Bogdan Prejs: Szukanie

(Fragment większej całości)

Minęło kilka dni, a Maciej nie dawał znaku życia. Zaczęło mnie to irytować, tym bardziej, że naczelny znowu napomknął o tekście.
Prosto z pracy podjechałem samochodem na Żwirki i Wigury.
Zapukałem raz. Nic. Drugi. Trzeci. Kilka razy uderzyłem pięścią. Żadnej reakcji.
- Kogo pan szuka?
W uchylonych drzwiach mieszkania naprzeciwko stała stara kobieta. Niska, przygarbiona, siwe włosy, twarz w pajęczynce, nad lewą brwią wielki nabrzmiały czerniak. Ziemista cera. Zmęczone smutne oczy.
- Człowieka, który tutaj mieszka. Nie widziała go pani?
Nie odpowiedziała. Tylko patrzyła przenikliwie.
- Zauważyła go może pani w ostatnim czasie?
Znowu chwila ciszy, po czym zamknęła drzwi. Dziwaczka.
Odwróciłem się i zastukałem jeszcze kilkakrotnie. Nacisnąłem klamkę raz i drugi. Nic.
Wyszedłem na zewnątrz. Mieszkanie na parterze, ale okna na tyle wysoko, że musiałem stanąć na palcach, by sięgnąć głową nad parapet. Zastukałem w jedno, później w drugie, ale raczej dla spokoju sumienia, że próbowałem, bo mieszkanie z pewnością było puste. Z pewnością? Nie wiem, czy to sugestia, czy może przywidzenie, ale nagle wydało mi się, że widzę jakiś cień za firanką. Trzasnąłem jeszcze raz w szybę, aż zadźwięczała słabo osadzona w futrynie. Wbiegłem do klatki schodowej i nacisnąłem klamkę. To samo, co przedtem.
Schodziłem powoli po schodach, gdy usłyszałem za sobą:
- Proszę pana.
Ta sama kobieta w drzwiach.
- Nie ma pan co pukać, tam nikt nie mieszka.
- Jak to, nikt nie mieszka? Maciej Malicki mieszka, taki pisarz.
- Nie mieszka, mówię. Od pół roku jest puste, odkąd poprzedni właściciele zginęli.
- Zginęli?
- Gazem się podobno zatruli. Sąsiad z góry ich znalazł. On i ona leżeli w łóżku, dziewczynka na fotelu, a syn na podłodze w przedpokoju. To była wielka tragedia.
- Niesamowite!
- No i od tamtego czasu nikogo nie ma. Mieli komuś przydzielić, ale wszyscy się boją przyjść tu mieszkać. Dlatego puste. Niech pan zapyta u sąsiada u góry – poradziła.
Poszedłem pod wskazany adres. Otworzył starszy mężczyzna. Potwierdził.
- Panie, to była wielka tragedia – powiedział jak tamta kobieta. – Niektórzy mówią, że ten ojciec specjalnie odkręcił gaz. Mieli podobno kłopoty. On bez pracy, ona chora. Tylko dlaczego dzieci ze sobą zabrali? Po co? Co one zawiniły? Przynajmniej tyle dobrze, że to wszystko nie wybuchło, bo cały blok by wyleciał w powietrze.
- Podobno pan ich znalazł.
- A znalazłem, to racja. Wychodziłem rano i jak przechodziłem obok ich drzwi, to poczułem, że śmierdzi gazem. Zapukałem, a później wszedłem, bo nie były zamknięte na klucz. Normalnie bym tego nie zrobił, a wtedy mnie chyba coś tknęło. Dobrze, że światła nie zapalałem.
- Bardzo dobrze – pochwaliłem go.
- Wiem przecież. Wszyscy się teraz boją tam wprowadzić, dlatego to mieszkanie stoi puste. Z tym drugim pewnie będzie podobnie.
- Z jakim drugim? – nie zrozumiałem.
- Z tym naprzeciwko. Starsza kobieta tam mieszkała. Samotna.
- Naprzeciwko?!
- Naprzeciwko. Córka ją znalazła tydzień temu. Mówię panu, kobieta klęczała na podłodze ze złożonymi rękami, jakby się modliła. Nieżywa, a ciągle klęczała, nie przewróciła się.
- Widział pan to?
- Nie widziałem, ale ludzie opowiadali.
Nic z tego nie rozumiałem:
- Przecież ja przed chwilą rozmawiałem z jakąś starszą kobietą, która była w tym mieszkaniu!
Spojrzał jak na wariata.
- Tam nikogo nie ma, mieszkanie jest zamknięte, nikt nie ma prawa wchodzić do niego. Policja tak mówiła – powiedział.
- Niska, przygarbiona, siwe włosy, pomarszczona twarz, nad lewą brwią wielki nabrzmiały czerniak – opisałem mu szybko staruszkę.
Obruszył się:
- Przecież tamta dokładnie tak właśnie wyglądała. Żarty pan sobie ze mnie stroi? Nie wypada, naprawdę.
- Wcale nie żartuję, dopiero co przed chwilą z nią rozmawiałem, nawet mnie skierowała do pana!
W odpowiedzi trzasnął drzwiami.

