Wojciech Albiński: Przekąski – Zakąski

Listopadowa noc. Trzydziestoletni facet, Tadek (dwójka dzieci na karku, ciężkie życie, ale młodość, agencja reklamowa) umawia się z kolegą, żeby się napić i pogadać. Piją w „Grubej Kaśce”, tam wszystko jest na żółto i brązowo, w różnych odcieniach gówna, na wszystko pada słabe, gówniane światło. Stolik jest za mały, piw dużo, dołącza do nich jeszcze kolega. Twarze się mieszczą, gorzej z nogami, jakieś dziwne zawijasy. Są pijani, wychodzą. Tak sobie idą, ten, co dołączył do nich, mówi temu, co chciał się spotkać, Tadkowi, że nigdy nie lubił go na studiach, okazuje się, że z wzajemnością. Nic nie szkodzi, podtrzymują trop i ruszają w stronę „Przekąsek – Zakąsek”.

Wszyscy wiedzą, jak to tam wygląda, więc nie ma co opisywać. Stoją niczym we wnętrzu kieliszka, otoczeni lustrami, które wszystko trzymają razem, żeby się nie rozlało. Na środku, nieco wyżej, też jak w kieliszku, za barykadą baru, stoi facet, który jest kultową postacią polskiej sztuki nowoczesnej, kultury, literatury, nowoczesności i postępu w ogóle. On tej nowoczesności podaje drinki i ją rozpija. Hej, ale fajnie – i ich też. Księstwo Warszawskie.

Nowoczesność jest rozgadana, po interesach, przed, w trakcie, filozoficzna, poetycka, i cała pijana. Wszyscy się liczą, ilu przyszło, czy są wszyscy, jaka jest między nimi odległość, czy bliższa, dalsza, czy przyzwoita, czy przyzwalająca. To liczenie jest bardzo złe, trzeba to potępić. Stoją branże do potępienia. Reklamowa. Medialna. Akademicka. Finansowa, polityczna, licealna. Potępieni. Potępienie. Wszyscy się trochę sami potępiają.

Tadek też jest już policzony, może i potępiony. Czarne, proste i krótko podcięte włosy, ładny profil z branży akademickiej też liczy, obserwuje go, ale szybko odwraca wzrok, kobieta nie chce być rozpoznana. Tadek coś czuje. A było tak, ktoś taki owszem, całe dziesięć lat temu przeszło mu przez głowę, jeden weekend, jeden wieczór, że może coś razem, ale całe szczęście nic. Choć może szkoda. Za mały dynamizm. Z urody straciła niewiele, ale to się już łamie, jest przed krawędzią, przed skokiem. Tak samo teraz z wódką. Kątem oka przygląda się jej, że coraz bardziej się chwieje, kołysze, traci równowagę, choroba, błędnik, coraz więcej kieliszków za cztery złote, coraz więcej. To nie jest dobry widok na początek.

Obok faceci w marynarkach, ich teczki, łysiejąca młodzież w okularach, artyści z brzuchami na smyczy. No i wszyscy, wszyscy piją sobie wódeczkę. Bardzo przyjemnie, bardzo przyjemnie, stoją tu przez całe zabory, powstania i zrywy, ale to dobrze, jak Bóg da, będą jeszcze stać, tak przyjemnie. Mały incydent, marginalna niepokorność wobec wieczności.

Tadek liczy i swoje. Stoi tam też dziewczyna, blondynka, nieco smutna, niewymownie piękna tej nocy, która, to widać, przyszła tu obok z jakąś tam parą. Para zwykła, nic do powiedzenia. Nie pamięta się ich już po odwróceniu głowy. Ale ona jedna tam z nimi nie liczy i nie patrzy. Trzyma drinka jak bluszcz oplata rynnę i słucha gościa w brązowej marynarce. Słucha, jakby stała na peronie, jakby obok przejeżdżał pociąg. Skupia więc całą twarz, żeby usłyszeć, brać udział, ale wolałaby tego nie robić, patrzeć tylko, uśmiechać się. Zosia. Prosty beżowy płaszcz z szerokimi klapami, niebieski sweter, delikatne ręce. Wydarzenie. Piękno.

On już teraz tylko jej dogląda, obserwuje ją cały czas, i gdy dopycha się do baru, w trakcie picia, jałowych rozmów i gdy wychodzi z kibla. Cały czas. Blask światła odbitego w szkle. Impulsy, spięcia elektryczne. Przeprasza na chwilę, idzie do niej, żeby coś jej powiedzieć. Przepycha się przez parę, podchodzi do Zosii szepcze jej do ucha, solennie, jakby przyjmował komunię, bardzo uważa, żeby te słowa nie upadły, nie zbeszcześciły się, nie wypłynęły gdzieś na bok. Jest w tej chwili trzeźwy, normalnie trzeźwy, mówi:

- Ko-cham-cię.

Odgarnia jej włosy, zapamiętuje delikatny puch z kwiatów topoli  zdobiący piasek jej skóry. Dotyka jej, to jest: przesypuje piasek. Widok rzeki w lato przez zmrużone oczy. Wszyscy na tej plaży – oczy, uszy, rzęsy, delikatne usta – cieszą się z tego gościa. Jeśli istnieją aniołowie, tak wyglądają.

Tadek nie patrzy jej w twarz, schyla głowę, żeby jej nie speszyć, i wolnym krokiem wraca do siebie przez zaułki pleców. Komunikant w ustach, skupienie: przyjść, odwrócić się i wtedy klęknąć.

Piją dalej, jest coraz bardziej nijako, jego oczy w niej. Chciałby, gdyby tylko spojrzała, gdyby zauważyła, dać jej znak swoją głową, powtórzyć gestem. Potwierdzić: „tak, dobrze słyszałaś”, wyraźnym skinieniem głowy, „tak, kocham cię”. Jest przygotowany, głowę zadarł wysoko, wódka ją przechyliła, żeby obwieścić wszystkim tutaj, krajowi i światu to najprawdziwsze, najszczersze, krystaliczne uczucie. Głowa wisi jak topór. Uczucie dla ciebie, Zosiu.

Na to wpatrzenie odwraca się tylko wysoki brunet z pary, sztruksowa, brązowa marynarka. Nie wie, co robić, palant, nie wie, co poszło, chciałby spytać, nie może podejść. To wykracza poza jego marynarkę.

Anioł obok niego milczy, nie patrzy, nic. Nie słyszała! Na pewno nie, dalej jest, jak było. Tylko para obok niej próbuje ukryć tę wizytę i oblubienicę. „Szybko, wszystko musi być, jak było. Choć przecież tamten facet podszedł do nas i coś szepnął jej na ucho.” Niewymownie to wszystko krepujące. Tadeusz patrzy na nich i czeka w gotowości. „Jakby co, pytajcie, ja powtórzę, ja jestem tu. Zosiu, patrz na moją głowę gotową do skinienia. Patrz – skinę dwa razy, wyraźnie. Bo dobrze słyszałaś.”

Rusza się marynarka obok, coraz bardziej gestykuluje w odrażający sposób, ruchy zwielokrotniają się w tych lustrach, w oczach dookoła, więcej gestów, marynar, ruchów, wszyscy piją – wódka i cola, cola czy to twoja, może być twoja, zalew wódki, wszyscy pijani, nie mogą ustać. Wychodzą, przewracając się co chwila, opór stawiają brudne szklane, obrotowe drzwi. Muchy mylą szyby z lustrami. Cześć-cześć. Koledzy.

