Łukasz Dynowski: I ap, ap

Pada i pada

jabłko po jabłku, Uradowany tą ulewą wyciąga, pstryk, zdjęcie. Ładne, mówi i ą zaraz bębniarze, których pełno, bo jedenasta pięćdziesiąt dziewięć. Dwunasta,

pada i pada

bęben po bębnie, Uradowany tą ulewą wyciąga jabłko przez ziemię wciągnięte. Smaczne, mówi i ooo zaraz w głowie, bo dwunasta jeden. Jabłka na ziemi, nad nimi drzewo, na nim jabłko, nad nim Uradowany. Już mniej. Przygląda się, wieje wiatr.

- oho, oo, ee – pozdrawiają go bębniarze.

–  oho, oo, ee? – dziwi się jabłkom na ziemi, nad nim drzewu, na nim jabłku.

–  dziwne – dodaje i

do domu, dzwoni, nie będzie go w pracy.

–  Nie będzie mnie w pracy.

Z domu, jabłka, o na drzewie, bębniarze.

–  Nie będzie w pracy – jeden z krzyczy, Uradowany

dziwi się, jabłkom i jemu, że on wie, że jak, że on tu, a on tam, jak więc. Nie zawraca sobie tym głowy.

Pada i pada

nie będzie w pracy po nie będzie w pracy, przez bębny niesione. Zawraca sobie tym głowę. I zaraz znowu nie. I zaraz

po piłę idzie, z piłą idzie. Ciąć będzie – to zdziwienie tego wymaga, więc

pada i pada

drzewo po drzewie, trzaskiem na końcu łamane, bębnom pracę zabierającym. Niektóre z tych efektów trzasku traktuje sobie jeszcze nogą, niektórym odradza takie pewnego rodzaju zachowania. Jednego zrobiło mu się szkoda i przetoczył go na drugą stronę. I ściął gałęzie. I wyrwał korzenie.

Wisi jabłko, sąsiad

–  egh.

–  chory?

–  zdrowy.

Wisi jabłko.

Pali gałęzie ścięte, chce się zabrać za rozebranie schodów, ale potem mógłby po nich chodzić w kółko na jednym poziomie. To nie, to

ogrodzenie rozbiera, się zabiera, ściąga, szlifuje, przykłada kawałek metalu do kawałka metalu i jeździ, piszczy, bębnom rytm zabierając. I zabiera siatki wszystkie ogrodzenia i

pada i pada

bębniarz po bębniarzu, wlewają się przez płot, wisi i wisi, bębnami niosąc. Jakby nie wiedział. Wie i je wiatr. I on przed nimi, bębnami, tłukącymi mu i tak utłuczone wnętrzności. Cofając się wymiotuje. Cofając się cofa do drabiny. A obok  –  jabłka na ziemi, nad nimi drzewo, na nim jabłko, nad nim Uradowany. Już ani trochę. Przygląda się, wieje wiatr.

Pada i pada

uradowany na ziemię, przez wiatr i bębny strącony, szyją na piłę, szyja trzaskiem łamana, ale cichutkim.

–  oho, oo, ee – dziwią się bębniarze uradowanemu na ziemi.

Jednemu zrobiło się go szkoda i przetoczył go na drugą stronę.

Łukasz Dynowski

Comments

One Response to “Łukasz Dynowski: I ap, ap”

  1. admin on grudzień 18th, 2011 13:52

    To drugie opowiadanie Łukasza Dynowskiego w naszym serwisie.

Leave a Reply