●●●

Nie pojmowałem tego wszystkiego.
Zmarła – nie zmarła. Puste mieszkanie po rodzinie.
A może ja po prostu pomyliłem bloki? Stoją dwa obok siebie, identyczne, więc źle zapamiętałem? Niewykluczone, że Maciej po prostu siedzi w tym drugim zajęty pisaniem książki, bo wena go naszła. Zamknął się i nie wychodzi, a każdy myśli, że wyjechał.
Poszedłem tam.
Nacisnąłem dzwonek. Przez zamknięte drzwi usłyszałem melodyjkę. Charakterystyczna, z „Love story” albo z „Ojca chrzestnego”, zawsze mi się mylą.
Po chwili otworzyła kobieta. Jeszcze niemal młoda. Prawie ładna. Włos zmierzwiony. Koszula nocna, a może raczej halka. Krótka. Oj bardzo krótka. Prześwitująca i przyciągająca wzrok. Mój na pewno.
Wzrok kobiety dość błędny. Albo wcześnie się kładzie spać, albo raczej dopiero co wstała z łóżka.
Popatrzyła bez słowa.
- Przepraszam, pomyliłem mieszkania – speszyłem się.
Jakby nie słyszała. Odchyliła głowę i spoglądała na mnie bez najmniejszego zainteresowania. Wykrzywiła w grymasie usta.
- Jeszcze raz przepraszam – powtórzyłem.
Zrobiłem krok do tyłu. Zamknęła drzwi.

●●●

Na policję poszedłem prosto ze Żwirki i Wigury.
- Dlaczego pan zgłasza zaginięcie? – zapytał policjant w dyżurce tuż przy wejściu do komendy.
- Od kilku dni nie daje żadnego znaku życia. Warto by sprawdzić, czy coś mu się nie stało.
- Może wyjechał?
- Nie przypuszczam.
- Na jakiej podstawie?
- Nic o tym nie mówił. Byliśmy umówieni i nie przyszedł.
- Może oblewa książkę? Mówi pan, że wydał jakąś.
- Mało prawdopodobne.
- Wie pan, on jest dorosły, a pan nie jest z nim spokrewniony. Nie możemy przyjąć takiego zgłoszenia – wyjaśnił policjant.
Odwróciłem się, ale przywołał mnie ruchem ręki:
- Niech pan może na wszelki wypadek powie tylko, gdzie on mieszka. Zgłoszenia przyjąć nie mogę, ale przekażę dzielnicowemu, może on będzie coś wiedział. Pójdzie, zobaczy, ludzi zapyta.
- Przy Żwirki i Wigury, numeru nie pamiętam, ale to jest ten blok niemal naprzeciw apteki – podałem adres.
- To nie przypadkiem tam, gdzie jakiś czas temu był ten dziwny przypadek zejścia jakiejś staruszki? – zainteresował się.
- Właśnie tam – potwierdziłem ochoczo, przypominając sobie opowieść sąsiada.
- To tyle, dziękuję panu – pożegnał mnie, tym bardziej, że na jego biurku zadzwonił telefon.

●●●

Mój odezwał się godzinę później. Byłem na rynku, gdzie po wyjściu z komendy postanowiłem posiedzieć na ławeczce.
- Tak, słucham?
Cisza. Absolutna. Żadnej odpowiedzi. Nawet oddechu.
- Słucham!
Bez reakcji z drugiej strony.
Rozłączyłem się.