Tadek musi rzygać, musi zapłacić za rzygi w taksówce, wejść do domu. Samotność pijaka. Pada na łóżko obok żony, zapomina o wszystkim. Ona w nocnym, słyszała dobrze. Autobus zapierdala przez listopadowe miasto, mokre, wilgotne, tuż przed zmrożeniem.

Wojciech Albiński

ur. 1977 w Warszawie. Copywriter w agencji reklamowej, początkujący pisarz. We wrześniu ukaże się jego debiutancka książka pt. „Przekąski i Zakąski” (wyd. WFW) z opowieściami o życiu wielkomiejskich trzydziestolatków. Poza tym pisze powieść o miłości, Powstaniu Warszawskim à rebours i współczesnej Warszawie. Cykl jego miniatur prozatorskich ukazał się w “Dwutygodniku”

A tu na boczku, u Pedra

Znowu wychodzi mi blogowo-filmowo, ale tak wyszło, że i Allen, i Almodovar pracowici są wielce, a ja ich obu poważam, chociaż nie wszystko podoba mi się w tym samym stopniu. Poza tym w tym roku premiery ich nowych rzeczy wystąpiły nieomal w parze.  W zasadzie jednak odpuściłabym sobie pisanie o „Skórze, w której żyję”, gdyby nie jeden detal, jaki zdążyłam wychwycić. Co ja mówię , „zdążyłam”, pokazano go na tyle długo, że nie można było się spóźnić. Otóż filmowa Vera czyta książkę Alice Munro. Jaką konkretnie, nie powiem, bo tytuł był mniejszymi literkami, ale samo nazwisko wystarczy w zupełności. Kobieta mimo woli czyta świetną literaturę, co nie dziwi, zważywszy, że jej ciemiężyciel ma na ścianie obraz Tycjana, ona sama wzoruje się na rzeźbach Louise Bourgeois i w ogóle tym razem jakoś nie jest ostentacyjnie kiczowato na wizji. Choć w fabule i owszem.

Co ciekawe, Almodovar w dużym stopniu odszedł od pierwowzoru literackiego, którym jest „Tarantula” Jonqueta, tymczasem w swoim prawie gotyckim thrillerze francuski autor wyraźnie mruga okiem, już w pierwszym obrazku, widoczku zamku z ogrodem i sadzawką z łabędziami, których się w już filmie nie uświadczy. Za to mamy w nim wiarołomną i straszliwie poparzoną żonę, inny rozwój wątku z uwięzioną kobietą itd. Mocno więc Almodovar zaszalał, trochę wytracając przy tym klimat oryginału. Tam jednak lepiej jest uzasadniony fakt, dlaczego Vincent okazuje potulność oraz to, że przemiana w kobiet jest dla niego szansą na wyjście ze społecznych dołów, bo to młodociany bandyta, a nie chłoptaś, któremu powinęła się noga. No tak, ale poziom przesady i tak każe zawiesić na kółko pytanie o racjonalność tego, co widzimy. Koniec końców, chciałam tylko powiedzieć, że obaj panowie na A lubią pyszne aluzje i dlatego wiele im się wybacza.

Krzysztof Sowik: Powrót

Szedł powoli, wpatrzony w żółtą poświatę okien remizy. Drobny śnieg pokrywał cienką warstwą stary, wysłużony płaszcz. Ponad trzy kilometry przy tej pogodzie było sporym wyzwaniem. Utykał coraz mocniej. Zawsze, kiedy przesadził z noszeniem szczap z drewutni, noga odmawiała posłuszeństwa. Styczeń tej zimy był wyjątkowo mroźny. Trzeba sobie jakoś radzić. Staruchów z siódmym krzyżykiem na karku przeważnie wyręcza się w takich pracach. Dzieciaki, znajomi, ktokolwiek. Zwykła życzliwość. On nie miał tu nikogo. Sąsiedzi? Szkoda gadać. Nie skarżył się. Inni mieli gorzej. Mógł od dawna być martwy, a przecież kochał życie. Przez wiele lat sądził, że z wzajemnością. Teraz już nie. Za chwilę im powie. Powinni wiedzieć. Ludzie nie są źli. Czasem po prostu, zwyczajnie są tępi. Jeszcze tylko jakieś dwieście metrów. Będzie przynajmniej ciepło. Usłyszał za sobą tupanie. Ktoś biegł od strony kościoła. Futrzana czapka z nausznikami utrudniała widzenie. Zatrzymał się, żeby przetrzeć okulary. Nie zdążył się nawet odwrócić, kiedy poczuł tępy ból w prawej skroni. – Wywalaj stąd szkopska mordo. Raus! – usłyszał, zapadając się w miękki puch.

*

W remizie wrzało. Od dawna nie było tak gorącego zebrania. Kiedy do Ryszowca przyjeżdżał przedstawiciel gminy, musiało się dziać coś ważnego. Tym razem mieli zdecydować o sprzedaży gruntów. Dla wójta Grynia sprawa była oczywista. Mógł wpisać te dwanaście hektarów na listę i tyle. Miał takie prawo. Kiedy powiedział o tym wprost, stało się coś, czego nie mógł przewidzieć. Zebrani zaczęli ciskać w niego najpierw papierowymi kulkami, ale po chwili pojawiły się również inne przedmioty. Kiedy sytuacja wymknęła się spod kontroli i obok głowy wójta przemknęła plastikowa butelka, Gryń wyprostował  się i stanął za improwizowaną mównicą. Składany pulpit przypominał czasy PRL-u, choć wówczas znacznie częściej takie urządzenia były elementem stałym każdej sali konferencyjnej. – Ludzie, co wy robicie? – krzyknął. – Przecież to zebranie jest dla was. Opamiętajcie się!

Przestawił szklankę wody i zamierzał po mocnym wstępie przedstawić racjonalne argumenty, przemawiające za sprzedażą ziemi.  – Nie wpłynęła żadna inna oferta, ani też … Nie dokończył, ponieważ do remizy wpadł, lekko zataczając się, Rysiek Franiak i wrzasnął od progu:

– Josefa pobili! Jest nieprzytomny!

Rozejrzał się z lekka zamglonym wzrokiem po sali, zdjął wełnianą czapkę, poprawił przydługie, sklejone od potu włosy i dodał cicho – I dobrze mu tak, niech stąd wypieprza – po czym opadł ciężko dysząc na krzesło. Przez chwilę w remizie zrobiło się cicho. Nagle z drugiego rzędu zerwał się Józek Warda i torując sobie drogę łokciami, szybko przeciskał się przez tłum. Lucek Gajda, zawsze spokojny, nie wytrzymał i  wrzasnął: – No i co tak siedzicie? Przecie chop zamarznie! Trzeba po niego iść! Franiak podniósł się z krzesła z zaciśniętą pięścią i wycedził prze zęby – A niech zdycha, jebany szkop. Polskiej ziemi mu się zachciało.

Lucek odwrócił się i zobaczył padającego jak kłoda Ryśka. Po chwili zorientował się, że to Warda celnym podbródkowym powalił wyższego o głowę Franiaka. – Nic ci do tego skurwysynu! Nie twoja ziemia. Każdy może ją kupić!

