Daleko posunięta inspiracja

Teoretycznie jeszcze nie czas na pisanie o takich rzeczach,  z drugiej strony  jednak handel ani banki nie śpią i na ulicach widać już pierwsze oznaki świątecznego naciągactwa. Tylko patrzeć, jak ulice zaczną się mienić światełkami, żeby wzmocnić presję kupowania i wzmacniania się tym samym w dobrym, bo nie kryzysowym samopoczuciu. Samej mi akurat do niego daleko, ale nic to – przecież do końca roku wszyscy się muszą rozliczyć  (tu się szeroko nie uśmiecham, żeby nie zapeszyć).  Z racji finansowej zapaści olewam na razie to przyspieszone kuszenie, lecz na kino sobie nie żałuję, zwłaszcza że „Multikino” urządziło krótką promocję weekendową, oferując bilety za jedyne jedenaście złotych. No tom sobie poszła na „Listy do M.”, wracając w ten sposób  do kultywowanej ongiś tradycji zaliczania co roku filmu, którego akcja rozgrywa w Boże Narodzenie. Przerwałam ten wieloletni zwyczaj wyłącznie dlatego, że jakoś ostatnimi laty takich filmów dla dorosłych jakoś nie było. Czym się jednak nie przejęłam, bo kilka lat temu stałam się szczęśliwą posiadaczką DVD z „To właśnie miłość”, a ten film mogłabym oglądać na okrągło. Powstrzymuję się od tego jednak, by z przyjemnością przypomnieć go sobie w najbardziej stosownym, czyli ściśle świątecznym czasie.

Chciałam właśnie napisać, że w tym roku zrobię to dla porównania, ale w zasadzie nie muszę, bo to oczywiste, że filmowy polski kolaż „christmasowy” nawiązuje do dziełka Richarda Curtisa  I wcale się z tym nie kryje, vide plakat. Podtrzymując tym samym tradycję realizowania podróbek zachodnich hitów. Trudno mi komentować tę praktykę, przynajmniej przy użyciu jakichś świeżych argumentów, zostawmy to. W sumie bowiem nie było tak źle, łyknęłam, nawet się parę razy szczerze zaśmiałam i łza mi poleciała w miejscu, gdzie to scenarzyści mocno wykalkulowali. Nie przeszkadzał mi nawet Karolak, bo tym razem został idealnie obsadzony w roli złego św. Mikołaja, ani dzieci, choć z ich ilością chyba cokolwiek przesadzono, grały jednak bardzo przyzwoicie. Dorosła obsada też dawała radę: z przyjemnością popatrzyłam sobie na dawno niewidzianego Malajkata, który starzeje się mniej więcej jak Colin Firth, tj. zachowując wciąż istotę swojej przystojności. Ale tylko jedna osoba sprawiła mi swoją grą dziką rozkosz – młodziutka Anna Matysiak jako zblazowana nastolatka. Cudnie naturalna dziewczyna, aby się tylko nie znarowiła po serialach.

I jak to zwykle bywa, po wyjściu z kina włączyłam tryb krytykancki, dzięki czemu zobaczyłam wszystkie dziury w scenariuszu. Jak to się stało, że Doris (Gąsiorowska) bez pudła trafiła do domu Mikołaja (Stuhr), skoro w końcu nie zamówił wizyty świętego, a tylko sam strój bałwana, w którym wystąpił wcześniej? Tak samo bez pudła Melchior odnalazł porzuconą dziewczynę, która właśnie urodziła dziecko i z którą nie miał kontaktu  – co to był za problem kazać jej się przełamać i zadzwonić do niesfornego tatuśka, w końcu święta są czasem przełomu?. Jak Tosi udało się zwiać zimą, zaraz po tym, jak wlazła na lód, za co musiała dostać jakąś karę? Dlaczego zapracowany psycholog-negocjator nagle bez sensu siedzi przed swoim domem i czy rzeczywiście policja jest w stanie dorwać każdego potencjalnego samobójcę i dać psychologowi czas na zrobienie swojego? I dlaczego jego żona nie kojarzy, że jadą w kierunku miejsca, gdzie byli szczęśliwi? Wszystko byłoby do przeprowadzenia, gdyby całej akcji nie sprasowano do jednego dnia.

Najzabawniejsze były jednak wnętrza jak z durnych seriali, sugerujące niezły status finansowy bohaterów. Jasne, w przypadku dyrektorki rozgłośni czy modelki, to nie dziwiło, ale urocza chatynka Doris dorabiającej jako Mikołajka w centrum handlowym, wyszlifowane na błysk kawalerskiego gospodarstwo zapracowanego Mikołaja albo chałupa psychologa, gdzie w szafie wiszą całe trzy kiecki a reszta wypełniona jest wielkim pudłem z bombkami, które akurat są bohaterowi potrzebne?!  Ład w mieszkaniu alkoholiczki rozśmieszył mnie bardziej niż wszystkie inne dowcipy. No bywa, tylko tu mi się właśnie włączyły kadry z „To właśnie miłość”, gdzie wnętrza mówiły o bohaterach więcej niż to, że w sklepie z plakatami mogą sobie kupić stare postery z „Casablanki”.  Takie właśnie duperele świadczą o jakości oryginału i słabości imitacji.

Comments

Leave a Reply