso i że mogę rozróżnić kość i kawałki mięśni. Znów nacisnęłam. Wypłynęło jeszcze więcej ropy, zdawało się, że nie ma to końca. Wreszcie gulę było widać trochę lepiej, ale nadal na samym jej wierzchu

coś dziwnie leżało. Najpierw myślałam, że to kawałek zmaltretowanej skóry, ale okazało się, że to pomarszczony kawałek cebuli. Trochę się zdenerwowałam i nie potrafiłam zdecydować co dalej. Gula i otwarta skóra wokół piekły jak cholera, z każdą chwilą coraz bardziej. Nie tracąc już więcej czasu, nie czekając, aż ból będzie zupełnie nie do zniesienia, zerwałam cebulę. Zabolało, ale oderwała się szybko, jak jakiś zużyty plaster. Pieczenie ustało momentalnie, otwarta rana nadal

jednak pobolewała i pełna była ropnej wydzieliny.

Znów zawzięcie nacisnęłam na zmaltretowaną skórę wokół kulki ropy. Wreszcie!

Wyskoczyła i zdawała się sama rozmazywać na wierzchu mojej dłoni. Nie miałam jednak czasu teraz o tym myśleć. Gula wyskakując odkryła coś, co mnie całkiem przeraziło. W szoku wpatrywałam się w kawałek metalu sterczący teraz spomiędzy kości i mięśni na ramieniu. Tkwił głęboko i cały, poza wystającą końcówką, utytłany był w płynnej, gęstej i już wcale nie przejrzystej ropie. Przerażona, nie wiedząc czy robię dobrze, czy może okaleczam się na całe życie, chwyciłam

wystający kawałek i mocno pociągnęłam. Wysunął się z lekkim oporem. Miałam wrażenie, że, zupełnie jak papierowy ręcznik z dystrybutora w publicznej toalecie, może się rozerwać w każdym momencie. Nic takiego się jednak nie stało. Wyszedł cały. Srebrny nieśmiertelnik. Obracałam go ostrożnie w dłoni. Ciało obce wyciągnięte ze mnie. Z jednej strony wygrawerowane było moje imię i nazwisko, a pod spodem dużo wolnego miejsca. Z drugiej strony wyryto wykropkowane, niewypełnione linijki i u dołu ledwo widoczne „S/N E-BP309827”. S/N? Numer seryjny? Czego?

Mnie? Kto to we mnie włożył? Dlaczego tkwiło w moim ramieniu? I od jak dawna?

Przerażona pomyślałam o dziurze w moim ciele i o tym, że ropa pewnie nadal się z niej sączy. Wyobraziłam sobie wszelkie możliwe zakażenia, choroby, sepsę. Spojrzałam na ramię. Ziała w nim ogromna dziura, skóra była jednak zagojona i bez śladu ropy. Ostrożnie zaczęłam obmacywać dopiero co zrośnięte krawędzie. Ani śladu ropy. Ani śladu odkrytej kości, czy mięśni. Nowa skóranarosła tam w ciągu tych 2-3 minut, kiedy przyglądałam się nieśmiertelnikowi. Była lekko żółtawa,

jakby za bardzo brakowało jej słońca, żeby przybrać normalny, zdrowy kolor. Znaczyło ją też mnóstwo delikatnych niebieskich smug, chyba po prostu była jeszcze tak cienka, że przebijały spod niej naczynia krwionośne. Nic mnie jednak nie bolało. Ustąpiło też dziwne uczucie zagrożenia,które nie opuszczało mnie od wielu dni. Poczułam ulgę i niezbitą pewność, że wyjęłam nieśmiertelnik w ostatniej chwili. Teraz wszystko musi być dobrze, ale muszę się pilnować. Bo Oni spróbują znowu…

Zbudziłam się zlana potem. Podkoszulek z wyblakłym „I ♥ NY” nieprzyjemnie lepił mi się do ciała. Był środek nocy, ale w tym zaduchu szans na normalny sen w zasadzie nie było. Co to za koszmar mi się śnił? Jakoś nie mogłam poskładać tej historii w całość. No nic, czułam się tak już od tygodni. Jedna zarwana noc więcej nic nie zmieni. Już w łazience ściągnęłam z ulgą mokry T-shirt. I wtedy zobaczyłam TO. Duża nabrzmiała gula, pełna ropy dumnie sterczała z prawego ramienia.

Byłam jak w transie, po prostu nie mogłam oderwać od niej oczu.