Marcin Królik: Przełomy jesieni

Zaczęło się od tego, że zapytała czy ciągle boli mnie ząb. Był listopad – właśnie rozpocząłem trzeci rok studiów, ale zamiast o swoim licencjacie, myślałem wyłącznie o leczeniu kanałowym, które ślimaczyło się niemożliwie, zaś lek, który dentystka włożyła, żeby uśmierzyć ból, przestał działać zaraz po powrocie do akademika. Po tygodniu snucia się z pulsującą szczęką wymusiłem na niej ekstrakcję. Dzień później zjawiłem się w Karaluchu z wciąż jeszcze lekko napuchniętym dziąsłem, ale szczęśliwy, że wreszcie pozbyłem się sukinsyna. Zamówiłem w kasie krokiety z kapustą i grzybami, odebrałem kwit i podałem go młodej pulchnej kucharce. To właśnie ona zadała owo nieoczekiwane pytanie.

   Następnego dnia znów przyszedłem na obiad, a ona znów mnie obsłużyła. Potem wpadłem na kolację, a ponieważ było już późno, zaproponowałem jej odprowadzenie. Zgodziła się. Powiedziała, że ma na imię Halina i przyjechała do Warszawy z jakiejś miejscowości na Białostocczyźnie, której nazwa wtedy wyleciała mi z głowy. Skończyła zawodówkę krawiecką, ale w rodzinnych stronach nie mogła znaleźć pracy ani w charakterze krawcowej, ani gdziekolwiek indziej. Do Warszawy ściągnęła ją pewna znajoma zakonnica, która również załatwiła jej pokój niedaleko Starówki. Przez tydzień bezskutecznie przeglądała ogłoszenia i zdzierała pięty, krążąc po firmach, sklepach i agencjach pośredniczących w wynajmowaniu ludzi do sprzątania. Już zamierzała się poddać, kiedy nagle, idąc Krakowskim Przedmieściem, spostrzegła czerwone drzwi baru uniwersyteckiego, a na nich kartkę oznajmiającą, że przyjmą na kucharkę z możliwością przyuczenia.

   Ja też opowiedziałem jej o sobie, nie omieszkując napomknąć o poetyckich ambicjach, co jednak nie zrobiło na niej spodziewanego wrażenia. Mimo to rozmawiało nam się tak dobrze, że gdy w strugach zimnego deszczu dotarliśmy pod jej blok, jeszcze przez pół godziny staliśmy pod klatką, nie mogąc się rozstać. Umówiliśmy się na niedzielę i spędziliśmy ją spacerując po Placu Zamkowym, a następnie siedząc u niej – na szczęście współlokatorki, z którymi dzieliła mieszkanie, wyjechały i miały wrócić dopiero wieczorem, więc mieliśmy je tylko dla siebie. Kiedy późnym popołudniem wracałem do akademika, byłem jak uskrzydlony, choć oczywiście nie śmiałem nazywać tego jeszcze po imieniu. W poniedziałek nie spotkałem jej przy okienku, ale wieczorem nieoczekiwanie zjawiła się w akademiku całkowicie odmieniona – odległa, nieprzystępna, zasadnicza – i oświadczyła mi, żebym przypadkiem sobie niczego nie wyobrażał, możemy zostać tylko znajomymi i lepiej, żebym nie myślał nic innego.

   Ale ja myślałem, i wyobrażałem sobie – najróżniejsze rzeczy. Byłem wtedy epistolarnie związany z pewną piersiastą Belgijką, którą poznałem na międzynarodowym obozie studenckim. Poszliśmy ze sobą do łóżka, a potem przez cały rok obficie korespondowaliśmy, zapewniając się o gorącym uczuciu i obiecując, że spotkamy się ponownie w następne lato. Do spotkania oczywiście nie doszło – ona była zajęta śpiewem w chórze, którego nie mogła przerwać, a ja nie miałem pieniędzy na bilet. Po wakacjach ciągnęliśmy ten swój dziwny listowny romans i, mimo że jego temperatura znacznie opadła, nadal karmiliśmy się słodką fikcją. W lutym ostatecznie przeciąłem sprawę – napisałem do niej, że kogoś poznałem. Nie doczekałem się odpowiedzi. Droga była wolna.

