Joanna Jagiełło

Joanna Jagiełło

Absolwentka anglistyki UW. Współpracowała z miesięcznikami „Perspektywy” i „Cogito”. Jest redaktorką podręczników do języka angielskiego. Ma dwie córki: szesnastoletnią Julkę i sześcioletnią Basię, które są dla niej nieustającą inspiracją i źródłem wiedzy o świecie. Lubi polską prozę i szwedzkie kryminały, hiszpańskie kino oraz podróże z plecakiem i aparatem. Wyróżniona na tegorocznym Międzynarodowym Festiwalu Opowiadania. W październiku ukazała się jej debiutancka powieść “Kawa z kardamonem” (Wydawnictwo Literatura)

Joanna Jagiełło: Wystawa

–Dlaczego fotografia? – Heller otworzył usta i palcem lewej ręki pstryknął o dolne zęby. Podniesione w górę brwi zmarszczyły gładkość łysiny. – Widzi pani…

– Marta. – wtrąciła szybko.

– Widzisz, człowiek zawsze chciał uchwycić to, co nieuchwytne, zatrzymać, to, co mija. Prawdziwe piękno nie trwa dłużej niż naciśnięcie migawki.

Spojrzał na nią. Lekko przekrwione białka ukrywały bladoniebieskie tęczówki. Od skrzydełek nosa biegły w dół smutne pęknięcia.
– Prawdziwe piękno to chwila. Taka, jak teraz, Marto.– Powiedział to miękko, za miękko.
Marta wyłączyła dyktafon i szybko wsunęła go do torebki. Już otwierała usta, żeby podziękować za wywiad i powiedzieć, że musi iść, gdy Heller przysunął bliżej krzesło. Jego twarz była tak blisko, że czuła ciepło oddechu. Dotknął jej włosów. Miał duże, ciepłe dłonie. – Chodź, pokażę ci zdjęcia. – powiedział i podniósł się. Znała jego fotografie, była na wszystkich wystawach, ale posłusznie poszła za białym szlafrokiem.
Kiedy Heller otworzył jej drzwi tak ubrany, pomyślała, że jest jednym z tych ekscentryków, którzy za nic mają reguły i normy. Jednak jego plecy i pośladki wyglądały dobrze w białym frotte, a kontrast pomiędzy bielą a opalonym ciałem był uderzający. Głowa Hellera wyglądała jak rzeźba z brązu na białym postumencie. Posłusznie szła za nim, kawowy dywan tłumił ich kroki. Miał piękne mieszkanie. Biel, czekoladowe brązy, doskonałość minimalizmu. Pchnął drzwi i zapalił światło. Marta mało nie krzyknęła ze zdumienia. Pokój był ogromny, na białych ścianach po dwóch stronach wisiały dziesiątki fotografii. Tych prac nigdy nie widziała. Kobiety i mężczyźni ze zdjęć siedzieli lub leżeli w różnych pozach, zawsze nadzy. Ich czarno białe ciała były doskonałe, i gdyby nie czerwone plamy krwi wylewające się spod czaszek, dziury w czołach, czerwone pręgi na szyjach, można by powiedzieć, że śpią. Ich twarze rozświetlał uśmiech, jakby śnili o czymś pięknym. Mężczyźni wisieli po lewej stronie, kobiety po prawej. Marta poczuła, że kręci jej się w głowie. Bała się spojrzeć na Hellera, patrzyła tylko na zamknięte drzwi, zastanawiając się, czy zdąży otworzyć je i uciec. Nagle drzwi skręciły w lewo i ktoś wyłączył światło jak telewizor.
Kiedy Marta ocknęła się, leżała na miękkiej sofie, a koło niej siedział Heller i głaskał ją po głowie. – Zemdlałaś. – powiedział ciepło. – Nie wiedziałem, że moje prace mogą zrobić na kimś takie wrażenie. Wyglądają bardzo naturalnie, prawda? – zaśmiał się jak dziecko zadowolone z psikusa. – Nie myślałaś chyba, że… Marta? Martusia?

