Ewa Olejarz

Rocznik 1974. Historyk. Niemal doktor nauk historycznych. Mieszka w Zabrzu. Jak pisze o sobie “Od stycznia 2011 istnieję…”. Debiutowała wierszem W drodze, w  Magazynie Materiałów Literackich Cegła No.18/2011. Wyróżnienia za poezję w konkursach o “Granitową Strzałę” (Strzelin 2011), “Złote Pióro” (Września 2011) i OKP im. Jacka Bierezina (Łódź 2011).

Ewa Olejarz: Nigdy

Zostały trzy dni. Jeszcze nic się nie stało.
I.
Ktoś otworzył drzwi. Wpakował się do mieszkania. Ciągła cisza, a niepotrzebnie. Gdybyś był naprawdę czujny zamknąłbyś nas na klucz. Chociaż raz, jedno przekręcenie klucza. Zaledwie.  Może wtedy nic by się nie stało. Może.

Miała związane ręce. Jej nogi przywierały do kaloryfera. Nie czuła już jego temperatury. Mogła zatamować krew tylko przybliżając uda do siebie. Bliżej do niego. Ale to nie było już możliwe. Czuła, jak drży. Plecy przywarły do podłogi. Nie miała odwagi otworzyć powiek. Zobaczyć, czy jesteś i czy jeszcze żyjesz. Zasnęła.

Kiedy oddychałeś spokojnie, Anna wiedziała, że spuściłeś się w wyjątkowo udany sposób. Wciąż czuła smak spermy, ale jeszcze nie wstała. Jeszcze jeden papieros, pomyślała. Ostatni. Nie lubiłeś tego. Odganiałeś ręką dym. Zawsze dyskretnie (nie ważne, czy w kawiarni, pokoju, czy gdziekolwiek). Można powiedzieć, że się o nią martwiłeś. Nieprawda. To ona zawsze martwiła się o ciebie. Bała się, że umrzesz za wcześnie. Za wcześnie. Paradoks, zważywszy na to, co się stało.

– Dlaczego nie odwiedzisz ojca. Masz wątpliwości? Nie widziałeś go od trzech lat. Dlaczego milczysz? Przecież wciąż o nim myślisz. Mam rację. Tak myślę.
– Niestety. Ale właśnie to mnie martwi (że wiesz czego potrzebuję). Ale ja nie mogę tego zrobić. Ani dla ciebie, ani dla niego. Ani w ogóle.
– A mama?
–Jest zajęta, a jak nie i tak znajdzie coś do roboty. Chcesz to sama z nią porozmawiaj. Chcesz się zdołować, proszę bardzo.
– Wiesz, że ja nie mogę. Nawet nie wpuściłaby mnie do domu. Nienawidzi mnie nawet, gdy mnie nie widzi. Gdy mnie nie ma. Gdy o mnie nie myśli. Po prostu udaje, że nie istnieję. I że nigdy się nie spotkaliśmy.
– Wiem.