   Przez cały ten czas spotykałem się z Haliną. Znów byliśmy przyjaciółmi, choć wyraźnie trzymała mnie na dystans, którego nie ośmielałem się przekraczać. Aż do wiosny. W kwietniu wyjechałem na miesięczne praktyki do paryskiego instytutu języków słowiańskich. Po powrocie zaprosiłem ją na wycieczkę do puszczy kampinoskiej, gdzie w końcu otwarcie wyznałem jej miłość. Nie wydawała się tym zaskoczona i, co dziwniejsze, wcale nie zareagowała podobną jak w listopadzie stanowczością. Tym razem to ja się od niej odsunąłem – zupełnie jakbym się zląkł i za wszelką cenę chciał ubiec odrzucenie, które przecież mogło nadejść niczym spóźniona reakcja na truciznę. Po wakacjach jednak wróciłem, zaś ostatniej jesieni to zarżnąłem.

 

Ale najpierw pojawiła się Teresa. Nasza znajomość zaczęła się po pierwszym z serii otwartych wykładów profesor Świderkówny o Biblii. Postanowiłem na nie chodzić, żeby jakoś wypełnić czas, którego na ostatnim roku, gdy zostało mi tylko seminarium i siedzenie w bibliotece, miałem zdecydowanie za dużo. Wynajdowałem sobie zresztą różne zajęcia, żeby przed samym sobą uzasadnić dalsze kupowanie biletu miesięcznego oraz nie popaść w mizantropię, do której zawsze zdradzałem dziwną skłonność.

   Zaczepiła mnie, bo – jak mi później powiedziała – coś ją tknęło, że możemy być bratnimi duszami. Bezpośrednim pretekstem do rozmowy stało się zadane przeze mnie profesor Świderkównie pytanie o mitologiczne aspekty ewangelii. Podobno odniosła wrażenie, że byłem w swojej dociekliwości napastliwy. Studiowała kulturoznawstwo, więc w pewnym sensie byliśmy po wydziałowej kądzieli, a przyjrzawszy się jej bliżej, uświadomiłem sobie, że faktycznie parokroć mijałem ją na korytarzach polonistyki. Sięgające połowy pleców pszenne włosy przeważnie miała spięte w prosty koński ogon i nosiła długie indyjskie spódnice oraz szerokie ciemne bluzki. Ale tak wyglądała wtedy większość studiujących w naszym humanistycznym grajdołku dziewczyn.

   W kwestii duchowego braterstwa miała absolutną rację i odkryliśmy to już tamtego dnia, pijąc kawę w barku w podziemiach Auditorium Maximum. Też lubiła poezję, choć w odróżnieniu od sporej części jej pozbawionych bezinteresowności miłośników, sama wierszy nie pisała ani też nie objawiała takich ciągot. Przychylała się do moich przewidywań, że Nike w tym roku dostanie Barańczak, choć w pozostałych sprawach mijaliśmy się jak dwie galaktyki w nieskończoności lodowatego kosmosu – mój Miłosz, Pound i Eliot zostali szybko zmiażdżeni jej ukochanym Herbertem, Bursą, księdzem Twardowskim, Poświatowską i Stachurą. To ona rozdawała karty. Pokazała mi opasłą inkrustowaną milionem wykonanych zielonym atramentem notatek i podkreśleń antologię Po schodach wierszy, którą wszędzie ze sobą nosiła. Spomiędzy jej stron wyglądały zasuszone płatki polnych kwiatków, których nazw nawet nie potrafiłbym wymienić, źdźbła traw, zioła i liście, a wszystko to razem pachniało włóczęgą, majstrem Biedą i cudownymi manowcami – było tak bardzo dalekie od kryształowych komnat, w których lubiłem przebywać, tak bardzo zwichrzone, franciszkańskie, tak melancholijne, tęskne.

   Dobry punkt wyjścia, żeby się zakochać. Ale nic z tego – i to nie tylko dlatego, że ja miałem Halinę, a Teresa jakiegoś tajemniczego faceta filozofa – po prostu w niektórych przypadkach przekroczenie bariery intymności nie jest możliwe i chyba oboje wiedzieliśmy to od razu, choć żadne z nas nigdy nie powiedziało o tym głośno. Nasze drugie połówki mogły czuć się bezpieczne i w najmniejszym stopniu nie zmienił tego fakt, że tydzień później zaproponowałem jej, by ze mną zamieszkała.