Ale z niej półgłówek. Przecież to obróbka komputerowa. Jakby nie była taka durna, to by od razu wiedziała. Czarno białe zdjęcia, a krew czerwona. I te pogodne twarze. Dała się nabrać, idiotka.

– Są świetne. – wykrztusiła. – Po prostu zawsze mdleję na widok krwi. To.. wspaniały projekt. Opowiesz mi o nim, Oskar? – odważyła się nazwać go po imieniu.

Tego wieczora nie opowiedział, bo poszli do łóżka. Mimo sześćdziesiątki na karku Oskar Heller był fascynującym kochankiem. A może właśnie dlatego? – zastanawiała się Marta. Nikt wcześniej tak na nią nie patrzył, żaden mężczyzna nigdy nie całował jej ciała kawałek po kawałku – łopatki, kolana, palce stóp. Ci chłopcy, z którymi miała przyjemność sypiać, przy Oskarze wydawali się Marcie przedszkolakami, którzy zadzierają nosa, bo właśnie znaleźli się w grupie starszaków. Marta zakochała się, z początku nie tyle nawet w Hellerze, co w Hellera zachwycie jej ciałem, a potem już chyba rzeczywiście w nim, w Oskarze. Bo jeśli ktoś jest obecny przez cały czas w twoich myślach tak, że zapominasz o swoich własnych urodzinach, jeśli modlisz się prawie o dotyk, o pocałunek, jeśli od miesiąca nie przeczytałaś żadnej książki, nie byłaś w kinie, nie spotkałaś się z przyjaciółką, to musi być to.
Nie było mowy o tym, żeby się wprowadziła, bo Oskar nie ukrywał, że nie wyobraża sobie życia z kimś, dzielenia nie tylko pościeli, ale brudnych naczyń i kubka na szczoteczki. Kiedy zatęsknił za nią, po prostu dzwonił. Udawała, że przypadkiem jest w domu, ale wszystkie wieczory miała zarezerwowane. Dla niego. Pracowała, robiła wywiady, dostała nawet nagrodę za tę rozmowę z Oskarem, tę, od której się zaczęło. Ale potem codziennie wracała do swojej kawalerki, napuszczała wody do wanny i zaczynała to, co jak sądziła robi dla swojego dobrego samopoczucia. Peeling cukrowy całego ciała, maska na włosy, depilacja, paznokcie malowane codziennie na nowo. Potem czekała. Czasem dzwonił codziennie, czasem raz na tydzień. Jego głos w słuchawce jak wata cukrowa, skromne mieszkanie nabierało barw, Marta okręcała się przed lustrem, wrzucała jeszcze do torebki klucze i szminkę i już biegła po schodach, już wsiadała do autobusu niby do złotej karocy. Potem leżeli w chłodnej pościeli i przysuwała głowę do jego piersi (czasem śmiał się, że to zapadnięta pierś starca) blisko, aby poczuć bicie jego serca. Kiedy zasypiał, cichutko na palcach wślizgiwała się do pokoju. Do tego pokoju. Nie wiedziała teraz, dlaczego tak przestraszyły ją te zdjęcia. Były piękne. Kontrast pomiędzy bielą ciał i czerwienią krwi, rozmarzone twarze modeli: Marta chodziła od jednego zdjęcia do drugiego i wciąż nie mogła się nimi nasycić. Pomyślała, że chciałaby mieć jedno z nich na własność.
- Chodzisz czasem oglądać zdjęcia, Marto. – spytał kiedyś, a raczej stwierdził. – Już chciała skłamać w jakimś nagłym lęku, ale położył palec na jej usta. – Kiedyś chciałaś, żebym opowiedział ci o nich. Ale nie poprosiłaś więcej.

– Opowiedz. – szepnęła.

– Wiesz, jak o mnie piszą, o tych zdjęciach z wystaw? – spytał. Wiedziała, w końcu sama cytowała te opinie w swoim artykule. – ‘Mistrz harmonii. Kształty i kolory w pracach Hellera tworzą kosmos, świat doskonałej harmonii…’ – naśmiewał się. – Nie ty to napisałaś?

