Katarzyna Gondek: Trzecie osoby (miniatury)

KARUZELA

Stoi przed lustrem, a przecież powinna klęczeć nad kiblem. Strasznie jej niedobrze.
A jednak stoi i próbuje zajrzeć sobie w usta.

Obraz chwieje się i pełza po gardle. Za długo tu siedzi. Stoi. Przed lustrem. Chociaż chce jej się leżeć, nawet na podłodze.

Patrzy w tunel rozmazanych warg. Za dużo piła. Za drzwiami gęsta muzyka, tańce i piski. Ona zamknęła się w łazience. Niech się dobijają. Jest zajęta. Gapi się w usta.

Przez cały wieczór czuła, że coś tam jest. Coś się ciśnie w gardle. Piła żeby to przełknąć. Gadała z kim się da, żeby wypchnąć. A jednak tkwiło mocno osadzone. Dała się nawet oprzeć o ścianę i wepchnąć sobie w usta cuchnący jęzor. Rozwarła wargi tak szeroko, że ten obcy, spocony gość prawie w nią wleciał. Zachęcała, by przy okazji wygrzebał z niej to coś, co tkwi i przeszkadza. Ale koleś nie chciał. Wolał się pieprzyć i strasznie ją usmarował.
A teraz ona, cała rozmazana, wbija oczy w odbite lustrem usta. No już!

I wreszcie!

Widzi jak pełznie do niej po języku i macha maleńką ręką. Dzielne różowe ciałko. Ociera się pieszczotliwie o ściany policzków. Łasi się po nierównościach języka. Takie odważne. Przypełzło tu aż z brzucha. Zdolne. Szybciutko się życia nauczy. I pomyśleć, że chciała się go pozbyć. Pomyśleć, że pozbyła się przecież dzisiaj rano, za tysiaka, czyli promocyjnie.
A może to nie ona tylko jej siostra? Może koleżanka? No nie ważne, przecież ono jest, zbliża się i rośnie. Ona się nim zajmie. Jest kochane.

– No chodź, chodź – kusi starając się nie połykać śliny.

Podaje mu rękę i prosto w odbitą taflę twarzy wybucha gęstą falą wymiocin.

Znowu nie udało się zatrzymać karuzeli.

RÓŻOWA MURAWA

– Nie mam teraz czasu, przegrywamy – rozłączył się głuchy na pojękiwania
niepotrzebnej żony.

Po co mu ona, skoro nie ma dla niej ani pożądania, ani miłości. Od początku wiedział, że to się nie uda. Ona tyła z dnia na dzień, jemu stawał na widok kolegów z szatni. Rzucił dla niej piłkę. Idiota. Na tym jednym w życiu na prawdę mu zależało. Nie był dobry, ale dobrze mu było na murawie. Lubił się porządnie zziajać. Teraz, idąc w wiek i łysiejąc, gapi się na chłopaków i ssie tłustą wargą zużyty ołówek. Pisze do lokalnej, a potem strzepuje się w męskim kiblu. Wącha pot. To go bierze jak murawa. Ludzie go czytają, bo podobno pisze z mięsem. Serce ma do piłki.

A ona czego właściwie chciała? Jego chłopaki przegrywają 2:3, a ta się pyta: kasza, ryż, czy ziemniaki. Każe wybierać, bo jej to obojętne. Byle czym się zapcha. Nawet dzwoniąc dojadała wczorajsze.

I pomyśleć, że jego kiedyś trener reprezentacji zapraszał na spacery. Że się ściskał
z najlepszymi. Potem tych wszystkich, co się lubili spotkać z chłopakami wyrzucili za niemoralność. On się uchował, bo go ta jego baba po pijaku zaciągnęła do łóżka. To był mecz, tak swoją drogą! Po takiej akcji to i z babą można spać. No ale dzieciak mu wylazł z tej pijanej spermy. Też tłusty. Boiska na raz nie przebiegnie. Matematyką się woli zajmować dojadając resztki po matce.

–Dajesz! Dajesz! – drze się plując z podniety, bo chłopaki mają szansę na rewanżowego – Jak trafisz, to jutro wszystko rzucam w chuj i życie zaczynam od nowa – dopowiada sobie w rozpalonej głowie – Jezu! Jest! Gol kurwa panowie!

I zachwycony nowym początkiem świata odbiera wibrujący po kieszeni telefon, wybiera ziemniaki i telenowelę o 18:30, rzucając piłkę raz na zawsze w kąt. Po powrocie do domu przekonuje się, że żona wcale nie jest taka gruba, wręcz przeciwnie, talię ma jak oska, syn wbrew złudzeniom to kawał silnego chłopaka, który pod książką od matematyki chowa pismo porno i wtedy, jak to w życiu bywa, przez chwilę wszyscy żyją długo i szczęśliwie.

DAMA DO SNU

Nie ma w co się ubrać. Dziesiątki sukien wiszą przede nią, obrażone. Na ten występ, jak widać, żadna nie ma ochoty.

Instrument nie przyjmuje jej palców, ze wstrętem podkurcza klawisze. On też nie chce mieć z nią dziś nic wspólnego.

Nie wie o co poszło. Przedmioty brzydzą się jej i boją, jakby źle pachniała.

Buty uciekają w kąt. Dywany wstydliwie podwijają brzegi. Prysznic szoruje się po jej kąpieli.

Przeganiają ją. Bardzo chcą żeby sobie poszła, załatwiła TĘ sprawę i ewentualnie wróciła, jeśli to możliwe, w dawnej, znośnej postaci. Domowe sprzęty dąsają się, ale obiecują, robiąc przy tym nieszczere grymasy, że jak tylko zapach zniknie będzie mogła wrócić i stać się częścią domu. To śmieszne! Przecież to ona powinna nimi rządzić.

Oburzona, wychodzi na ulicę w starych dżinsach i koszulce, zza drzwi słysząc, jak cały dom oddycha z ulgą. Idzie do pobliskiego sklepu, gdzie ciepło i w pełnym zrozumieniu przyjmują ją w siebie tylko czarne sukienki i pantofle. Potem wybiera się po kwiaty, których głowy przytulają się współczująco do jej piersi i siada w chłodnym, wyrozumiałym na ból kościele, splatając kość w kość, marznące dłonie.

– Połóż się – szepczą wiszące nad jej głową organy. To miłe, że się troszczą. Dziękuje. I umęczona wrażeniami, spokojnie udaje się na drzemkę w wygodnym, pachnącym świeżym drewnem, pudle rezonansowym.

Comments

2 Responses to “Katarzyna Gondek: Trzecie osoby (miniatury)”

  1. 3 osoby / the 3 persons « Katarzyna Gondek =PORTFOLIO= on październik 26th, 2011 11:43

    [...] Katarzyna Gondek: Trzecie osoby (miniatury) [...]

  2. heksslele on grudzień 4th, 2011 13:26

    dobry poczatek

Leave a Reply