   Po czterech latach miałem dość życia w akademiku i postanowiłem wrócić do Mińska. W sierpniu matka wyszła za mąż, a nasze stare mieszkanie postanowiła przepisać na mnie. Teresa też miała dość – dość imprezujących na okrągło dziewczyn, z którymi wynajmowała stancję, oraz dość Warszawy, którą uważała za przykrą, bezduszną i ślepą. Perspektywa zaszycia się na tyle blisko niej, by móc codziennie dojeżdżać na zajęcia, a zarazem w miejscu dostatecznie cichym i spokojnym, jak na podstawie moich reklamiarskich opowiadań zaocznie określiła Mińsk, bardzo przypadła jej do gustu – zwłaszcza, że już od dłuższego czasu planowała wyprowadzkę z zabawowej stancji, ale nie miała pojęcia dokąd. Nie ukrywałem, że jednym z powodów mojej propozycji są pieniądze. Gdyby się do mnie wprowadziła, uniknąłbym proszenia matki o wsparcie – stypendium naukowe i dorywcze fuchy przy pisaniu artykułów do lokalnego tygodnika oraz recenzji dla witryn księgarskich nie pozostawiały zbyt wielkiego pola do manewru. Teresa to zaakceptowała, więc w dniu tego nieszczęsnego wyjazdu do Kaliszewa dałem jej klucze i przywiozłem część rzeczy – z pozostałymi miała zjawić się w poniedziałek.

 

Przyjechałem w piątek po południu. Miała to być moja pierwsza wizyta w domu Haliny i nie chciałem jej odkładać, mimo że drapało mnie w gardle i miałem lekki stan podgorączkowy. Halina opowiadała mi dość dużo o swojej rodzinie, ale gdy znalazłem się na miejscu, doznałem lekkiego szoku. Było ich w sumie sześcioro – oprócz rodziców i jej jeszcze dwie siostry: osiemnastoletnia Jolka i czternastoletnia Renata oraz sześcioletni braciszek, Grześ. Zajmowali dwa duże pomieszczenia w szarym, podłużnym parterowym baraku z przyległą podwórzową wygódką, z której cuchnęło jak z uszkodzonego szamba.

   Matka z ojcem i Grzesiem spali na starej, zapadniętej wersalce w kąciku oddzielonym od kuchni przez regał z płyt pilśniowych, w którym Renata trzymała książki i zeszyty, reszta zajmowała sąsiedni pokój. Z okazji mojego przyjazdu Jolka odstąpiła mi swoje łóżko, sama zaś przeniosła się na podłogę pod oknem, gdzie umościła sobie posłanie ze starej pierzyny i kilku koców. Halina i Renata miały spać na drugim łóżku stojącym przy kaflowym piecu. Do tego okazało się, że w domu nie ma nie tylko ubikacji, ale również prysznica, ani w ogóle gorącej wody. Do wieczornej toalety grzali ją w ogromnym garnku i wlewali do fajansowej miski. Z tym mogłem się pogodzić – kiedy byłem mały, mieszkaliśmy z matką, wujkiem, ciotką i dziadkami w niewiele lepszych warunkach, zaś jako dziecko prowincji nie uważałem tego sposobu życia u progu trzeciego tysiąclecia za skandal, a co najwyżej lekkie cywilizacyjne niedociągnięcie, a może po prostu wybór tych ludzi ulepionych z twardszej gliny i nieufnie trzymających się na uboczu – ale nie byłem w stanie przyjąć do wiadomości pojawienia się Marcinka.

   Halina już wtedy nie pracowała w Karaluchu. Pod koniec sierpnia zatrudniła się jako wychowawczyni w pewnym podwarszawskim zakładzie dla dzieci specjalnej troski. Nigdy dotąd nie zwierzała się, że akurat praca z niepełnosprawnymi jest jej marzeniem, ale spośród snutych przez nią pomysłów na przyszłość jedynie ten traktowała naprawdę serio. Zdziwił mnie jej nagły entuzjazm, więc ogromnie zaaferowana tłumaczyła, że pracując w tym ośrodku będzie mogła ubiegać się o bezpłatne dokształcenie – maturę w liceum dla dorosłych i studia. Mogłem się tylko cieszyć, że w końcu obudziła się w niej ambicja. Feler tkwił jednak w tym, że zdecydowała się zamieszkać w ośrodku i dość szybko wsiąkła w jego obce dla mnie życie. Od września prawie się nie spotykaliśmy – jako nowa nie mogła brać zbyt dużo wolnego, ja z kolei czułem się tam nieswojo, toteż wolałem trzymać się z dala. Wreszcie w połowie października dostała parę dni urlopu, które postanowiła spędzić z rodziną, zapraszając również mnie. Ale ani słowem nie zająknęła się, że zamierza również przywieźć jednego ze swoich upośledzonych umysłowo podopiecznych.