Nigdy jej nie przerywałeś? Czekałeś, aż się naopowiada, wypluje z siebie słowa, które zapamiętywałeś. Raczej unikałeś z nią tej zjadliwej konfrontacji. Trzymałeś w zanadrzu wszystkie chuje i kurwy. Teoretycznie dla i o obcych. Nie dla niej. Czyli nie tak od razu. Pamiętam jak się poznaliście. Wasze pierwsze spotkanie. Musiałam to z niej wyciągać, użyć cierpliwych słów, zapewnić bezpieczeństwo. Ufała mi. Kochała ciebie. Nie wiem, czy powinieneś wiedzieć więcej. Przecież mogła opowiedzieć ci wszystko. Mogłeś ją zapytać. Chciała rozmawiać tylko z tobą. Nie rozumiem zresztą dlaczego. Miałeś tyle możliwości, tyle wpływu. Myślę, że ją zostawiłeś o wiele wcześniej, niż to się stało. Zadawałeś jej ból, którego nie unikała i do którego przylgnęła. Nie powinna być z tobą. Twój ojciec miał rację. Zostawiła mi list, ale dam ci go wtedy, gdy powiedziała. Musisz zrozumieć. Nie mogę i nie chcę teraz dłużej z tobą rozmawiać, ani na ciebie patrzeć. Trudno, to twoja wina.
II.
Wtedy nie miałaś czasu. Nie rozebrałaś się, nazbyt. Nie wiem czy cokolwiek  planowałem. Wątpię. Czy zastanawianie się nad tym, jak cię rozchylę, jak rozchylę samego siebie, czy to cokolwiek by zmieniło?. Śniło mi się, że nas czuję, że mnie pokonujesz (bezsilność). Tylko, że wtedy nie wiedziałem, że nie mam takiej władzy. Bałem się. I długo nie potrafiłem zapamiętać ani twojego dotyku, ani ciebie. Przyjemności. Ale chciałem.
– Nie mamy już czasu. Ubierz się proszę, to nie potrwa długo. Pomału. Zaczynam się denerwować. Mam jeszcze tylko godzinę, czyli znowu nie zdążę. Nie chcę, żebyś widział, odnosił wrażenie. Mam więcej do stracenia niż ty. To jest prośba .
– Nie proś mnie.
Mogłem usiąść gdziekolwiek. Teoretycznie. Mogłem też się już wtedy domyśleć, co zaplanowałaś (zanim fotel okazał się za wysoki – dla ciebie). Uderzałaś mnie swoim odruchem ciała, więc momentalnie nie czułem dotyku. Zalałem się jakimś ciepłem. Teraz to pamiętam. Wtedy zmumifikowałem oddech. Całość. Nie wiem, jak działałem. Nie chciałem się zapamiętać. Nie oddałem ci ani ciepła, ani siebie. Zawsze ogarnia mnie sen gdy myślę o sobie w taki sposób. Teraz, gdy nie mam już sposobności na żaden twój dotyk, jest inaczej. Ale nie jest i nie było mi z tym łatwiej. Mogłaś jeszcze spróbować, przecież wyraźnie sugerowałem. Ale nigdy nie byłaś cierpliwa. Nigdy.
Przecież się cieszyłem, wyartykułowałem ci, że się cieszę. Spotkanie z tobą nie miało być jak sugerowałaś zabiciem nudy. Ciekawość? Nie. Coś więcej. I nie wykluczam, wrażenie mogło być subiektywne. Ale wiedziałem, że nic nie przyjdzie mi łatwo. To byłoby za proste.
Miałaś zabawny sposób wąchania. Zauważ, że nie skomentowałem. Wielokrotnie. Ale i ty wnosiłaś zapach. Wynosiłem go. To miało swoje znaczenie. Bo z czasem nauczyło mnie, że nie mogę cię na sobie zostawić. I nie mogę zatrzymać. Moje wejście i wyjście musiało być niezauważalne. Należało jednak drastycznie zastosować terapię pod kryptonimem koniec. Tylko niech sobie przypomnę… Wszystko od tylu kroków naraz, przez twoje żegnam (gdyż nie dzielisz się z nikim). Po jego głos w telefonie, który nie wiem po co odebrałaś. A kto potem odezwał się pierwszy?. A jakże.
III.
Wiem, że nie mogłaś zostać. Wiem. Nie myśl, że to mnie nie dręczyło. Nie mogłem cię mieć tylko dla siebie, ale miałem. I każdego dnia, każdego dnia, gdy cię nie było, nie zasypiałem. Lekarz, mnie wkurwiał, ale przecież wiedziałaś, że do niego nie chodzę.
Kłamałem, a ty udawałaś. Nie masz pojęcia, jak działają te leki. Miałem się przecież po nich uspokoić. Być, kurwa, grzeczny, czy coś w tym rodzaju. Taka jebana kuracja, po której zawsze czułem, że odpływam. I jeszcze mi nie stawał. Teraz nie śpię prawie wcale. Ktoś mnie odwiedza. Wiem kto. Ale nie otwieram mu drzwi. Nie otwieram już drzwi. Niech się wszyscy odpierdolą. Nie na długo. To nie potrwa długo. Raz podjętej decyzji, nie będę przecież zmieniał.
– Nie ma jej. Ma teraz wykład. Proszę przyjść za dwie godziny i bardzo proszę tak na mnie nie patrzeć. Czy ja mówię niewyraźnie? Nie ma sensu tu czekać. Wyproszę pana i tak.
– Mam czas.  Za dużo czasu.
– A jak pan się właściwie nazywa?
– Proszę pana….?

Wyszedłem ale mogę poczekać. W końcu … Co za list? Banał. Ciekawe, od kiedy go pisałaś. Może wszystko zaplanowałaś. Ty lubiłaś planować. Nawet miałaś noworoczne i wielkopostne postanowienia. Siedem razy zgrzeszyć, tak? I na pewno tak zrobiłaś. Kochałaś się.  O tak, bo ty się nie pierdoliłaś, tylko się kochałaś. Tak po prostu. Potrafiłaś podnieść się na przykład delikatnie, po tym jak mnie wessałaś. Jakbym nie istniał. Jakby mnie tam wcale nie było. Ale to teraz mnie nie ma. I już nie będzie. I jeszcze ten wykład. I o czym?  Postmodernizm. Też coś. Gdyby nie ten list i jeszcze ta niby cała prawda.. Idiotyczne. I tak nie rozumiem.

– Aniu, która…?
– Późno.
– O kurwa…
– Zawiozę cię.
– Wiem.

– To przez tą cholerną wodę wcale cię nie słyszę, Zaraz wyjdę. Nie martw się. Dzisiaj się nie spóźnisz.
– Ja się nie martwię.

Przyszedłeś. No tak. Nie mogłeś po prostu odczekać? Jakaś cierpliwość. Wiem, dla ciebie to nie żałoba. Tylko nie mogę z tobą rozmawiać ani tutaj, ani teraz. W rektoracie  czeka na mnie ktoś z wydziału. Poza tym, nie mam tego listu przy sobie. Bo przecież po to przyszedłeś. Nie na wykład ani żeby mnie zobaczyć. Ale może masz rację. Skończmy to. Więc jak możesz, przyjdź do mnie jutro wieczorem. Wiesz gdzie mieszkam. Anna przyjechała raz, z tobą. Czekałeś wtedy w samochodzie. Na pewno pamiętasz. Zresztą mam twój numer telefonu i twój mail. Dała mi to wszystko na wszelki wypadek. Ona zawsze przeczuwała. Więc daj mi teraz spokój. Zajmij się czymś. Do jutra. Odezwę się do ciebie.
Tak. Na pewno

IV.
Mogłem zrozumieć dlaczego wciąż mnie wypraszasz. Unikałaś mnie jak wielu, ale Annie zależało. Chciała mnie koniecznie z tobą zaprzyjaźnić. W sumie kto wie, gdybym cię nie pamiętał z tamtego egzaminu, i kilka razy potem.
Wiedziałem, że z tobą rozmawia, zamiast ze mną. To było sprawiedliwe, niemniej wkurwiające. Mogłem coś wtedy zrobić, zatrzymać ją na noc, zaprosić, zapłacić. Ale po co. Jeśli ktokolwiek oczekiwał, że coś zrobię, to najwyraźniej mnie z kimś pomylił.