– Ja nie jestem krytykiem, jestem dziennikarką. – odcięła się. – Ale też uważam, że twoje prace są niezwykle…

- No, jakie? – wszedł jej w słowo. – Harmonijne? Perfekcyjne? Co to znaczy? Perfekcja to banał. To nie harmonia rządzi kosmosem. – rozpędzał się. – To kontrast. To dysonans. Świat z natury rzeczy jest naznaczony rysą, pęknięciem, prawdziwe piękno ma zawsze w sobie ziarno dysharmonii. Popatrz. – wziął ze stolika nóż do papieru i pomarańczę z kosza na owoce. Przeciął skórkę jednym cięciem. Kropla soku stoczyła się Marcie po brzuchu.
Następnym razem zapytała go, dlaczego nie wystawia tych zdjęć. – Marto. – powiedział z taka powagą, że zadrżała. – Właściwie dobrze, że o to pytasz. Chciałbym ci coś zaproponować. – usiadł i nalał sobie kieliszek koniaku. – Nie jest mi łatwo mówić ci o tym. Moja wystawa jest niedokończona.

– Niedokończona? – uniosła wysoko brwi i podniosła się wyżej na poduszkach. – Jak to?

– Zauważyłaś, że obrazy wiszą po lewej i po prawej stronie, a pośrodku nic nie ma? Planuję tam dać ostatnie zdjęcie, zamykające ten projekt pewną klamrą, podsumowujące go.

– Jakie to będzie zdjęcie? – zapytała. Poczuła podniecenie. Jeśli Oskar będzie robił to ostatnie zdjęcie, może będzie mogła na to patrzeć, brać w tym udział, przyglądać się pracy geniusza.

– Na zdjęciu ma być kobieta i mężczyzna. Złączeni w akcie płciowym. Chciałabym, żebyś ty była tą kobietą, Marto.

– Ja?– Marta nie wiedziała, co powiedzieć. Nie wiedziała, czy po takim akcie odwagi nie straci zleceń, ale z drugiej strony – maestro i jego modelka. Jeśli ją wybrał, to znaczy, że jest jego najcenniejszą muzą. Było tylko jedno ale. – Kto nam zrobi to zdjęcie? – spytała.

– Nam? Nie. – pokręcił głową. – Jestem starcem, Marto. A to nie ma być nowoczesna wersja Pięknej i Bestii. – zachichotał. – Poczekaj chwilę. Sięgnął na półkę i wyjął album. – Wybierz sobie. – powiedział.

– Co mam wybrać? – Marta otworzyła książkę w połowie i zaczęła przerzucać kartki. Blondyni, bruneci.

– To katalog agencji modeli, z która współpracuję. Proszę, wybierz kogoś, kto ci się podoba. Rozumiesz. Kogoś, kto cię podnieca. Marta poczuła jak z kącika lewego oka płynie w dół policzka łza – skąd się tam wzięła? – przełknęła ją i palcem zaznaczyła na chybił trafił.

– Ten.

– Dobrze wybrałaś. – Oskar rozluźnił się. – Ale chyba nie masz pretensji? Marta? – Nie, no coś ty. – głos jej zdrewniał. – Ja wierzę w to, co robisz, Oskar. To będzie świetna wystawa.
Wystawę zaplanowano na pierwszy dzień nowego roku, a właściwie noc sylwestrową. Prasa pisała, że to symbolizuje wejście Hellera na zupełnie nową drogę artystyczną, choć nikt nie wiedział, jakie zdjęcia znajdą się na ekspozycji. Po północy drzwi galerii miały zostać otwarte. Oczywiście zdjęcie musiało być zrobione wcześniej i poddane obróbce na Mackintoshu. Od kiedy związała się z Hellerem, Martę fascynowały programy graficzne. Poprosiła, aby nauczył ją paru prostych sztuczek i kiedy już spał, siadała czasem przy komputerze i bawiła się kolorami, warstwami i efektami.
– Co robisz w Wigilię, Marto? – zapytał już w listopadzie.

– Nic specjalnego. – odpowiedziała.– Jadę do rodziców.

– Bo wiesz, ten Maks…

–Jaki Maks? – udała, że nie pamięta.

