Jawna zapowiedź “Tajnego dziennika” Białoszewskiego

Wyrwałam go od wydawcy, czyli Znaku, jeszcze przed świętami (w kartkach, jest ich 921). Czytam już w tym. Z dziką przyjemnością, niezbyt osłabioną przez świadomość, że to jednak potrawa nie dla wszystkich i że dla niektórych może się okazać istną „Mironczarnią”. Ale dla mnie jest kopalnią najżywszej polszczyzny, cudownego ekscentryzmu (który nie stanowi cechy osobniczej jedynie samego autora), neuroz, humoru i zadziwiająco przenikliwych diagnoz czy spostrzeżeń. Świetna lektura, w jakimś sensie paradoksalna, bo sam Białoszewski odnotował, że w zasadzie niedużo obcuje z książkami, bo czytanie „ubiernia”, „za bardzo wyłącza z rzeczywistości”. Cóż, wypada mi tylko stwierdzić, że znam zajęcia, które ubierniają jakoś bardziej głupio, nawet nie „jakoś” tylko znacznie bardziej, i na zachętę przepisać mały fragment.

Oto Białoszewski odwiedza małżeństwo Sławińskich, już właściwie klasyków teorii literatury i rozmawiają o pisaniu, a właściwie różnicy między poezją i prozą.

Ja: (…) Do wiersza trzeba być bardziej sprężonym… A prozę… Prozę – jak jest jako tako – można zawsze pisać.

Sławińska – To jednak wiersz wymaga większego skupienia, jest trudniejszy?

– Chyba tak, trudniejszy jest. Pisanie prozy ja czuję jak ładowanie worów z czymś, tyle technicznej roboty, tyle stron, przepisywań, jakbym dźwigał, przenosił na własnych plecach ciężkie wory. A wiersze, o, to można spacerować, zapisać pół stroniczki, układać w pamięci, iść do okna. To takie więcej pańskie zajęcie.(…)

I znów o tych słowach. Sławińska.

– Słowa „siuplet” w prozie by pan jednak chyba nie użył?

– Nie. W poezji słowa więcej znaczą, jest ich mniej, jak pączki w luźnym maśle, ma się do nich większe wymagania. Więcej się w słowa ładuje. W prozie słów jest dużo, jakby było za dużo wymyślnych dźwiękowo, obtaniłyby się nawzajem. W prozie słowa są w tłoku, ocierają się o siebie i ścierają.(s. 400)

I jeszcze dalej, ale chyba na zasadzie cytatu z kogoś: „Co to jest literatura? – doznanie estetyczne plus dystans”. Przypomniało mi to moje wypracowanie na egzaminie, przepustkę na studia polonistyczne temu właśnie zagadnieniu poświęconą. Za diabła już nie pamiętam, co tam wtedy napisałam, pewno dzisiaj miałabym z tego niezły ubaw, a wspominam , bo jestem ciekawa, co by było, gdybym się bezczelnie ograniczyła do takiego właśnie zdania z niewiadomo do końca kogo. „Tajny dziennik” Mirona Białoszewskiego przechowywany był wtedy jeszcze w utajnieniu oczywiście, ale już w lutym będzie dostępny dla wszystkich zainteresowanych.

Comments

Leave a Reply