Warda pochylił się nad ofiarą sięgając po puste krzesło. Wyglądało to jak jakaś scena z westernu, w której dobry szeryf próbuje połamać knajpiane meble na niesfornym kowboju. Lucek, widząc, co się święci, cofnął się od drzwi i chwycił za rękę Wardę. – Daj spokój Józek, powiedział miękko, jakby mówił do swojej Halinki. Wypity jest, nie widzisz? Zaprosili Henryka? – próbował zmienić temat.

– I tak nigdy nie przychodzi – niechętnie odparł Warda. Manewr Lucka odniósł skutek. Z Józka powoli schodziło powietrze.

Z remizy wybiegło trzech młodych ludzi – syn sołtysa Molaka i bracia Wawrzyniakowie. Gryń wypił duszkiem resztę wody ze stojącej na mównicy szklanki. Próbował ją odstawić drżącą ręką, ale nie trafił. Brzęk szkła zmieszał się z podniesionym głosami mężczyzn. Molak wcisnął się w udrapowanie kotary, kiedyś jasnozielonej, obecnie z powodu kurzu i wypalonych na dyskotekach tysięcy papierosów,  brązowoszarej. Rzucił okiem na salę i ukradkiem odkręcił piersiówkę, którą zawsze nosił przy sobie. Zimą mógł przynajmniej tłumaczyć, że to z powodu mrozu, tak na wszelki wypadek. Pociągnął solidnie i wytarł usta rękawem. Chciało mu się palić, ale nie wypadało. Mimo chwilowego zamieszania, trwało jednak zebranie. Miał gdzieś, komu sprzedadzą ten kawałek ziemi, który stał się przekleństwem wioski. Gdyby nie funkcja i to, że jeszcze kilku mieszkańców miało dla niego szacunek, powiedziałby o tym głośno. W końcu co za różnica, czy Josef będzie miał akt notarialny, czy nie. I tak tu mieszka, a jeśli działkę kupi kto inny, też nie będzie krzywdy. Jak się komu nie podoba, to sądy są. Pociągnął jeszcze raz. Gryń kiwnął do niego głową i popukał się znacząco w czoło. Molak schował piersiówkę i rozłożył bezradnie ręce. – No! Zacznij, może cie kto posłucha w końcu. – krzyknął buńczucznie do wójta. Kaśka, sekretarka z urzędu gminy, zmiotła tymczasem resztki szkła i zapytała nieśmiało, czy może już iść, bo dziecko ma gorączkę. Gryń skinął głową i podjął kolejną próbę. – Słuchajcie, bo będziemy tu siedzieć do nocy. Wiem, że są głosy sprzeciwu. Słyszałem, że niektórzy nie chcą, żeby sprzedawać teren.

– A jak mają chcieć? – wpadł mu w słowo Kozub, szwagier Lucka, przecie to nasza ziemia jest. Niemcom chcesz oddawać, Krystian? Dlaczego?

– To nie tak! – palec wskazujący wójta zatoczył w powietrzu łuk – niczego nie oddajemy. To normalna sprzedaż jest, w końcu idziemy do Unii, tak, czy nie?

– A na cholerę nam to wszystko. Niemiec, to zawsze Niemiec! – dołożył Latusek.

– Czasy się zmieniły, Zenek. – wójt próbował opanować drżący głos. – Tu już nie będzie różnicy, Polak, Niemiec, Francuz, czy Belg. Każdy może kupić, tak ja ty będziesz mógł pojechać do Niemca… – To chyba na roboty! – wrzasnął Kozub. Sala wybuchnęła śmiechem.

– Każdy będzie mógł się osiedlić gdzie chce. Na tym właśnie polega wspólna Europa. Jest dwa tysiące drugi. Dwudziesty pierwszy wiek, a nie okres jakiejś zimnej wojny. Obudźcie się w końcu! – wyrzucił z siebie Gryń, po czym dostał ataku kaszlu. – Sam się obudź, ćwoku! – krzyknął ktoś z ostatnich rzędów. – Możesz se kupywać u Niemca co chcesz, jak ci dadzo! My nie mamy za co, a ich tu nie trzeba więcej. Niech się nie panoszą.  – Kto w końcu wygrał te wojnę? – pytał podniecony Latusek. – W dupe se wsadź te Europe – basował Kozub. Nagle sołtys chrząknął znacząco i podniósł w górę dłoń, co miało oznaczać, że powie coś ważnego. – Każdy ma swoje zdanie i to jest dobrze, ale nie obrażajcie mi tu wójta Grynia, bo przyjechał specjalnie do was i chce załatwić sprawę, jak to się mówi, elegancko – tu czknął i zrobił długą pauzę, starając się zebrać myśli. Łatwo nie było, bo opróżniona piersiówka stanowiła jedynie część alkoholu, z którym Molak uporał się od rana. Dodał więc tylko, że bardzo prosi o szacunek dla władzy, co dało oczywiście efekt przeciwny do zamierzonego.

*

Powoli otworzył oczy. We łbie huczało, jakby znajdował się w hali maszyn.

– Josef, ale się wystraszyłam – Wawrzyniakowa ścisnęła mu mocno prawy nadgarstek. W lewym tkwił wenflon. Spojrzał w górę. Kroplówka zeszła do połowy. – Jestem w szpitalu? – Tak. Wiesz kto cię pobił? – spytała.

Milczał. Patrzył w sufit, a wargi drżały lekko, jakby powstrzymywał płacz.

– Josef, nie możesz ich kryć. Następnym razem mogą zrobić coś gorszego. Zabili ci psa, podpalili drzewo, a teraz to… Chyba już wystarczy?

– A co to da, Magda, co to da? Tylko nienawiść większa będzie. – odwrócił głowę i spojrzał jej w oczy. – Może czas się zbierać? Kogo obchodzi, że jestem Polakiem?

– Możecie se dalej gadać. Do usranej śmierci! Szkopów tu nie chcemy i basta – wypalił Kozub i zaczął zakładać kurtkę. – Ty sobie Mietek wyobraź, że jest jeszcze prawo i tego nie przeskoczysz – wójt był wyraźnie poirytowany – mogłeś stanąć do przetargu, jak żeś taki mądry. Co tobie nagle ten jeden Josef Riedel przeszkadza, co twoje narodziny jeszcze pewnie pamięta?

– Ty Krystian nie odwracaj kota ogonem, bo dobrze wiesz, że nie o jednego Niemca chodzi, tylko o zasady – wtrącił się znów Latusek.

– O jakie zasady? Wyście ocipieli wszystkie? – nie wytrzymał ponownie Warda. – A ty się przestań mądrzyć, bo ci Niemiec płaci, to jego stronę trzymiesz – ośmielił się Rysiek, rozcierając obolałą szczękę – No, co? Znowu mnie walniesz?

– Ma rację! Józek Warda nie ma prawa głosu, bo z Niemcem interesy robi. Dwa Józki. Przynajmniej o jednego za dużo? – podłączył się Kozub wciągając na głowę czapkę uszatkę.