Miód na serce? Tak miałem to. Obarczyłaś mnie czułością. Mogłem być bardziej ostrożny. Ale to już bez znaczenia. Mam i nie mam. Co osiągnąłem?. Zapierdalam cały dzień. Piękna praca, w której przeczytałem wszystkie książki, których nie chciało mi się nosić, polecać, ani sprzedawać. Pieprzony uśmiech na twarzy, gdy wciskam babci X, jakąś niby powieść o „Solidarności”. Mit. Co najmniej, lecz i  tak sprzedaż wzrasta. Każdy klient wychodzi zadowolony. Taki byłem miły. Wczoraj, dzisiaj. Tylko nie jutro. Nic już wam nie wcisnę. Gest boży. Niech się wami zajmie superwizor.

– Kawa, herbata, wody?
–Cola.
–No to mamy problem.
–Obojętnie, może być kawa.
– Wciąż nie palisz?
– Palę.
– A więc nie jest jeszcze, aż tak źle.

Na chwilę wyszłam. Po prostu przeszłam do kuchni. Mogłeś spokojnie zlustrować pokój. Ale list, a właściwie to co miałeś, co może chciałeś wtedy usłyszeć, miało nastąpić nieco później. Byłeś, jak to określić, niezdecydowany? Możliwe. Mój czajnik ciągle czekał na lepsze czasy, albo takie pamiętał. Wymagał nalania wody, włączenia gazu i chyba ponad pięciu minut na start pary. XX wiek, nie XXI. Nie wiedziałam, z pewnością nie byłam pewna, jak zacząć z tobą wtedy tą rozmowę. Otworzyłam lodówkę. Wątpliwe, czy należało zaproponować ci cokolwiek. Miała być po prostu kawa. Nie, nawet nie to. Powinnam wtedy zostać w pokoju. Po prostu usiąść i jakoś zacząć, a potem skończyć. To miała być tylko rozmowa. Nie opowieść. Obiecałam Annie, że nie wpadnę w narrację. Nie. Obiecałam sobie. Teraz, nie należały ci się już żadne wyjaśnienia. Za późno. Tak jak ci wcześniej mówiłam, byłeś tak blisko i mogłeś wtedy jeszcze z nią rozmawiać. Ale wolałeś cieszyć się, że po prostu jest, że zawsze ma dla ciebie czas. Nawet, gdy każde wasze spotkanie okupowała tyloma kłamstwami lub niedopowiedzeniami. Tak było wygodniej? Możliwe i nielogiczne. Ale i tak nie wypiłeś wtedy tej kawy. Gdy wróciłam, już cię nie było. Myślałeś, że list jest na stole? Że tak po prostu go mi zabierzesz, że jest tylko dla ciebie? Nawet jeśli tak, musiałeś jeszcze poczekać. Sam zdecydowałeś. Gdybyś wtedy został, nie musiałbyś mnie już o nic prosić. Nie upokorzyłbyś się, aż tak. Ale nie jest mi ciebie teraz żal. Trudno. Tęsknię za Anną.

V.
Wróciłem do jej domu. Przecież wciąż miałem klucze. Tyle pustych pokoi. Chciałem wtedy zabrać tych moich kilka rzeczy i zniknąć. A powinienem je wyrzucić albo mu oddać. Miałem się jeszcze zdecydować. Zatrzymał mnie zapach (L’instant de Guerlain Pour Homme). I zdjęcie. Jedna, jedyna wspólna fotografia. Razem. Zapaliłem papierosa. Uruchomiłem mięśnie gładkie i musiałem się wysrać. Wysrać to wszystko z siebie. Raz na zawsze.

Miałaś trzy lata. Matka weszła właśnie tymi drzwiami. Nie przyniosła ci brata. Ani teraz, ani dwa lata później. Był rok 1977. Dokładnie trzydzieści cztery lata temu. Ciekawy rok, za wciąż żelazną kurtyną. Gruby G od kilku lat się upierał, że mamy cud. Jeszcze przez trzy lata można cię było karmić towarami z eksportu. W ilości większej i bardziej legalnej niż wcześniej i potem. Ale ty i tak niewiele jadłaś. Ja jadłem coraz mniej. Nie dbałem już nie tylko o wygląd, harmonogram spożywania kebabów, chipsów, orzeszków, pizzy czy coli. O nic. Patrzyłem na stare drzwi. Może ktoś je kiedyś wymieniał od 1910 roku, ale po co mi ta wiedza. Tam, wtedy zawsze zakładałaś ten drobny łańcuszek. Jakby to miało uchronić nas od jakiegoś intruza.

Drzwi nie stawały się bezpieczne. Ale nic nie mówiłem. Jak wtedy, gdy spadł deszcz, a ty znowu się gdzieś spieszyłaś. I znowu mnie odwiozłaś. Wtedy też nic nie mówiłem. Tymczasowo. Aż do chwili, gdy zadałem ci w końcu to pytanie: dlaczego ja? Pamiętasz? Myślenie o tym stawało się ciężkie. Tonaż wijących się w głowie domysłów. Ale jak ktoś ma mało lat, za mało żeby się bronić i za dużo, żeby nie rozumieć, zaczyna sobie coś uświadamiać. Że jest trochę bardziej wyizolowany od reszty. Że wpada w stan psychicznej i fizycznej alienacji. A tą zachowałem w pamięci od powiedzmy szóstego roku życia. To jest wrażenie, jakby ktoś cię hipnotyzował. Tak, żebyś czegoś czasem nie robił. Na przykład nie przytulał się do ludzi. Nie dotykał. Albo inaczej, bardziej szczerze, żeby oni, w żadnym wypadku nie dotykali ciebie. To szczególnie trudne, gdy się okazuje, że masz myśli i palce wirtuoza. Gdy możesz dotknąć tak, że każda wagina wytryska.