   Chłopczyk miał osiem lat. Nie mówił, wydawał z siebie tylko głuche jęki albo histeryczne srocze pokrzykiwania, a jakby tego nie było dość, cierpiał na padaczkę i tuż po przyjeździe stałem się świadkiem ataku zakończonego popuszczeniem w spodnie. Gdy w końcu doszedł do siebie, reszta wieczoru upłynęła na próbach poskramiania jego narowistego temperamentu, co uczyniło go pępkiem uwagi Haliny, która między eksplozjami jego dzikiego płaczu i rzucania się na podłogę nawet nie próbowała udawać, że słucha tego co mówiłem o postępach w pisaniu pracy magisterskiej i nowych wierszach. Uspokoił się dopiero, kiedy pan Gienek, sympatyczny sąsiad z przeciwka przyniósł małego szarego kotka. Marcinek po prostu zakochał się w zwierzaku i zajęty zabawą z nim ucichł, wreszcie ucichł. Trwało to nie dłużej niż kwadrans, po którym kot wywinął się z jego rąk z głośnym rozpaczliwym miauknięciem pozostawiając na skórze ślady pazurów i przestraszony czmychnął za piec, gdzie spędził całą noc.

   Halina oczywiście spała z nim, tuląc, głaszcząc i uciszając. Renata wyniosła się na podłogę do Jolki, a ja spałem, czy raczej męczony coraz silniejszym przeziębieniem usiłowałem spać sam na szerokim, obcym łóżku. Potęgowane gorączkowymi dreszczami i gromadzącą się w nosie wydzieliną odczucie nierzeczywistości, jakiegoś groteskowego osaczenia gęstniało wokół mnie jak budyń. Wszystko było źle! Dopiero po trzeciej Halina wstała cicho, podkradła się na palcach i wślizgnęła pod moją kołdrę. Trochę się podotykaliśmy, ale kiedy już miałem zsunąć króciutką bordową koszulę nocną (czyżby kupiła ją specjalnie dla mnie?), Marcinek jak na komendę zaczął wyć i postawił na nogi cały dom. Byłem gotów go udusić. Zasnąłem dopiero o świcie.

   Nasiąknięte ciężkim deszczem sobotnie przedpołudnie wlokło się pod znakiem napływów tętniącego bólu głowy, siąkania nosem i kursowania – bardziej dla samego ruchu niż z potrzeby – między fotelem i tą urągającą wszelkim normom higieny latryną, w której nawet o tej porze roku nad okrągłym otworem kloacznym brzęczały roje much. Ojciec zaraz po śniadaniu wyjechał do roboty – budowali gdzieś w pobliżu stację benzynową – podczas gdy reszta rodziny zajęła się leniwym oglądaniem telewizji. Jolka co chwila donosiła mi herbatki albo proponowała coś do jedzenia. Próbowałem czytać, jakoś się wyłączyć, ale w końcu dałem sobie z tym spokój.

   Za to Marcinek – cóż za odmiana! – siedział jak trusia, zupełnie niczym pies, który pierwszy raz przywieziony do obcego domu po wstępnym ataku paniki stopniowo oswaja się i znakuje teren. Halina wyciągnęła skądś gry planszowe i rozłożyła je na dywanie. Po krótkim ociąganiu też przyłączyłem się do rzutów kostką. Czy tego właśnie ode mnie oczekiwała? Wyjąwszy brutalnie przerwane nocne amory od chwili przyjazdu traktowała mnie jak powietrze, a wręcz wyczuwałem, że ma do mnie żal, iż zamiast bez zastrzeżeń zaakceptować obecność Marcinka okazałem się małym zadufanym w sobie zazdrośnikiem, teraz jednak wyglądała na zadowoloną. Sprawiłem się, stanąłem na wysokości zadania, najwyższym wysiłkiem pokonałem samolubnego gówniarza i oto wykluł się ze mnie dojrzały mężczyzna, który bez względu na własną wygodę, czy w tym wypadku raczej jej brak, rozumie.