*

Miał rację. Chyba ją to przerosło. Początkowo zapaliła się do pomysłu, żeby wziąć udział w imprezie. W końcu mogłaby sięgnąć do korzeni, zobaczyć jak tam jest, a może nawet przyznać się, że wyjechała wiele lat temu. Taki powrót wydawał się mieć sens. Poznać ludzi, ich rzeczywistość, właśnie tam. Pozbyć się traumy, lęków, które przez tyle lat towarzyszyły pytaniom. Trudnym, czasem pozostającym bez odpowiedzi. Zgodziła się niemal natychmiast, ale teraz… teraz miała wątpliwości. Po co to wszystko? Czy jest jej źle? Odniosła sukces. Tak, miała dużo szczęścia. Zwłaszcza do ludzi. I dlatego ma być im coś winna? Ciężko pracowała. Aktorstwo, to niełatwy zawód, zwłaszcza dla kobiety. Udało się, a przecież mogło być zupełnie inaczej. No, właśnie… Jak? Kiedy zadzwonił z propozycją wyjazdu, powiedziała tak, nie dlatego, że czuła się zobowiązana. Chociaż był dla niej jak brat. Starszy brat. Czy można było odmówić? Wczoraj zadzwonił ponownie i zasugerował, że można jeszcze to odkręcić, że nic się nie stanie, jeśli zrezygnuje. Rozumiał, że to dla niej trudne. Stara, zasłużona dla kraju aktorka jedzie po raz pierwszy w rodzinne strony. Brzmi absurdalnie, prawda? Poprosiła o dzień do namysłu. Jutro musi zdecydować. Nie. Decyzja zapadnie dziś. Jutro ją tylko przekaże.

*

Warda usiadł przy ławie, energicznie stawiając kufle, tak, że piana spłynęła obficie na drewniany blat. – Powiedz Lucek, czemu oni mi to robią? Bo żem głupi? Zgodziłem się zarządzać tym kawałkiem ziemi? Myślą, że coś biorę od Riedla? – oparł się o ścianę i przesunął kufel w stronę Gajdy.  – Dał mi kiedyś trochę drzewa, zanim z wycinki dowieźli. I tyle.

Zanurzył usta w miodowo-białym płynie. Stuknął kufel Lucka. – No, wypijmy za Josefa. Najważniejsze, żeby chłop doszedł do siebie po tym wszystkim.

– Dojdzie. To twarda sztuka jest. Nie takie przejścia ma za sobą – Lucek zmiękczał w palcach papierosa. – Najgorsze, że to nie koniec. Jeszcze jedno zebranie ma być, bo Kozub z Latuskiem i tą całą bandą nie odpuszczą. – dodał.

– A ty skąd to wiesz?

– Ma się swoich informatorów. Może z FBI jestem? – zaśmiał się, zapalając zapałkę. – Wawrzyniak mi doniósł – zaciągnął się mocno.  – Już teraz pilnują gminę, żeby tylko jakieś decyzje nie zapadły w tym tygodniu.

*

– Lepiej ci dzisiaj? – Magda postawiła na szpitalnej szafce mały koszyk pełen wiktuałów.

– Tak. Pojutrze wyjdę. Niepotrzebnie się kłopoczesz, mnie tu karmią przecież.

– Daj spokój, Josef, szpitalne żarcie… Nie utyjesz. Nie martw się.

–Martwię się o coś innego – Riedel poprawił kołdrę i usiadł wyżej. Bandaż zwisał mu z boku głowy niczym indiańska przepaska. – Jutro przyjedzie Hanka, to znaczy Marta. Odbierzesz ją?

–Jaka Marta? Co ty gadasz? Chyba za wcześnie cię wypisują – mruknęła.

– Marta Javor , aktorka. Mówiłem ci kiedyś. Zaczyna się przegląd filmowy. Wiesz, w domu kultury…

– W naszym? I ktoś tam przyjdzie w ogóle? Przecie chłopy tylko wódę cięgiem żłopią albo piwo.

– Może i tak, ale Basia robi to dla młodzieży, żeby się coś działo w Ryszowcu. Prosiła mnie o pomoc. Dyrektorce się nie odmawia. Obiecałem, że pomogę ściągnąć Martę. Nie była w Polsce ponad pół wieku.

–To stara już?

– Oj, Magda…

– No, dobrze, nie martw się. Pomogę.

– Był tu Henryk. – Josef uśmiechnął się – no, co tak patrzysz? Przyszedł mnie odwiedzić.

– Stary Nadler?

– Nie taki stary, dopiero nie dawno ósmy krzyżyk zaczął – żartował Riedel.– tylko na niego można zawsze liczyć. No i… może jeszcze na ciebie – dodał ze śmiechem.

– Widzę Josef, że zdrowiejesz. Mocny masz łeb, nie tylko do wypitki. A, Henryk też powinien na siebie uważać. Wszędzie pełno tej hołoty teraz.

*

– Coś słabo z tymi ludźmi dzisiaj? – powiedział Krystian z wyrzutem.

– Słabo, abo i nie słabo, jak to mówią. Jeszcze się nie zaczęło… – oponował Molak zaciągając się papierosem.

– …A już się skończyło – dośpiewał wójt, cytując znany refren.

– Przyjdą, przyjdą, chyba że już mają ciebie dosyć – zaśmiał się sołtys.

Gryń wyjął z teczki papiery. – Pokażę im to, może zmienią zdanie.

– A co to niby jest? – spytał Molak – wykład im będziesz robić?

– To dowód, że wszystkie warunki zostały spełnione. Riedel może kupić ten teren.

–Myślisz, że to coś zmienia? Dla nich jest Niemcem i tyle.

Zamilkli. Sala powoli zaczęła się wypełniać. Molak puścił oko do wójta.

– A, nie mówiłem, że przyjdą?

*

Dom kultury nie wyglądał okazale. Chyba zresztą nigdy nie był specjalnie kochany przez lokalne władze. I tak cud, że w ogóle powstał. Barbara Kosok miała w sobie dość determinacji, żeby pisać, prosić, a w końcu skrzyknąć chłopów, żeby w czynie społecznym wylać fundamenty. Budynek musiał być tani i tak też wyglądał, trochę jak otynkowany barak. Mimo to, spełniał swoją funkcję. Dzieciaki miały gdzie przyjść na ping-ponga, czy trambambulę, a Baśkę wszyscy lubili, choć traktowali trochę jak dziwadło. Nie wyszła za mąż, mimo że ładna i adoratorów sporo, nawet z sąsiednich gmin. Może uważała, że ma do spełnienia misję podniesienia kultury Ryszowca na nieco wyższy poziom? Albo po prostu nie chciała tracić czasu na gry miłosne, kiedy pojawiała się kolejna szansa na zorganizowanie imprezy. Przegląd filmów kina niemieckiego lat 70-80, był jej oczkiem w głowie, ponieważ dostała dodatkowe pieniądze z województwa wygrywając konkurs, na najlepszy wiejski ośrodek kultury w regionie. Przyjeżdżali licealiści z Grodkowa, Nysy, a nawet dalszych okolic, no i zawsze trafił się jakiś aktor, czy pisarz, który nie był wystarczająco asertywny, żeby odmówić. Tak powstał dyskusyjny mini-klub filmowy, a Baśka załatwiła nawet stary, przechodzony projektor, żeby można było puszczać coś z taśmy 16mm. Goście z zagranicy, przez blisko piętnaście lat działania placówki, się dotąd nie pojawiali . To miał być jej dzień. Nowy etap w kulturze Ryszowca, choć większość mieszkańców nie potrafiłaby pewnie wymienić nawet kilku cyklicznych imprez. Może prócz sylwestra, który kilkakrotnie stanowił alternatywę dla potańcówki w remizie.