●●●

Rynek prawie letnim wieczorem ponownie stał się miejscem towarzyskich spotkań. Tak jest od czasu, kiedy go wyremontowano, a na środku zbudowano grającą fontannę. Co jakiś czas wzbijającym się słupom wody towarzyszy kilka powtarzających się cały dzień melodii. Od pięciu lat ich zestaw jest niezmienny. Doprowadzający do szału.
Mimo zmroku wszystkie ławeczki zapełnione, na każdej po kilka osób. Żadnych znajomych. Tylko Miley przemknęła, zatrzymując się na moment jedynie po to, by powiedzieć, że spieszy się do pracowni Adama, bo umówiła się z nim na sesję fotograficzną. Jest jedną z jego modelek.
Rozgwieżdżone niebo już mocno zgranatowiało. Księżyc, fontanna, noc. Idealna pożywka dla romantycznych dusz.
- Kurwa, ten ciul Mateusz przylazł dzisiaj w koszulce adidasa, spodniach z najka i pumach na nogach. Wyglądał jak jakiś popierdolony pojeb – dobiegło z sąsiedniej ławeczki.
- Zawsze był pojebany – potwierdził inny głos.
- Ale laski na to lecą!
- Same są pojebane.
- Gdzie się takie ciule rodzą? – zastanawiał się ten pierwszy.
- W Sosnowcu! – rozległ się gremialny rechot.
Ruszyłem pieszo w stronę domu. Półtora kilometra pod górkę. Dwadzieścia minut przyspieszonym krokiem. Można iść chodnikiem w górę, po prawej mijając supermarket i stację, a po dotarciu do kapliczki zwanej szwedzką skręcić w lewo, w ulicę Marii Skłodowskiej-Curie (na tabliczkach jest napisane „C. Skłodowskiej”), przejść obok domu Biola, kolegi Karola, a później przy wypalonym domku Kasi z III edycji Big Brothera, dojść do domku Pogodno, tutaj w prawo i już jestem na miejscu.
Można też inaczej – przed supermarketem z prawej skręcić w lewo w osiedle Słowackiego i między blokami asfaltowym chodnikiem w górę aż do placu zabaw, tam w prawo ścieżką przez trawę, później przez działkę niczyją, następnie wzdłuż płotu nowo budowanego domu, a przy „Promilu” (cudna reklama: „Zakupy u nas wejdą ci w krew”) w górę prosto, mijając jeszcze po drodze domek.
Wybrałem tę drugą drogę.
Kiedy byłem w połowie wysokości chodnika, zauważyłem, że ktoś za mną idzie. Raczej wyczułem, niż zauważyłem, tym bardziej, że nie usłyszałem żadnego dźwięku. Tylko jakby cień przemykający nagle w bok, kiedy się znienacka odwróciłem.
Przyspieszyłem kroku. Dopiero przy placu zabaw zwolniłem. Ponownie odwróciłem głowę. Chyba pusto. To mnie odrobinę uspokoiło, choć nie do końca, bo w ciemnościach trudno byłoby cokolwiek dostrzec. Dwieście metrów dalej, przy zamkniętym już „Promilu”, było jaśniej. Zatrzymałem się w świetle latarni, żeby w razie czego ktoś mógł zauważyć, że coś złego się dzieje. Znowu popatrzyłem za siebie. Nikogo. Ruszyłem.
W domku ciemne okna.
W moim domu to samo.
Starając się uczynić to jak najciszej, by przypadkiem nie obudzić śpiących na piętrze Joli i dzieci, otwarłem i zamknąłem za sobą drzwi. Usiadłem na fotelu w pokoju na dole.
Włączyłem telewizor. Wieczorne wiadomości. Jakiś polityk. Nawet nie słuchałem, o czym mówi, bo zaintrygowało mnie coś innego. Przyjrzałem się dokładniej. Twarz jakby znajoma. Zaraz, zaraz, przecież to chłopak z mojego liceum, rok starszy. Na pewno on. W garniturze, włosy przyprószone, gęba wypucowana, ale ta sama, co kiedyś.
Nie lubiłem go wtedy. Nienawidziłem. Znalazł sobie we mnie kozła ofiarnego. Prześladował na każdym kroku. Wyśmiewał. Zmarnował mi część młodości. Bałem się go. Unikałem. Pamiętam, jak pewnego razu upokorzył mnie przed grupą kolegów z mojej klasy, a oni nie stanęli w mojej obronie. Może ze strachu, że jeżeli zareagują, staną się jego kolejnym celem. Nie chcieli ryzykować. Nie chcieli być tarczą.
Właśnie wtedy postanowiłem go zabić. Następnego dnia przyniosłem nawet do szkoły nóż. Długie ostrze. Gładka rękojeść. Miałem go w torbie. Byłem gotowy użyć. Wyobrażałem sobie chwilę, gdy wbijam go w grube cielsko tego gnoja i czuję wielką ulgę.
Tego dnia najprawdopodobniej nie było w szkole, bo nie spotkałem go podczas żadnej przerwy. Na szczęście, bo chyba tylko dzięki temu przeżył.
Myślę, że bym się nie zawahał.

●●●

Gdybym wtedy trafił na 25 lat za morderstwo do więzienia, od dwóch lat byłbym na wolności, choć pewnie wyszedłbym dużo wcześniej, po odbyciu połowy kary, ale i tak świat, ten mój, różniłby się od obecnego. Wszystko byłoby inne. Inni ludzie, inne miejsca, inne życie. Ja inny.

●●●

Spałem niecałą godzinę. Obudziłem się o siódmej, choć światło zgasiłem dopiero krótko po szóstej. Całą noc czytałem „Kogo nie znam”.
Nie zamierzałem, ale kiedy próbowałem w nocy zasnąć, sen nie nadchodził. Dobre pół godziny przewracałem się z boku na bok, po czym włączyłem lampę i sięgnąłem po kupioną podczas spotkania promocyjnego książkę.
180 stron tekstu. Odłożyłem ją dopiero wtedy, gdy dotarłem do końca. Do śmierci.