Biurokracja połączeń nerwowych, zaczyna jednak swoją mozolną pracę. Zaczyna się proces rozmowy pomiędzy rdzeniem a synapsą. Nie dotykaj! Tyle razy mogło się wydarzyć coś miłego. Gdybym się nie oddalał. I może gdybym wtedy został, gdybym się stamtąd nie ruszył. To teraz odciąłbym mój rdzeń. Dotykał cię do nieprzytomności. Zakodowałbym zmianę. Odnotowałbym, co i jak powiedzieć. Nawet zaważywszy na i tak zaprogramowanego życiowo pecha. Może jednak coś bym zmienił. Wykonał niewykonalny wcześniej i potem ruch. Ale to już mi wtedy nie wystarczało.

Bo mam, powiedzmy, dziesięć lat. Zapamiętuję szybko lub za szybko, jak kto woli. Drażnię się z psem, którego ojciec i tak nigdy nie pozwoli mi mieć. Istnieje też i siostra. Jest mała. Nosi wymarzone (przez niego) niemal biblijne imię. Mam się z nią bawić? A co ja mogę? Opowiadam jej bajki, jak kiedyś tobie. Ale są za duże dla niej i chyba za smutne dla ciebie. Mama pewnie opowiadała ci, jak ją głaskałem i mówiłem (na głos), że jej zazdroszczę. Pewnie do dzisiaj główkują, co miałem na myśli. I co zmieniłby fakt, gdybym im wytłumaczył. Obrzydliwe słowo – wytłumaczyć. Więc im darowałem.

Niestety, ty już wiesz i jak wielu chciałoby myśleć – wiedziałaś. Banał, ale w matematyce nie istnieje prawdopodobieństwo równe dwa. Jak mogli podzielić uczucia tak perfekcyjnie, tak, żebym tego nie odczuł i nie zauważył. Brawo mamo und tato. I nie będzie znaku zapytania. Tylko ty wiesz dlaczego. Ty wiedziałaś, czego potrzebuję. Chociaż nie podobało mi się od początku miejsce, w którym ci to zakomunikowałem. Niepotrzebne, niepotrzebne uczucia skreślić. Nie wiem, czy wolałbym uczynić podróż z mojego niby życia, posiąść majątek i po prostu podróżować. Potem wszystko stracić (finanse) i w pożodze wojennych perypetii, zyskać chociaż wspomnienia. Tymczasem, mam wielce zajmującą mnie pracę.

Przyjaciele? Zabawne, co oni beze mnie zrobią, gdy nie będzie mnie na przykład przez tydzień. Co jeszcze? Szkoła. Witam wszystkich. Chuj wam wszystkim w dupę, cytując Limonowa. Zanim jednak tych kilka słów padło, szczerze się starałem. Problem w tym, ze większość z was nie zwraca uwagi na detale. I chociaż (co nie musi być konieczne), czasami jednak jesteście konsekwentni. Nie miej złudzeń. Szkoda rzekomej pogadanki, ale to prawda. Może nie ma nic gorszego niż złudzenia. Może. I tylko prorocze przesłanie, że trzeba wyciągnąć rękę. Nie aż tak, jak ci to kiedyś zacytowałem i już nigdy nie będę mógł przypomnieć. Skłamać. Ile interesujących informacji wynoszę? Kilka. Parę. Mam poważne wątpliwości, czy ta wasza instytucja jest komukolwiek potrzebna. Zjadacze chleba powszedniego. Pierdolone darmozjady, bezgłowia. Emocjonalne braki, elementarna zaledwie wiedza. Nuda i wszelka niemoc. Znieczulenie. Pięciu dobrych i wystarczy. I tylko z rzadka miód na serce.

VI.
Pamiętam ten dzień. Nie zapomniałem. Problem polega na tym, że tego nie umiem. Powiedziałem ci, że było słonecznie. Tylko tyle wiedziałaś. Plus to, że widocznie było mi to wtedy potrzebne. Teoretyczna prawda. Sporo niedopowiedzeń, ale po co mówić prawdę. Co mogłaś mi wtedy odpowiedzieć. Zignorowałabyś. Tak myślałem. Teraz to wiem. I to twoje durne pytanie: jak to się wszystko skończy? A wtedy nic się jeszcze nie zaczęło. Więc ci to wypomniałem, zarzuciłem, jakby to była tylko twoja wina.