*

– Nie pokazuj nam Krystian dokumentów, tylko powiedz po ludzku, jaka jest decyzja gminy – Kozub siedział tym razem bliżej podestu, na którym ustawiono mównicę. Zwykle w tym miejscu stała orkiestra. Teraz trudną partię do zagrania miał wójt Gryń.

– Właśnie! Te papiery, to sobie możesz wsadzić – dopowiedział Rysiek Franiak, jak zwykle lekko wczorajszy. Wójt poczerwieniał na twarzy i widać było, że zebranie dryfuje w kierunku, z którego trudno będzie zawrócić.

– Słuchajcie. Josef Riedel mieszka tu od blisko dwudziestu lat. Dzierżawił osiemnaście hektarów i nikomu nie przeszkadzało.

– Jak nikomu? A pytał nas kto? – uaktywnił się Latusek.

– Daj spokój, chyba ci całkiem odwaliło. To już wynajmować też nie można? – odezwał się siedzący obok Latuska Józek Warda.

– Ty się nie odzywaj lepiej. Już ci mówiłem. Sprzedawczyków tu nie potrzeba. – Kozub stawał się agresywny.

– Bo, co? – postawił się Warda. Lucek pociągnął go mocno za kurtkę – Siadaj Józek, przestań. Przecie nie będziesz się z nimi bił?

– No, właśnie nie wiem. Może by należało mordy obić i w końcu by to pomogło.– zastanawiał się głośno Warda.

–  Hej! Uspokójcie się – Molak podniósł rękę. W tym samym momencie w drzwiach pojawił się Henryk Nadler. Przez moment zaległa cisza. Zdziwienie malowało się na twarzach zacietrzewionych jeszcze przed chwilą chłopów. Nadler nie brał udziału w zebraniach, przeważnie ignorował też zaproszenia na jakiekolwiek imprezy, co wybaczano mu ze względu na wiek, ale też dlatego, że cieszył się szacunkiem. Fachowiec. Dokąd zdrowie pozwalało, podkuwał konie. Mówił wprost, co myśli i zawsze dotrzymywał słowa. O Ryszowcu wiedział wszystko, tylko dwóch mieszkańców żyło dłużej, ale ani stary Gajda, ani zniedołężniały już, dziewięćdziesięcioletni Maciej Latusek nie mieli nigdy we wsi takiego poważania. Młodsi buntowali się czasem, że taki zasadniczy, a w ogóle nie wiadomo – Żyd, czy Niemiec? Niektórzy pamiętali jeszcze jak rozgrzanym prętem przypalił młodego Janiaka, który mu chciał „wyrwać” żonę. Jadźka zmarła dwadzieścia lat temu i od tej pory był sam. Zdziwaczał, ale fason trzymał i nie bał się we wsi nikogo. Teraz szedł nie zatrzymując się, a tłum robił mu przejście. Ktoś dostawił uprzejmie krzesło w pierwszym rzędzie.

*

Otwarcie przeglądu filmów wypadło nieco sztucznie. Barbara zaczęła krótkie przemówienie, nerwowo spoglądając na drzwi wejściowe. Tak bardzo liczyła, że będzie mogła przedstawić specjalnego gościa z Niemiec, a wciąż nie miała potwierdzenia, że aktorka dotarła do Ryszowca. Pogoda była okropna. Sypało mocno od kilku dni. Frekwencja, jak na stan aury, była i tak zadziwiająco wysoka. Nieco zrezygnowana, zdążyła przeprosić widzów i właśnie wtedy zjawiła się Marta.

*

Gryń próbował wykorzystać dobry moment i kontynuował: – Według przepisów, każdy mógł wziąć udział w przetargu.

– Ale każdy przetarg można unieważnić – zaatakował Latusek.

– To nie do końca tak. Nie wystąpiły żadne ważne przyczyny, ani naruszenie procedur…

– Co ty nam Krystian będziesz pieprzył o jakiś procedurach. Prawda jest taka, że Niemcy będą nas wykupywać, a jak już wejdziemy do tej Unii, to wezmą wszystko, tylko powoli, nie od razu. – kontynuował Latusek.  – A on tu przyjechał, że się nauczył się języka, to co? Inni też się nauczą i będą się osiedlać.

– Tak jest! Dobrze mówi! – krzyknął ktoś z końca sali. – Niech Niemcy siedzą u siebie. Mogą tu przyjeżdżać na wakacje. Czy im ktoś broni? – basował Kozub.

– A jak se to dzierżawił, to mu źle było? Po co mu własność? Dorobił się pewnie na cudzej krzywdzie. Inaczej by mu nikt kulosa nie przetrącił – wtórował Franiak. Nagle stało się coś, czego nikt nie mógł przewidzieć. Nadler wstał, chwycił krzesło, wszedł na podest, po czym z całej siły uderzył meblem o podłogę.

– Dosyć! – krzyknął donośnym, jak na starca głosem. – To nie tak było! – oddzielał każde słowo. Zaległa cisza.

*

– Bardzo długo myślałam się, czy powinnam tu wracać. – Marcie drżał głos – ale przekonał mnie ten oto człowiek – wskazała na Josefa, który stanął za filarem, nie chcąc afiszować się z widocznymi jeszcze strupami. – To on, Josef Riedel dał mi kiedyś nowe życie i dzięki niemu miałam szansę. – mówiła dalej, próbując opanować wzruszenie. – Aktorstwo to jest coś, co pokochałam od razu i staram się robić to lepiej jak umiem. Przepraszam za mój polski, ale nie używam go prawie. Dziś jest dzień, który będzie dla mnie może najważniejszy w całym życiu, bo zdecydowałam się być w kraju, który jest mojego urodzenia. Nazywam się Marta Javor, ale kiedyś byłam Hanka Mrozek, po prostu Hanka.

*

Henryk wyprostował się i położył lewą rękę na mównicy. – To nie tak było – powtórzył.  – Nie znacie Josefa. Nikt z was! – zrobił pauzę rozglądając się po sali. – Nic o nim nie wiecie, a chcecie oceniać? Kto ma prawo to zrobić? Tylko ten, kto zna prawdę, a też nie powinien!