   Po obiedzie wyszliśmy na spacer, oczywiście z Marcinkiem. Dopiero w drodze powrotnej odważyłem się zapytać po co go ze sobą zabrała. Wyjaśniła, że chłopiec pochodzi z patologicznej rodziny, w związku z czym prawie w ogóle nie bywa w domu, po czym jednym tchem wyrzuciła z siebie, że bardzo poważnie zastanawia się nad jego adopcją. To było jak nieoczekiwany cios w brzuch. Nie pamiętam, co wtedy odpowiedziałem, dość że się posprzeczaliśmy i, kiedy nie odzywając się dotarliśmy do domu, oznajmiłem urażonym tonem, że teraz chcę przejść się sam. Halina mnie nie zatrzymywała.

   Krążyłem więc po Kaliszewie w na przemian słabnącym i nasilającym się deszczu, telepiąc się z zimna. Byłem coraz bardziej chory i nieszczęśliwy. Czułem się oszukany, zapędzony w kozi róg, złowiony w bliżej nieokreśloną sieć. A więc tak to miało wyglądać, tak to sobie wykombinowała w tym prostolinijnym, ale na swój disco polowy sposób przebiegłym móżdżku. Wszystko już zostało ustalone, role rozpisane. Ale czemu się dziwić? Przecież tu, w zapadłych, zapomnianych przez Boga i cywilizację dziurach tak właśnie się te sprawy załatwia – bez mącących półcieni, zbędnych subtelności i oglądania się na nieistotne szczegóły. Mężczyzna może pić i bić, ale ma zarabiać na dom i płodzić, kobieta ma być cicho, pudrować sińce, sprzątać, gotować, rozkładać uda i rodzić – wszystko inne nie ma znaczenia. Halina nigdy zresztą nie kryła, że chce mieć dziecko – wspominała o tym nie raz, niby mimochodem wzdychając melancholijnie wyrzekała, że większość jej koleżanek z podstawówki już pcha wózki ze ślicznymi bobaskami, podczas gdy ona wciąż nic – a ponieważ potencjalny dawca nasienia bardziej niż zapładnianiem zajęty był wypisywaniem dziwactw, które przeczyta może dwieście osób, znalazła inne rozwiązanie.

   Dawca nasienia, zdrowy, młody rozsadnik plemników – czy tym właśnie dla niej byłem? Nie obchodziła jej cała ta pokręcona literatura – no, może gdyby przyniosła jakiś dochód. Żeby choć raz dała mi do zrozumienia, że jest ze mnie dumna nawet jeśli dorobek ludzkiej myśli wykraczający choćby o milimetr ponad weselne przyśpiewki gładkich chłopców z Milano przedstawia dla niej tyle wartości co zeszłoroczny śnieg! Ale kiedy opowiadałem o tym, nad czym akurat pracuję, tylko obojętnie przytakiwała. Teraz już wiedziałem dlaczego – była zbyt pochłonięta marzeniami o wózku i pieluchach, w których z największą rozkoszą by mnie pogrążyła. Już nie mogła się doczekać, więc załatwiła sobie coś zastępczego.

   W końcu wróciłem. Znów zostałem usadzony na fotelu przed telewizorem, a Jolka ponownie zaproponowała mi herbatkę. Halina znów bawiła się z Marcinkiem w rzuty kostką, nie zauważywszy mojego przyjścia. Pozostali, mimo iż wiedzieli o kłótni – wyczułem to wyraźnie w ich suchych spojrzeniach – zajęli neutralne stanowiska, choć podejrzewałem, że prawdopodobnie specjalnie by nie żałowali, gdybym się teraz wyniósł. Może zresztą tak byłoby lepiej, może gdybym wyjechał tego popołudnia, nie doszłoby do katastrofy.