Pierwszy raz zadzwoniłem, bo alkohol, ciekawość i potrzeba dymania była tego dnia teoretycznie nasłoneczniona (przecież wiedziałaś, że mogłem zaakceptować zimę, którą tak lubiłaś, ale pod warunkiem, że niebo będzie bezchmurne). Nie ukrywałem tego. Jakikolwiek ruch z mojej strony to imaginacja. Właściwie nie koduję ruchu. Płynnie przemieszczam się w myśli. Robię w niej dużo rzeczy. Nawet z tobą. Nie wymyśliłaś tego. Zaplanowałaś mnie. A ja się poddałem. Miało (mogło) być dobrze, a wyszło jak zwykle. Zapraszałaś mnie, wyrywałaś z korzeniami. I byłem. Byłem z tobą i rozmawiałem (też). Czasami i tak wydawałaś się za blisko. Do pewnego dnia, gdy naprawdę posmutniałem. Mój ojciec spotkał się z tobą. Zrobił mi to własny tatuś. Jakbym go nie znał.
I to jest kurwa ten paradoks. Jakbym nie wiedział gdzie wsadził tą swoją słoneczną twarz. Na pewno potem nie chrapał. Nie miał w zwyczaju stosować przyzwyczajeń poza domem. Postarał się. Przecież go znałaś. Pomogłem mu. Taka rozrzutność uczuć. Nawet się o to nie podejrzewałem. Ani siebie, ani jego. I to nas do siebie zbliżyło. Jakby prze te wszystkie lata nie było innej możliwości. To ja was poznałem i to wszystko, kurwa, to była moja wina. Utkałem nas i okaleczyłem. A potem musiałem to naprawić. Więc zadzwoniłem do ciebie drugi raz. Ostatni, jak się okazało. Nie ważne, co mi wtedy odpowiedział. Odebrał telefon i poznałem jego głos. Zabawne, nawet nie płakałem zbyt mocno. Pomogła mi własna duma. Potem potrzebowałem czasu, żeby ją wyciszyć. Nawet nie pomyślałem wtedy o mamie. O nikim.
Wrócił po trzech dniach do domu. Nie odezwał się i nie tłumaczył. Zamknąłem się w pokoju. Serfowałem. Jemu to zawsze było na rękę. Przynajmniej nie musiał mnie oglądać. Wtopił się w mieszkanie. Miał sine oczy. Bardziej niż zawsze, gdy rano zakomunikował, że wychodzi. Matka odprowadziła go wzrokiem. Teoretycznie tym samym, gdy to ja wychodziłem do ciebie. Zrobiłem to samo. Wyszedłem. Ostatni raz. Spakowałem siebie do plecaka i wprowadziłem do ciebie. Do mieszkania, w którym teraz jestem kompletnie sam. Do mieszkania, do którego ciągle mam klucze, które powinienem, muszę oddać. Miałem jeszcze zdecydować.

VII.
Pracowałyśmy razem. Od początku. Nasza przyjaźń, powiedzmy – poważna dwutorowa komunikacja. Pamiętne schody. Dawno temu. I miałam wtedy osiemnaście lat. To była chyba herbata, to, co spuściłam na głowę partnera tamtej kobiety. Powiedzmy damy. Stałaś na dole. Uśmiechałaś się do mnie. Tak często śmiałyśmy się razem. Mówiłaś, że miałam wtedy brązową sukienkę, a ona była zielona.
Nie było kłótni. Nadwrażliwość i przeczulenie. Byłyśmy takie. Kto nam zaprzeczyłby? Może w momentach słabości czyli podzielenia. Gdy ty, gdy ja nie mogłyśmy wyciszyć nademocji. Ale to między nami toczyły się: czas, praca, oni. Pamiętasz, jak zabrałam cię na zajęcia, pierwszy wykład z postmodernizmu też coś znaczył. Zniechęciłaś się. No dobrze. Miałaś stać na ziemi. Studiować swoje. A ja mniej więcej wtedy poważnie romansowałam. Później zresztą też. Tak, ta odwrotność naszych zachowań. Zapisana w naturze asymetria: twój dobry dzień, a mój nie. Otwierałaś drzwi do siebie, ja od siebie itd. Jak z kakao, którego nigdy nie lubiłam.

Gdyby palono na stosie czarownicę, ja byłabym inkwizycją. Nieinkwizycją. I pieprzyć tych, którzy teraz nie rozumieją. Potem już praca. Jak przeznaczenie. Wiem, wiem, to jego zdanie, ale i mnie nie brak twierdzeń. Mawiałam przeznaczenie, zanim go poznałaś. Nie od razu założyłyśmy wspólnotę. Autokar do średniowiecznej stolicy przeważył. Zdeterminował nasze życie.

VIII.
Nie dzwoniłem, nie pisałem. Wątpię czy powinienem. Jak zwykle pogorszyłbym sprawę. Byliśmy bliżej, przynajmniej tak to wyglądało. Ale musiałaś wyjechać? Sugerowałem, że pojadę z tobą. Między wierszami, ale skutecznie zmieniłaś temat. Może gdybyś nie zgubiła wtedy drogi, gdybyś się nie zagadała, powstałby klimat i rozegrałbym to inaczej. Cokolwiek jednak zaplanowałem, miażdżyłaś to trywialnie jakimś słowem ignorancji. Uznałem to za kłamstwo skuteczne, na tyle żeby nie podejmować już (na razie) tematu.

I tak traciłem kolejny wątek. Faktycznie nie zrobiłem nic. Czekałem. Mogłem.

Zawsze istniało jakieś prawdopodobieństwo, że to ty odezwiesz się pierwsza. Tak przecież było. Wygodnie, nieracjonalnie, ale to był fakt. Pewność? Był. Mogę się mylić, jak bardzo to jest teraz już nie ważne. Nie wiem. Mam nadzieję, że zrozumiem. Nie odnajduję całości. Zanurzyłem się w jakąś kobietę. Na razie tak trwam. Należy to docenić. Przecież nawiązałem ciekawą znajomość. Jest ładna. Nie podoba mi się, ale jest mną zafascynowana. Może to cynizm. Powiedzmy, że udany. Wkładam ją na siebie. Ona coś jęczy. Kakofonia. Komu to przeszkadza. Ma nogi i jest taka mokra, że nie mam serca, jej nie wylizać. Kilka razy związałem ją za mocno. Zapomniałem folii. Mniejsza z tym. Uderzyłem ją celnie i leciutko, ale się nie roześmiała. Chwilowa dezorientacja. Przytrzymałem mocniej, mocniej. Nic. Znowu zapomniała się odezwać. Nuda. Rozwiązałem jej nogi, niech się chociaż spuszczę po ludzku. Wytrysk taki sobie. Westchnąłem, żeby było jej miło. Nawet jej nie zaproponowałem kaloryfera. Pamiętasz?