●●●

O wapiennikach w Mokrem, bo tak nazywa się ta mikołowska dzielnica, która kiedyś była samodzielną gminą, pisałem wiele razy. Kilkadziesiąt hektarów powierzchni, gdzie kiedyś wydobywano kamień wapienny, wypalany w wielkich piecach. Zachowało się ich do teraz kilka. Mają być jedną z ozdób powstającego tutaj Śląskiego Ogrodu Botanicznego.
W jednym z nich Maciej miał jakoby znaleźć napis „Uziemnić diament”. Ten napis jest kluczowym elementem „Kogo nie znam”. Zauważał go podobno w różnych miejscach kraju i zawsze krótko potem w pobliżu ginęli ludzie. Kto czytał, wie, o czym piszę.
Na napis w Mokrem natknął się we wnętrzu jednego z pieców, spacerując po wapiennikach z Agnieszką artystą plastykiem. Z opisu w książce wytypowałem te, w których mógł go zauważyć. Postanowiłem go odnaleźć. Sam nie wiem, po co, bo szukaniu Macieja w żaden sposób to nie służyło.
Nie znalazłem w żadnym.
Wracałem powoli do samochodu. Droga wiodła jarem, z obydwu stron drzewa i krzaki.
Usłyszałem ich raczej intuicyjnie, bo przecież nie rozległ się żaden odgłos, żaden szmer, nawet kamyczek się nie potoczył spod ich stóp. Odwróciłem się i jakieś pięćdziesiąt metrów za sobą zobaczyłem mężczyzn. Wyłonili się z wejścia do wyrobiska, z którego sam przed chwilą wyszedłem. Nie było ich tam wtedy. Musiałbym ich zauważyć, nie mogli się w swych zielonych mundurach ukryć na szarym kamiennym tle, nie mogli też zejść niespodzianie z góry, bo ściany wyrobiska są zbyt strome.
Było ich trzech. Wszyscy w moro. Biegli w moja stronę. Każdy z nich trzymał w ręku karabin.
Nawet się nie zdziwiłem. Odległa zaledwie o kilometr Sośnia Góra, na której jeszcze kilka lat temu znajdowała się jednostka wojskowa, jest ulubionym miejscem grup rekonstrukcji historycznej odgrywających w tej scenerii swoje militarne scenki. To takie strzeleckie zabawy dużych chłopców bawiących się w wojnę. Ci musieli się chyba zgubić.
Odwróciłem się w swoją stronę i zrobiłem kilka kroków. Dopiero, gdy usłyszałem świst kuli, zaniepokoiłem się. Kiedy spojrzałem ponownie w ich kierunku, nie miałem już wątpliwości. Strzelali do mnie!
Skoczyłem w bok, w krzaki. Biegnąc, rozgarniałem rękami smagające mnie gałęzie. Słyszałem, że są za mną. Zbliżali się, bo zacząłem rozróżniać głosy. Sekundę później straciłem grunt pod nogami.
Toczyłem się bezwładnie po skarpie. Wylądowałem w jakimś zagłębieniu obrośniętym krzewami. Znieruchomiałem. Minęła minuta, może pięć.
- Widzisz go? – rozległ się nagle głos tuż obok.
- Nie – ten był nieco oddalony.
- Może się skrył w tych krzewach? – rozległo się nieco dalej.
- Przejedź po nich serią.
Polecenie zostało wykonane. Na huk karabinu zamknąłem oczy.
- Nikogo nie ma – dobiegło po chwili.
-  Zwiał skurwysyn – powiedział ten pierwszy. – Wracajmy. Jak się znowu tutaj zjawi, to go dopadniemy.
Przeleżałem chyba godzinę. Wygramoliłem się dopiero wtedy, gdy uznałem, że sobie poszli. Skradając się i oglądając co krok, dotarłem do swojego auta. Najciszej, jak to było możliwe, otwarłem drzwiczki. Włożyłem kluczyk w stacyjkę i bez chwili zastanowienia ruszyłem w stronę miasta.