– Ten, z którym będziesz na zdjęciu. – odpowiedział. – Mieszka w Holandii, ale przyjeżdża do Polski na święta. W Wigilię by mu pasowało, oczywiście rano, przed kolacją.

– Dobrze. – powiedziała Marta. – To do rodziców pojadę w pierwszy dzień świąt. Nie wracali do tej rozmowy. Kiedy Oskar nie widział, Marta wpisała do komórki numer tego Maksa, nazywał się Maksymilian Bart. Kusiło ją, żeby do niego zadzwonić, ale na razie się powstrzymała.
Grudzień był wyjątkowo zimny w tym roku i cały czas miało się wrażenie, że  wszystko idzie nie tak, jak powinno. Komórka Maksymiliana odpowiedziała dopiero po ósmym dzwonku.

– Jak to, odwołane? – Maksymilian był wściekły.

– Życie oparte jest na zmianie, Maks – powiedział głos w słuchawce. – Artysta ma prawo do zmiany wizji tak często, jak uzna to za konieczne. Tak czy siak, zapraszamy na wystawę.
–To tu – powiedział Heller. – Tu będę was fotografował. Pokój był ogromny i jasny. Nawet deski podłogowe pomalowano na biało. Na środku stała czarna sofa w kształcie nerki. – Usiądź. – wskazał ręką mebel. Przewiesiła płaszcz przez oparcie.

– A gdzie jest Maks? – spytała.

– Na pewno zaraz będzie – spojrzał na zegarek. – Korki są, w końcu dzisiaj Wigilia.

Oskar ustawił statyw. Oko aparatu wpatrywało się w nich nieruchomo. – Rozbieraj się. – powiedział. – Trzeba przyzwyczaić ciało do temperatury. Zdjęć nigdy nie wolno robić w pośpiechu, pamiętaj. Ostrożnie zdjęła spodnie, koszulkę, majteczki. Jej jasne ciało kontrastowało z czernią sofy, a ciemne włosy przecinały kreską podłogę. Przymknęła oczy i lekko oblizała wargi.

– A ty?– zapytała.

Po chwili stał przed nią nagi.
Splecione ciała poruszały się w jednostajnym rytmie, kiedy dłoń wymacała w kieszeni pistolet. Po chwili jedno z ciał drgnęło szybciej, w nagłym dysonansie zatrzepotało rękami i znieruchomiało. Trzeba wysunąć się z nagle zastygłego objęcia, żeby nacisnąć samowyzwalacz. Następnie wrócić do poprzedniego ułożenia i czekać. Potem pozbyć się ciała, co wcale nie jest trudne, kiedy ma się dobry, rzeźnicki nóż. Wymaga po prostu trochę zachodu. Zdjęcie na ekranie komputera jest piękne, najpiękniejsze ze wszystkich. Po naciśnięciu myszką ich ciała blakną, bieleją i czernieją. A krew staje się jeszcze czerwieńsza.
Przed północą na podjeździe ustawiły się samochody. Punkt dwunasta drzwi otworzyły się i do galerii wpłynął tłumek ciekawskich. Wpłynął i zatrzymał się nagle. Po chwili po sali przeleciał szmer i zapadła cisza. Zaproszeni goście patrzyli w lewo, potem w prawo, aby w końcu skupić swój wzrok na ścianie w samym środku sali. – Mistrz i jego muza. – szeptali. – Niesamowite. – mówili. – Strasznie realistyczne. Błyskały flesze, a ciekawe oczy co raz zwracały się w stronę wejścia. Gdzie oni są? Gdzie jest mistrz i jego kochanka? Nagle drzwi otwarły się wpuszczając do środka zimowe powietrze. Czarna postać weszła do sali i stanęła przy fotografii. Włosy i suknia okalały twarz czarną ramą. – Witam wszystkich bardzo serdecznie na wystawie Oskara Hellera. – powiedziała kobieta. Posypały się oklaski. – Na pewno zastanawiacie się, gdzie jest mistrz. I chyba tylko ktoś taki, jak Oskar Heller mógł nie przyjść na własną wystawę. Poprosił mnie, abym przeczytała wszystkim tu zgromadzonym ten list. – Teraz zauważyli, że trzyma w ręku zaklejoną białą kopertę. Przedarła papier i zaczęła czytać.