– Jaką prawdę? Czyją prawdę?! – przerwał ciszę Kozub. Nadler spojrzał mu w oczy i powiedział ważąc słowa – Prawda… Prawda nie ma właściciela. – zrobił pauzę, po czym mówił dalej – Opowiem wam pewną historię. Jest luty 1947 roku. Wojna się skończyła, ale nie dla wszystkich. Mieszkało nas w Ryszowcu prawie trzysta osiemdziesiąt osób, niemal połowa, to Niemcy. Większość zbierała się stąd szybko, przed ruskimi, ale nie którzy chcieli zostać. Czuli się Polakami. To się stało w sobotę, około czwartej nad ranem. Budzi mnie okropny kaszel. Pół przytomny wciągam dym i swąd, wdzierający się z korytarza. Okno się zacina. Wybijam szybę i wyskakuję na zewnątrz. Wiem, że nie będzie dobrze, bo nie wziąłem nawet spodni. Ktoś okrywa mnie kocem. Kto inny wrzeszczy, że wreszcie zrobią z nimi porządek. Sąsiedni dom stoi w ogniu. Spoglądam w prawo i widzę chłopaka w osmalonym podkoszulku, który patrzy bezradnie w jakiś punkt. Dziwię się, że go nie znam, w końcu mieszkam tu już pięć lat. Kilku mężczyzn biegnie z wiadrami. Ktoś stawia obok wypełnioną wodą drewnianą balię. Nagle z płomieni wybiega poparzona kobieta. Krzyczy – Hania, nasza Hania! O Boże! Moje maleństwo! Witek! Gdzie jest Witek?! Stoję jakby mnie wmurowało w ziemię. Bezradność. I wtedy ten w podkoszulku nagle rozrywa tkaninę, moczy ją w stojącej balii, przykrywa głowę  i dosłownie rzuca się w płomienie. Matka dziewczynki dopada do mnie i krzyczy, żebym coś zrobił. Staram się ją przytulić. Ona mdleje. Zamiast skóry ma jedną wielką ranę. Mija minuta, może dwie. Widzę go znowu, tym razem niesie na rękach nieprzytomną dziewczynkę, może czteroletnią. Już wiem, że to pewnie Hania. Chcę coś powiedzieć matce, ale on nie daje znaku życia. On tymczasem potyka się i przewraca. Ruszam się wreszcie. Podbiegam i podnoszę dziecko. Z domu zaczynają lecieć rozpalone żagwie. Pęka więźba dachu. Dwumetrowa belka spada leżącemu na nogę. Odkładam dziecko, jest nieprzytomne. Próbuję pomóc nastolatkowi, ale on sam zdołał się odczołgać. Pojawia się lekarz. Dziewczynka ma poparzone gardło, ale będzie żyła. Straciła rodziców, bo matki też nie udało się uratować. – Henryk przerwał i napił się wody, podanej przez Grynia. Nikt nie odezwał się słowem. Nadler zrobił teatralną pauzę i patrząc w kierunku Kozuba kontynuował – Spotkaliśmy się trzy dni później. Przyszli do mojego brata, u którego się zatrzymaliśmy. Spłonęło wszystko.  Nie mieliśmy nic, ale zostało to, co najważniejsze. Rodzina.  Wtedy go poznałem. Znaczy oficjalnie. Był z matką, wcześniej mieszkał u wuja, bo uczył się w mieście, dlatego nie wiedziałem, że to syn Marty Riedel. Josef. Stracił w pożarze ojca. Można by powiedzieć, zyskał siostrę. Marcie udało się załatwić papiery i zabrali małą Hanię do Niemiec. Inaczej trafiłaby do sierocińca. Zostawili tu wszystko, czego stary Bernard Riedel się dorobił. Ponad dwadzieścia hektarów, z czego pięć to las. Domu zazdrościli im wszyscy, taki był ładny. Pomyślałem wtedy, że całe życie poszło im z dymem. Myliłem się. Kiedy dziś patrzę na Josefa, kiedy widzę jego krzywdę, wiem, że zawsze jest czas… Chce kupić własną ojcowiznę. A wy nie chcecie mu sprzedać?! – Nadler podniósł głos, a po policzku popłynęła łza. Zszedł z podestu i postawił przewrócone krzesło. Zbliżył się do Kozuba i powtórzył:  – Tak Mietek. Prawda nie ma właściciela.

Sala pustoszała powoli.

Krzysztof Sowik

ur. 1959 w Łodzi, absolwent Wydziału Prawa UŁ, pisze od  ośmiu  lat,  obecnie już nie tylko do szuflady. W 2010 roku jego dwa opowiadania ukazały się w zbiorze Piotra Pochuro “Ciężar decyzji” (wyd.  Branta),  kolejne  znalazło  się  wydawanym  w  tym  roku przez Wydawnictwo   Dolnośląskie   podsumowaniu   dwóch   ostatnich   edycji warsztatów  literackich  organizowanych  w ramach MFK. W wolnym czasie, którego wciąż mu brakuje, pracuje nad scenariuszem oraz kryminałem w większym formacie pod roboczym tytułem “Kleszcz”

Bez znieczulenia

Przez wiele lat ze smutkiem przyglądałam się upadkowi kolejnych wrocławskich kin, w których odbyłam wiele filmowych uczt. Najpierw „Polonia”, potem „Oskar” i „Światowid”, później „Lwów” niby  broniący się długo, ale jakoś bez przekonania (pary razy mnie stamtąd pogoniono, bo nie było wymaganego minimum widzów, aż sama zaczęłam omijać szerokim łukiem). Wreszcie „Warszawa”, tylko ją zamknięto po to, by móc przeobrazić w porządne centrum filmowe, gdzie można zobaczyć filmy, które multipleksy mają w głębokim poważaniu.

No i we wrześniu je otworzyli. Wymuskane, odnowione, bez popcornu, z przyjemnie tanimi biletami i repertuarem, który chciałoby się zaliczyć w całości. Na początek zafundowałam sobie „Kieł”, mający polską premierę już w czerwcu i czekający na otwarcie lepsiejszego kina. O filmie nie słyszałam zbyt wiele, nie czytałam recenzji, tylko wysłuchałam doniesień poczty pantoflowej dochodzącej do mnie spoza Wrocławia. I dobrze zrobiłam, nie doinformowawszy się, bo dzięki temu wrażenie było silniejsze.

Giorgos Lanthimos tak to obmyślił, żeby wejść  in medias res opowiadanej przez niego historii. Nie poznać genealogii dziwnej rodziny i motywacji ojca, tylko z miejsca poczuć, że coś tu nie tak, a potem utwierdzać się w przekonaniu, iż kompletnie na opak. I że z ofiarami przedziwnego  eksperymentu społecznego jest coraz gorzej, bo tresura wyzwala w nich coraz większą agresję. Buntująca się Najstarsza obraca ją w końcu w częściową autodestrukcję – dokonuje samookaleczenia i ucieka. Nie wiadomo jednak, czy uda jej się przełamać lęk przed normalnym światem wdrukowywany jej przez tyle lat – i to pozostawienie sprawy w zawieszeniu jest oczywiście dobre. Dobrze robi filmowi, znaczy się.

Film wywołuje wstrząs, który trwa przez parę godzin. Kiedy on jednak opada, to widzi się szwy, nie kły. Encyklopedię medycyny jakimś cudem dozwoloną, ślady edukacji przeprowadzonej nie wiadomo kiedy, fakt, że syn dość dobrze gra na gitarze, brak konsekwencji pobicia strażniczki wtajemniczonej w sprawę, kompletną obojętność dziewczyn na sprawy płciowe czy fakt, że matka zdaje się kompletnie nie tęsknić za normalnym światem, który przecież znała. Wizja dzikości zaczyna się po czasie mocno rozmywać, wypiera ją pytanie o mocne efekty niezbyt sprzyjające czysto symbolicznemu odczytaniu filmu (jako opowieści o totalitaryzmie np.). Emocje mi już więc opadły, a teraz sobie myślę, jak te efekty można by zrównoważyć. Czy też trzeba zrównoważyć, budując każdą historię. Bo ta, po namyśle, staje się jednak tylko opowieścią o psychopacie znęcającym się nad swoimi dziećmi.