A potem urywki wspomnień, rozmów, jakby i to nie miało być iluzją. To tak jakby twój bohater nie był prawdziwy, jakbyś go sobie wymyśliła, oprawia w ramki oraz w szkło. Wykorzystałaś mnie haniebnie. Jestem tego pewien, tak samo jak tego, że pewnego razu padło słowo – strach. Bo odczuwałem go, nie bojąc się w jakimś sensie autentyczne. Brak tu żadnej przewidywalnej jego konsekwencji. Powiedziałaś, że szczęście dotknie mnie bardziej, niż nieudana próba. Kolejna. Zatem, co ty myślałaś? Że to nie był prawdziwy strach? Mamrotałaś, że tak naprawdę nasiąkam bólem, że jestem w coraz mniejszym stanie wytrzymać obojętność, nieludzkie, niehumanitarne gesty, za ciężarne słowa wymierzone we mnie, przeciwko mnie. Cały utkany z bólu? Synapsy na skórze, na rzęsach. Mówiłaś, że wcale nie mogę się bać, że jestem zahibernowany. Odrzuciłaś to tak po prostu.

XI.
– Czasy pogardy, nigdy nie mówią o milczeniu. Gniewie ściśniętych ust. Lamencie czy nawet skardze.  Lepiej milczeć niż podlić się. Zachować więc siebie nawet wewnętrznie uwikłanego, niezawisłego. Zawiedziony kochanek (jako formuła jego postawy, obezwładnienia) odrzuca lament. Tylko powierzchownie wybiera świadectwo prawdy do końca.  Woli strzec siebie jako instancji niezależnej i nie ulegać powierzchownym emocjom. Być połowiczny w uczestnictwie ze wspólnotą. Woli stać osobno. Stwarza sobie przestrzeń pełną suwerenności choćby za cenę wyobcowania się. Nie jest to schizofrenia niezamierzona. Jawi się jaki możliwość samoobrony. Obrony osoby, która czuje. Zabezpieczyła swą podmiotowość. Wyrzekła się siebie częściowo. Skoro nie można inaczej, tylko w głębi i na innym poziomie języka ukryć coś, co uznaje się za najbardziej jasne, można to wykluczyć. Pozbyć się tego. Przywiązać do martwego przedmiotu i upuścić temu krew. Będzie tak postępował ketman. Bo takie jest kryształowe wnętrze brudnego człowieka.

Alice Munro po raz czwarty

Zerkając w czasie świąt na telewizję (mogę ją oglądać tylko będąc w gościach), po raz kolejny odnotowałam zamiłowanie filmowców do Alice Munro. Tym razem swój wyraz sympatii do kanadyjskiej pisarki dała w filmie „Holiday” Nancy Mayer, każąc swojej bohaterce, Amandzie, czytać książkę Munro w samolocie. Swoją drogą, Amanda nabrała na dwa świąteczne tygodnie całą górę lektur i raczej nie zdołała tej góry zmóc, ale okazując taką wolę czytania, okazała się godna przyszłego partnera – redaktora w, o ile się nie mylę, Random House. Taki drobiazg świadczący o przytomności autorów filmu.

Po powrocie do domu odebrałam przesyłkę z czwartą już książką Munro opublikowaną w Polsce, czyli z „Kocha, lubi, szanuje”, opublikowaną przez oficynę Dwie Siostry, która jako pierwsza wprowadziła pisarkę do Polski. I po raz kolejny się zachwyciłam wielkim talentem najlepszej autorski short-story’s na świecie. Kto nie mógł zmóc „Widoku z Castle Rock”, przeznaczonego raczej dla oswojonych już z jej twórczością wielbicieli, ten może odczarować sceptycyzm dzięki tej właśnie książce, jak „Zbyt wiele szczęścia” zawierającej po prostu połączone tematycznie opowiadania. Idealna rzecz na trwające jeszcze wciąż wakacje między Bożym Narodzeniem a końcem roku.

Jak nie zostać zabitym przez Gwiazdora

Najgorszy przedświąteczny czas zacznie się dopiero od jutra, kiedy to wszyscy ruszą po świeżą żywność, ale już teraz za miło nie jest: tłumy w sklepach, kolejki przy kasach, ścisk, przepychanki wózkami i łokciami, amok w oczach. I ogólna nienawiść do bliźnich, którzy nam utrudniają przygotowania do celebry. Szczególnie mocno odczułam ją nie tyle w sklepach, bo nie robiłam jakichś wielkich zakupów, ale na wrocławskich ulicach, ze strony kierowców. Zastanawiam się jednak, czy tu w ogóle można mówić o jakichkolwiek negatywnych czy pozytywnych uczuciach, czy też o takim skoncentrowaniu się na celu – czyli dojechaniu gdzieś tam, znalezieniu miejsca na parkingu, zdążeniu przed zamknięciem centrum handlowego, że się nie dopuszcza do siebie myśli o czymkolwiek innym. O kimkolwiek. Oni, mówię „oni”, bo poruszam się pieszo lub tramwajami, po prostu nie widzą sygnalizacji świetlnej, ludzi, którzy ostrożnie drobią po śliskiej powierzchni, starając się zmieścić w krótkim czasie, kiedy mają zielone, nie wywalić, nie upuścić góry zakupów. Jak tylko mają okazję, tarasują zebrę, albo przemykają przed nosem tych upośledzonych bezkółkowców, albo zgoła nie dają im szansy przejść.