– Moi drodzy. Od dawna jestem zafascynowany dysharmonią wszechświata. Zobaczycie na tych obrazach piękno złamane krwią i przez to jeszcze bardziej wyraziste. Bo piękno domaga się dopełnienia brzydotą, tak jak obecność zawsze niesie za sobą swój własny brak. I dlatego właśnie, gdy mnie nie ma z wami, jestem tu najbardziej. Nie szukajcie mnie. Proszę mojego agenta, aby dokładnie w miesiąc po tym wernisażu sprzedał wszystkie fotografie i pieniądze przelał na moje konto, którego numer znajduje się na dole tego listu. Marku, tylko jedna fotografia nie jest na sprzedaż. To zdjęcie, na którym jestem z moją ukochaną i muzą, Martą Kroll, pragnę jej podarować. Podpisano: Oskar Heller.
Marta złożyła list i dopiero spojrzała na zgromadzonych. W jej oczach szkliły się łzy. Głos jej się łamał, gdy zapraszała wszystkich na lampkę szampana. W tłumku zebranym obok stolika pełnego bąbelków w wąskich kieliszkach zobaczyła znajomą twarz. Czekał na nią na zewnątrz, kiedy zamykała galerię.

– Pani Marto…– powiedział.

– Marta. – wyciągnęła rękę.

– Może podwiozę cię do domu?

– Chętnie. – odpowiedziała.

– Jak on mógł wykręcić taki numer? Jak mógł tobie to zrobić! Pieprzony ekscentryk! – burzył się Maks w samochodzie. – Przepraszam. Nie powinienem. – spojrzał przepraszająco. – Nie płacz, proszę. On nie jest tego wart.
- Naprawdę niezła ta fotografia. – powiedział, kiedy odwiedził ją po miesiącu. Często bywał u niej od czasu tej sylwestrowej nocy, ale obraz zawisł dopiero teraz. – Chociaż jak dla mnie trochę zbyt… awangardowa. – przyznał się.

– Wiesz co?– powiedziała. Dla mnie chyba też. – odwróciła obraz do ściany i przysunęła się do Maksa, żeby go pocałować.

Gadanie, chwytanie

Dopiero otwierając plik z tekstem, który poświęcę Julianowi Barnesowi, uświadomiłam sobie, że to w zasadzie drugi zbiór jego opowiadań, jaki wpada mi w ręce. Co chyba wynika z tego, iż nie jestem w stanie wyliczyć wszystkich jego książek, jakie czytałam. Nieomal wszystko, z wyjątkiem „Metrolandu” i  kryminałów pisanych pod pseudonimem Dan Kavanagh  (btw. przezabawna jest strona internetowa je prezentująca, z rozmazanym zdjęciem Barnesa w stylizacji a la Sherlock Holmes). Doskonale jednak pamiętam, że tym pierwszym zbiorem krótszych form była „Historia świata w dziesięciu i pół rozdziałach”, bo zaliczam ją do ukochanych książek. Chomikuję je w domu wszystkie, za wyjątkiem „Porozmawiajmy szczerze” nieopatrznie pożyczonej jakiejś pomyłce uczuciowej.