Złote epoki i pisarze

Ktoś napisał, że to pocztówka w sam raz dla amerykańskich turystów. Ktoś inny dodał, że aby dobrze bawić się na „O północy w Paryżu” trzeba nieźle znać literaturę i sztukę, bo tylko wtedy doceni się smaczki. Co racja, to racja. Inaczej spojrzy się na to wszystko, jeśli zna się dzieje małżeństwa Fitzgeraldów, filmy Buñuela czy hemingwayowską prozę, którą obecny na ekranie Ernest mówi. Albo malarstwo Toulouse-Lautreca czy Picassa z różnych okresów ( w filmie pokazane zostały dwa jego obrazy, bo  oprócz będącego przedmiotem sporu także portret Gertrudy Stein). Jeśli ktoś nie zapamiętał wszystkich pojawiających się lub przywoływanych postaci (Gil mówi o Joysie, nie ma go wśród napotkanych osób, ale  bohater odwiedza legendarną księgarnię „Sheakespeare and Company” prowadzoną ongiś przez Sylvię Beach, która wydała „Ulissesa”), zawsze może to sobie sprawdzić na liście płac. Oczywiście to takie zabawowe migawki, niemniej jest ich nadspodziewanie dużo, bohater bowiem przemieszcza się pomiędzy światami, żeby zrozumieć, iż nie tyle żyje w niewłaściwym świecie, co ma obok siebie niewłaściwą partnerkę.  Ot , taka prosta historia, wzbogacona podróżami w czasie, które decydują o uroku filmu.  I dodają inne przesłanie do tego o rozbieżności poglądów na życie: że każdy ma swoją złotą epokę umiejscowioną gdzieś w odległym czasie, w przeszłości, nigdy w teraźniejszości. Pomysł przedni, rekonstrukcje też, w sumie jeden z najbardziej pogodnych filmów Allena, oddech po defetystycznym „Poznasz przystojnego bruneta”.

W żadnym innym reżyser nie złożył takiego hołdu klasykom, z którymi czuje pokrewieństwo, ale przypomniał mi się tutaj bohater „Wszystko gra” czytający na zmianę „Zbrodnię i karę” oraz przewodnik po Dostojewskim. Scenka była komiczna, jednak Jacek Gutorow objaśnił gdzieś, że owo dzieło pomocnicze to nie byle bryk, ale bardzo poważna i uznana monografia, co może nie tyle zmienia postać rzeczy, ile dobrze świadczy o Allenie.

I jeszcze dodałabym, że to któraś już w dorobku twórcy „Manhattanu” opowieść o niespełnionym/początkującym/pogrążonym w kryzysie twórczym pisarzu. To bohater często wykorzystywany, ale nikt chyba nie ograł go na tyle sposobów, co Allen.

Łukasz Dynowski

Ur. 1989, studiuje i mieszka we Wrocławiu.

Łukasz Dynowski: Nie w

Nie w

Był więc świat, były światy, były światy im bliskie, były ich światy i był świat jego, niewąsatego, a w nim był klucz. Em był on właśnie. Bo „nie” swoim wbudowanym przecież, nie mógł być tym, kim być chciał, a być chciał cierpliwy. „Nie” tym jednak nieszczęsnym (nie-szczęsnym!) na „nie” się skazywał, cierpliwość, a skazując się, nie miał się prawa ułaskawić. I, pewnie, rzekłby niewąsaty, rzekłby, gdyby tylko ciągle nie orzekał, orzekaniem się przystosowując, „przy”, „przy”, tym się wobec wąsatego czyniąc. Choć, przyznałby zapewne niewąsaty, że to jego bycie „przy” odbywa się też trochę, choć z, to poza nim i bez niego, bo i taki już los porzucania wąsowatości własnej. Ale, choć porzucona, powrotu się w niewąsatym domaga, nie tyle jako ona – bo jak – a jako coś, co ją zastąpi, przestawiając i żonglując. Planuje zresztą ten cyrk niewąsaty od kilku minut dobrych, miotając się z pytaniem skonstruowanym, a niepostawionym, samemu chcąc jako pytany wystąpić. To, chłodnym niby i wymuszającym wzrokiem mierzy wąsatego, starając się nie zdradzić, starając się jemu, ale i sobie sobą udowodnić, że „przy” raz tu, tam drugi. I mógłby tak niewąsaty jeszcze długo, gdyby nie to, że nie mógł, nigdy nie może. Nie może i pyta:

- Więc? Hehe…

I to „nie”, natrętne, znowu znać dało, do pary z „przy” popłoch czyniąc, popłochem na błędy wystawiając. Błędy o skutkach tu i tam, bo przecież tragedią tej nieśmiałości całkowicie zanegował niewąsaty wymienność „przy” i dostrzegł zaraz, że „przy” jego nie jest samym „przy”, ale jest „przy” dziecięcym, infantylizującym go do granic, nawet rzucającym na kolana. Hehujek zresztą nastręczał kolejnych problemów, bo hehujkiem normalizując całą anormalność wąsatego, który, wiedział niewąsaty, nie odpowie na tego typu coś (kredens), stawiał się niewąsaty znowu w zniecierpliwieniu, trącącym w dodatku żałosnością. Ach, jakże niewąsaty był niewąsaty. Ale, uu. Ratunek! Z oddali nadjeżdża, widać w oddali. Co oddali niewąsatego zniecierpliwienie i odda nieco odwagi, oddalonej już przy zamknięciu drzwi własnych mieszkania własnego. Może nawet to zniecierpliwienie wyłoży się trochę na wąsatym, który zniecierpliwi się, że niewąsaty, koniecznością z oddali, oddali swoje zniecierpliwienie. Chociaż byłoby to chyba zbyt normalne, zbyt codzienne, żeby wąsatego chwycić. To, przez adrenalinę zbliżającej się oddali, oddalony nieco od siebie „przy”, i oddalą ułatwiony wobec wąsatego, tak mówi:

- Słyszę jak nadjeżdża mój pociąg, słyszę jak nadjeżdża mój pociąg.

Ach! Nie mruknął wąsaty, spojrzał, ale nie mruknął! Przetrzymuje! Nie musi, będąc właściwym, głównym „przy”, ale wykonuje, drąży, przetrzymuje! Niewąsaty, pogodzony, w końcu:

- Więc?

Jeszcze wąsaty pogrywa sobie, zaciąga się papierosem, na ziemię, butem, rozgląda się, krawężnik, szyby, kamyki. Wtedy dopiero:

- Więc kupię sobie to miasto i wsadzę je sobie w buty.

Niemiłosierny, bezlitosny! Nie zna umiaru! Tak umiejętnie, tak sprytnie wsadził niewąsatego, umieścił go w tym, zaprowadził na pociąg, wsadził w, i wsadził w! Sytuację, która niewąsatego z „przy” odziera, ale nie ratując, a papierosem butem zgaszonym czyniąc, wsadzając w „poza”, wszystko, akcję, rozwój. W szoku, nic nie zdążył powiedzieć, zareagować, w momencie „.” przestał być. Spodobałoby mu się teraz to „przy”, spodobało.