●●●

Policja niczego nie znalazła. Żadnej łuski, najmniejszego śladu, nawet trawa stała niezdeptana, jakby od dawna nikt w tym miejscu nie przechodził.
- To na pewno tutaj? – spytał jeden z mundurowych. – Może się panu pomieszało? Tu jedna ścieżka podobna do drugiej, łatwo się pomylić.
- Nie mam wątpliwości. Pamiętam doskonale – odpowiedziałem. – Tutaj.
- A po co pan tu w ogóle przyjeżdżał?
- Miałem ochotę na spacer – skłamałem.
Nie zamierzałem tłumaczyć prawdziwych powodów, zresztą nie miało to żadnego znaczenia.
- Niczego tu nie ma. Sam pan przecież widzi – zatrzymali się dokładnie tam, gdzie stoczyłem się ze skarpy.
Wyciągnęli papierosy i zapalili.
- Przyjemnie tutaj – zauważył jeden z nich.
- Cisza, spokój – potwierdził drugi.
- Jeszcze nigdy tu nie byłem – dodał trzeci.
Przyjechało ich aż tylu, bo w Mikołowie nie na co dzień strzela się do ludzi.
- Pan wie, że za fałszywe zgłoszenia grozi kara? – zapytał nagle jeden z nich. – Co panu przyszło do głowy?
- Przecież nie zmyślam.
- Pił pan dzisiaj coś?
- Tylko kawę.
- Pan wie, o czym myślę – zdenerwował się policjant.
- Nie piłem.
Przyglądnął mi się.
- To nie pan przypadkiem zgłaszał ostatnio zaginięcie jakiegoś faceta ze Żwirki i Wigury? – zapytał ni stąd, ni zowąd.
Potwierdziłem
- Faceta z mieszkania, które jest puste? – dopytywał.
- Wcale nie puste – zaprzeczyłem.
Machnął ręką.
- A może teraz też się to panu przyśniło? Położył się pan na trawie, zasnął, a wtedy, pan wie, różne rzeczy widać. Tak jak w tym mieszkaniu…
Pominąłem to milczeniem.
- Pan się przypadkiem nie leczy na coś? – zagadnął drugi.
Pozostali nawet nie ukrywali szyderczych uśmieszków. Udawałem, że tego nie zauważam.
- Wiecie co panowie? Może rzeczywiście tylko mi się to przyśniło, sam już nie wiem. Chyba mi się tylko zdawało.
Tak tylko powiedziałem, na odczepnego, ale oni widać uznali, że się z nimi zgadzam.
- Coś często się panu wydaje -  stwierdził tylko jeden z nich. – Nie będziemy tego wpisywać do raportu. Nie było zgłoszenia, zgadza się pan? – zapytał.
- W porządku.
- No to może pan już sobie jechać – stwierdził. – My tu jeszcze trochę pochodzimy, pooglądamy. Może coś jednak znajdziemy.
Myślę, że już nie szukali. Rozumiem ich. W końcu jak się nie chce znaleźć, to po co daremnie tracić czas.
●●●

Być może przeszkodziłem w czymś tym mężczyznom z karabinami, przypadkowo stanąłem na ich drodze? Kiedy analizowałem to, co się stało, cała sytuacja coraz bardziej jawiła się jak jakiś nierealny senny koszmar. Może ci policjanci mieli rację?
To wszystko spowodowało jednak, że odechciało mi się szukać Macieja. Nawet przestałem o niego pytać.
Na parę dni wręcz zapomniałem o nim. Chciałem. W końcu nie jest ani ładną kobietą, ani przyjacielem. Znajomym. Człowiekiem po drodze. Nawet nie musiałem go spotkać. Nie musiałem go poznać. Wielu ludzi nie znam. Mijam. Przechodzę. Obchodzę. Spoglądam i już nie pamiętam. Nie zapamiętuję. Nawet nie zapominam, bo czy można zapomnieć kogoś, kogo nie ma? Musi być ktoś, kogo się nie zna. Jego też przecież nie znam, bo co ja o nim wiem? Tyle, co mi powiedział. Tak się nie zostaje przyjaciółmi.

●●●

W domku od paru dni panowały ciemności. Widocznie Leon gdzieś wyjechał, a Michał nie przyjeżdżał. W pracy roboty nie brakowało. Codziennie wieczorem do domu, chwila przed telewizorem, Jola czytająca Emilce książeczkę w sypialni, Martynia patrząca jeszcze na telewizję, Karol grający w swoim pokoju na gitarze. Godzina przed komputerem, nieaktualna już gazeta z rana, końcówka filmu, program nocny, kanapa, koszmar, przebudzenie, następny koszmar, budzik, jeszcze pięć minut, ząbki, siusiu, spodnie, koszulka, kawa z ekspresu, kluczyki, samochód, kwadrans jazdy, redakcja, komputer, telefon, tekst, telefon, drugi tekst, telefon, kolejny. I tak co dzień.

●●●

Naczelny o Macieju zapomnieć nie chciał.
- Jak z Malickim? – zagadnął pewnego dnia.
- Nie wiem – odparłem zgodnie z prawdą.
- Nie wiesz? – zdumiał się.
- Nie wiem – potwierdziłem.
- No to może po prostu zadzwoń do niego i zapytaj, kiedy będzie.
- Nie mogę.
Spojrzał na mnie jak na wariata.
- Nie mogę – powtórzyłem.
- Nie masz jego numeru – domyślił się.
- On nie ma telefonu.
- Nie ma telefonu? – to go zaskoczyło.
- Nie ma, wyrzucił go do rzeki.
- Tak sobie wyrzucił? Po prostu?
- Tak sobie. Denerwował go. Każdy mógł do niego zawsze zadzwonić, a on chciał być od tego wolny. Więc wziął i wyrzucił.
- Dziwny człowiek – stwierdził naczelny.
- Raczej szczęśliwy.
- Szczęśliwy?
- Chciał być wolny i się stał. W jednej chwili.