Tu wystukałam parę zdań o błędach i stratach, ale je oczywiście wymazałam.  Nie dziwię się jednak, że mnie na chwilę poniosło w kierunku zwierzeń, bo „Puls” (Świat Książki) mówi właśnie o związkach i bardziej się kojarzy z rozgadanym trójkątem miłosnym opisanym w nieodżałowanym „Porozmawiajmy szczerze” niż kukającą do mnie z półki „Historią”. No wiadomo, jest to dobry temat, nie tylko na opowiadanie. Zdziwiłam się jednak, jak Barnes część z tych opowiadań zrealizował, kładąc akcent na to, co mi się w krótkiej formie podoba średnio. Na dialogi. Cztery opowiadania to właściwie jedno, jego bohaterowie wyłącznie gadają, przerzucają się bon motami i zgryźliwościami, nie pokazując twarzy, tylko rysując jakiegoś bohatera zbiorowego: współczesnego mężczyznę, kobietę, albo raczej człowieka, bo w tym słowotoku zlewa się już nawet płeć. I, kurczę, jest to fajne, chociaż tak się mocuje z formą, że ją zupełnie rozwala, czy też przeobraża w sztukę. Sceniczną oczywiście. Co więcej: w zasadzie jeden, może dwa kawałki z „Pulsu” są jakoś wykończone, jakby miały wokół pas part out, a pozostałe to migawki, jakieś epizody, z których autor nas wyrzuca na długo przed dramatycznym zwrotem, że nie wspomnę o finale. I to też jest fajne. Możliwe, chociaż trzeba dodać, iż lepiej gra w złożonej całości,  w zbiorze kręcącym się wokół jednego tematu. Że niby puls symbolizuje tutaj nerwowy rytm życia, jakąś ciągłą pogoń za szczęściem lub przemieszczanie się siłą rozpędu.

Zaraz potem przeczytałam „Zanim dopadnie nas czas” Jennifer Egan i chociaż to jest powieść, widać w niej to samo poszarpanie fabuły wynikające ze zwiększonego tempa życia. Nie sądzę, że niemożność zarysowania jakiejś większej całości to efekt indolencji autorów.  Przecież takiemu Franzenowi się udało, i w ogóle wielu się udaje stworzyć iluzję, iż zatrzymali czas, by dogłębnie prześwietlić bohaterów.  Ale niedoświetlenie chyba ostatnio bardziej do mnie przemawia.

Po prostu Lem i Mrożek

Odebrałam dziś z poczty dzieło wielkiej wagi, takie, które z pewnością kwalifikuje się do absolutnego top ten tego roku, pod warunkiem, że target sporządzający ów top będzie się wywodził z ludzi kochających dobrą literaturę. Chociaż po nagrodzie czytelników „Wyborczej” dla Sławomira Mrożka jestem dobrej myśli o wyborach tej garstki polskiego społeczeństwa, która czyta. Gdyż tu o Mrożka właśnie chodzi, a ściślej o Stanisława Lema i Sławomira Mrożka „Listy 1956-78” (Wydawnictwo Literackie). Obu autorów chyba nikomu nie trzeba przedstawiać, aczkolwiek nie mam takiej pewności, znalazłszy w przypisach do korespondencji wyjaśnienie, kim zacz była Helena Mniszkówna i jeszcze parę tego typu kwiatków, dowodzących, że mi się tylko wydaje, iż kulturalny człowiek pewne rzeczy wiedzieć powinien musowo. Powinno się chyba doprecyzować, że owszem, ale tylko taki, który nabywał wiedzę przed epoką gugloizacji umysłu.

Oj, czepiam się jak zwykle, a powinnam najpierw wyjaśnić, że do tej nieszczęsnej Mniszkówny nie doszłam od momentu odebrania książki z poczty, tylko wcześniej, od jakiegoś czasu jestem bowiem szczęśliwą posiadaczką prebooka i dzięki temu zdążyłam przeczytać już 2/3 fascynującej tej książki.

To piąty tom korespondencji prowadzonej przez autora „Nosa”. Wcześniej ukazały się  jego epistolograficzne dialogi prowadzone z Wojciechem Skalmowskim (nb. dziś niedostępny biały kruk), Adamem Tarnem, Erwinem Axerem i Janem Błońskim. Co tu jednak kryć Lem jako rozmówca deklasuje pozostałą czwórkę razem wziętą i każe przywołać klasyczny wers Słowackiego o bogach na przeciwnych słońcach. O ile za takie słońca uznać fantastykę jako pole Lemowej eksploracji i, powiedzmy mocno umownie, twardą rzeczywistość jako domenę Mrożka. I jedynie w takim sensie mówić o jakiejś opozycji. Bo poza tym to była wspaniała, imponująca wręcz przyjaźń łącząca ponadprzeciętnie inteligentnych (jak słusznie podkreśla Jerzy Jarzębski we wstępie) ludzi. Ten intelekt kapie niemal z każdej napisanej linijki (no może nie tych wielu, które poświęcają sprawom motoryzacyjnym), ale jakoś, przy całej świadomości moich własnych ograniczeń umysłowych, nie czuję, żebym nie nadążała. Nie da się tego łyknąć jak prostej fabuły i tyle.

