O tzw. nieśmiertelnych

Hanka Mostowiak już chyba odżałowana i jeśli żyje, to wyłącznie w dowcipach, którym jednak także nie można wróżyć zbyt długiego żywota. Aktorka grająca tę „kultową postać” pewnie się uwolni od gęby grając w dziesiątkach innych seriali. Nie to, co kiedyś Janusz Gajos przez całe lata pozostający Jankiem Kosem, a potem dla odmiany woźnym Tureckim z kabareciku Olgi Lipińskiej, czy Roman Wilhelmi vel Olgierd vel Stanisław Anioł. Dla tych wybitnych aktorów takie sklejenie z rolą czy dwiema to większe nieszczęście niż dla Kożuchowskiej, która od początku swojej kariery stawiała na lżejszy repertuar, wymagający raczej wyglądania niż zdolności.

Jednak nie chce mi się tracić czasu na „nieśmiertelną” Hankę, która przez miniony tydzień zdążyła jeszcze bardziej nie żyć. Ja o innej nieśmiertelnej od lat, o Marylin Monroe chciałam. Już zapowiadany jest film obrazujący jakiś epizod z jej dramatycznego życia, ale nic to przy dziesiątkach książek analizujących jej fenomen. Do którego bym się nie przyczepiła, gdyby nie oglądając zajawki albumu o Marylin, nie westchnęła szczerze: a co mnie właściwie obchodzi ta cała Marylin? Po kiego grzyba mam się wpatrywać w jej najbardziej znane albo – przeciwnie – niepublikowane dotąd zdjęcia. Że niby co w nich zobaczę. Że uchodząca za symbol seksu kobieta nie była głupią blondynką? Właściwie do tej kwestii sprowadzają się te wszystkie elaboraty podane w różnej formie. Ile właściwie miała IQ oraz czy zabiła się sama, czy też ktoś jej pomógł? Jak się okazuje, można to mielić w nieskończoność. Tę drugą kwestię, to jeszcze choć czy to po latach nie wszystko jedno? Czy nie wystarczy odpowiedź wyjęta z piosenki „Kabaret”, w przekładzie Młynarskiego bodaj, że zabiły MM „kurestwo, wóda i piguły”. Gorzej z tym literackim rezonansem mózgowym, z którym kompletnie już nie wiadomo, o co biega. Żeby czego dociec wpatrując się w fotki z lupą w dłoni: wypreparować z tego istotę seksualności z istoty, którą cechowała (ponoć) wyjątkowa siła seksualnego rażenia. I dorobić do tego teorię, że mężczyzn pociągał w Marylin także błyskotliwy dowcip. A może nawet – przede wszystkim jej cudowna osobowość, elokwencja, wrażliwość i takie tam, a biust z biodrem to były tylko dodatki. Hmm, te wszystkie teorie trącą mi jakimś straszliwym fałszem, próbą usprawiedliwienia się – nie jej.

Przejrzałam te pięć fotek z wyciągu reklamowego, wywaliłam wyciąg do kosza i niniejszym donoszę, że Marylin jara mnie z siłą wystarczającą  przeczytanie  jednej biografii, wszystko jedno na co kładącej nacisk, ale już nie na studiowanie przez godzinę jej nosa, piersi, nóg i reszty nieśmiertelnych cudowności nie wiedzieć czemu sztucznie przytrzymywanych przy życiu.

Comments

Leave a Reply