●●●

Jola spała. Przytulona do niej Emilka też. Martynia w swoim pokoju. Karol drzemiący na tapczanie przed włączonym telewizorem. Siedziałem sam przed komputerem, ale nie chciało mi się pisać. Nieprzyjazna klawiatura zamąciła tekst już po drugim piwie. Trzeciego brak. Odczuwalny.
Zerknąłem przez okno. W domku wciąż ciemno. Spojrzałem na wyświetlacz telefonu. Po 22, więc „Promil” też zamknięty. Szybka decyzja.
Buty. Półtora kilometra szybkim krokiem. „Pryzmat”. Tłok, bo sobota, w sąsiedniej sali głośny punk. Chyba Your Mother. Przy barze Karolina.
- „Lech”.
- To już chyba nie pierwszy dzisiaj? – spojrzała domyślnie.
- Widać?
- Widać.
- Niedobrze.
Znalazłem miejsce przy stoliku w kącie. Papieros. Łyk. Drugi golden. Duży łyk. Trzeci. Dno.
Podszedłem do baru.
- „Lech”.
Karolina pokiwała głową.
- Na pewno?
- Na pewno.
Dopijałem trzecie, gdy dosiadł się Maciej. Nie zauważyłem, kiedy wszedł. Po prostu nagle pojawił się na pustym dopiero co krześle naprzeciwko.
- Cześć Boguś. Tak sam? – wskazał na pustawą szklaneczkę.
- Sam – potaknąłem. – Wujek Sam – rzuciłem bez sensu.
- Jeszcze jedno? – zaproponował.
- Jeszcze – potwierdziłem.
- Szukałem cię – powiedziałem, gdy stawiał na stoliku pełne kufle.
Dla siebie i dla mnie.
- Tak? – powiedział to jakoś tak nieprzekonująco.
- Tak. Byliśmy umówieni.
- Dlatego przyszedłem – odparł. – Wiedziałem, że tu jesteś.
Nawet się nie zdziwiłem, że wiedział.
- Byłem w wapiennikach.
- Wiem.
- Skąd?
- Musiałeś tam pójść. To logiczne. Szukałeś dowodu.
- Szukałem. I nie znalazłem.
- Wydaje ci się. Znalazłeś – odpowiedział.
- Nie znalazłem!
- Mylisz się, zapewniam cię.
- Nic nie znalazłem, nie zobaczyłem. Sam wiesz, że tam nie ma żadnego napisu. Wymyśliłeś go sobie. Był ci potrzebny.
- Nie widziałeś, ale znalazłeś, choć nawet o tym nie wiesz – mówił to, patrząc mi głęboko w oczy.
Bardzo głęboko. Jakby sięgał wzrokiem gdzieś w głąb. Wiercił. Przenikał.
- Chcieli mnie zabić – pożaliłem się.
- Dziwisz się?
- Pierwszy raz w życiu ktoś chciał mnie zabić.
- Ej tam, pierwszy, nie ostatni. Bałeś się?
- Jak cholera.
- Ale żyjesz?
- Tak mi się wydaje.
- To dobrze, że ci się wydaje.
- U ciebie w domu też byłem.
- Powinieneś tam trafić. To był kolejny krok. Całkowicie naturalny. Przecież cały czas szukasz. Prawda?
- Szukam – potwierdziłem. – Cały czas cię szukam.
- Zdaje ci się – odparł.
- Co mi się niby zdaje?
- Że mnie szukasz.
Żachnąłem się:
- Nic mi się nie wydaje. Szukam. I w końcu się znalazłeś.
Uśmiechnął się lekko:
- Szukasz, ale wcale nie mnie.
-  A czego niby innego?
- Pomyśl.
- Nie mam ochoty na zagadki.
- Zastanów się. Jeszcze jedno? – zapytał, spoglądając na puste szklanki.
- Tak.
Wstał i poszedł w stronę baru.

●●●

Nie wiem, jak długo spałem. Sekundę, minutę, godzinę. Gdy się ocknąłem, krzesło naprzeciw było puste. Przede mną stała szklanka z piwem. Do połowy opróżniona. Podniosłem się. Dotoczyłem do lady.
- Karolinko!
Odwróciła się.
- Był tu Maciej?
- Oj, nie wiem, nie zauważyłam.
- Brał piwo, nawet dwa razy.
- To musiałabym go widzieć, przez ostatnią godzinę tylko ja nalewałam. W tym czasie go nie było.
- Jesteś pewna?
- Jak najbardziej. Może ty już lepiej nie pij – poradziła.
- Nie będę – zgodziłem się.