Nic  w tym nie ma odkrywczego, jasne.  W stwierdzeniu, że w tym przed-świętym czasie jesteśmy wyjątkowo okropni dla obcych. Zmęczeni, zabiegani, agresywni itd.  Literatury też w tym żadnej nie ma. Ale mogłaby być. Tak sobie obserwując któregoś z rzędu króla szosy lekceważącego przechodniów, kleiłam w myślach historię, która nie ma nic wspólnego z sielskimi bajeczkami bożonarodzeniowymi. Że się oto kierowca płci dowolnej wtranżala na pieszego, zabija go, a że wina ewidentnie leży po jego stronie, ląduje w więzieniu. Odpuśćmy sobie artystyczny wyraz, nie w tym rzecz, tylko w cudownym prezencie, jaki podarowuje się  własnej rodzinie.  I na te święta, i na Wszystkich Świętych, na wszystkie możliwe uroczystości religijne czy świeckie, na które się gna, albo które się bezrozumnie celebruje. Wystarczy. Trochę wyobraźni wystarczy. I dobrego nastawienia do tej reszty świata, która nam kompletnie wisi. Sama się staram miło zachowywać, może mi łatwiej, bo wiem, że nikogo nie mam szansy staranować, już nawet nie wypełnionym po brzegi wózkiem, ale fakt, faktem, coraz bardziej mi zaczynają wisieć same święta. Przynajmniej w tym czasie, kiedy wszyscy je obchodzą. Fajnie będzie celebrować to  wiszenie w towarzystwie „Tajnego dziennika” Mirona Białoszewskiego, którego wydruk już dostałam w prezencie od Znaku (reszta świata dostanie go w lutym). 1000 stron świątecznej uczty. Karp się przy niej chowa. Zresztą lubię karpie i dlatego ich nie jem.

Opowiedzieć o mieście

Mały grudniowy urodzaik na antologie opowiadań, których akcja osadzona została w konkretnym mieście, grającego, z różnym powodzeniem, rolę współbohatera tekstów. „Miłość we Wrocławiu” (pierwotny tytuł, przez długi czas utrwalany w zapowiedziach – „Zakochany Wrocław”, per analogiam do dwóch filmów o Paryżu i Nowym Jorku) ukazał się wprawdzie w listopadzie, ale dopiero teraz go otrzymałam od wydawcy, czyli EMG, i sobie poczytałam. Głównie po to, żeby przekonać się, jak pisarze skądinąd poradzili sobie z fenomenem miasta, w którym żyję i które znam do tego stopnia, że stało się dla mnie prawie przezroczyste. Może powinnam napisać, iż mi zobojętniało, ale to nie do końca prawda – uczucie do miejsca, w jakim zawsze chciałam zamieszkać, ożywa, gdy dochodzi do jakieś poważnej zmiany w krajobrazie. Kiedy z mapy Wrocławia, na której wyrysowałam swoje własne ścieżki i zaznaczyłam miejsca sentymentalne, coś znika. Na przykład ostatnio wyparował pub „Highlander”, gdzie przesiadywałam jako studentka polonistyki i jeszcze kilka lat później, chociaż później to już było raczej wpadanie na chwilę, prawie z wywieszonym językiem i w nieodłącznym towarzystwie wyrzutów sumienia. Potem nadszedł etap „Literatki”, ale wraz z nim nie wrócił etap przesiadywania. „Literatka” jest albowiem sama w sobie żywym wyrzutem sumienia, zawiera go w swojej nazwie – teraz, gdy już funkcjonuję  jako poniekąd literatka czuję się głupio siedząc, popijając i ględząc ewentualnie o literaturze, zamiast siedzieć przed monitorem i pracować.  Na szczęście inni siedzą za mnie i już wygospodaruję trochę czasu, to nie muszę kombinować z szukaniem miejsca. Jeszcze nie.

Literatka gości w wielu opowiadaniach zawartych w tomie, bo każdy z pisarzy musiał w niej być, sprowadzony na twórczy rekonesans i połączone z nim spotkanie autorskie. Toteż bardziej mnie ciekawiły te kawałki, w których opisane są nieco dalsze wyprawy. W przestrzeni i czasie. To w nich uchwycony został nie tylko pejzaż, ale także duch miasta. Coś, co uzasadnia umiejscowienie danej fabuły właśnie we Wrocławiu, a nie – nie czarujmy się –  gdziekolwiek indziej). Dwa są takie kawałki
zacne: „Oddana” Łukasza Orbitowskiego i „Boczny wątek” Ingi Iwasiów.

Moskwę Noir” (wyd. Claroscuro) umieściłam na drugim miejscu tylko dlatego, że jestem lokalną patriotką. Ale jeśli chodzi o wrażenia artystyczne, to jednak ją wolę. Czego uzasadniać nie będę, niemniej muszę tu koniecznie pochwalić Ewę Skórską za naprawdę wyborny przekład kilkunastu rożnych głosów, które pięknie „słychać”.

Łukasz Dynowski: I ap, ap

Pada i pada

jabłko po jabłku, Uradowany tą ulewą wyciąga, pstryk, zdjęcie. Ładne, mówi i ą zaraz bębniarze, których pełno, bo jedenasta pięćdziesiąt dziewięć. Dwunasta,

pada i pada

bęben po bębnie, Uradowany tą ulewą wyciąga jabłko przez ziemię wciągnięte. Smaczne, mówi i ooo zaraz w głowie, bo dwunasta jeden. Jabłka na ziemi, nad nimi drzewo, na nim jabłko, nad nim Uradowany. Już mniej. Przygląda się, wieje wiatr.

- oho, oo, ee – pozdrawiają go bębniarze.

–  oho, oo, ee? – dziwi się jabłkom na ziemi, nad nim drzewu, na nim jabłku.

–  dziwne – dodaje i

do domu, dzwoni, nie będzie go w pracy.