 

W niedzielę zjawiła się Dorota. Pierwszy raz spotkałem ją tamtego szczęśliwego lata w mieszkaniu Haliny, gdzie zatrzymała się na kilka nocy. Przyjechała, żeby zapisać się na studia na jakiejś prywatnej uczelni pedagogicznej. Znały się od podstawówki, potem razem kończyły szkołę krawiecką, po której Dorota zrobiła jeszcze wieczorowe liceum. Była wygadana i – jak zdążyłem się zorientować – nienajgorzej oczytana. Pisywała też wiersze, których cały brulion przywiozła ze sobą do Warszawy. Oczywiście poprosiła mnie o rzucenie na nie fachowym okiem. Były trochę zbyt egzaltowane, zbyt natrętnie operowały śródziemnomorską symboliką, ale ogólnie rzecz biorąc kryły w sobie pewien potencjał. Całe tamto popołudnie przegadaliśmy o Herbercie, ale choć faktycznie dobrze znała jego twórczość, nie mogłem się oprzeć niesmacznemu poczuciu, że żonglując tytułami i cytatami, po prostu przede mną szpanuje. Zyskałem co do tego pewność, gdy zaczęła się chełpić, że podczas ostatnich targów książki – specjalnie przyjechała na nie do Warszawy, co potwierdzała nawet Halina – rozmawiała z jego żoną i dostała od niej autograf na egzemplarzu Epilogu burzy.

   Halina nie wcinała się do pogawędki. Ilekroć zaczynałem w jej obecności mówić o literaturze, nastroszała się i uciekała w głupkowate żarciki. W ten sposób radziła sobie zresztą z większością przerastających ją spraw, a im bardziej czuła się niepewna – literatura stanowiła pod tym względem istne lotne piaski – tym szczelniej zamykała się w tej prześmiewczej skorupie. Na początku starałem się zasypać ziejącą między nami intelektualną przepaść, podsuwałem jej książki, które uważałem za godne poznania, ale zwykle napotykałem na mur, więc w końcu przestałem. Jednak wtedy brnąłem w tę pożałowania godną szermierkę z pełną premedytacją, mimo iż zdawałem sobie sprawę, że jest beznadziejnie kołtuńska. Czy robiłem to, żeby ukarać Halinę, bo podświadomie chowałem do niej żal, iż okazała się impregnowana na moją pracę u podstaw? Bo nie była aż tak subtelna jak sobie ją wyobrażałem, jak chciałem ją widzieć? Tamtego dnia miałem poczucie, że w jakimś sensie ją zdradzam, i to na jej oczach, ale mimo to pozwalałem się Dorocie wciągać w ów irracjonalny muł coraz głębiej. W październiku dałem się sprowadzić na samo dno. A najgorsze, że wcale nie chciałem przerywać spadania.

   Przyniosła jakieś zagraniczne pisemka o modzie, które chciała pokazać Halinie, ale ta wymówiła się koniecznością pilnowania Marcinka, po czym zostawiła nas samych w pokoju. Czułem się już poważnie chory, telepały mną zimne dreszcze i prawie nie mogłem mówić. Dorota zaczęła mi pokazywać fotografię i coś mętnie tłumaczyć. A pachniała tak cudnie, była tak ciepła, wyrozumiała, tak poetycka, inteligentna, pełna akceptacji dla tego co robiłem i nie skora do ekspresowego zakładania rodziny z niedorozwiniętym dzieckiem w charakterze spoiwa, że mimo zatapiających mnie fal gorączki, pochylałem się coraz niżej nad rozłożonym na jej kolanach żurnalem i jednocześnie coraz bliżej jej ust. Aż w końcu przytuliliśmy się i już mieliśmy się pocałować, kiedy w pokoju zjawiła się Halina. Nie mogła nie widzieć naszego zbliżenia – prawdopodobnie dostrzegła na co się zanosi już z kuchni – a jednak z premedytacją udała głupią. Przez następną godzinę ostrzeliwaliśmy się drobnymi złośliwostkami. Dorota wciąż siedziała na fotelu obok mnie, próbując co jakiś czas nieśmiało uspokajać Halinę, co jednak tylko potęgowało burzę. Halina była teraz wszystkim co w niej najgorsze i potrafiłem się zdobyć w stosunku do niej jedynie na wstręt – nic już nie pozostało z oczarowania w Karaluchu, maski opadły, prawda zaś była żałosna.

