Sukienka a różnica klasowa

Byłam dziś jedynym  widzem chętnym do obejrzenia „Jednego dnia”, ale czasy odsyłania tego typu dewiantów z kwitkiem na szczęście dawno już minęły. Ekranizację książki, która mi się podobała obejrzałam więc sobie w warunkach superkomfortowych. Żadnego popcornu chrupiącego nad uchem, żadnego zakatarzonego kinomana, co postanowił się dogrzać w cieple sąsiadki (dawno, dawno temu zdarzyła mi się taka sytuacja: puste kino, ja on i zaawansowana grypa, jaką postanowił się hojnie podzielić, obrzydzając mi doszczętnie przyjemności oglądania „Balu” Scoli). Tym razem więc tylko ja i oni, para, która nie może zejść się przed dwadzieścia lat.

Sądząc po zerowej frekwencji, książka Davida Nicholsa nie stała się u nas bestsellerem, a Anne Hathaway nie osiągnęła statusu gwiazdy, ale, powtórzę, brak towarzystwa mnie nie zmartwił nic a nic. Spłycenie dobrej powieści jednak i owszem. Film niby pokazywał wiele w obrazie (znów wspaniała dbałość o oddające status bohaterów wnętrza), lecz nie podkreślił wystarczająco tego, co zasadniczo różniło bohaterów. Statusu klasowego. Ta podstawowa dysproporcja nie została więc uchwycona przez recenzenta „GW”, który zapytał retorycznie, dlaczego właściwie bohaterowie tak się męczą. Ano, ano dlatego właśnie, że Emma Morley jest plebejuszką, a Dexter to chłopak z bardzo bogatej rodziny, niekoniecznie sprzyjającej tego typu związkowi, co zostało w filmie pominięte, bo być może dla widzów zachodnich było oczywiste. Że z dziewczyną z innej sfery taki złoty młodzian mógł się chcieć wyłącznie zabawić i to jest zresztą w pewnym momencie cynicznie proponuje.

W filmie znalazła się scena wesela, na którym Emma występuje w stylizowanej na chińską sukience. Na ekranie sukienka się pojawia, Annie po prostu ładnie w niej wygląda i tyle. W książce natomiast ubranie dziewczyny odgrywa bardzo istotną rolę. Ślub odbywa się nie w knajpie, tylko w pałacu, bo przyjaciółka wchodzi dzięki małżeństwu w dobrze sytuowaną rodzinę, bohaterki zaś nie stać na stosowną kieckę, jej chiński ciuszek wykonany jest nie z jedwabiu tylko z czegoś sztucznego, w czym Emma niestosownie się poci i w ogóle czuje się potwornie zażenowana z powodu swojego ubóstwa. Potem na dobitkę pruje się jakiś szew. Mocno to wygrane – że to jeszcze była inna mentalność, że potrzeba czasu, żeby bohaterka nabrała pewności siebie, której dodają jej pieniądze. I fakt, iż role się odwracają – to Dex traci kasę, musi się o nią płaszczyć u bogatych, gardzących nim teściów.

No i mamy w sumie taki komediodramat romantyczny osadzony na mocno materialistycznym tle,   w którym szydzi się z mitu Kopciuszka. Ale to raczej na piśmie niż na ekranie.

Comments

Leave a Reply