Zafundować sobie jednak warto, z rozlicznych względów. Między innymi dla tych passusów, jakie Mrożek wystosowuje o pisaniu, dla niepokornych sądów Lema o literaturze również czy dla przyjrzenia się, jak w bardzo trudnej dla obu chwili, kiedy być może ranią się do żywego, oceniając krytycznie swoje największe dokonania, szczęśliwie odstawiają na bok próżność, by ocalić przyjaźń. I chyba jeszcze dla żarcików z okoliczności, w jakich żyją, przy czym Lem pozostaje osiadłym patriotą, a Mrożek w pewnym momencie rejteruje, ale i tak się nadal męczy ze sobą. I tak mogłabym wymieniać, i wymieniać te powody. Może poprzestanę na tym, że takie dialogi na naszych oczach odchodzą w przeszłość. Sama już nie pamiętam, kiedy napisałam odręcznie jakiś list…

PS. No i oczywiście do zobaczenia za chwilę na MFO.

Kuba Myszkorowski:O pożytkach ze studiowania, leśnych przygodach, istocie sporu o miód i o tym, dlaczego listonosze zawsze mają rację

Nie pozostawało mi już nic innego, jak tylko zdecydować: w lewo czy w prawo. Stałem na rozdrożu, a obie ścieżki, które rozwidlały się w jakimś sobie tylko znanym celu, prowadziły gdzieś, przy czym owo „gdzieś” stawało się coraz bardziej niewiadomą, wraz z tym, jak noc połykała z rosnącym apetytem kolejne kęsy lasu. Właściwie od dobrych dwóch godzin o tym, co jest ścieżką, a co nią już w żadnym wypadku nie jest, informowała mnie wyłącznie frekwencja smagnięć w twarz gałęziami i innym badziewiem leśnym. Na policzkach miałem wypisaną chyba całą encyklopedię ilustrowaną dendrologii, a wyjścia wciąż nie było widać.

– To głupi pomysł – powiedział mi listonosz, kiedy zapytany o to, gdzie chcę studiować, odparłem, zgodnie zresztą z prawdą, choć przeciw reszcie, że w lesie. W lesie, bo gdzie indziej nauka miała pójść, kiedy profesorom tak poobcinali dotacje, że na uniwersyteckich radach merytorycznych coraz częściej dochodziło do aktów kanibalizmu, a w najlepszym wypadku szacowne ciało pedagogiczne najadało się wstydu?

O tym, że listonosz mógł nie mieć racji, przekonałem się już kilkadziesiąt metrów po tym, jak cała zgraja moich nieznajomych odprowadziła mnie do skraju lasu, dając różne dobra rady w rodzaju: „Czyś ty zwariował?!”, „Z tego chłopaka nic już nie będzie. Zawsze tylko były z nim problemy, a jak ich nie było, to jeszcze gorzej, bo wiadomo było, że zaraz i tak się pojawią i spiętrzą!”, „Uwaga z lewej” albo „Nie ufaj nigdy tumakom, tłumoku”. Więc, kiedy gderanie zostało gdzieś za krzakami jałowca, a ja miałem za sobą jakieś dwie minuty wędrówki, podczas których zjadłem całą wałówkę wraz z plackiem z plecaka, na skrzywionej sośnie znalazłem pierwszego doktora. Najwyraźniej habilitował się właśnie, bo nagle zrobił się bardzo czerwony, zapiął rozporek i zaczął dumać na głos.

Dwa drzewa dalej siedział adiunkt, który obgryzanie kory przerywał tylko po to, aby wygłosić jakąś łacińską sentencję. Na polanie znalazłem za to zespół badawczy, który badał właśnie poszycie leśne w poszukiwaniu jagód. Przewodził mu profesor o zmierzwionych rysach twarzy i charakteru. Zmierzył mnie wzrokiem i burknął tylko, że komisja rekrutacyjna działa w zagajniku obok.

