Jak nie zostać zabitym przez Gwiazdora

Najgorszy przedświąteczny czas zacznie się dopiero od jutra, kiedy to wszyscy ruszą po świeżą żywność, ale już teraz za miło nie jest: tłumy w sklepach, kolejki przy kasach, ścisk, przepychanki wózkami i łokciami, amok w oczach. I ogólna nienawiść do bliźnich, którzy nam utrudniają przygotowania do celebry. Szczególnie mocno odczułam ją nie tyle w sklepach, bo nie robiłam jakichś wielkich zakupów, ale na wrocławskich ulicach, ze strony kierowców. Zastanawiam się jednak, czy tu w ogóle można mówić o jakichkolwiek negatywnych czy pozytywnych uczuciach, czy też o takim skoncentrowaniu się na celu – czyli dojechaniu gdzieś tam, znalezieniu miejsca na parkingu, zdążeniu przed zamknięciem centrum handlowego, że się nie dopuszcza do siebie myśli o czymkolwiek innym. O kimkolwiek. Oni, mówię „oni”, bo poruszam się pieszo lub tramwajami, po prostu nie widzą sygnalizacji świetlnej, ludzi, którzy ostrożnie drobią po śliskiej powierzchni, starając się zmieścić w krótkim czasie, kiedy mają zielone, nie wywalić, nie upuścić góry zakupów. Jak tylko mają okazję, tarasują zebrę, albo przemykają przed nosem tych upośledzonych bezkółkowców, albo zgoła nie dają im szansy przejść.

Nic  w tym nie ma odkrywczego, jasne.  W stwierdzeniu, że w tym przed-świętym czasie jesteśmy wyjątkowo okropni dla obcych. Zmęczeni, zabiegani, agresywni itd.  Literatury też w tym żadnej nie ma. Ale mogłaby być. Tak sobie obserwując któregoś z rzędu króla szosy lekceważącego przechodniów, kleiłam w myślach historię, która nie ma nic wspólnego z sielskimi bajeczkami bożonarodzeniowymi. Że się oto kierowca płci dowolnej wtranżala na pieszego, zabija go, a że wina ewidentnie leży po jego stronie, ląduje w więzieniu. Odpuśćmy sobie artystyczny wyraz, nie w tym rzecz, tylko w cudownym prezencie, jaki podarowuje się  własnej rodzinie.  I na te święta, i na Wszystkich Świętych, na wszystkie możliwe uroczystości religijne czy świeckie, na które się gna, albo które się bezrozumnie celebruje. Wystarczy. Trochę wyobraźni wystarczy. I dobrego nastawienia do tej reszty świata, która nam kompletnie wisi. Sama się staram miło zachowywać, może mi łatwiej, bo wiem, że nikogo nie mam szansy staranować, już nawet nie wypełnionym po brzegi wózkiem, ale fakt, faktem, coraz bardziej mi zaczynają wisieć same święta. Przynajmniej w tym czasie, kiedy wszyscy je obchodzą. Fajnie będzie celebrować to  wiszenie w towarzystwie „Tajnego dziennika” Mirona Białoszewskiego, którego wydruk już dostałam w prezencie od Znaku (reszta świata dostanie go w lutym). 1000 stron świątecznej uczty. Karp się przy niej chowa. Zresztą lubię karpie i dlatego ich nie jem.

Comments

Leave a Reply