–  Nie będzie mnie w pracy.

Z domu, jabłka, o na drzewie, bębniarze.

–  Nie będzie w pracy – jeden z krzyczy, Uradowany

dziwi się, jabłkom i jemu, że on wie, że jak, że on tu, a on tam, jak więc. Nie zawraca sobie tym głowy.

Pada i pada

nie będzie w pracy po nie będzie w pracy, przez bębny niesione. Zawraca sobie tym głowę. I zaraz znowu nie. I zaraz

po piłę idzie, z piłą idzie. Ciąć będzie – to zdziwienie tego wymaga, więc

pada i pada

drzewo po drzewie, trzaskiem na końcu łamane, bębnom pracę zabierającym. Niektóre z tych efektów trzasku traktuje sobie jeszcze nogą, niektórym odradza takie pewnego rodzaju zachowania. Jednego zrobiło mu się szkoda i przetoczył go na drugą stronę. I ściął gałęzie. I wyrwał korzenie.

Wisi jabłko, sąsiad

–  egh.

–  chory?

–  zdrowy.

Wisi jabłko.

Pali gałęzie ścięte, chce się zabrać za rozebranie schodów, ale potem mógłby po nich chodzić w kółko na jednym poziomie. To nie, to

ogrodzenie rozbiera, się zabiera, ściąga, szlifuje, przykłada kawałek metalu do kawałka metalu i jeździ, piszczy, bębnom rytm zabierając. I zabiera siatki wszystkie ogrodzenia i

pada i pada

bębniarz po bębniarzu, wlewają się przez płot, wisi i wisi, bębnami niosąc. Jakby nie wiedział. Wie i je wiatr. I on przed nimi, bębnami, tłukącymi mu i tak utłuczone wnętrzności. Cofając się wymiotuje. Cofając się cofa do drabiny. A obok  –  jabłka na ziemi, nad nimi drzewo, na nim jabłko, nad nim Uradowany. Już ani trochę. Przygląda się, wieje wiatr.

Pada i pada

uradowany na ziemię, przez wiatr i bębny strącony, szyją na piłę, szyja trzaskiem łamana, ale cichutkim.

–  oho, oo, ee – dziwią się bębniarze uradowanemu na ziemi.

Jednemu zrobiło się go szkoda i przetoczył go na drugą stronę.

Łukasz Dynowski

Szpieg w zaułku.

Na początku szybko donoszę, że niedawno ukazały się „Zaułki zbrodni” (Wydawnictwo Dolnośląskie). plon warsztatów organizowanych w ramach MFK, na których to warsztatach pojawiło się także sporo kursantów wyróżnionych na festiwalu opowiadania. Opowiadania trójki z nich trafiły do zbioru: Joanny Marat, Joanny Pachli i Krzysztofa Sowika. Irek Grin doliczył się trzech antologii powarsztatowych, jakie wyszły w tym roku, co jest żywym dowodem na to, że owe kursy nie są sztuką dla sztuki.

Także jesienią W.A.B. zawróciło z emerytury Kurta Wallandera, przypominając cztery opowiadania, pokazujące komisarza jeszcze w pełnej formie zdrowotnej. Opowiadanie tytułowe, „Piramida” to właściwie powieść, o połowę jednak krótsza od klasyków Mankella. Mnie najbardziej ujęło pierwsze w zbiorze opowieść o młodziutkim krawężniku, który marzy o pracy w kryminalnych i dlatego prowadzi śledztwo na własną rękę. Jeszcze jest nieporadny, jeszcze dostaje bury za zbyt wolne myślenie, ale już zdradza niemały dryg do rozwiązywania zawiłych zagadek. Jedna rzecz mnie w tym zestawieniu ubawiła – nieomal w każdej z miniatur Wallander zostaje czy to pobity, czy poraniony. To nie był zbiór pisany jednym ciągiem, złożyły się nań utwory pisane przez ileś tam lat, więc się może pisarzowi zapomniało, że w zasadzie biedny Kurt nie powinien obrywać w każdym odcinku. Z drugiej strony przypomina mi się pierwszy sezon szwedzkiego serialu, do którego Mankell pisał scenariusz i nieznośna powtarzalność schematów fabularnych: sprawca to cudzoziemiec, mści się za jakieś sprawy z przeszłości i na koniec popełnia samobójstwo. Kto nie wierzy, niech sobie to obejrzy jedno po drugim, jako i ja to zrobiłam (kupiłam ów sezon w pakiecie na DVD), lekko zdumiona, że tak w ogóle można. To znaczy można układać rebus z tych samych klocków i serwować te rebusy jeden po drugim.  W „Piramidzie” tak się na szczęście nie dzieje, zagadki ciekawe, zwłaszcza ostatnia, gdzie też najlepiej się Mankell prezentuje jako pisarz.

I jeszcze z filmowego podwórka – „Szpieg”. Wszyscy się już rozgadali, dlaczego taki genialny, więc zadowolę się jedynie wzmianką o pewnym błędzie obsadowym (ale nie będę świnią i nie zdradzę nic więcej), oraz pochwałą dla sekwencji pływania w rzece. Ewidentnie zimnej i mętnej, jak sytuacja, z którą mierzy się Smiley, kapitalnie zagrany przez Oldmana. Gdyby pływał sam, pomyślałabym, że bohater chce się w ten sposób skoncentrować, pobyć w miejscu, gdzie nie sposób go podsłuchać. Ale w rzece mętnej i zimnej pływają również inni. Koledzy? Potencjalni wrogowie? Nigdzie nie można się poczuć bezpiecznie, co da się pokazać właśnie tak, zupełnie nienachlanie.