   Kulminacja dramatu, a właściwie ponurej groteski, jaką był cały ten poroniony weekend, nastąpiła wieczorem. Jolka nieoczekiwanie przyprowadziła kumpla Haliny i Doroty ze szkolnych czasów, którego nazywali Norek, bo był podobny do postaci z jakiegoś serialu, którego ja trawiący czas na czytaniu oczywiście nie znałem. Przyniósł piwo, więc wszyscy usiedli przy rozłożonej ławie, matka Haliny zrobiła kanapki, znalazł się też kieliszeczek domowej nalewki. Kiedy towarzystwo miało już dobrze w czubie, a gęsty jak smoła papierosowy dym piekł mnie w oczy, ktoś rzucił przyjęte entuzjastycznie hasło do gry w butelkę. Flaszka po piwie poszła więc w ruch i po którejś kolejce wskazała na Halinę. Jakby tylko na to czekała – zarżała półprzytomnie, po czym bełkotliwym głosem wyraziła życzenie, by Dorota usiadła mi na kolanach. I usiadła – była cholernie ciężka, lecz nie pozwoliłem jej zejść, a ona nie oponowała.

   W końcu Halina – spocona, purpurowa na twarzy i z tępo iskrzącymi oczami – usiadła na kolanach Norkowi, objęła go za szyję i zaczęła się z nim umawiać na kawę. Wtedy Dorota nieznacznie poruszyła tyłkiem. Odpowiedziałem wyrzutem bioder, następnie objąłem ją i przyciągnąłem mocno do siebie. Kołysaliśmy się w rytm piosenki lecącej z odtwarzacza przy oknie. Nic mnie już nie obchodziło, zatracałem się, osuwałem w lepką czerń, odpływałem, migotałem. Opamiętałem się dopiero, gdy Halina powiedziała Dorocie, żeby z nią wyszła, wtedy też dotarło do mnie, że już od dawna nikomu nie jest do śmiechu. Włożyły kurtki i znikły w sieni. Po kwadransie wciąż ich nie było, więc nie mogąc dłużej wytrzymać udawania reszty, że nic się nie stało również wyszedłem na podwórko. Zobaczyłem je na tyłach domu – kucały przy ścianie, paliły papierosy jak dziewuchy kryjące się pod szkolnym śmietnikiem i dobijały targu, którego obiektem byłem ja. Chwyciłem palcami za oczka ogrodzenia i mocno ścisnąłem.

   Dorota już nie wróciła. Po wyjściu Norka, przewietrzeniu, pozmywaniu i pościeleniu łóżek zmierzyłem się z najgorszą nocą mojego życia, podczas której między duszącymi zrywami mokrego kaszlu próbowałem sklejać coś co być może nigdy nie miało prawa istnieć. Wciąż buzował w nas alkohol, więc byliśmy jak na haju – obejmując się, pieszcząc, płacząc i liżąc z łapczywością kotów szarpiących zdechłą mysz prześcigaliśmy się w namiętnych wyznaniach wiecznej miłości i gorących zapewnieniach, że przetrwamy wszystkie przeciwności losu. Halina przez łzy błagała mnie, żebym skończył studia i zrobił wielką karierę, obiecywała, że mi w tym pomoże jak tylko będzie umieć – będzie przepisywać na komputerze moje wiersze, będzie ze mną jeździć na spotkania z wielbicielami, odczyty, wykłady na zagranicznych uniwersytetach i po odbiór najbardziej prestiżowych nagród, o jakich może śnić pisarz – ja przysięgałem na wszelkie możliwe świętości, że dam jej wszystko, o czym tylko marzy, będziemy podróżować, zbudujemy piękny dom i wychowamy w nim dzieci, i będę ją kochał aż po ostatnie tchnienie. Jolka musiała mieć niezły ubaw słuchając tego pijackiego strumienia świadomości. Ale wtedy o tym nie myślałem. Liczyło się tylko to, że choć okazałem się ostatnim łachudrą, ona mnie nie zostawi. Nie zostawi mnie!

   Rano było po wszystkim. Obudziłem się wstrząsany gorączką i kacem, Halina ubrana we flanelową koszulę, dżinsy i z brudnymi, nieuczesanymi włosami była w kuchni z grzecznym jak nigdy Marcinkiem. Na stole czekała letnia kawa, dwie aspiryny i kanapki z wędliną i najbardziej przesolonym pomidorem, jakiego kiedykolwiek zdarzyło mi się jeść. Była dokładnie taka jak wtedy w akademiku – okopana w niedostępnym szańcu, daleka, zakleszczona. Nie chciała rozmawiać ani o wczoraj ani w ogóle o niczym, zaś na moje pytania odpowiadała oschłymi równoważnikami zdań. Wykręciła się od odprowadzenia mnie na dworzec, choć na pożegnanie wręczyła mi zawinięte w folię aluminiową bułki z żółtym serem, pocałować się jednak nie pozwoliła.