●●●

Rynek tuż przed nastaniem świtu sprawia dziwne wrażenie. Ostatni pijani zdążyli już dotrzeć do domów, a pierwsi jeszcze się nie pojawili. Wszystkie okna ciemne, w żadnym nawet blasku. Kto miał siedzieć do późna, dawno już zasnął, a kochankowie najwytrwalsi z wytrwałych czynią swą powinność przy szczelnie zasłoniętych kotarach.
Tak to musiało wyglądać również sto sześćdziesiąt lat temu, kiedy wjechał tu powóz, w którym na swą wyprawę po Śląsku ruszył Wincenty Pol. Opisał ją później w opowiadaniu, które zaczął od relacji z tego miejsca: „Nic prozaiczniejszego w życiu nie widziałem jak ten Mikołów o chłodnym świcie, gdzie wszystkie uliczki proste, wszystkie domy jednakie, ponure i ciemne z wierzchu, a jak się domyślać należy, bardzo nudne w środku” – napisał, zastanawiając się, „do czego też takie miasteczko potrzebne na świecie?” I odparł sam sobie, że „głównie do tego, aby mógł egzystować burmistrz mikołajowski”.

●●●

Burmistrzem był wtedy Józef Szaboń, jak pisał o nim kronikarz Konstanty Prus, „człowiek zdolny, uczciwy i ożywiony najlepszymi chęciami”, jednak w Mikołowie nielubiany. W 1847 panował w okolicy głód i zaraza, a ludzie, jak donosił Prus, by głód zaspokoić, „jedli różne trawy, jak lebiodę, koniczynę, szczaw itp., różne korzonki, perz, korę z niektórych krzewów i drzew, grzyby i różne tem podobne rzeczy.” W  1847 roku zmarło w mieście 207 osób, ponad sto więcej, niż w innych, niegłodowych latach. Mikołów liczył wtedy nieco ponad 3500 mieszkańców.
Z epidemią walczył mieszkający w mieście lekarz Władysław Wężyk. W 1845 roku odwiedził go zdążający na zachód Cyprian K. Norwid. Z Wężykiem współpracował jakiś czas również późniejszy odkrywca Troi Rudolf Virchow, który gościł w Mikołowie w roku 1848.
I Norwid, i Virchow doczekali się w mieście pamiątkowych tablic. Zadbał o to podczas swych dwóch kadencji były mikołowski wiceburmistrz Marian Sworzeń. Po śmierci Edwarda Wojaczka, ojca Rafała, spacyfikował pomysł przekazania opustoszałego mieszkania jakiejś wielodzietnej rodzinie. Jego zasługą jest stworzenie w nim Instytutu Mikołowskiego, a także poświęcona Wojaczkowi płaskorzeźba przy wejściu do mieszczącej go kamienicy. To on wymyślił, aby umieścić na niej dwuwiersz ze słowami: „Kogo nie znam”.
Pol nigdy się żadnej tablicy w Mikołowie nie doczeka.
A Sworzeń? Pewnie też nie.

●●●

Nie pamiętam, jak dotarłem do domu. Wiem tylko, że szedłem. Czasami padałem.