A wąsaty jak nic, jak nigdy, oddala się, idzie kupować miasto. Nie jest to jednak łatwe, myśli wąsaty, dostrzegając kunszt własny i siłę – że nie tylko niewąsatego wsadził, ale i siebie trochę przecież, wsadził siebie w problematyczność, stał się osadzony nieznajomością miejsca, w którym mógłby się osadzić celem kupienia miasta. Buty już mam, to już mam, teraz tylko do po, pomyślał wąsaty i zerknął na zegarek. 16:24. Wszystkie klauny poszły już spać, wie o tym wąsaty, osadzając się bardziej jeszcze. Buty już mam, pociesza.

Wiatr, rusza się trawa, gdzieś śpi koń.

Wobec braku klaunów, rośnie kobieta lis, lisica, ostatnia nadzieja po zamkach zrobionych z piasku, które wszakże samymi już „zamkami zrobionymi z piasku” sytuują się na plaży, plażą oddaloną czyniąc dostęp oddalony czasem, utrudniającym. Lisica bliżej na pewno, kobieta lis, do niej, nawet jak nie wie tyle, co klauny, to przecież lisica, kombinatorka! Kombinatorka. Bardzo to oczekiwane i wyuczone, teraz dopiero pomyślał wąsaty, i położył się na chwilę na chodniku, żeby choć trochę się wyprowadzić, wytrzeć oczekiwane nieoczekiwanym. I leżąc tak, wobec nieznaczącej poprzez swą nieliczność publiki, leżał dość nieskutecznie. Usłyszał za to na tym niższym poziomie płacz wiatru, podpowiadający, że kobieta lis, lisica, jest tam, gdzie jest.

Tam, gdzie jest! Doskonałe, myśli wąsaty, fenomenalne! I przede wszystkim bardzo w porządku.

Udawszy się zaraz tam, gdzie kobieta lis jest, istotnie znalazł się tam, gdzie kobieta lis jest. I tam, co nieczęsto mu się zdarzało, ale był w końcu postawiony w sytuacji, rzekł:

- Chciałbym kupić to miasto.

- Deszczowy dzień – odparła lisica.

- Pada cały dzień.

- Słońce, dawno nie padało, bo ja wiem, miesiąc?

- Pada cały dzień. Gdzie dostanę miasto?

- W czerwonym domu.

- W czerwonym domu.

- W czerwonym domu, tam jest pokój pełen luster. Nic więcej nie mogę powiedzieć.

- A ten dom jest…?

- Jest.

- Gdzie?

- Tam.

A to dobre, pomyślał wąsaty i odszedł, wąs nią wydarty przywracając, a z nim swoją główność. Na nieszczęście tam jest poza tutaj na tyle, że będzie musiał wąsaty udać się w podróż, co wymagać będzie drobnego pakunku i podporządkowywania dnia następnego, znowu trochę osadzając wąsatego, nadszarpując jego stanowienie. Ale buty już mam, optymizuje.

Dzień następny.

Wąsaty się zachowuje, stara się zachowywać jak najbardziej, stara się być, czym jest rzeczywiście podwojony względem siebie wczoraj, czyniąc się wąsatym przerażająco, pewnym własnej pewności. Niezwykły jest tym, godny pozazdroszczenia. Taki udaje się na pociąg, taki i spakowany. W portfelu 100 złotych, będzie kupować miasto.

W pociągu się poruszającym, sam stara się już nie poruszać, żeby tej dominacji ruchu, dominacji, która przewidziana jest przecież dla niego, nie uwypuklać, nie powodować sobą dla siebie konkurencji. Więc siedzi, bez ruchu, ale… jak! Jak on tym porusza! Jak jego niechęć jest niczym wobec jego istnienia! Zadziwiającego! Zadziwiającego, bo przecież wielkiego mimo niepróbowania. I mimo znajdowania się wobec wydarzenia, mimo stawiania się znowu w sytuacji, która, wydawałoby się, spowoduje jego nadwątlenie, lukę w nim znajdzie. A on skupiony tylko, bardziej jeszcze wąsatym się tym skupieniem czyniąc. Klasa sama w sobie, prezydent, król i terrorysta.

Na miejscu, tam, czerwony dom, wejście, pokój pełen luster, wejście, w, nikogo.

- Chciałbym kupić to miasto.

Cisza, ciszą dziwnie się wąsaty poczuł, jakby nie tak. Lustra pracowały pełną parą, odbijając wąsatego, wąsowatość mnożąc, dodając, potęgując, wąsowatością wypełniając pokój, który wobec ciszy, dodanej do sytuacji, stał się w zasadzie wąsowatości pozbawiony, ją odjęty. Przeklęta matematyka! Spotęgowane, a zerowe, plus, minus. Jakby gwałcono, jakby lisią pigułkę gwałtu podano.

- Chciałbym kupić to miasto! – krzyknął niechętnie, durniu, myśląc, bo jeśli krzyk, to dureń.

Drzwi lustrzane, otwierają się, sylwetka się sylwetką wyłania, w

wąsatą!

Wąsata sylwetka! Lustra w szale, gubią się, jak gubi się „przy”, bo, mimo że w sytuacji osadzony jest wąsaty, i drugi wąsaty, fundament mający stanowić, wyraźnie został postawiony, zaskoczony nagłą niewyobrażalnością, dominacją zdominowaną zagubieniem. Nie wiedzieli, co począć, główność obu jawiła się jako główny problem i tym się głównie głowili, nie mogąc postawić żadnego początku. Bo skoro główny i „przy” pozostali zagadką, nic nie mogło zaistnieć prócz napięcia, nacierającego na lustra, nacierające na nich. Ewidentnie się znajdowali, ale nie mogli się odnaleźć. Przerażeni, wsadzeni, bez możliwości wysadzenia, ani jakiegokolwiek wsadzenia bardziej, oba wsadzenia mogącego wysadzić. Wszak wsadzenie jeszcze bardziej byłoby wsadzeniem, które pomogłoby definiować, podzieliłoby na wsadzenie i wysadzenie. Marzyli o tym, to ich trzymało. Ale wiedzieli jednocześnie, że wobec tego wszystkiego, co się tutaj teraz odbywa, odbywanie się jakiekolwiek inne, a już prowadzące do ilorazu w szczególności, nie miało moralnego prawa zaistnienia. Spotkanie to ich niespodziewane z miejsca skazało ich na dodawanie i mnożenie, nie było mowy o wyrywaniu się „temu”, czym byli. I choć bezustannie „to” wymuszali, wymuszali „to” dla siebie, starali się robić wszystko – czyli dokładnie nic – żeby „tego” nie wymusić przeciwko sobie. „To” ich wszak stwarzało, „to” tracąc, tracili siebie. Jednocześnie, mimo tak absolutnego trwania, sami zaczynali ulegać wszechobecnemu tutaj zagubieniu, nie byli już pewni, czy utrata nie byłaby w tej sytuacji pozyskaniem, czy wysadzając, rzeczywiście by nie wysadzili. W końcu nie chodziło o wysadzanie na dobre, lecz o wysadzanie na czas. A jednak – nie czas ich dręczył, a sam fakt wysadzania, wysadzania przecież „wobec”, na widoku. Nie chcieli temu ulegać, woleli skazać się na szaleństwo. I tak już w nim tkwili, spotęgowani lustrami, gubiącymi i napinającymi.

Aż szał ten rozsadził lustra.

Szkło znalazło się w ich mózgach.

W butach były tylko stopy.