Ledwie wlazłem do brzeziny, a usłyszałem takie ni to wycie, ni zawodzenie. Jak się zaraz miało okazać, był to starszy referent, który złapał się we wnyk. Na mój widok przybrał jednak urzędową minę i z powagą rozpoczął dyskusję.

-          Pan…?

-          Owszem ja.

-          Ale pan się nazywa?

-          Nie, rodzice mnie nazwali.

-          A jak, jeśli łaska?

-          Ojciec się ubzdryngolił z drwalem i tak mu jakoś wtedy to imię przyszło.

-          A konkretniej można?

-          Konkretniej denaturatem z drwalem Jerzym.

-          A pan?

-          Ja wtedy jeszcze nie piłem, ale dziękuję, teraz chętnie jednego golnę. Strzemiennego! Józefek!

-          O to chodziło. Panie Józefku, pan na jaki wydział?

-          A co tam tak charka za lasem?

-          To będzie filozofia.

-          Są jeszcze miejsca?

-          Obawiam się, że ostatnie zajął wilk. Podobno ma ciekawy program badawczy. Na razie wykarczował wszystkie zające i domaga się grantu na wiewiórki.

-          Rozumiem… A tam w okolicach tego dębu?

-          To mechanika precyzyjna. Ale chyba nie dostaną akredytacji uniwersyteckiej za ten wnyk, w którym teraz siedzę. Partactwo.

-          A jest coś o literaturze?

-          Był jeden profesor, ale pokłócił się z niedźwiedziem.

-          O sens metafizyczny?

-          Nie, o barć miodu. Skończyło się kiepsko dla profesora. Ale wie pan co, panie Józefku, z pana zrobimy żaka gnojownika.

-          Co?!

-          Był tu taki jeden, ale go rozdeptał pan leśnicy, kiedy przyszedł na wizytację, aby sprawdzić, jak sobie radzi w ekosystemie ostatni żak gnojownik. Pan go weźmiesz i zastąpisz!

-          A co ja będę…

-          A będziesz miał pan kupę roboty.

-          Wie pan, to ja może za chwilę, a teraz skoczę na sekundkę za potrzebą, bo idę już dosyć długo i sam pan rozumie.

-          Rozumiem, ale proszę nie za ten kraczek, co się trzęsie, bo tam właśnie odbywa się egzamin z termofizyki i profesor, ten nasz mentor, próbuje hubką coś jeszcze wykrzesać.

Kiwnąłem głową, że wiem o co chodzi, a potem skręciłem w drugą stronę i kiedy upewniłem się, że referent już mnie nie widzi, ruszyłem pędem na oślep, byle tylko nie dać się zgnoić. Oczywiście, dwie minuty później byłem już całkowicie zgubiony i bez nadziei. Ten listonosz to ma jednak łeb, choć chłop bez wykształcenia akademickiego.

Kuba Myszkorowski

urodzony w Warszawie w 1981 roku. Upiera się, że jest pisarzem. Bardzo. Wcześniej nigdzie nie publikował, choć utrzymuje co innego. Uważa, że wydał tomik

«Przyjaciele smutnego Jezusa», ale nikt tego nie potrafi potwierdzić. Kiedy próbowano poprosić go o pomoc w weryfikacji tej informacji, uniósł się i wykrzyczał do słuchawki numery pięciu rzekomo Bardzo Ważnych Osób, na które się powołał. Dwie z nich okazały się nie żyć od ponad pięćdziesięciu lat, jedna być postacią literacką z niedokończonej powieści sensacyjnej, kolejna samym Myszkorowskim udającym (nieudolnie!) zachwyconego sobą impresario, a ostatnia to hinduski kapitan żeglugi dalekomorskiej, który Myszkorowskiego faktycznie kojarzył, ale tylko dlatego, że ten kupił kiedyś od niego kozę, choć na początku strasznie się targował i wybrzydzał, a potem jeszcze wystawił mu negatywa na portalu aukcyjnym. Na koniec Myszkorowski chciał odpowiedzieć na pytanie o to, co motywuje go do pisania, ale nikt z nas nie zamierzał o to zapytać.