●●●

Drzwi były zamknięte, ale kiedy nacisnąłem klamkę, otwarły się. Przez chwilę się zawahałem. Nie spodziewałem się tego, że mieszkanie stanie przede mną otworem. Rozejrzałem się po klatce schodowej, czy nikt nie widzi, po czym przestąpiłem próg. Najciszej jak potrafiłem zamknąłem za sobą drzwi.
W pozbawionym okna przedpokoju panował półmrok. Sięgnąłem po omacku ręką w bok. Kontakt był dokładnie tam, gdzie się go spodziewałem znaleźć. Lampa z jedną słabą żarówką rozjaśniła pomieszczenie. Lustro, pusty wieszak, szafka, na podłodze stare wytarte linoleum pamiętające bez wątpienia czasy towarzysza Gierka.
Drzwi do pokoju na wprost były uchylone. Powoli podszedłem. Popchnąłem je. Zobaczyłem tapczan z niezasłaną pościelą, krzesło, stół pełen przeróżnych szpargałów. Na podłodze obok niego trochę rozrzuconych książek, zeszytów, kartek pustych i zapisanych, w kącie parę pustych butelek po piwie i alkoholu. Stary radiomagnetofon, a przy nim kilka powyciąganych z pudełek kaset.
Musiałem tu przyjść. Kiedy obudziłem się w południe w domu, od razu przypomniałem sobie nocne spotkanie z Maciejem. Leżałem dobry kwadrans, zastanawiając się, czy to był tylko sen, czy też rzeczywiście z nim rozmawiałem. Jedynym sposobem, by się przekonać, była powtórna wizyta w jego mieszkaniu. Za pierwszym razem go nie zastałem. Liczyłem, że teraz będzie inaczej. Joli powiedziałem, że będę z powrotem najpóźniej za dwie godziny i na obiad na pewno zdążę.
Co prawda, tym razem wszedłem do środka, ale Macieja wciąż tu nie było. Nadal nie miałem pewności, czy rzeczywiście dobrze trafiłem. Przypomniałem sobie opowieść mężczyzny z piętra o całej rodzinie, którą jakoby znalazł w tym mieszkaniu martwą. Przeszedł mi po plecach zimny dreszcz, ale od razu odrzuciłem tę myśl jako niedorzeczną. Człowiek najwyraźniej nie ma równo pod sufitem.
Tu mógł mieszkać każdy. Przyszło mi nawet do głowy, że jeżeli się pomyliłem, to mogę się wpakować w niemałe kłopoty, bo przecież w każdej chwili może wejść właściciel, któremu nie wiem, jak wytłumaczyłbym to najście. Spojrzałem z obawą na drzwi wejściowe, jakby spodziewając się takiej sytuacji. Przez moment nawet pomyślałem, żeby szybko stąd wyjść, zanim faktycznie miałoby do niej dojść.
Postanowiłem zaryzykować.
Wszedłem do pokoju. Rozglądając się po nim, przypomniałem sobie wiersz Wojaczka: „Pańską twierdzą i wygnaniem jest ten pokój/ Wieżą ponad dobrem złem i społeczeństwem/ Czy pan nigdy nie próbuje z niego uciec?”
Na ścianie wisiał zresztą przyczepiony do niej pinezką rysunek jakiegoś anonimowego autora z portretem Wojaczka w pozie z jego najbardziej znanego zdjęcia w białej koszuli i krawacie.
Zbliżyłem się do stolika. Na środku leżał równo złożony stos kilkudziesięciu kartek papieru maszynowego. Machinalnie wziąłem je do ręki, kilka z góry przełożyłem. Zerknąłem na trzymaną w prawej dłoni.
Jeżeli dotychczas miałem jeszcze wątpliwości, czy to było mieszkanie Macieja, w jednej chwili rozwiały się.
„– Powiem tyle, że opiera się na tajemniczo sensacyjnym wątku z pogranicza realizmu magicznego. Akcja toczy się równolegle w wielu miejscach, ale stopniowo wszystkie tropy zaczynają prowadzić do Mikołowa. Finał rozegra się na rynku” – przeczytałem.
Przecież to fragment jednego z moich tekstów o nim! Widocznie gromadzi je i przepisuje w jakimś celu, może nawet potrzebne mu są do tej książki, którą akurat pisze? Kto wie, może to jest właśnie jej wydruk? Opanowałem chęć przewertowania jej całej, w końcu nie przyszedłem tu, by zająć się czytaniem, tylko żeby znaleźć autora tej powieści. I chociaż jego samego nie zastałem, zdobyłem przynajmniej jednoznaczny dowód na to, że trafiłem do jego mieszkania.
Usiadłem na krześle. Stwierdziłem, że chwilę poczekam, a on może w tym czasie przyjdzie. Wtedy się przekonam, czy naprawdę rozmawialiśmy w nocy.
Czekałem godzinę. Nie przyszedł.
Kiedy ostrożnie otwierałem drzwi wyjściowe uważając, żeby nikt mnie nie zobaczył, spostrzegłem, że na posadzkę spadła kartka. Mała, złożona na pół. Ktoś musiał ją wsunąć między drzwi a futrynę, kiedy byłem w środku! Schyliłem się, by ją podnieść. W tej samej chwili usłyszałem, że ktoś wchodzi z dworu do klatki.
Szybko zamknąłem drzwi udając, że tylko przed nimi stałem. W dole schodów zauważyłem mężczyznę z pierwszego piętra. Poznał mnie.
- To znowu pan? – zdziwił się.
Wchodził powoli ciężkim krokiem, nie odrywając ode mnie nieprzychylnego wzroku. Nie odezwałem się, próbując go ominąć. Rozłożył ręce, by mi to uniemożliwić:
- Przecież mówiłem, że ten pana znajomy tu nie mieszka, musiał pan pomylić klatki – rzucił w moim kierunku.
- Mieszka – zaprzeczyłem.
- Lepiej niech pan tu już nie przychodzi – stwierdził, jakby nie słyszał tego, co powiedziałem.
- Bo co? – zdenerwowałem się.
- Będę miał na pana baczenie. Jak znowu tutaj kiedyś ujrzę, to na policję zadzwonię – zagroził. – Kręcą się różni, że człowiek we własnym domu nie wie, kogo spotka.
Opuścił ręce, pozwalając mi w końcu zejść. Odwrócił się jeszcze za mną, gdy szybko zbiegłem po schodach. Dopadłem drzwi i wyszedłem na zewnątrz. W dłoni ściskałem kartkę. Będąc już na dworze, natychmiast rozłożyłem ją i rozprostowałem.
Było na niej jedno zdanie. Odręcznie skreślone zamaszystym, ale czytelnym charakterem pisma. Cytat z wiersza Wojaczka: „Kim jest ten, co przed chwilą wyszedł?”

Comments

Leave a Reply