   Kiedy z niedomykającą się dłonią i doszczętnie rozbity wróciłem marząc tylko o śnie, Teresa już czekała z zupą. Po obiedzie przegadaliśmy resztę popołudnia, słuchając Starego dobrego małżeństwa i jedząc lody. Nie sądziłem, że można być tak otwartym wobec kogoś, kogo zna się zaledwie tydzień. Teresa cierpliwie wysłuchała mojej melodramatycznej elegii o upadku i stracie, po czym zrewanżowała się obszerną opowieścią o sobie i tajemniczym filozofie poznanym ostatniego lata, a już przysparzającym jej rozterek. Znów człowiek goniący wiatr – podsumowała we właściwy dla siebie malowniczy sposób – nie wiem dlaczego, ale od zawsze ich przyciągam. Tragiczni poeci, czarne dusze, gówniarze, którzy twierdzą, że mnie kochają, a potem wstępują do zakonu. Tak, drogi Michale, taki mój los na ziemi. Drogi Michale – ta patetyczna forma, która u kogo innego tylko by mnie rozśmieszyła i kazała poddać w wątpliwość stan jego umysłu, w jej ustach, z których co rusz wyfruwały tęczowe motyle, błękitne ptaki oraz brzemienne kresową tęsknicą i wielokropkami westchnienia, wydawała się zupełnie naturalna. Ja też taki jestem – odrzekłem. Pokiwała głową w zadumie, w którą zdarzało jej się wpadać równie często co nieoczekiwanie.

   Mniejszy z dwóch pokoi niegdyś mój, teraz przeistoczył się w jej obwieszoną pocztówkami czarodziejską górę, a przeciągające się do późnej nocy nasiadówki stały się tradycją. Przynosiłem świeżo napisane wiersze, Teresa zaś odczytywała je na głos, w którego miękkiej koloraturze autentycznie się zakochałem. Uwielbiałem słuchać jak czyta – cała uniesiona rytmem słów, jaśniejąca. Dzięki niej zaczynały żyć, kiełkowały. Dopiero po przejściu chrztu w jej ustach, uznawałem, że wiersz jest skończony. Tylko jej wolno było poddawać krytyce, skreślać dłużyzny i napiętnowywać – jak to nazywała – nadmiar strzelistości. Tylko przed nią potrafiłem otwierać duszę, a jako że po rozstaniu z Haliną sporo się w niej działo, odczuwałem przymus równie częstego jej rozdrapywania, co słuchania poezji.

   W czerwcu się wyprowadziła. Wiedziałem, że to nastąpi, sam przecież pomagałem jej szukać, ale nie umiałem jeszcze do końca przyjąć tego faktu do wiadomości. Udało nam się znaleźć samodzielny pokój za rozsądną cenę u przemiłej staruszki z lekkim hyziem na tle bezpieczeństwa, którego nabawiła się podczas powstania. Z pokoju, który znowu mógł należeć do mnie, zniknęły pocztówki, z łazienki szybko wywietrzał miodowy zapach kosmetyków. Przestał zawodzić Krzysztof Myszkowski, a wraz z nim odeszły duchy Steda, Bellona i Leśmiana, których nie byłbym w stanie, ani też nie chciałbym wskrzesić – to był jej wkład w magię miejsca i bez niej utraciły swoją moc. Coś się zerwało i oto nagle za dużo zrobiło się wokół mnie tej pustej przestrzeni wypełnionej chłodną, lepką ciszą, z którą na powrót byłem zmuszony się zaprzyjaźnić. A więc tak wygląda absolutna wolność – mówiłem sobie – jest bezwładnym dryfem po obojętnych falach.

Comments

One Response to “Marcin Królik: Przełomy jesieni”

  1. admin on wrzesień 3rd, 2009 18:58

    Autor publikował już w naszym serwisie, zainteresowanych odsyłam do opowiadania “Sikoreczka”

Leave a Reply