Szpieg w zaułku.

Na początku szybko donoszę, że niedawno ukazały się „Zaułki zbrodni” (Wydawnictwo Dolnośląskie). plon warsztatów organizowanych w ramach MFK, na których to warsztatach pojawiło się także sporo kursantów wyróżnionych na festiwalu opowiadania. Opowiadania trójki z nich trafiły do zbioru: Joanny Marat, Joanny Pachli i Krzysztofa Sowika. Irek Grin doliczył się trzech antologii powarsztatowych, jakie wyszły w tym roku, co jest żywym dowodem na to, że owe kursy nie są sztuką dla sztuki.

Także jesienią W.A.B. zawróciło z emerytury Kurta Wallandera, przypominając cztery opowiadania, pokazujące komisarza jeszcze w pełnej formie zdrowotnej. Opowiadanie tytułowe, „Piramida” to właściwie powieść, o połowę jednak krótsza od klasyków Mankella. Mnie najbardziej ujęło pierwsze w zbiorze opowieść o młodziutkim krawężniku, który marzy o pracy w kryminalnych i dlatego prowadzi śledztwo na własną rękę. Jeszcze jest nieporadny, jeszcze dostaje bury za zbyt wolne myślenie, ale już zdradza niemały dryg do rozwiązywania zawiłych zagadek. Jedna rzecz mnie w tym zestawieniu ubawiła – nieomal w każdej z miniatur Wallander zostaje czy to pobity, czy poraniony. To nie był zbiór pisany jednym ciągiem, złożyły się nań utwory pisane przez ileś tam lat, więc się może pisarzowi zapomniało, że w zasadzie biedny Kurt nie powinien obrywać w każdym odcinku. Z drugiej strony przypomina mi się pierwszy sezon szwedzkiego serialu, do którego Mankell pisał scenariusz i nieznośna powtarzalność schematów fabularnych: sprawca to cudzoziemiec, mści się za jakieś sprawy z przeszłości i na koniec popełnia samobójstwo. Kto nie wierzy, niech sobie to obejrzy jedno po drugim, jako i ja to zrobiłam (kupiłam ów sezon w pakiecie na DVD), lekko zdumiona, że tak w ogóle można. To znaczy można układać rebus z tych samych klocków i serwować te rebusy jeden po drugim.  W „Piramidzie” tak się na szczęście nie dzieje, zagadki ciekawe, zwłaszcza ostatnia, gdzie też najlepiej się Mankell prezentuje jako pisarz.

I jeszcze z filmowego podwórka – „Szpieg”. Wszyscy się już rozgadali, dlaczego taki genialny, więc zadowolę się jedynie wzmianką o pewnym błędzie obsadowym (ale nie będę świnią i nie zdradzę nic więcej), oraz pochwałą dla sekwencji pływania w rzece. Ewidentnie zimnej i mętnej, jak sytuacja, z którą mierzy się Smiley, kapitalnie zagrany przez Oldmana. Gdyby pływał sam, pomyślałabym, że bohater chce się w ten sposób skoncentrować, pobyć w miejscu, gdzie nie sposób go podsłuchać. Ale w rzece mętnej i zimnej pływają również inni. Koledzy? Potencjalni wrogowie? Nigdzie nie można się poczuć bezpiecznie, co da się pokazać właśnie tak, zupełnie nienachlanie.

Comments

Leave a Reply